Actions

Work Header

Burza nadchodzi

Summary:

- Możesz zostać parę dni, jeśli chcesz. - powiedział Black niezbyt pewnym głosem.
- Nie, dzięki. - smarknęłam. - Twoja laska na pewno będzie zazdrosna.
- Ja nie…
- Och, daj spokój. - odsunęłam się nieco. - Nie wmówisz mi, że biała szczotka w różyczki jest twoja. Albo że kubek z napisem „Najlepszy facet pod słońcem” dostałeś od Pottera. Ostatni raz była u ciebie najdalej wczoraj. Bo chyba nie ty używasz perfum o zapachu bzu, co?

Chapter Text

Szkołę ukończyliśmy z hukiem, który przyniosła wieść o tragicznej śmierci Noble’ów. Wobec tej wiadomości egzaminy poważnie utraciły na znaczeniu. Niedługo po ogłoszeniu wyników w końcu czerwca, tuż po tym, jak przyjechałam do domu, otrzymałam sowę z Uniwersytetu Nauk Magicznych z informacją, że jestem przyjęta. Odebrałam to ze spokojem - w końcu tego się spodziewałam. Ciężka praca siedmiu lat poskutkowała trzema wybitnymi (z run, astronomii i historii) oraz dwoma powyżej oczekiwań (z zaklęć i transmutacji).
Odpisałam rektorowi uniwersytetu grzecznie, w spokojnym tonie, z prośbą o odroczenie rozpoczęcia toku nauczania z powodu „skomplikowanej sytuacji rodzinnej i politycznej”. Po kilku dniach przyszła zgoda, chociaż między linijkami wyczytałam zdumienie. Być może Dumbledore miał coś wspólnego z tą zgodą, może nie, wolałam nie wnikać. Miałam wystarczająco dużo pracy dla Zakonu Feniksa, by się tym przejmować.
Zostałam kimś w rodzaju koordynatora. Do mnie raportowali ludzie z mniej ważnych akcji, mniej ważne sprawy, w których jednak mogła kryć się perła cennej informacji. Dumbledore ustanowił kwaterę główną w Cardiff, z daleka od wszystkiego. Z zewnątrz wyglądało to jak zwykła kamienica i kiedy wszedł ktoś nieuprawniony, taką kamienicę widział. Dla nas było to całkiem milusie pięć pokoi z kuchnią i łazienką. W jednym urzędowałam sama z księgozbiorem, pozostałe nawiedzali nasi bojownicy o wolność.
Nie była to płatna robota. Ale miała swoje korzyści. Udało mi się namówić mamę i tatę do przeprowadzki… i to aż do Stanów. Pomogła mi bardzo propozycja, jaką otrzymał mój ojciec, pochodząca z jakiejś kliniki w Kalifornii. Była aż zbyt dobra - praca w znanym szpitalu dla umysłowo chorych, oczywiście powiązana ze współpracą z amerykańskim ministerstwem magii - żebym uwierzyła w przypadek. Jednak Dumbledore, zagadnięty o to, popukał się tylko w bok nosa i nie powiedział niczego.
Moi rodzice byli więc bezpieczni, a ja miałam stały przychód z wynajmowania domu. Spać mogłam spokojnie w kwaterze Zakonu. Prysznic tu był, materac też umiałam sobie załatwić; zresztą nie tylko ja korzystałam z kwatery nocą. No i byłam zawsze na miejscu. A potrzebowali mnie często. „Cassie, sprawdź mi adres”, „Cass, skarbie, widziałem coś koszmarnie dziwnego, przyjrzysz się temu?”, „Kurwa, Cass, zabierz mnie stąd!”. Chyba uratowałam komuś życie raz czy dwa.
Kiedy wreszcie wszystko było urządzone, uporządkowane i dopięte najlepiej jak się dało, Syriusz skombinował skądś aparat fotograficzny i przez dobry tydzień teleportował się w te i we wte po całym kraju, by zebrać „zakonników” w kwaterze. Żeby zrobić zdjęcie. Najdłużej mu chyba zeszło namówienie mnie - a i tak, kiedy przyszło do trzaskania fotografii, to ja trzymałam aparat. Nigdy nie lubiłam swoich zdjęć, zwłaszcza w magicznym wydaniu. Moje portrety zwykle łypały na oglądających zdjęcia tak, że za sam wyraz twarzy powinnam wylądować w Azkabanie. Nie było mnie na fotografii i Syriusz wściekał się o to przez resztę miesiąca.
Praca dla Zakonu była zdecydowanie wyczerpująca psychicznie. Z całą gwałtownością uświadomiono mi, że ode mnie zależy życie po drugiej stronie dwustronnego lusterka. Od tego, jak szybko ocenię zagrożenie, zależało bardzo wiele. Nie byłam bohaterką i nie byłam nieomylna. Byłam tylko Krukonką, umiejącą kalkulować na chłodno. Straciłam Caradoca Dearborna, ponieważ nie umiałam go ostrzec na czas. Śmierciożercy zjawili się znikąd. Nie miałam czasu na reakcję.
