Actions

Work Header

Niewierni nie znają spokoju

Summary:

- Syriusz Black znalazł Harry’ego Pottera.
O mało co nie upuściłam lusterka na podłogę. Momentalnie wytrzeźwiałam. Usiadłam na łóżku i podwinęłam nogi pod siebie.
- No i co? - zapytałam ostrożnie.
- Dużo się stało. - odparł dyrektor spokojnie. - Miałem okazję… zamienić z Syriuszem kilka słów.
- I co? - warknęłam. - Teraz mi pan wierzy?

Chapter Text

Narząd nieużywany zanika. Głoska, której też zaczyna się używać coraz rzadziej, wykazuje podobne tendencje. Słowa zmieniają znaczenia, a nowe wyrazy, teoretycznie udoskonalone, pojawiają się w razie potrzeb. Te, które wraz z postępem cywilizacji przestają mieć częste zastosowanie w codziennych sytuacjach, powoli wypadają z ludzkiej pamięci.
Co to, do jasnej cholery, jest nowin? Bo z kontekstu raczej nie „nowina”…
A dobra, kawałek lasu przygotowany pod karczowanie…
- Ni kupy ni dupy. - mruknęłam. Żaneta Lewis, dłubiąca w zmieniaczu czasu przy biurku obok, uniosła głowę. Od jakiegoś już czasu przygotowywała to delikatne narzędzie „na wszelki wypadek”. Dokładniej rzecz ujmując, odkąd profesor McGonagall wysłała z Hogwartu podanie o przydzielenie zmieniacza jednej z uczennic, która bardzo chciała realizować cały program, jaki szkoła oferowała. Najpierw zgłupiałam, widząc to. Potem zaczęłam się śmiać. Nawet ja nie miałam takich pomysłów swego czasu…
- Mówiłaś coś, szefowo? - zapytała Żaneta niepewnie.
- Nie, nic. - machnęłam ręką, mnąc pergamin i celnym rzutem ciskając nim do kosza. Zafurkotało, gdy kubełek przeżuł łapczywie papier. Zdjęłam okulary, by pomasować nasadę nosa. Coś mi mówiło, że powinnam była się stąd zabrać już jakiś czas temu. Wsunęłam szkła z powrotem na nos i spojrzałam na zegar, wiszący nad biurkiem Żanety.
- Och na litość boską. - jęknęłam, zrywając się. Dochodziła ósma. Robert mnie zabije. Żaneta ze współczuciem obserwowała, jak biegam po biurze, ubierając się i wydając ostatnie polecenia służbowe grupie niewymownych.
Cześć, nazywam się Cassandra Bennet i jestem pracoholiczką.
Wybiegłam z Departamentu Tajemnic i rzuciłam się do windy. Ta, złośliwie, nie chciała przyjechać. Nerwowo wciskałam guzik raz za razem. Cała „piwnica” była obłożona barierą antyteleportacyjną, zdeportować się mogłam dopiero w atrium. Winda wlokła się powoli, a ja pogrążyłam się w niewesołych rozmyślaniach o złośliwości rzeczy martwych. Niech je wszystkie w tę i z powrotem.
Ledwo postawiłam stopy w atrium, już się deportowałam.
Robert, wkurzony jak sto pięćdziesiąt, czekał na mnie w kuchni.
- Miałaś przygotować kolację. - powiedział z wyrzutem w moją stronę. Złapałam oddech.
- Przepraszam. - bąknęłam świadoma, że to stanowczo za mało.
- Już któryś raz ci się to zdarza.
- Mam naprawdę dużo pracy…
- Nie wierzę, by szefowa sekcji teorii w Departamencie Tajemnic nie mogła wyjść z roboty normalnie, jak człowiek, o szesnastej piętnaście! - wybuchnął wreszcie Robert, a mnie opanował spokój podszyty furią. Zwykle tak reagowałam w sytuacji konfliktowej, a niektórzy twierdzili, że moje „spojrzenie znad okularów” dorównuje temu Albusa Dumbledore’a. Może było w tym trochę racji.
- Zupełnie jakbyś ty nigdy nie robił nadgodzin w swoim ukochanym Urzędzie Importu Eliksirów. - warknęłam, świadoma, że to właściwie koniec, pozamiatane i nie mamy o czym rozmawiać.
