Chapter Text
Papiery złożyłam w sekretariatach Departamentu Tajemnic i Departamentu Przestrzegania Prawa dokładnie trzydziestego kwietnia. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się sukcesu, a Dumbledore też raczej nie mógł użyć swoich ewentualnych wpływów, by zapewnić mi tam posadę. Chyba, że „użycie wpływów” polegałoby na zagraniu kartą: moja najzdolniejsza uczennica, na pewno coś jej znajdziecie, popatrzcie tylko na jej wyniki korespondencyjnego kursu z Oklahomą!
Na wszelki wypadek jednak zaczęłam intensywnie szkolić Remusa z użytkowania lusterek i ogólnego wspierania młodych, zdolnych i gniewnych, walczących na pierwszych i drugich liniach frontu. Lunatyk do zadania podszedł z wielką powagą, jak to on, aż zaczęłam się nieco martwić, co też byłemu Huncwotowi chodzi po głowie.
Dopiero w połowie lipca otrzymałam wiadomość z Ministerstwa. Zapraszali mnie na rozmowę w sprawie pracy. Informacje w liście były tak skąpe, że nie miałam pojęcia, do którego departamentu mnie zechcieli chcieć. Wydobyłam jednak z szafy elegancką szatę, odszukałam okulary, by wyglądać bardziej kujonowato niż zwykle i wyczyściłam różdżkę, zakurzoną nieco. Na umówione spotkanie zjawiłam się punktualnie, nieco tylko zdenerwowana, z teczką moich dyplomów pod pachą - większość pochodziła z korespondencyjnego kursu.
W atrium, przy recepcji, czekała na mnie urzędniczka w nijakim kostiumie. Na nosie miała wielkie okulary, a włosy spięła w sztywny kok ozdobiony ołówkiem zamiast szpilki, mimo tego, że wyglądała na wczesną pięćdziesiątkę. Nie zagapiłam się na nią ze zdumieniem - byłam Krukonką, ołówki we włosach widywałam częściej niż ozdobne spinki. Przywitałam się uprzejmie, a ona obrzuciła mnie taksującym spojrzeniem. Oczy miała ciemne, przeszywające, brwi grube, co nadawało jej nieco groźny wygląd. Wreszcie zdecydowała, że poda mi rękę.
- Aneta Simmengton. - powiedziała suchym tonem. - Zapraszam za mną.
Poszłam za panią Simmengton do windy i nawet mało się zdumiałam widząc, który przycisk wciska. Kiedy z windy wyszłyśmy na ciemny, oświetlony biało-niebieskimi latarniami korytarz, czułam tylko miły dreszcz podniecenia. Pani Simmengton szybkim krokiem poprowadziła mnie naprzód, bez wahania i jakby wiedziała, że dotrzymam jej kroku. Drzwi otworzyła dużym, starym kluczem, wprowadziła mnie do dużego, okrągłego pomieszczenia pełnego wielu drzwi i zerknęła badawczo w moją stronę. Zachowałam neutralny wyraz twarzy.
- Nie wydaje się pani zaskoczona. - oznajmiła Aneta Simmengton.
- Sapienti sat. - odparłam spokojnie. Pani Simmengton uśmiechnęła się kątem ust.
- Vide, cui fidas. - powiedziała jakby nieco pytająco.
- Actus hominis non dignitas iudicentur. - odparowałam bez namysłu.
- Brawo. - powiedziawszy to, zatrzasnęła drzwi. Komnata drgnęła, ściana z drzwiami zawirowała, na chwilę straciłam orientację. Czułam się jak na karuzeli. Pani Simmengton wciąż obserwowała mnie uważnie. Ewaluacja musiała wypaść pomyślnie, bo kiedy pokój wreszcie stanął, a ja opanowałam lekkie mdłości, skinęła głową i otworzyła jedne z drzwi za pomocą drugiego klucza.
Fontanna nie była wielka, ale zdecydowanie imponująca. Eliksir ze szmerem wyskakiwał w górę i pióropuszem, lśniącym perłowo w nikłym świetle, opadał w dół, do wielkiego marmurowego basenu w kształcie karcianego symbolu trefl. Para nad nim unosiła się w delikatnych spiralach i rozpraszała na kopule sufitu. Wciągnęłam powietrze w płuca, smakując ostrożnie zapach. Była tam woń starego pergaminu i świeżego atramentu. Przycisnęłam język do podniebienia, zastanawiając się głęboko. Deszcz? Z jakiej paki był tam wyraźny zapach deszczu, mokrej skórzanej kurtki i zalanego ulewą asfaltu?