Przeżyłam to ciężko. To był ten moment, w którym zwróciłam się do Syriusza po pomoc. A on mi pomógł, najlepiej jak umiał - spijając niemal do nieprzytomności i biorąc na wariacką przejażdżkę swoim latającym motocyklem. Potem zabrał mnie do siebie, aż do Londynu, i to była dzika noc. Gdyby nie jego doskonała znajomość zaklęć zapobiegających kacowi, nie dowlekłabym się rano do kwatery.
Obudziłam się z lekkim tylko bólem głowy. W niedużym mieszkaniu Łapy pachniało mocną kawą. Samego Syriusza nie widziałam w okolicy, za to z małej kuchni dokładnie słyszałam pogwizdywanie i szczęk talerzyków. Rozejrzałam się dookoła. Koszula Łapy wisiała, zachęcająco przerzucona przez oparcie krzesła. Zaśmiałam się ze zmęczeniem, narzucając koszulę na siebie. To takie… banalne…
- Nie mów, że nauczyłeś się gotować. - powiedziałam, wchodząc do kuchni. Syriusz rzucił mi spojrzenie przez ramię. Nie spodziewałam się, że będzie ubrany, i miałam rację - z bioder zwisały mu tylko rozdeptane, wymięte spodnie od piżamy.
- Lily nauczyła mnie kilku zaklęć. - powiedział jakby z zakłopotaniem, wręczając mi kubek z mocno pachnącą kawą.
- Mieszkają razem z Jamesem? - zaciekawiłam się mimochodem.
- Tak. Rodzice Jamesa i rodzice Lily złożyli się na nieduże mieszkanie dla nich. Peter mieszka z matką gdzieś w Yorkshire, mało się Szczurowaty udziela, ale może i dobrze…
Pokiwałam głową. O Remusa nie pytałam. Wiedziałam, że często sypia w kwaterze. W końcu robiłam mu śniadania z kawą prawie tak często, jak sobie. Jednak nie rozmawialiśmy zbyt dużo - on zaraz leciał, ja zaraz uciekałam do swojego biura, do moich ludzi w terenie i zestawu dwustronnych lusterek.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że nigdy nie miałam pod opieką dawnych Huncwotów. Że nie dostawałam od nich pism ani raportów. Spojrzałam na Syriusza znad kubka - właśnie usiłował uratować jajecznicę, jednocześnie smarując tosty masłem. Westchnęłam i zabrałam mu patelnię.
- Gdzie masz talerze?
- Tam, w szafce. - oblizał palce.
- Czy wy odpowiadacie bezpośrednio przed Dumbledore’em? - zapytałam wprost, nakładając jajecznicę na talerze. Machnęłam różdżką w stronę czajnika, który wydobył z siebie wściekły gwizd.
- Tak. - odparł Black krótko.
- Okej. - powiedziałam, by wiedział, że nie zamierzam wypytywać. - Nie utnij sobie palca.
Machnął na mnie tępym nożem do masła i ruchem różdżki posłał talerz z tostami na stół. Usiedliśmy. Rozejrzałam się po kuchni - jasnej, ale niewątpliwie kawalerskiej. Była maleńka, mieściło się tu kilka szafek, mała lodówka, kuchenka i stół o trzech krzesłach, a żeby coś przestawić z blatu na stół, wystarczyło zrobić obrót. Na dodatek Łapa, delikatnie mówiąc, nie był pedantem. Nie zamierzałam jednak machać różdżką i sprzątać - wystarczająco dużo wysiłku wkładałam w utrzymanie jakiego takiego porządku w kwaterze.
- Ładnie mieszkasz. - mruknęłam.
- Dzięki. Przynajmniej nie muszę w panice szukać łóżka…
Urwał.
- Przepraszam. - mruknął i zapchał się tostem.
- Nie szkodzi. - powiedziałam sztywno. Wraz z trzeźwością uruchomił mi się łańcuch skojarzeń, wiodący prosto do Dearborna. Nie byłam stuprocentowo pewna, co się stało - jego lusterko się stłukło - ale nie miałam wielkich nadziei, że przeżył. Jajecznica momentalnie straciła smak, a tost zmienił się w tekturę. Zmusiłam się jednak do dokończenia porcji i zaraz wsadziłam nos w kubek z kawą.
- Ty i Dearborn… coś… - zaczął Łapa i znów urwał.
- Nie. - opuściłam oczy. - Skądże. Po prostu… nie wiesz, jak to wygląda z mojej strony. Jedyne, co mam w biurze, to lusterko. Ulepszone tak, że nie trzeba w nie patrzeć… wystarczy zaklęcie aktywujące… I nie mogę zrobić nic. Ty, gdybyś tam był, mógłbyś biec, mógłbyś czarować, mógłbyś zrobić cokolwiek. Krzyczeć, by zwrócić na siebie uwagę. A ja mogę tylko siedzieć i słuchać.
Głos mi się złamał. Syriusz zerwał się i przytulił mnie mocno. Nie rozpłakałam się - wystarczająco dużo łez wlałam wczoraj do whisky.