- Ale mnie się to zdarza raz w miesiącu, a nie pięć razy na tydzień!
- Papiery mogą zaczekać do rana, moje badania niekoniecznie!
- Nie po to przyjmowałaś tę całą Żanetę, by zdjęła z ciebie trochę?!
- Żaneta nadaje się do zupełnie czego innego i nie wciągaj w to mojego zespołu. - w połowie zdania z wielkim trudem udało mi się wyhamować głos z krzyku do spokojnej monotonii. - Daruj, ale jeśli masz mi wypominać, że robię to, co lubię, to może lepiej stąd idź.
Robert otworzył usta, żeby wygłosić jakąś ciętą ripostę, i powstrzymał się w ostatniej chwili. Zacisnął mocno zęby.
- Może masz rację. - zawarczał. Dla fasonu kopnął kuchenne krzesło i skierował się do pokoju. Czekałam, dygocząc w środku i mocno zaciskając pięści. Po dłuższej chwili Robert ukazał się ponownie, objuczony swoją walizką. Tą samą, z którą wprowadzał się do mnie jakieś pół roku temu. Obserwowałam to na pozór beznamiętnie.
- Trzymaj się, Cassandro. - powiedział Robert, już bez złości. Położył swoje klucze na stole, ruchem dość ostentacyjnym. - Powodzenia w pracy.
- Wzajemnie. - odparłam ze złudnym spokojem. Nawet nie było mi żal. W sumie spodziewałam się czegoś takiego już od pewnego czasu. Znajdowałam coraz więcej wymówek, by późno wychodzić z biura, okazjonalnie tylko miałam wyrzuty sumienia za opuszczone kolacje i wypady na Pokątną. Wydawało się, że oboje - i ja, i on - tylko czekaliśmy na jakąś wymówkę, by się rozstać. I wymówka się znalazła.
Wreszcie zdjęłam kurtkę i odwiesiłam ją w przedpokoju. Mój dom - właściwie dom moich rodziców, którzy uparcie tkwili w Kalifornii, zachwyceni możliwością posiadania basenu przy domu i korzystania z niego przez sporą część roku - był urządzony właściwie po mugolsku. Miałam tu elektryczność i telewizor, miałam nawet telefon, chociaż służył głównie do zamawiania okazjonalnego jedzenia na wynos. Na parterze miałam małą kuchnię i salon, zawalony książkami, z telewizorem wstydliwie upchniętym do jednego kąta. Na piętrze znajdowała się łazienka i trzy nieduże pokoje - dwa również zamienione na bibliotekę. W trzecim spałam, ale na pierwszy rzut oka nie dało się tego stwierdzić, bo tam również wszędzie walały się książki.
Robert usiłował zaprowadzić jakieś zmiany, ale mu na to nie pozwalałam. To był mój teren. On wyraźnie nie umiał sobie z tym poradzić i w tym było kolejne kilkanaście powodów, dla których absolutnie nie było mi żal drugiego kompletu kluczy, leżącego teraz na stole.
Na pierwszy - i drugi oraz trzeci rzut oka - nie dało się stwierdzić, że mieszka tu czarownica. Dopiero po przyjrzeniu się tytułom książek, leżących dosłownie wszędzie, można było się w tym połapać. Co prawda Transmutacja akademicka stała obok Językoznawstwa ogólnego, a to leżało na półce zawalonej National Geographic, ale to detal.
Wyjęłam różdżkę z torby i machnęłam w stronę telewizora. Lubiłam szum w tle podczas przygotowywania kolacji. Chociaż ręce wciąż mi drżały po kłótni, musiałam coś zjeść. Żołądek przypominał mi, że od ósmej rano zjadłam tylko pół kanapki z kurczakiem i wypiłam cztery kawy.
Potem poszłam wysprzątać łazienkę. Byłam pewna, że Robert czegoś zapomniał. I bezceremonialnie wywaliłam szczoteczkę do zębów, maszynkę i piankę do golenia oraz parę innych drobiazgów, które faktycznie w łazience zostały. Nie było mi żal. Absolutnie nie. Po prostu trzeba było to zrobić i tyle.
A potem usiadłam na swoim łóżku i popłakałam trochę, bo to też trzeba było zrobić. Wtedy moich uszu dobiegło nazwisko, którego nie słyszałam od…
O Boże!