- Amortencja. - powiedziała Aneta Simmengton. - Obiekt naszych badań. Niektórzy uważają to za najbardziej niebezpieczny eliksir świata. Mają trochę racji.
Pokiwałam głową.
- Pytaliśmy o ciebie tu i tam. - ciągnęła Aneta. - I uważamy, że się nadajesz. Witamy w Departamencie Tajemnic.
*
- Oczywiście. - zaskrzypiał w lusterku głos dyrektora. - Ministerstwo przeprowadziło ze mną rozmowę na twój temat. Jak rozumiem, to normalna procedura w takich sytuacjach.
- A o co pytali? - zaciekawiłam się.
- O zdolność do obiektywnego oceniania sytuacji. - oczy dyrektora błysnęły. - O skłonność do ulegania emocjom. O umiejętność przyswajania wiedzy. Powiedziałem im, że nie stwierdziłem u ciebie nadmiernego subiektywizmu, za to zauważyłem pęd do uczenia się i nigdy w życiu nie kierowałaś się emocjami.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Najwyraźniej to dobrze. - powiedział dyrektor nieprzekonanym tonem. - Mnie osobiście to nieco martwi.
- Dawno ustaliliśmy, że jestem niezdolna do wyższych uczuć, profesorze. - westchnęłam lekko. Nie zamierzałam go uświadamiać, że Aneta przyznała mi się, że to właśnie moja oziębłość emocjonalna załatwiła mi miejsce tam, na dole, przy fontannie z amortencją.
Dyrektor pokiwał wolno głową.
- Myślę, że się jeszcze okaże, czy to klątwa, czy błogosławieństwo.
*
Od tamtej pory dowiedziałam się z pełną wyrazistością, że dwudziestoczterogodzinna doba ma co najmniej trzy godziny zbyt mało. Zrywałam się z materaca przed szóstą, ubierałam się w biegu, kontrolując w przelocie lusterka; do śniadania czytałam literaturę fachową i nadganiałam to, co do nadgonienia zasygnalizowała mi Aneta. W przelocie przekazywałam Remusowi to, co miałam do przekazania i teleportowałam się do Ministerstwa. A tam…
Tam się działy cuda-niewidy.
Większość niewymownych była Krukonami - co mnie absolutnie nie zdumiało. Kilku mnie nawet pamiętało z moich początków w Hogwarcie. Byliśmy bandą lekko zakręconych wariatów, mających fioła na punkcie rozkładania wszechświata na części pierwsze i analizowania wyników. Z trudem odmeldowywałam się po uczciwych ośmiu godzinach pracy, bo chętnie zostawałabym na dłużej. Jednak musiałam zabierać torby papierów i lecieć z powrotem do Cardiff, bo a nuż lusterka bawiły się w dyskotekę, a Remus stracił głowę?
W takim młynie przestałam mieć czas na cokolwiek poza podstawowym ogarnianiem rzeczywistości. Jednak robiłam dobrą robotę, najwyraźniej. Aneta, szefowa sekcji teoretycznej, ufała mi chyba, i miałam wrażenie, że zna Dumbledore’a nieco bliżej niż wymagałaby zawodowa znajomość. Kiedy poczułam się wystarczająco pewnie w swojej nowej pracy, zaczęłam delikatną manipulację w celu uzyskania większego… „pchnięcia” w ministerskich szeregach. Jako ceniony naukowiec miałam swego rodzaju posłuch i fakt, że miałam sporą przerwę w zawodowym życiorysie zdawał się nikomu nie wadzić.
Nikt nie pytał. Aneta zdawała się wiedzieć i rozumieć. Dlatego to ja zapytałam ją wprost pewnego bardzo wczesnego ranka, kiedy byłyśmy jeszcze same w biurze. Uśmiechnęła się kątem ust.