- Możesz zostać parę dni, jeśli chcesz. - powiedział Black niezbyt pewnym głosem.
- Nie, dzięki. - smarknęłam. - Twoja laska na pewno będzie zazdrosna.
- Ja nie…
- Och, daj spokój. - odsunęłam się nieco. - Nie wmówisz mi, że biała szczotka w różyczki jest twoja. Albo że kubek z napisem „Najlepszy facet pod słońcem” dostałeś od Pottera. Ostatni raz była u ciebie najdalej wczoraj. Bo chyba nie ty używasz perfum o zapachu bzu, co?
- Kurwa mać, Cass. - warknął Black ze złością. - Dałabyś spokój z tą analizą!
- A ty mogłeś mi od razu powiedzieć, a nie usiłujesz kłamać. - powiedziałam zimno. - Naprawdę myślałeś, że nie zauważę? Dzięki za kolację ze śniadaniem. - wstałam i włożyłam naczynia do zlewu.
Syriusz miał dziwaczną minę. Stał nieruchomo na tle okna, twarz miał pozbawioną wyrazu. Zauważyłam, że jakby zmizerniał. Twarz miał szczuplejszą, pod oczami lekkie cienie, włosy zdecydowanie dłuższe niż pamiętałam. W podbrzuszu poczułam nagły skurcz. Co jest w obrazie bohatera po bitwie, że tak działa na kobiety? Nagle ogarnęła mnie ochota rzucić mu się na szyję i zmiażdżyć wargi pocałunkami.
Byłam Krukonką. Nie zrobiłam nic z tych rzeczy. Odwróciłam się i poszłam się ubrać.
- Cassandra, pozwól zadać sobie pytanie. - dobiegło z kuchni. - Kiedy byliśmy w szóstej klasie. Było ci ze mną źle?
Zapięłam stanik i włożyłam sweter. Wróciłam do kuchni boso, dopinając spodnie. Spojrzałam Syriuszowi w oczy.
- Nie. - powiedziałam spokojnie. - Nie było źle. Ale nie było wystarczająco dobrze, bym chciała to ciągnąć. Ja cię lubię, Łapa, naprawdę. Tyle, że nic poza tym.
Wróciłam do pokoju. Odszukałam torbę i buty. Ponownie minęłam Syriusza, wciąż stojącego bez ruchu w kuchni.
- Dzięki za pomoc. - mruknęłam. - Do zobaczenia.
*
- Straciłam McKinnonów. - powiedziałam martwo do lusterka, w którym błyszczały niebieskie oczy Albusa Dumbledore’a. - Dave zaalarmował mnie o drugiej w nocy. Zanim zdołałam kogoś posłać, już było po wszystkim. Marlene, Andrew i Emily… ale wiem, kto…
- Och, Cassandro. - odkąd skończyłam szkołę, dyrektor nie nazywał mnie „panną Bennet”. - Tak mi przykro… Niedobrze. Na dodatek nic nie słyszałem od Syriusza… Nie wiesz, co się u niego dzieje?
Poczułam ścisk w gardle.
- Nie. - wydusiłam. - Nic nie wiem. Zapytam Remusa, jak przyjdzie.
Dyrektor pokiwał głową i rozłączył się. Ukryłam twarz w dłoniach, stukając czołem w biurko. Pozwoliłam sobie na minutę histerycznego płaczu, zanim mi przerwał rumor gdzieś w korytarzu. Zerwałam się, łapiąc za różdżkę, wypadłam do przedpokoju.
- Stół, Cass! - rzucił James. Na ułamek sekundy zamarłam, wpatrując się w wyraźnie słaniającego się na nogach Syriusza, którego podpierali z obu stron Potter i Lupin. Potem rzuciłam się do kuchni. Dwoma machnięciami różdżki oczyściłam stół z leżących talerzy i serwetek, pojemników po żarciu na wynos i pudełek po pizzy.
- Accio lusterko Migueli! - machnęłam wściekle różdżką. Złapałam lusterko w locie, podczas gdy Potter i Lupin kładli Syriusza na stole. - Miguela Sanchez! - rzuciłam w taflę. - No dawaj, kurwa, szybciej!
- Cass, co jest? - w lusterku pojawiła się twarz mojej dawnej współlokatorki.
- Sytuacja trzynasta. - rzuciłam. - Masz minutę.
Sytuacja trzynasta: mamy rannego, ale nie bardzo wiemy, co mu jest. Miguela zjawiła się po trzydziestu sekundach i od razu rzuciła do akcji. Odsunęłam się pod samą ścianę, odciągając również Jamesa. Remus był spokojniejszy, mógł się Migueli przydać. Tkwiliśmy z Rogaczem pod ścianą. Wbijałam mu paznokcie głęboko w ramię, ale zdawał się tego nie widzieć.
- Co się stało? - zapytałam szeptem.