Od dobrych dwunastu lat.
- …Syriusz Black jest uzbrojony i bardzo niebezpieczny. Poniżej podajemy numer telefonu, pod który można dzwonić w razie ujrzenia zbiega…
Mało nie łamiąc sobie nóg na wąskich schodach, zbiegłam na dół. Mugolska telewizja pokazywała kiepskie, nieruchome zdjęcie Blacka. Chwyciłam się oparcia kanapy, a myśli wystartowały mi z miejsca jak szalone.
Uciekł.
Syriusz Black uciekł z Azkabanu.
Oczywiście, jeśli ktoś miałby stamtąd nawiać, byłby to Syriusz Black.
- O w mordę. - powiedziałam i drgnęłam, zaskoczona brzmieniem własnego głosu. - No to teraz się zrobi ciekawie.
*
- Słyszałaś wiadomości? - z takim tekstem dopadł mnie w atrium Artur Weasley, zdenerwowany i blady z przejęcia. Na pozór obojętnie przełknęłam resztkę rogalika z kremem i pokiwałam głową.
- Słyszałam wczoraj, w mugolskiej telewizji. - powiedziałam, po czym demonstracyjnie spokojnie kupiłam Proroka Codziennego.
- I…? - Artur przypatrywał mi się z troską. Rzuciłam mu jedno ze swoich Spojrzeń, wsadzając Proroka pod pachę.
- I nic. - odparłam. - Co ma być? W końcu go złapią.
- No, bo… pamiętam, że wy…
Och, na litość boską. Przystanęłam. Artur również zatrzymał się i patrzył na mnie, wyraźnie zakłopotany. Nabrałam powietrza w płuca.
- Wbijcie sobie wszyscy do głów… - warknęłam pewnie sporo za ostro. - Że z Blackiem nie łączyło mnie nic poza szkolnym koleżeństwem. I że to było jakieś szesnaście lat temu.
- Boję się, że on o tym nie wie, Cassandro. - powiedział Artur jakoś nieśmiało. - I że będzie u ciebie szukał pomocy.
- Niech tylko spróbuje. - wkurzyłam się. - Miłego dnia. - odwróciłam się na pięcie i poszłam w stronę bufetu, zostawiając Artura Weasleya na środku atrium. Niech myśli, co chce.
Co ja myślałam?
Byłam tam, drugiego listopada 1981, kiedy Syriusz wybił wielki krater w ulicy Bristolu, zabijając dwunastu mugoli i swojego dawnego przyjaciela, Petera Pettigrew. Można powiedzieć, że byłam naocznym świadkiem. Czy też: byłabym, gdyby Black jakieś dwadzieścia minut wcześniej nie rzucił na mnie Confundusa. Nie byłam w stanie stwierdzić, co tam faktycznie zaszło. A potem mówiono, że Syriusz od dawna pracował dla Czarnego Pana, że przekazywał mu informacje, że kiedy James i Lily Potter zrobili go swoim Strażnikiem Tajemnicy, zdradził ich śmierciożercom, doprowadzając do ich śmierci. Od dwunastu lat był więziony w Azkabanie za zdradę stanu, wielokrotne morderstwo i, dodatkowo, narażenie tajemnicy czarodziejskiej.
Byłam w stanie uwierzyć w zarzut morderstwa, naprawdę.
W pozostałe - ni cholery.
Co zrobię, kiedy Syriusz zapuka do moich drzwi?
Nie mam pojęcia.
Kupiłam w bufecie sałatkę i powlokłam się do swojej „piwnicy”. Odkąd Aneta Simmengton awansowała na Główną Niewymowną, ja byłam szefową zespołu teoretycznego. Zajmowałam się nadzorem wszystkich badań, jakie prowadziliśmy w Departamencie Tajemnic, poza eksperymentami, które podlegały pod jurysdykcję Tima Carborough. Moim głównym obszarem było zaklęciotwórstwo i rekonstrukcje czarologiczne.