- Dyrektor zwykle sprawnie ocenia ludzi. - powiedziała nawet dość sympatycznie. - A my potencjalnych kandydatów wyłapujemy na bardzo wczesnych etapach nauki. No i nie można powiedzieć, że nie robiłaś po szkole nic przez dwa lata… Badania, jakie przedstawiłaś w papierach, musiały zająć dużo czasu. Rekonstrukcja zaklęć na podstawie przekazów baśniowych? Dziewczyno. Kupiłam to w ciągu pięciu minut. Samo dobranie literatury musiało zająć kilka miesięcy…
- Zajęło. - przyznałam, nie zamierzając dodawać, że sporą część dostałam na tacy od Dumbledore’a, bo potrzebował tych badań. No i że oprócz tego musiałam zająć się kwestią osiągania nieśmiertelności i paroma zapomnianymi przekazami baśniowymi, przez co Baśnie barda Beedle’a znałam na pamięć. W kilkunastu wersjach, od oryginalnej po najnowsze wydanie dziecięce. W pewnym momencie miałam ochotę mordować. Ile można czytać bajki, analizując je słowo po słowie i zastanawiając się, czy ten przecinek tam ma faktycznie być, czy to mucha napstrzyła, bo to by zmieniło sens zdania? Nie polecam. Nawet mój perfekcjonizm naukowy mi nie pomagał.
Aneta poklepała mnie po ramieniu.
- Robisz dobrą robotę i siejesz dobre myśli. - powiedziała. - My tu, w tej naszej piwnicy, w końcu sporo możemy. - obejrzała się przez ramię na wielkie akwarium z mózgami. - A zaszczepienie idei czasem nie wymaga więcej niż kilka słów.
Milczałam.
Po chwili przyszła reszta ekipy objuczona stertą papierów i dzbankiem świeżo parzonej kawy. Aneta powędrowała gdzieś, a ja wolno ruszyłam przez Salę Myśli w stronę Sali Śmierci. Nie przerażała mnie, jak innych. A że mało kto się tam zapuszczał (poza tymi, co musieli), zwykle mogłam usiąść spokojnie na stopniach i napić się kawy w ciszy. Odkąd rozpoczęłam pracę w Departamencie, tęskniłam za ciszą. Szepty zza kurtyny mi nie przeszkadzały. W jakimś sensie, były nawet kojące. Dawały…
Nie wiem.
Nadzieję?
Aneta jednak nie chciała mnie tam przydzielić. Uparcie trzymała mnie w zespole amortencji i myśli, na zmianę, żebym się „nie nudziła za bardzo”. Jednak podejrzewałam, że zespoły zostały dobrane tak, by jak najwięcej wiadomości docierało do moich uszu… z całego Ministerstwa. Żony dwóch z moich kolegów pracowały w Departamencie Przestrzegania Prawa i całkiem sporo udawało się usłyszeć w czasie plotek… a jeszcze więcej dawało się wywnioskować spomiędzy słów, z przerw między zdaniami, z tego, co zostało powiedziane i z tego, co powiedziane zostać nie mogło.
Dopiero po latach przyszło mi do głowy, że to niekoniecznie musiało być trzymanie mnie blisko czegoś. To mogło być trzymanie mnie z daleka od czegoś.
Do ministerialnych dotarło, że coś się święci, i to dotarło na tyle, by ruszyły gorączkowe prace w celu zezwolenia aurorom na więcej swobody. Zakon miał więc jednocześnie łatwiejsze zadania i mniej pola do manewru, jeśli nie chcieliśmy wleźć oficjalnej władzy pod radar - a nie chcieliśmy. Więc z frontu przeszliśmy bardziej… na tyły. A mogliśmy to robić skutecznie ze mną, trzymającą palec na pulsie i ucho przy ziemi. Swobodnie poruszałam się po Ministerstwie, używając przepustki z Departamentu Tajemnic. Zadawałam pozornie przypadkowym ludziom dziwne pytania i z mądrą miną notowałam odpowiedzi. Kiedy ktoś pytał mnie, po cholerę wtykam nos w nieswoje sprawy, odpowiadałam ze spokojem, że to sprawa Departamentu. Po czym serwowałam ostre, zimne spojrzenie znad zsuniętych na czubek nosa okularów.
To zwykle wystarczało.
*
Jakoś pod koniec października gówno wpadło w wentylator. Czarni skądś ściągnęli kilkanaście klanów olbrzymów i złapali nas z ręką w nocniku, tak zajętych biurokratyczną partyzantką, że nie zauważyliśmy gromadnych teleportów w co dalsze obszary kraju. Kiedy dowiedziałam się, że olbrzymy spustoszyły ładny kawałek Szkocji, było już ciut za późno na prewencję. Dumbledore, choć na pozór spokojny jak granit, na chwilę stracił głowę i rzucił do walki, co tylko miał.