- Napadła nas banda… - powiedział James zdławionym głosem. - Chyba się nas nie spodziewali, było ich tylko czterech. Daliśmy sobie radę, ale Syriusza czymś trafili…
- Bardzo mocne Diffindo. - poinformowała nas Miguela przez ramię. - Stracił mnóstwo krwi, ale się wyliże. Nic mu nie będzie. Zrobię mu opatrunek, podam eliksir uzupełniający krew, zostawię też trochę na wszelki wypadek, na później. Remus, w torbie mam bandaże, podaj mi je… Cass, jakbyś mogła zrobić kawę, jestem w połowie dyżuru, a kawa na oddziale to chyba gnomie siki.
Pokiwałam głową i wzięłam się do organizowania niezbędnej dawki kofeiny. James próbował pomagać, ale tak często oglądał się na Miguelę, leżącego na stole nieprzytomnego Łapę i bladego jak śmierć Remusa, że kazałam mu usiąść, zanim potłucze wszystkie kubki.
- Połóżcie go gdzieś. - powiedziała Miguela po jakichś dwudziestu minutach. Syriusz był już opatrzony, zawinięty w ciasny gorset bandaży - Miguela była otwarta na mugolskie sposoby leczenia, może wolniejsze, ale w pewnych przypadkach lepsze dla bojowników o wolność. Remus i James położyli go w „pokoju do chorowania”. Miguela łyknęła kawę jak bocian żabę i poleciała.
Usiadłam ciężko za stołem, ściskając palcami skronie. To za dużo jak na raz. Najpierw Bonesowie, teraz Syriusz. James był blady, jakby zobaczył ducha, Remus wyglądał jak trup, który zapomniał o własnym pogrzebie. Mechanicznymi ruchami popijali mocną jak szatan kawę. Po chwili wstałam i wróciłam do swoich lusterek, rozłożonych w rzędach na biurku, każde podpisane. Odłożyłam na właściwe miejsce lusterko Migueli. Siedziałam i patrzyłam na nie martwo. Chwilowo nikogo nie miałam w terenie, powinnam wziąć się w garść, czytać dla Dumbledore’a. Na to byłam jednak zbyt rozbita.
- Cass… - w moim progu pojawił się James. - Ja będę leciał… nie chcę zostawiać Lily samej.
- Jasne, Potter. - zmusiłam się do uśmiechu. Potem coś przyszło mi do głowy. Otworzyłam szufladę, wygrzebałam z niej zestaw nieaktywowanych lusterek. Rzuciłam serię odpowiednich zaklęć i wręczyłam jedno z lusterek Potterowi. - Masz. - powiedziałam stanowczo. - Nie chcę was więcej mieć w terenie bez nadzoru. Chociaż żebym wiedziała, co się z wami dzieje. Jasne?
- Jasne. - zasalutował mi lusterkiem. - Dzięki, Bennet.
- Do usług. Pozdrów Lily ode mnie.
James obrócił się, jakby chciał odejść, ale spojrzał jeszcze na mnie. Wyraźnie bił się z myślami przez chwilę. Wreszcie podjął decyzję i uśmiechnął się szeroko.
- Trzydziestego września bierzemy z Lily ślub. - powiedział. - Wpadnij.
Otworzyłam usta.
- Och. - powiedziałam. - Jasne. Dzięki, James.
*
W nocy obudził mnie cichy jęk. Miesiące spania w towarzystwie lusterek, mogących uaktywnić się w każdej chwili, dały mi bardzo lekki sen. W momencie byłam przytomna, złapałam za różdżkę i pobiegłam do „pokoju chorowania”. Syriusz siedział, wyprostowany sztywno, na jednym z łóżek. Na mój widok odetchnął z ulgą.
- Nieźle mnie zdmuchnęło. - powiedział, macając dookoła w poszukiwaniu różdżki. Znalazł ją pod poduszką i wyraźnie mu ulżyło. Zaklęciem odpalił lampkę, wiszącą mu nad głową, w jej świetle dokładnie obmacał sobie żebra. - Kto?
- Miguela Sanchez. - poinformowałam go. - Jak się czujesz? Jakieś zawroty głowy? Jesteś głodny?
- Coś bym zjadł. - przyznał ostrożnie. - Łazienka nie zmieniła miejsca pobytu od mojej ostatniej wizyty?
- Nie. - uśmiechnęłam się lekko. Ostatni raz Syriusz był w kwaterze niedługo po urządzeniu jej, jakoś w lipcu. Teraz sierpień dobiegał końca. Łazienka jeszcze nie zdążyła migrować. Syriusz powlókł się w jej stronę, a ja powędrowałam do kuchni, sprzątniętej przez Remusa. W lodówce było trochę sera, z szafki wydobyłam chleb i mleko. Uchowało się nawet pudełko miodowych płatków. Super. Nie ma to jak obżeranie się o trzeciej nad ranem. Przygotowałam kilka kanapek i podgrzałam mleko. Syriusz pojawił się po kilkunastu minutach.
- Nikt inny nie bunkruje? - zapytał zdawkowym tonem, opadając na krzesło.