Zjechałam do „piwnicy” i wpadłam do biura. Obszar stricte biurowy, razem z biblioteką podręczną Departamentu, znajdował się de facto nieco poza właściwym Departamentem. Kiedyś, podobno, biurka stały tam, na miejscu, przy obiektach naszych badań, i w środku wciąż były opuszczone gabinety tam i siam, czasem wykorzystywane przez zespół eksperymentatorów. Jednak co po niektórzy bardzo źle reagowali na wejściową karuzelę, pośpiesznie więc urządzono bardziej przyjazny pracownikom kąt. Nie narzekaliśmy. Można tu było zaparzyć pijalną kawę i w spokoju kląć do matematyki i numerologii.
Cisnęłam Proroka na swoje biurko i oparłam się pięściami o blat.
Myśl, Cassandra, powtarzałam sobie. Myśl.
Wtedy, w ’81, właściwie mnie nie przesłuchano. Auror, który złapał mnie kiedy usiłowałam wtłuc Syriuszowi do łba odrobinę rozsądku, zapytał tylko czy go znam. Warknęłam coś ogólnego i właściwie na tym się skończyła moja rola świadka. Czy pytali innych? Wiem, że pytali Dumbledore’a, a on opowiedział to, co wiedział. Że Syriusz był Strażnikiem Tajemnicy Potterów, na przykład. I parę innych rzeczy, najwyraźniej, w końcu dyrektor miał pełniejszy ogląd sytuacji podczas wojny.
Czy Black zachowywał się podejrzanie?
Trochę. Z tego co pamiętałam, właściwie nie chciał nikomu mówić co robi, gdzie znika na całe miesiące… ale przecież był zbyt sprytny (raczej), żeby tak się podkładać! Pod koniec wojny właściwie nikt w Zakonie nie ufał mu tak do końca, nawet ja zaczynałam mieć wątpliwości. Tylko Potterowie prezentowali uparte, ślepe na wszystko zaufanie. I, najwyraźniej, źle się to dla nich skończyło.
- Cassandra Bennet?
Uniosłam głowę. W drzwiach biura stał, uśmiechnięty profesjonalnie, auror, którego nie kojarzyłam.
- Tak, słucham? - zapytałam nieco może obcesowo.
- Jeśli nie jest pani zajęta, proszę ze mną.
Wyprostowałam się.
- To zależy, o co chodzi. - powiedziałam chłodno. Byłam, cholera, szefową sekcji w Departamencie Tajemnic, nie będzie mi tu jakiś bojownik o lepsze jutro przychodził i mną komenderował.
- Minister panią prosi.
O, cholera. Przełknęłam więc dumę i powlokłam się za aurorem do gabinetu Knota. Siedział, wyraźnie przerażony, za biurkiem, i dyktował coś swojemu sekretarzowi. Na mój widok zerwał się i niemal podbiegł.
- Panno Bennet. - powiedział na pozór spokojnie, ale widziałam, że cieszy się na myśl zwalenia na kogoś jakiejś odpowiedzialności. I tym kimś, znając życie, będę ja. - Jak zapewne pani wie, z Azkabanu uciekł pewien niebezpieczny przestępca…
Kogoś, kogo ty uważasz za przestępcę, kretynie, pomyślałam. Ale, oczywiście, nie powiedziałam tego na głos.
- Nie wiem, czego pan ode mnie oczekuje w związku z tym. - powiedziałam chłodno zamiast tego. - O ile moje informacje są aktualne, to Biuro Aurorów zajmuje się łapaniem zbiegłych przestępców. I tych nie zbiegłych również.
Auror za mną wyraźnie powstrzymał jakąś ciętą ripostę. Słowa, którym nie pozwolił opuścić ust, zawisły w powietrzu, niezbyt cenzuralne. Zdusiłam uśmieszek. Knot zamachał rękami.
- Ależ nie chodzi mi o to, by wyszła pani na ulicę i go szukała! - zaprotestował.
A już myślałam, cholera…
- Proszę mi tylko powiedzieć, co on chce zrobić.
- A skąd ja mam to wiedzieć? - zdenerwowałam się.
- Podobno przyjaźniliście się w Hogwarcie. - oczka Knota obserwowały mnie uważnie. To nie był jednak Artur Weasley, na którego mogłam zawarczeć, żeby się odpajączkował i zostawił sprawę w spokoju. Było nie było, Knot był ministrem. Niespecjalnie wybitnym, ale dawał sobie radę w czasach pokojowych. No i był tam, nad tym kraterem, widział Syriusza ryczącego ze śmiechu nad dwunastoma ciałami i pozostałościami trzynastego.