Nie skończyło się to dobrze. Zaczęło się od małych potyczek w różnych punktach kraju. Na front poszli nie tylko „nasi”, ale również aurorzy. Po upływie mniej więcej dwóch tygodni staliśmy twarzą w twarz z regularną inwazją. Ja pozostałam w Cardiff, bezsenna i rozdygotana. Bartemiusz Crouch zalegalizował używanie Zakazanych Zaklęć przez aurorów i politykę „bez litości”. Wcześniej wojna toczyła się na pół gwizdka, teraz wybuchła na całego i nikt nie mógł być pewny następnego dnia. Nigdy wcześniej - i nigdy później - się tak nie bałam. O siebie. O ludzi, których nauczyłam się lubić. O tych, którymi się zajmowałam, o których się troszczyłam, których poznawałam w ich najsłabszych chwilach.
Kiedy dowiedziałam się, że widziano Mroczny Znak na przedmieściach Londynu, w okolicy, w której Syriusz miał mieszkanie, nie dałam się zatrzymać. Fabian próbował mnie łapać, ale wyrwałam mu się i jak szalona pognałam przed siebie - teleportacją, metrem, taksówką, wszystkim, czym się dało. Kiedy stanęłam u stóp kamienicy wyglądającej jak po pożarze, musiałam wyglądać strasznie.
Remus też już tam był, blady jak trup. Potterowie właśnie chowali różdżki za pazuchy, a Mroczny Znak nad budynkiem rozwiewał się prędko. Zrobiłam krok w ich stronę, a kolana ugięły się pode mną na widok ciała, okrytego czarnym płaszczem ze skóry. Upadłabym, gdyby nie złapały mnie silne, męskie ręce.
Syriusz postawił mnie na nogi i potrząsnął mną silnie.
- Cassandra! - syknął. Patrzyłam na niego, nie rozumiejąc nic. W głowie, pierwszy raz w życiu, miałam pustkę, myśli zmieniły się w miękką galaretę.
- Cassie? - usłyszałam zza ramienia głos Lily. Gdzieś w oddali zawyła syrena straży pożarowej.
- Zwijamy się. - powiedział ostro Potter. - Lunatyk, pomóż mi. Łapa, zabierzesz dziewczyny gdzieś… nie tutaj?
- Jasne. - wycharczał Black, nie puszczając moich ramion. - Chodź, Lily.
Teleportował nas w jedno z przygotowanych wcześniej miejsc do aportacji dla „zakonników”: na tyły jakiejś mugolskiej knajpy, za śmietniki wypełnione odpadkami i poszukującymi żarcia kotami. Zatoczyłam się i oparłam o ścianę. Syriusz złapał mnie ponownie, zanim walnęłam o ziemię. Lily wyjrzała zza śmietników i rzuciła krótkie Homenum Revelio. Poza gośćmi knajpy i kilkoma przechodniami było pusto.
- Black! - odepchnęłam Syriusza, w momencie odzyskując równowagę. - Cholera jasna! Co to, kurwa, było?
- Zgadnij. - warknął Black. - Czarni się zdarzyli. Wyśledzili mnie do domu. Przyprowadzili szefa, skurwysyny…
- Co?! - wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Normalnie. - wzruszył ramionami. Lily przypatrywała mu się dziwnie. - Nieszczęśliwie, napatoczyła się Dorcas…
- Więc to ona… - powiedziałam wolno. - Tam…
Syriusz skinął głową. Spojrzałam na Lily. Była bardzo blada, ale na policzkach wykwitały jej niezdrowe, mocne rumieńce. Przypomniałam sobie, że to Dorcas świadkowała jej na ślubie z Rogaczem.
- Zabił ją osobiście. - powiedziała głucho żona Jamesa. - Na moich oczach. James złapał mnie i zwiał, teleportował nas na oślep. Potem dopiero wezwał Remusa…
Spojrzałam pytająco na Syriusza. Wzruszył ramionami.
- Też dałem nogę. - wyznał ze złością. - Ich było pięciu, plus szef, a ja sam. Zresztą, nawet w grupie nie miałbym z nimi szans.
- Dlaczego tam byli, w ogóle?