- Nie, Remus powiedział, że pojedzie ogarnąć ci mieszkanie w ramach odreagowywania, pewnie tam już zostanie. Już się chyba zdarzało. Tak to powiedział, jakby to nie był pierwszy raz.
- Taa. - Syriusz zaśmiał się krótko i szczekliwie. - Parę razy bunkrował u mnie na kanapie, teraz pewnie też uniesie się honorem zamiast po ludzku walnąć o wyro.
- A ta twoja dziewczyna?
- Stara historia. - powiedział lekceważącym tonem. Kiwnęłam głową, sypiąc płatki do miski. Syriusz wziął się do kanapek. W imbryku była odrobina herbaty, którą odgrzał sobie samodzielnie za pomocą Relashio. Siedzieliśmy w ciszy. Ja byłam senna. Ciepłe mleko ze słodkimi płatkami rozgrzało mnie dokumentnie, skleiło powieki, zaciążyło w głowie. Jak ja jutro się obudzę, przemknęło mi przez myśl.
- Nie masz tu nic mocniejszego? - zapytał nagle Łapa. Ocknęłam się nieco.
- Raczej nie. - wymamrotałam. Nawet jak ktoś coś przynosił, błyskawicznie się kończyło.
Syriusz położył mi dłoń na nadgarstku. Spojrzałam na to, ale nie cofnęłam ręki. Delikatna pieszczota była przyjemna w taki niewinny, słodki sposób. Zamknęłam oczy, opuszczając głowę. Łapa kciukiem gładził żyłki po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka. Ten dotyk czułam aż w łokciu. Uciekło mi krótkie, rozmarzone westchnienie.
- Cass, dajmy sobie szansę. - usłyszałam. Otworzyłam gwałtownie oczy i cofnęłam dłoń.
- Serio? - syknęłam. - Teraz z tym wyskakujesz? - wstałam.
- Tak. - odpowiedział warknięciem. - Rogacz się hajta, Frank tuż po szkole zaobrączkował Alice, Mary się hajtnęła w tamtym tygodniu, a nawet ci, co się nie żenią, mają kogoś na stałe. Tylko ja i Remus, dwaj samotni, jak te pierdolone psy… Czy to źle, że chcę czegoś, czego mogę się złapać?
Milczałam. Ja łapałam się lusterek i książek, studiów nad Voldemortem, rozmów z dyrektorem, podczas których referowałam wyniki, okazjonalnego biegania po mieście w celu rozruszania mięśni i utrzymania się w jakiej takiej kondycji. Ale fakt, czego mógł się chwytać Łapa? Bójek? Alkoholu, nie daj Merlinie prochów, przygodnych znajomości? Remus przynajmniej umiał zanurzyć się w lekturze, wyciszał się w całkowicie bezpieczny sposób. Syriusza nie podejrzewałam o takie umiejętności.
- Cass, powiedz coś.
- Nie będę z tobą z litości. - powiedziałam, skoro mi kazał. - Zbyt cię lubię i szanuję, żeby tak kłamać. Bo ja cię nie kocham, Black. Tak zwyczajnie. Nigdy się nie przyjaźniliśmy specjalnie blisko, poza tym epizodem w szóstej i paroma miesiącami w siódmej klasie. I teraz mi nagle wyskakujesz…
Zamknął mi usta pocałunkiem. Odepchnęłam go lekko, ale stanowczo.
- Robisz dramat. - powiedziałam sucho. - Weź się w garść i przestań. Pogódź się z tym, że jestem prawdopodobnie jedyną kobietą, która nigdy nie rzuci ci się do nóg z tekstem „kochaj mnie, chcę być twoja”. Pewnie dlatego się upierasz.
- Za dużo gadasz, Cass. - powiedział ze złością.
- Nie wiesz, kiedy „nie” znaczy „nie”. - odpowiedziałam spokojnie. - Zgaś światło, jak będziesz szedł spać.
Poszłam do swojego pokoju i odruchowo rzuciłam okiem na lusterka. Żadne nie błyskało alarmowo, nie przegapiłam niczego - to była tak zwana cicha noc. Świetnie. Wsunęłam się pod kołdrę. Po kilkunastu sekundach wstałam i rzuciłam na drzwi Colloportusa. Nie dla faktycznego odcięcia się, raczej dla zamanifestowania postawy. Położyłam się z powrotem, ale nie zasnęłam już do rana.
*
Sierpień minął bez wstrząsów. Potter kilka razy lusterkował, zdarzyło mi się nawet porozmawiać z Lily. Remus odnosił się do mnie nieco chłodniej; widać Black podzielił się z kumplami naszą małą rozmową o trzeciej nad ranem. Syriusz się nie pojawiał w mojej okolicy, widać wziął sobie ową rozmowę do serca. Spotkaliśmy się dopiero na ślubie Jamesa i Lily. Syriusz oczywiście świadkował Rogaczowi, za Lily czaiła się jakaś śliczna dziewczyna, której imienia nie potrafiłam sobie przypomnieć. Ślub był piękny, łzy polały się strumieniami, a panna młoda wyglądała wręcz bajecznie. James puchł z dumy i szczęścia, i przysięgłabym, że nawet w jego oczach coś podejrzanie błyszczało.
