Work Text:
Wstaję, szybka, poranna toaleta. Golę się, przywdziewam cokolwiek z szafy i wychodzę. Cholerny styczeń. Całe miasto zasypane. Rozrzucone wszędzie opakowania po petardach. Butelki po alkoholu. Przemierzam ośnieżone ulice. Jak zawsze musieli spierdolić z odgarnięciem tego białego gówna…
Zastanawiam się chwilę. „Luc, gadasz jak staruch! Nie pierdol”. Daję sobie reprymendę w głowie. „Masz dopiero 22 lata, a już tetryczejesz."
"Zajebiście” myślę sobie, śmiejąc się w duszy. Cóż, walić to. Idę dalej. W słuchawkach Abba „Knowing you, knowing me". Już widzę szyld kawiarni. 5 minut później jestem już obok niej. Widzę cię przez okno. Siedzisz i czekasz na mnie. Moje małe szczęście. Iskierka w chujozie. Zaraz… Ktoś wchodzi. Witasz się z nim mocnym uściskiem i całusem w usta. Nieruchomieję. Myślenie zatrzymane. Patrzę tak osłupiały jeszcze przez jakiś czas.
To się nie dzieje. „Kurwakurwakurwa” klnę pod nosem.
Wzbiera we mnie rozgoryczenie wraz z rozpaczą. Wchodzę tam. Nie przejmuję się niczym. Już nawet nie pamiętam dokładnie, co robiłem. Krzyczę. Dostałeś w twarz.
Ostatnie spojrzenie na ciebie i na twojego gacha.
Naprawdę Sammy wolałeś Gabriela?
Wychodzę, a raczej wybiegam. Wołasz za mną, żebym wrócił. Wszystko mi wytłumaczysz, ale ja już jestem głuchy na wszystko.
Minęło kilka godzin. Siedzę w domu w otoczeniu butelek szkockiej. Myślę, jaki głupi byłem.
Obiecywałeś kurwa.
A zresztą. Nie jestem nastolatkiem, by aż tak przeżywać. Wznoszę toast sam ze sobą i wypijam duszkiem.
Szczęśliwego Nowego roku, Sammy…
Szczęśliwego…
