Chapter Text
Najpierw była plama ognistego odcienia pomarańczy, która pochłaniała swoim językiem stare, marmurowe ściany. Tak narodził się on, Yoruma — którego matką był jarzący się w odmętach lasu lis. Zjawił się znikąd, a jednocześnie miał wrażenie, że jest dziecięciem lisów. Od zawsze uwielbiał psocić, a elfy Caesso trzymały się od niego z daleka, jakby mógł sprawić więcej kłopotów swoją obecnością. Możliwe, że tak było.
Mało kto z mieszkańców tej krainy zwracał uwagę na yokai, bo przecież byli tylko duchami, bądź stworkami które w ogóle nie zaprzątały sobie głowy innymi stworzeniami. Niedoceniani, uważani za zawalidrogę na codziennej trajektorii problemów. Wszyscy byli zajęci, stare pergaminy zwalały się na zbyt małe stołki, nad którymi pochylali się kaligrafowie. Kolejna nowa kreatura, wytworzona przez bożków, nie znajdowała się na ich liście badanych przez stulecia istot.
Uwielbiał czasami jednemu podkraść pergamin lub dwa — ot, by praca potrwała dłużej. A gdyby tamten pogonił go poprzednim razem? Wtedy sprawiałby, aby każda litera, która wyjdzie spod jego palców, wykrzywiała się pod swoim ciężarem. Nie było nic bardziej irytującego, dla kaligrafa niż nagła niemoc własnych umiejętności, oraz zabałaganione pismo, bez ładu i logicznej składni. Pojedyncze westchnienia oburzenia, działały na niego jak trunek dodający energii.
Yoruma uwielbiał chaos, żywił się nim jak zwykłe elfy pożywieniem ze swoich własnych plonów.
Spijał go jak najwykwintniejsze wino podawane w małej tawernie, w okolicach wioski Alyelrion. Tej spętanej zapachem zgniłych owoców granatu, piwa oraz potu. Większość elfów w ogóle nie przywiązywała uwagi do tak błahych spraw, jak kąpiele. Prawdopodobnie to było spowodowane tym, że mało kto mógł wytrzymać tak zmienną pogodę w tych stronach. Dlatego mycie było odczuwane jako strata czasu. Tak bardzo, że znalezienie łaźni w gorących źródłach, bądź zwykłych chatach, wydawało się niecodzienne, wręcz odrębne od przyjętej normy.
Woda była jak najdroższy alabastrowy atłas — mało kogo było stać na takie bogactwo. Okresy suszy w tych stronach, potrafiły się dłużyć jak nudne wykłady, które kaligrafowie wygłaszali swoim uczniom. Dłużące się tak, że alchemicy rozkładali ręce. Pomimo renomy i opinii wśród reszty mieszkańców, ich umiejętności magiczne słabły, a deszcz był bardzo rzadki.
Jako yokai, Yoruma czerpał przyjemność, z wszechogarniającego go cierpienia elfów. Czuł się tak, jakby ktoś brał z niego przykład, a jego rola prawie że nie miała znaczenia. Na początku to go bawiło, ale im mniej sam miał możliwość komuś dokuczyć, stawało się to…
Irytujące.
Problemy związane z majątkiem, choroby całych rodzin… Już nawet on sam się wściekał. Jak sama magia, mogła wypchnąć go z jego żywiołu, w którym czuł się jak ryba w wodzie? Wydawało mu się to niemożliwe, więc od czasu do czasu, sam próbował zbadać ten szkopuł, nienawidząc tego, jak wszystko wydawało się tam niejasne i zagmatwane.
Cóż, umysł Yorume wolał logikę, proste wyjaśnienia. Dlatego nie rozumiał elfów i ich myśli, a tym bardziej tego, jak Caesso, a tym bardziej sama mieścina Alyerion wydawała się wyrwać spod kontroli władców, oraz samych mieszkańców. Zwykłe niegdyś problemy, przybierały gargantuiczne rozmiary, momentami przykrywając cały nieboskłon, sprowadzając na nie ciemność. Bożkowie najwyraźniej postanowili wystawić każdego na próbę, swoich własnych plag.
A Yorume tego nienawidził.
Bo jak miałby utrudniać życie tym nędznym kreaturom, jak robił to ktoś inny? Jako yokai czuł, że to był jego obowiązek i coś nieodłącznego w jego istnieniu. Musiał znaleźć bardziej wysublimowany sposób, który będzie jednocześnie utrapieniem i czymś co ucieszy jego samego.
Ród Vidar wydał się idealnym celem, w końcu patriarcha tego rodu dalej miał u niego dług do spłacenia. Żal byłoby tego nie wykorzystać. Tym bardziej, że obserwował tą, można by uznać urokliwą rodzinę, od kiedy tylko pamiętał.