Ceremonię i wesele młodzi urządzili w sporym domu rodziców Jamesa. Wrzesień był dziwnie ciepły, dlatego dość szybko rozbawione towarzystwo przeniosło się częściowo do ogrodu. Nie wiem, kto odpowiadał za alkohole, ale z ilości butelek sądząc, był to Syriusz. Nie było ekstrawagancji, nie pozwalały na to dzikie czasy. Ale przyjęcie było całkiem udane. Skoro ja tak mówię, musiało to być prawdą.
Syriusz przysiadł się do mnie podczas posiłku. Był tak zadowolony z siebie, aż promieniał, a w eleganckiej szacie wyglądał jak z żurnala. Nie próbował zagajać rozmowy na poważne tematy, jakiś czas mówiliśmy o pierdołach. Łapa cieszył się ze względu na młodych Potterów, ale słyszałam w jego głosie dużo zmartwienia. W sumie się nie dziwiłam. To były dziwne dni, podczas których my, czarodzieje, przeżywaliśmy wojnę, a mugole nie bardzo wiedziały, że coś się święci.
Orkiestra zaczęła grać. Na mojej flance zjawił się rozbawiony Remus - musiał już sobie trochę wypić z panem młodym, widziałam sama, jak opróżnili butelkę Ognistej - i zaprosił mnie do tańca. Zgodziłam się, sama odrobinę rozruszana mugolską wódką, którą opiekował się Syriusz. Z parkietu zdążyłam zauważyć, jak na moje miejsce siada Benjy Fenwick i razem z Blackiem mordują kolejne kieliszki. Nie wyglądało to dobrze. Ale takie czasy.
Nie spodziewałam się, że Remus umie tańczyć. Radził sobie jednak całkiem nieźle. Jakoś w połowie piosenki trafiliśmy na Jamesa i Lily, roześmianych, zapatrzonych w siebie. Remus puknął Rogacza w ramię.
- Zmiana partnerek? - zasugerował, uśmiechając się wilczo.
- Jasne. - zgodził się Potter i złapał mnie wpół. - Tylko mi jej nie zdeptaj!
Remus coś odkrzyknął, ale już nie usłyszałam, co. James nachylił się do mojego ucha i szeptał przez chwilę.
- Nie wiem, czy da się zrobić. - przyznałam, zastanowiwszy się. - Nie obiecuję, Potter, ale poszukam. Gratulacje, tak w ogóle.
- No, dzięki. - zaśmiał się pan młody, promieniejący szczęściem tak, że słońce nie było potrzebne. Wygłupialiśmy się przez chwilę - Rogacz chyba nie potrafił tańczyć na poważnie - wreszcie piosenka się skończyła i wróciłam do stolika. Benjy wciąż siedział na moim miejscu, ale wyglądał już na solidnie sponiewieranego. Po dwóch godzinach! Co za człowiek. Syriusz za to miał tylko odrobinkę mętne spojrzenie. Usiadłam i zajrzałam do butelki, stojącej między nim a Fenwickiem.
- Zero siedem mugolskiej wódki. - pokiwałam głową. - No, brawo.
- Polskiej. - Syriusz wyszczerzył się szeroko. - Chciałem załatwić ruską, ale się nie udało.
- Przysuń mi ziemniaki, jeśli możesz.
- James cię pytał, jak rozumiem?
- Widziałeś?
- Też. I masz taki zamyślony wyraz twarzy. Co myślisz?
- No, wiesz. - nałożyłam sobie ziemniaków na talerz i rozejrzałam za jakimś kotletem. - Owszem, słyszałam o tym zaklęciu, ale musiałabym je wygrzebać, może odtworzyć, może się nie udać w ogóle. Poszukam. Nawet jeśli ja czegoś nie znajdę, dyrektor na pewno… O ile zawężę mu księgozbiór, oczywiście.
- Jasne.
Huncwoci nigdy pytali, co ja właściwie robię dla dyrektora. Ale te dwa słowa dobrze oddawały istotę sprawy: zawężanie księgozbioru. Przedzierałam się przez tomy, które dyrektor mi wskazał, zaznaczałam i wysyłałam dyrektorowi ustępy, które uznałam za relewantne. Pracowałam nad zaklęciami ochronnymi dla „zakonników”, ale tutaj miałam sukcesy bardzo mizerne. Odtwarzałam stare formuły, wspierając się mugolskimi i czarodziejskimi podręcznikami językoznawczymi, wygrzebywanymi po antykwariatach zarówno magicznego, jak i mugolskiego Cardiff. Czytałam mnóstwo tekstów… i właściwie powinnam znów nosić okulary.
Syriusz wygrzebał z kieszeni paczkę całkowicie mugolskich papierosów.
- Idę na spacerek. - oznajmił. - Potowarzyszysz mi?