- To było bardzo dawno temu. - oświadczyłam stanowczo, wciąż poirytowana. - Równie dobrze moglibyście wypytywać kogokolwiek z naszej klasy. Jeśli faktem jest to, co mówią, to wcale go nie znałam.
- A jakie jest pani zdanie na ten temat?
Otworzyłam usta i zamarłam.
Jeśli teraz powiem, że uważam Syriusza za niewinnego, będę miała kłopoty. Dojście do tego wniosku nie wymagało inteligencji większej od inteligencji karalucha. Jeśli powiem, że uważam Blacka za niesłusznie wsadzonego, zaczną się pytania, przesłuchania, a to doprowadzi do wsypania połowy dawnego Zakonu. Dumbledore nie byłby zachwycony, nie mówiąc już o tym, że sporo z dawnych „zakonników” znalazłoby się nagle w głębokim brązowym.
- Myślę, że mógł zabić tych ludzi. - powiedziałam wolno, a jakaś część mnie miała ochotę skopać reszcie mnie dupę. Knot, wyraźnie usatysfakcjonowany, pokiwał głową.
- To samo mówił mi Dumbledore. - oznajmił z zadowoleniem. - Czy chce pani jakiejś dodatkowej ochrony? Mieszka pani w… dziwnej okolicy…
Spojrzałam na niego krzywo.
- Dziękuję. - powiedziałam zimno. - Poradzę sobie. Zresztą nie sądzę, by Black próbował się ze mną kontaktować.
Za moimi plecami auror Knota mruknął coś, co brzmiało podejrzanie podobnie do „jeszcze zobaczymy”, ale zignorowałam to.
- Jednak nalegam, abyśmy zabezpieczyli pani dom. - powiedział Knot tonem, który chyba miał być stanowczy. Westchnęłam i skinęłam głową.
- Niech będzie.
*
Zaklęcia, które grupka aurorów założyła na mój dom, wyglądały imponująco. Czujniki, alarmy, ostrzeżenia, pułapki, cuda na kiju. Podobną pajęczynkę zakładałam kiedyś w Cardiff. Szybko jednak wyrzuciłam tę myśl z głowy, bo była dość bolesna. Odczekałam, aż aurorzy pójdą w cholerę, po czym wzięłam się do dyskretnego rozplątywania pajęczyny.
Amatorzy. Nie wiedzieli, że byłam współautorką prototypu tej sieci i miałam doskonały pogląd na to, jak można ją częściowo deaktywować, nie wzbudzając podejrzeń „przy odbiornikach”. Wiedziałam to tak samo dobrze, jak wiedziałam o pewnym drobnym fakcie: wszystkie alarmy uruchomią się, kiedy tylko włączę radio czy telewizor. I przy okazji wybije mi bezpieczniki.
Zerknęłam na zegar. Dochodziła dziewiętnasta. Czas najwyższy zrobić jakieś drobne zakupy, jeśli mam jutro mieć cokolwiek na śniadanie. Powzdychując, wcisnęłam do kieszeni portfel z kilkunastoma funtami, do kieszeni dżinsów schowałam różdżkę i narzuciłam na ramiona moją ukochaną, skórzaną kurtkę, którą dostałam od mamy na trzydzieste urodziny.
Wolałam robić drobne zakupy w mugolskich sklepach. Majonez i musztardę mieli stanowczo lepsze niż czarodziejskie, a niedaleko mnie była również rodzinna piekarnia, która nawet wieczorem miała całkiem niezłe bułki. Nie mówiąc już o tym, że dostać na Pokątnej czekoladę, która nie rechotała i nie uciekała w podskokach, było niemożliwością. Czarodzieje po prostu nie rozumieli koncepcji jedzenia, które daje się przeżuć i nie wywołuje pypci na języku.
Zaczęło mżyć kiedy już wracałam do domu. Jako, że nie uznałam za stosowne zabierać parasola, skuliłam ramiona i pognałam przez kałuże, całkiem zapomniawszy o różdżce w kieszeni. Przemoczonymi, zgrabiałymi od chłodu palcami wygrzebałam z kurtki klucze do drzwi i wetknęłam je w zamek. Wtedy usłyszałam szelest. Wpadłam w sekundową panikę, przypomniałam sobie o różdżce i wyszarpnęłam ją z dżinsów, obracając się na pięcie i upuszczając zakupy na glebę.