- Pewnie próbowali się czegoś dowiedzieć. - Lily zatarła dygoczące dłonie. - My nie wiemy, kim oni są, ale oni też nie znają naszych nazwisk. Podejrzewają chyba jednak, że mamy… no wiecie. Koordynatora. Mózg w operacji.
Oboje spojrzeli na mnie.
- Weźcie nie pierdolcie. - wściekłam się. - Niemożliwe, żeby mnie szukali u Łapy!
Lily wzruszyła ramionami.
- Cholera wie, skąd oni mają informacje. - powiedziała cicho. - Krety nie mają chyba zbyt dobrego słuchu.
- Mylisz się. - powiedziałam wolno. - Krety mają świetny słuch. Są jednak całkowicie ślepe.
*
Następne dwa miesiące były cięższe niż kiedykolwiek. Moja rola - jakby nie patrzeć - podwójnego agenta w szeregach Ministerstwa zaczynała odbijać się na moim zdrowiu. Bezsenność stała się poważnym problemem, tak samo jak napady nerwicy. Nie dałam się jednak wysłać na święta do Kalifornii. Miałam za dużo do zrobienia tu, na miejscu.
Mechanika Zaklęcia Fideliusa…
Trudna rzecz. Istota zaklęcia polegała na zmianie rzeczywistości u wszystkich poza wtajemniczonymi. Ukrywał coś - lub kogoś - przed rzeczywistością jakby wytrącając to - lub jego (ich?) - z rytmu z resztą świata. Sekret, strzeżony przez ten urok, był nie do wydobycia bez zgody Strażnika Tajemnicy. Mechanizmy zaklęcia były delikatne i skomplikowane, najmniejszy błąd mógł kogoś kosztować rozum lub nawet życie. Jednak do grudnia udało mi się rozpracować wszystko. Dotarłam do szczytu swoich możliwości i przez chwilę czułam pustkę, patrząc w schludnie spisane zaklęcie. Był to mroźny wigilijny poranek. W drzwiach stał Fabian Prewett, ubrany w swoje zwyczajowe wyciągnięte spodnie i niedbale narzuconą szatę. Przyglądał mi się spokojnie, a kubek kawy w jego rękach parował zachęcająco. Uśmiechnęłam się do niego. Odpowiedział typowym dla niego uśmiechem, obejmującym całą twarz.
- Wiesz, Cass… - powiedział, podchodząc i stawiając kubek tuż obok skończonego zaklęcia. Odruchowo złożyłam pergamin i wsunęłam go pod książki. Udał, że nie dostrzegł. - Myślę, że się w tobie zakochałem.
Nie zareagowałam strachem, co pewnie by się stało jeszcze kilka tygodni temu. Uśmiechnęłam się do niego lekko.
- Dziękuję ci, Fabian. - powiedziałam cicho. - Ale daj mi jeszcze trochę czasu. Ja… jeszcze nie jestem w tym miejscu.
- Wiem. - poklepał mnie po ręce. - Widać. Nie martw się. Czasu mamy dość. Zbierasz się do pracy?
- Tak. Dzięki za kawę.
- Zawsze. - nachylił się nad biurkiem i pocałował mnie w czoło. To był ostatni raz, kiedy go widziałam żywego. Wtedy, oczywiście, nie miałam o tym pojęcia. Wypiłam więc kawę, ubrałam się, przetarłam okulary i wsadziłam różdżkę do torby. Do torby powędrowało również kilka książek oraz teczka z Zaklęciem Fideliusa. Jak co dzień od kilku miesięcy wyszłam z kwatery, zostawiając Remusa na posterunku, i teleportowałam się do atrium. W biurze powitała mnie entuzjastyczna Aneta, wcisnęła w ramiona stertę papierów i kazała zrobić analizę do końca dnia.
Z analizy wynikało bardzo niewiele, ale za to mogłam skorzystać z absolutnie bezpiecznego kominka, by porozmawiać z Dumbledore’em i przekazać mu Fideliusa do rąk własnych.
- Dobra robota. - powiedział on wtedy ciepło. - Kiedy będzie po wszystkim, nie wahaj się przypisać sobie zasługi.