Westchnęłam, wpychając do ust ostatniego ziemniaka, łyknęłam wina i kiwnęłam głową. W pokoju było nieco duszno, orkiestra grała odrobinę za głośno, a ja miałam za sobą cały dzień ślęczenia nad zakurzonymi tomami. Przyda mi się trochę powietrza. Wyszliśmy więc razem, nie do ogrodu, ale na ulicę. Potterowie zabezpieczyli dom zaklęciami wygłuszającymi, żeby nie ściągać na siebie uwagi sąsiadów, i było tu znacznie ciszej, chociaż nie zupełnie cicho.
Łapa odpalił papierosa i zaciągnął się, przymykając oczy.
- Ach, mugolskie wynalazki. - wymruczał z zadowoleniem, siadając na płocie. Zaczęłam truchtać obok niego, dwa kroki w lewo, dwa kroki w prawo. Nosiło mnie, delikatnie mówiąc. W piersi czułam ucisk, w głowie dziwaczną lekkość, nie mającą nic wspólnego z wypitymi trzema kieliszkami wina. Denerwowałam się, zupełnie bez powodu. Syriusz dramatycznie wypalał papierosa, upozowany na tle domu Potterów, ze wzrokiem wlepionym w rozgwieżdżone niebo.
- Cass…
- Słucham.
- Masz ochotę na przejażdżkę?
Przez kilka chwil analizowałam Syriusza, gapiąc się na niego uważnie. Nonszalancja w głosie, zupełnie jakby dopiero teraz o tym pomyślał, papieros tkwiący romantycznie w kąciku ust, pozycja zblazowanego chłopca, długie włosy ujarzmione w ten dziki sposób, wymagający kilkunastu chwil przed lustrem. Niezaplanowane, no jasne. Łóżko pewnie też już znalazł. Domyślałam się, skąd mu się bierze ten ośli upór ku mojej osobie. Nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, lecz by gonić go, czy jakoś tak. Może to było okrutne, ale co, miałam sama siebie oszukiwać? I jego przy okazji?
Poza tym, Łapa nie był przyzwyczajony do zajmowania drugiego planu. A ja zwyczajnie nie miałabym dla niego czasu, między książkami dla Dumbledore’a a lusterkami. Jedyne romanse, na jakie sobie pozwalałam, były krótkie, jednonocne, po których wracałam do kwatery i znów tkwiłam nad lusterkami, przerzucając nieco lepkie kartki kolejnych tomów. Życie w ciągłym stanie alarmowym było dostatecznie męczące bez absorbującej obecności Syriusza.
Gdybym się zgodziła, mógłby to przyjąć za zgodę na coś więcej niż przejażdżkę i pośpieszny seks w jakimś zakątku. Gdybym odmówiła, mógłby uznać to za typową dla mnie odmianę flirtu, sygnał w typie „musisz postarać się bardziej, Black”. Ogarnęło mnie wrażenie, że igram z ogniem. Ciężar, leżący mi na piersi, jakby wzrósł. Więc o to chodziło? Rzadkie przebłyski magicznej intuicji?
Myśli nie chciały się składać, wirowały mi w głowie jak pióra na wietrze. Otworzyłam usta i z opresji wybawił mnie Benjy.
- Blaaaaack…! - ryknął Ślizgon, otwierając drzwi i o mało nie wypadając na ścieżkę. - Gdzieś polazł, cholera jasna, wódka paruje na stole, a jego nie ma…
Syriusz zrobił gwałtowny ruch i prawie zleciał z płotu. Rzucił mi dziwne spojrzenie, na które odpowiedziałam uniesieniem brwi.
- Trzymaj się tej myśli. - powiedział Black niby lekceważąco, ale z pewną determinacją w głosie. Benjy właśnie chwiał się przy krzewie róży, bełkocąc coś pod nosem. Łapa poszedł do niego, zostawiając mnie przy furtce, i zabrał Fenwicka do środka. Nie obejrzał się, co mi nawet pasowało. Sięgnęłam do torby i wyjęłam ręczne okrągłe lusterko. Przyjrzałam mu się uważnie - nic, tylko moja własna, nieco zmęczona twarz. Świetnie. Lusterko zostało sprzężone z tymi, które zostawiłam w kwaterze. Przy rzucaniu zaklęć musiał mi pomóc Remus - sama nie dałam rady, chociaż przecież zaprojektowałam tę siatkę. Bycie urodzonym teoretykiem czasami mnie bardzo denerwowało.
Wróciłam do domu. Ściana dźwięku walnęła mnie tak, że się zachwiałam. Orkiestra przeskoczyła na mugolskie utwory z każdego stylu, jaki tylko wymyślił człowiek. Na środku parkietu Lily wykręcała piruety pod okiem Pottera seniora, obok James statecznie obtańcowywał swoją matkę. Rodziców Lily nie było na horyzoncie. Zastanowiwszy się poważniej uznałam, że w ogóle nie zauważyłam państwa Evans. Względy bezpieczeństwa? Nie wiem.
Zresztą, co mi tam.