Rozłożony na masywnych gałęziach hebanowych starodrzewów, które pięły się do niebios w kniei niedaleko Alyerion, odpoczywał rozmyślając o sposobie jak upomnieć się o swoją zapłatę, gdy usłyszał dźwięk kroków. Jego lisie uszy drgnęły, od razu rozpoznając w nich najmłodszą latorośl Vidarów - Viorela. Młodzieniec, który często zapuszczał się w tym miejscu by skupić się na malowaniu, chociaż sam mógłby wydawać się istnym arcydziełem. Rozwichrzone na wiele kierunków świata, przykrótkie, ścięte nieumiejętnie złociste loki dodawały mu uroku i przystojnej aury w oczach yokai, takiego jak Yoruma. Jako byt, ledwo przypisywany do takich fizycznych istot jak elf, bądź mieszaniec, rzadko oddawał się adoracji czyjejkolwiek urody. Jednak we Viorelu było coś, co przyciągało wzrok. Może to była jego postura - lekko przygarbiona, wychudzona i sprawiająca wrażenie takiej, że mógłby się ułamać pod jego spojrzeniem.
Idealna ofiara, na jego kolejną psotę.
— Gdzie tak pędzisz, zwichrowany pędzlu? — wychylił się zza pomarańczowych liści, owijając swój ogon o konar, dla lepszej stabilizacji. Wręcz komicznie zamrugał swoimi długimi rzęsami, swoim ulubionym darem od natury, obserwując reakcję chłopaczka.
Viorel zmierzył go wzrokiem, z wielkim grymasem na twarzy, jakby ktoś postawił przed nim karykaturę najgorszego diabła. Małe, zmrużone granatowe oczy spoczęły na lisim yokai, głęboko przeszywając całą jego magię i istotę na wskroś. Co było mało spotykane, tym bardziej, że ostatnio, czego dowiedział się z plotek miejscowych kupców, ród Vidar stracił większość swoich magicznych umiejętności.
— Jedno słowo więcej, a przerobię cię na szczotkę do wycierania kurzu. — wysyczał, co tylko jeszcze bardziej podnieciło rozbrykanego Yorumę. Odpowiedział mu tylko ten lisi, obrzydliwy w jego odczuciu, rechot. — Zachowujesz się jak dzieciak, w porównaniu z moim rodzeństwem, to oni są uosobieniem cnoty i miłości — prychnął, po czym poprawił swoją torbę z przyborami do malowania, na swoich plecach. Yorume tylko gwizdnął, jakby pod wrażeniem jego ciętego języka i rzucania ripost.
— Niesamowite, niesamowite. Prawie sprawiłeś, że stałem się dumny. — zlustrował jeszcze bardziej go od stóp do głów, zauważywszy jak ubrudzony jest, od razu jeszcze bardziej poprawił mu się humor. — Dalej babrzecie się w tej waszej farbie? Czy kiedyś wam się to znudzi? Ani to pożyteczne, ani rozwijające. — sprawdził swoje długie, ostre pazury, jakby znudzony. Łatwo się nudził, ale teraz po prostu używał swoich wręcz większej dramatyczności, wiedząc że tamten szybko wybuchnie ze złości. Był łatwy do denerwowania, wręcz przyjemnie prosto.
Viorel przewrócił zirytowany oczami, a Yorume musiał się kryć z tym, jak bardzo ten fakt go cieszył. W dodatku te dziwne loczkowate włosy tego chłopaka, tak się niecodziennie stroszyły z wkurzenia, że zapragnął zapamiętać ten widok na jak najdłużej. Chciał jeszcze coś dodać, lecz zatrzymał go nagły świst, a potem grzmot który zagrał dźwięcznie na jego głowie.
Ten smarkacz rzucił w niego garnuszkiem na wodę do farb!
Żachnął się, od razu próbując zrzucić garniec gdzieś indziej. Zrobił to jednak tak gwałtownie i chwiejnie, jak kot uciekający z wody, że ogon odwinął się z pnia drzewa i z hukiem wpadł w haszcze. Mógł poczuć jak gałęzie wbijają mu się w dolne partie ciała, a ogon wręcz panicznie próbuje się czegoś uczepić, by był w stanie wstać na nogi. Zaabsorbowany wydostaniem się z krzaków, prawdopodobnie jadowitych owoców, nie zauważył jak młodziak zaczął odchodzić podśmiechując się z widoku wielkiego yokai w tarapatach. Najwyraźniej nawet istota, która nie wiadomo skąd zdobyła magię i mogła zrobić wszystko co żywnie jej się podobało, nie potrafiła sobie poradzić z upadkiem.
— Powodzenia, lisiurze!
Ten dzieciak.