Zaśmiałam się grzecznie i wróciłam do pracy. I zasiedziałam się do późna, pochłonięta analizą porównawczą formy A z formą B oraz wymyślaniem czemu tak, a nie inaczej, bo jeśli nie tak, to jak i dlaczego? Nie pochwaliłam się nikomu, że udało mi się doprowadzić do kompletnej, logicznie spójnej i na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka poprawnej rekonstrukcji jednego z najtrudniejszych zaklęć na świecie. Nie musieli wiedzieć. Kiedy gówno wyleci z wentylatora, może się pochwalę swoją rolą. Ale jeśli nie… cóż. Ciekawość zabiła kota, ale to satysfakcja go wskrzesiła. Teleportowałam się z ministerstwa kawałek od kwatery głównej, ponieważ chciałam się przejść. I byłam szczęśliwa, wracając w ten mroźny wigilijny wieczór do domu, a gwiazdy nad Cardiff były tak jasne, jakbym znów miała sześć lat.
Radośnie wbiegłam do kwatery i stanęłam jak wryta w progu. Pachniało krwią i papierosami. Miguela Sanchez stała w korytarzu i paliła. Ciężka smuga dymu wypełzła na korytarz. Otworzyłam usta i zakrztusiłam się dymem. Miguela nie wykonała żadnego ruchu w moją stronę, za to gdzieś ze środka kwatery przyszła Molly Weasley, z domu Prewett, blada jak ściana.
- Molly? - wykrztusiłam.
- Fabian i Gideon nie żyją. - rzuciła Miguela napiętym głosem, strzepując papierosa na podłogę. Zawirowało mi w głowie. Za dużo na raz. Przez myśli przeleciały mi twarze wszystkich, których straciłam (Noble, Bones, McKinnon, Dearborn, Meadowes, Fenwick, o rany, jak wielu jeszcze?!) i poszukałam oparcia, by nie upaść. W pobliżu nie było Syriusza, który mógłby mnie złapać przed upadkiem.
- Walczyli dzielnie. - powiedział Artur Weasley, wynurzając się z kuchni za plecami żony. Na rękach trzymał małego chłopca, drugi, identyczny, plątał się ojcu pod nogami. - Ale nie dali rady pięciu śmierciożercom…
Zignorowałam go i przepchnęłam się do mojego pokoju. Remus siedział przy biurku, kryjąc głowę w rękach.
- Lupin? - odezwałam się chrapliwie.
- To moja wina. - powiedział, a głos mu drżał. - Nie zwróciłem uwagi… nie zobaczyłem… nie wiem. Ale to moja wina.
Podeszłam. Położyłam mu rękę na karku. I staliśmy tak, w ciszy, nasłuchując cichego płaczu z korytarza. Wkrótce do szlochającej Molly dołączył piskliwy duet jej bliźniaków. Nie miałam odwagi tam iść i jakoś… uczestniczyć. Pocieszyć. Nie czułam się w prawie. W końcu, kim ja byłam dla Prewettów? Dla Molly, załamanej? Pewnie nawet nie wiedziała, jak mam na imię. Dlatego stałam przy Remusie, patrząc w okno i pozwalając łzom po prostu płynąć. Nie chciało mi się ich nawet wycierać. Nie byłam w stanie się ruszyć. Remus zebrał się pierwszy - chociaż wydaje mi się, że miał po prostu więcej czasu. Wstał chwiejnie, uścisnął mnie krótko i zaciągnął do kuchni.
Tam panowała regularna żałoba. Wcześniej „zakonnicy” pili, pili na umór, a potem się kłócili. Teraz kilkanaście osób po prostu siedziało wokół stołu i na blatach kuchennych, w tym Potterowie i Longbottomowie. Molly wciąż szlochała, ale nie było w okolicy Artura z bliźniakami; musiał zabrać chłopców gdzieś na ubocze. Remus podszedł do Molly i uścisnął jej ramię. Nie zdobyłam się na podobny gest. Stałam w progu jak wmurowana, wciąż w płaszczu i butach, z wełnianą czapką niedbale wciśniętą na głowę. Nareszcie poczułam ciężar wypchanej papierami torby, zwieszającej mi się z ramienia.
Huknęły drzwi, szybkie kroki zabrzmiały w korytarzu i usłyszałam głos dyrektora.
- Co się stało? - zapytał ostro Dumbledore, odsuwając mnie z drzwi kuchennych.
- Wpadli w zasadzkę. - powiedział głucho Remus. - Wyszli tylko na chwilę. Po jakąś pierdołę. Mieli wrócić do godziny.