Wyłowiłam z tłumu Remusa. Siedział obok Pettigrew i śmiali się z czegoś. Nie podeszłam. Wyglądali na zajętych jakąś rozmową, z której nie zrozumiałabym większości żartów; zapewne obrabiali tyłek Potterowi. Przysiadłam na swoim dawnym miejscu. Pucharek do wina, poplamiony moją szminką, wciąż stał na swoim miejscu. Przyjrzałam się naczyniu z głębokim namysłem. Sięgnęłam po różdżkę.
- Aguamenti. - zasugerowałam, dźgając szkło końcem różdżki. Puchar usłużnie napełnił się wodą. Spróbowałam, z rozsądną ostrożnością - woda smakowała wodą, tylko jakoś tak nijako. Jak kilka razy przegotowana i wystudzona. Typowe. Wyczarowane jedzenie było zarówno mniej smaczne, jak i dużo mniej pożywne. Dało się zaklęciami zaspokoić apetyt z gatunku „coś mi się chce”, ale nic poza tym.
Siedziałam tak sobie, patrząc na tańczących i obliczając, kiedy będę mogła się zmyć, żeby nikt nie wziął tego za nietakt.
Nieco żenujące oczepiny minęły wśród salw podpitego śmiechu. Lily nadrabiała miną, ale wyraźnie była skrępowana. Kiedy wreszcie dokonano niezbędnych rytuałów, które były zabawne tylko dla podpitych wujaszków o dużych brzuchach, Lily przysiadła obok mnie. Jej policzki wciąż pokrywał lekki rumieniec.
- Zdrowie młodej pary… - litościwie nalałam Lily wódki do najbliższego kieliszka. Wychyliła na raz i otrząsnęła się.
- Dzięki. - przyjrzała mi się uważnie. Widziałam, jak szuka w głowie mojego imienia.
- Cassie Bennet. - podpowiedziałam usłużnie.
- O. - odparła ostrożnie. - To ja cię znam?
Uśmiechnęłam się lekko.
- Twój mąż mnie zna. - powiedziałam, nie zamierzając jej uświadamiać, że tak, w zasadzie się znamy, w końcu Dumbledore nalegał na wyjścia integracyjne dla rekrutów Zakonu, jeszcze w Hogwarcie.
- Ach, wiem. - Lily uśmiechnęła się nagle. - Dziewczyna, za którą szaleje Łapa.
Brzdęk.
Przewrócony puchar wolno rozlewał wino na biały obrus. Lily spojrzała na to z lekko uniesioną brwią, potem znów na mnie. Musiałam wyglądać jak spetryfikowana; panna młoda wychyliła się lekko i pomachała mi dłonią przed oczami.
- Cassie? - zapytała niepewnie.
- Powiedziałaś: szaleje? - upewniłam się płaskim tonem. Wzruszyła ramionami.
- Tak mówił James… śmiał się, że powtórka z rozrywki i że wreszcie wie, jak męczył kumpli moją osobą…
Zaklęłam. Lily uśmiechnęła się wyrozumiale i postawiła wywrócony puchar z powrotem na stole.
- Przepraszam za obrus. - wymamrotałam.
- Spokojnie. - Lily machnęła ręką. - Zejdzie. A Łapie przejdzie, prędzej czy później.
- Jamesowi przeszło? - zapytałam zgryźliwie.
- James to co innego. - powiedziała Lily jakby z lekką urazą. Poklepała mnie po ręce. - Łapa to fajny facet…
- Lily, daruj, ale mam dość dyskretnego swatania w wykonaniu Remusa. - zgasiłam ją. - Ja wiem, że Łapa to fajny facet. Poza tym, że powoli zbliża się do alkoholizmu, za dużo pali, ma niebezpieczną manierę wsiadania na motor po piwie i z tego, co słyszałam, gdzie największa rozróba, tam i on.
- Jest samotny.
- Ja też… - zaczęłam z myślą, że to żaden argument.
- No więc widzisz!
Kurde, dałam się podejść. Nic, że nie dała mi dokończyć. Powoli wciągnęłam powietrze do płuc, przytrzymałam przez moment i równie powoli wypuściłam. Zamknęłam oczy i policzyłam do pięciu. Kiedy ponownie spojrzałam na Lily, patrzyła na mnie z wyrozumiałym uśmiechem. Dopiero teraz zauważyłam, że jest naprawdę ładna - miała gładką, jasną cerę, na nosie kilka uroczych piegów, oczy zielone, przyjemnie kontrastujące z rudymi brwiami i kaskadą rudych loków. Była drobna, ale silna, w białej sukience wyglądała jak księżniczka z bajki.
- Wiem, że próbowałaś. - powiedziała, uśmiechając się oślepiająco. - Ale wtedy oboje byliście jeszcze smarkacze. Daj mu drugą szansę. Każdy na nią zasługuje.
- Dajcież wy mi wszyscy święty spokój. - poprosiłam zmęczonym tonem i wstałam. - Świetne przyjęcie, pani Potter, dziękuję za zaproszenie. Gratuluję i życzę szczęścia. Dobranoc.
Lily nie wyglądała na urażoną. Kiedy wychodziłam, czułam na sobie jej kpiące spojrzenie.