Chata rodu Vidar była osadzona w odmętach lasu, za olbrzymimi, strzelistymi drzewami co mogły pokryć cały nieboskłon. Sama budowla wydawała się wręcz chwiać pod swym własnym ciężarem, a sama struktura przypominała chaos - kilka pomniejszych chat złączonych w jeden wielki słup. Nic do siebie nie pasowało, kolory elewacji upodobniały się swoim kolorytem do palety barw, używanej do pisania niż używania ich w architekturze. Ramy okiennic odpadały, same okiennice skrzeczały jak hybrydy orła i sowy. Nie był to cud architektury, ale jedyne co liczyło się dla całej rodziny to posiadanie dachu nad ich głowami.
Viorel poruszał się ospale, odrobinę niechętnie. Zwykle o tej porze, jego ojciec wracał z długich podróży do miasta, gdzie wykonywał wiele zleceń. Nie było ich jakoś zatrważająco wiele, jednak wystarczały na zakup najpotrzebniejszych rzeczy oraz pożywienia. Ojciec, z nieznanych mu przyczyn, miał obsesje na punkcie pieniędzy, co wiązało się z jego lękiem o to, że ktoś na niego czyha. Momentami miał wrażenie, że on przesadza. Przecież nie było to możliwe, poza tym czy nie był kiedyś w wojsku? Żołnierze nie powinni nigdy zapominać swojego fachu. Zastanawiało go to, jak bardzo elf może posiadać obsesję na tym punkcie.
Już na ścieżce dało się słyszeć szuranie, krzyki matrony rodu Ivory skierowane na jego braci, bliźniaków Vankova i Verna, którzy prawdopodobnie znowu prawie spalili spiżarnię swoimi “cudownymi” pomysłami, jak stworzyć nowe zaklęcie ochronne. Cały pomysł o takiej barierze przed innymi istotami, oczywiście został podsunięty przez starego Vittoria Vidara, który na to nalegał niedługo po wybudowaniu ich domu. Miał wiele pergaminów, które walały się w jego pracowni, które pokrywały nowe inkantacje magiczne. Z czasem Viorel miał wrażenie, że ojciec popadł w obłęd, a jego zapiski to paranoje, które widywał na jawie.
Powoli otworzył skrzypiące, poobdzierane z kawałków drewna i farby drzwi, a jego uszy wręcz od razu zadrżały, słysząc Vittora.
— Przysięgam ci, Ivo kochanie moje, on tu znowu był! — mógł wręcz zobaczyć jak jego matka szykuje zmechaconą ścierę, by go doprowadzić do ładu. Nie było się czemu dziwić, sama już była wycieńczona jego zachowaniem. — Znowu znalazłem zdechłego mutanta pod drzwiami łaźni.
— Pewnie Verginius znowu poszedł polować i zapomniał posprzątać. — mruknął od niechcenia Viorel, wchodząc do kuchni, gdzie rozmawiali jego rodzice. Jego najstarszy brat ostatnimi czasy dużo chodził na polowania, chociaż Viorel miał własną teorię, że tam było mniej polowania, a więcej tajemniczych schadzek z młodą piekarką. — Mutanty ostatnio mają sezon godowy…
Ciche stuknięcie towarzyszyło odłożeniu przez niego torby, na stół jadalniany. Musiał uważać, zebrał kilka ciekawych kamieni oraz roślin do przerobienia na farby. Sam szukał zajęć trzymających go z dala od takich kłótni, które stawały się codziennością. Albo taką były zawsze, ale wolał o tym wszystkim nie myśleć.
— Viorel, chociaż ty stań choć raz po mojej stronie! Synu! — Vittor upadł na kolana i przeczołgał się po podłodze, sięgając po syna. — Chociaż ty, błagam! On tu był, naprawdę. Przyrzekam, widziałem go.
— Kogo? Ojcze, wstań z tej podłogi.
Nic nie dały prośby, ani groźby - Vittor pozostał na klęczkach, potem rozłożył się bardziej na mahoniowych deskach. Było to jak rutyna, spektakl który dział się zawsze jak ten wracał do domu. Za każdym razem eskalowało to na różne sposoby, a nawet raz stary elf spał na dachu, przekonany o tym, że ktoś na niego poluje i tylko czeka aż zaśnie, by pozbawić go żywota. Nigdy jednak nie mówił kto, lub co mu zagraża. To było niemądre, Viorel to wiedział, ale przestał już dawno się tym przejmować. Ciągle ktoś musiał się zajmować ojcem, jakby był dzieckiem, a nie dorosłym elfem, który prawdopodobnie na własne życzenie przeżywa ciągłe katusze.
Postanowił zignorować resztę ataku ojca, po prostu idąc do swojego pokoju. Matka jeszcze próbowała go zatrzymać, ale ile mógł jeszcze wytrzymać? Wiedział, że jest ich najmłodszym synem, ale każdy w tej rodzinie nie wiedział, jak długo dadzą radę wytrzymać.