- Gdzieś ty wtedy była? - rzucił dyrektor do mnie.
- W pracy! - zareagowałam defensywnie, odruchowo przytulając torbę do piersi. - Musiałam zostać dłużej!
- A gdzie miałaś lusterko?
- Cały czas przy sobie…
- Nie miałem jak jej zawiadomić. - powiedział Remus martwym tonem. - To nie jest wina Cassandry, tylko moja.
- To nie jest niczyja wina. - powiedziała Molly cicho, jednak ściągnęła na siebie wszystkie spojrzenia. Wytarła twarz i spojrzała mi prosto w oczy. Była nieduża, ruda i sympatyczna, o pulchnych policzkach, teraz mokrych od łez, i z dłońmi jakby wiecznie przybrudzonymi mąką. Matka czworga chłopców, która mogła być najdzielniejszą kobietą w całej Brytanii - i w tej chwili właśnie za najdzielniejszą ją uważałam. Gdzie tam ja, bezpieczna za biurkiem (tym czy innym), zakopana w papierach, często zapominająca, gdzie mam różdżkę. Molly Weasley, matka pięciorga, żona i siostra „zakonników”, właśnie dowiedziała się, że jej bracia zginęli. I nie miała tego nikomu za złe.
Chyba właśnie dlatego wybuchnęłam płaczem i tak, przez łzy, szlochy i czknięcia, zaczęłam ją przepraszać. I tak płakałyśmy razem, a reszta po cichu, zawstydzona jakby, wyniosła się z kuchni - z kwatery - stamtąd.
Nie włożyłam żałoby. Nie czułam, że mogę sobie na to pozwolić. Nie dano mi również czasu na przeprocesowanie straty. Niemal w ciągu kilku dni zostałam z powrotem wciągnięta w tę dziwaczną, biurokratyczno-frontową partyzantkę, jaką uprawiał Zakon. Pomogłam ukryć pięć mieszanych rodzin i jedną niemal całkowicie mugolską, w której jedyną osobą magiczną był trzynastolatek. Z premedytacją zabroniłam sobie czuć i w dzień, kiedy byłam zawalona robotą, w miarę się to udawało. Powoli, niemal niezauważalnie, zdobywaliśmy przewagę. Było to widać w statystykach, które prowadziłam na podstawie opowieści „zakonników”. Mogłam myśleć, że jest w tym trochę mojej zasługi. Koordynacja ludzi najwyraźniej przychodziła mi łatwo. Widziałam wzory, a moi podopieczni byli jak kawałki puzzli, które należało właściwie zaaranżować. Takie myślenie ułatwiało sprawę. Tyle, że to wszystko udawało się w dzień.
Noce były złe. Bardzo złe. Myśli, zepchnięte na dalszy plan, wyłaziły uparcie, robiły wyrzuty. Pierwszy raz w życiu - dużo tych pierwszych razów ostatnio - miałam wyrzuty sumienia tak silne i tak długo. Długo w noc leżałam na materacu, wpatrując się w widoczny w oknie kawałek nieba. I żałowałam. Och, jak mocno żałowałam. Dumbledore miał cholerną rację. Ale, z drugiej strony, ja też miałam rację. Mogłam się przecież nie przywiązywać.
Święta z definicji były więc smutne, Nowy Rok niewiele lepszy.
Jednak pod koniec stycznia do kwatery przyszedł Potter, ni to pijany, ni to obłąkany ze szczęścia.
- Lily jest w ciąży. - oznajmił na wstępie, nie przekroczywszy jeszcze progu.
- To miło. - odparłam obojętnie. - Gratulacje. Wiesz, że Alice Longbottom też?
- O! - Potter wyraźnie musiał się na kimś wyładować, bo uściskał mnie, o mało nie odrywając mi głowy. - To przekaż gratulacje.
Wymusiłam na twarzy uśmiech. Potter uściskał mnie jeszcze raz i poszedł się chwalić Lupinowi. Zamknęłam drzwi wejściowe na zamek i Colloportusa, po czym wróciłam do siebie. Miłe wieści. A jednak… nie pasowały mi do świata, w którym żyłam.
Zaraz zbeształam się za tę myśl. Niech się cieszą. Chociaż oni. Może chociaż im uda się przeżyć ten młyn, który był, a czasami jakby go nie było.