- Cassandra. - powiedział zdławionym głosem więzień, który uciekł.
Milczałam. W spoconych palcach bardzo mocno ściskałam różdżkę.
Przez dwanaście lat żyłam w poukładanym świecie logicznych argumentów. Dwanaście lat spędziłam w niewierze w winę Blacka. Dwanaście lat przypominałam sobie jego rozpacz i furię, dziękując Bogu, że nie umiem odczuwać tych emocji tak silnie. Dwanaście lat ludzie wmawiali sobie - i mnie przy okazji też - że to on zdradził swego najlepszego przyjaciela i doprowadził do jego śmierci. Przez dwanaście lat mówiono, że zabił trzynaście osób jedną klątwą, której nauczył go Czarny Pan.
Przez dwanaście lat świat poszedł naprzód. I Black musiał się zmienić. Czy wciąż było mądrym ufanie temu mężczyźnie?
Syriusz zrobił krok w moją stronę. Cofnęłam się o pół kroku.
Dwanaście lat w Azkabanie z każdego zrobiłyby szaleńca i szaleństwo tliło się w czarnych oczach Syriusza. Spokojne, zdeterminowane, zapiekłe szaleństwo. Nawet jeśli skazano go za niewinność, był niebezpieczny. Pozbawiony różdżki, wychudły i osłabiony, ale umiejący zabić uzbrojonego śmierciożercę gołymi pięściami. Widziałam go już w takiej sytuacji.
Z dużym wyczuciem dramatyzmu, wreszcie na całego lunął deszcz. Ściana wody. W momencie przemokłam do nitki, długie włosy Syriusza przykleiły mu się do twarzy i ramion jak czarne węże. Krople smagały niczym bicze i skuliłam lekko ramiona, chociaż różdżkę wciąż trzymałam wycelowaną w niego. Łykałam powietrze szeroko otwartymi ustami. Smakowało jak kawałki lodu, drapało w gardle i wcale nie przynosiło ulgi rozpalonym płucom.
- Nie cieszysz się, że mnie widzisz? - uśmiechnął się Black z wyraźnym trudem. Przemogłam dławienie w gardle.
- Co tu robisz? - wychrypiałam. - Dlaczego uznałeś przyłażenie do mnie za dobry pomysł?
- Cassandro…
Ręka z różdżką drgnęła mi nieznacznie i Syriusz urwał.
- Nie wiedziałem, gdzie indziej mógłbym pójść. - wycharczał po chwili. - Ale jeśli każesz mi spieprzać, odejdę. Tylko najpierw posłuchaj, proszę. Ja tego naprawdę nie zrobiłem.
- Wiem.
Otworzył usta i tak zamarł. Patrzył na mnie z zaskoczeniem. Mocniej zacisnęłam palce na różdżce. Było mi coraz zimniej, mokre ubrania nieprzyjemnie lepiły się do skóry, w butach już chlupało. Włosy splecione w ciężki, mokry warkocz leżały na plecach jak przemoczona lina okrętowa. Czułam krople wody, ściekające mi na ramię z kolczyka. Zacisnęłam wolną rękę w pięść.
Jedna część mnie darła się: nie bądź idiotką, potraktuj go Drętwotą, wołaj aurorów i cześć pieśni! On jest niebezpieczny! To morderca! Tyle ludzi nie może się mylić przez dwanaście lat!
Druga część mnie miała własne zdanie: ludzie przez kilkaset lat wierzyli, że Ziemia jest płaska. Syriusz jest niewinny. Łapa by nigdy nie zdradził Potterów. I nawet jeśli zabił tych ludzi, to ciebie nigdy by nie skrzywdził.
Przez jakieś piętnaście sekund obie moje części kłóciły się zażarcie.
Powietrze pachniało deszczem. Mokrym asfaltem i wilgotną od kropel skórą mojej kurtki. Znałam tę woń, już kiedyś wciągałam ją w płuca, ostrożnie, z wyrachowaniem, zastanawiając się dokładnie nad tym, jak ten zapach smakuje. Zastanawiałam się wtedy, z jakiej racji czuję tę woń, skoro nie kojarzyła mi się absolutnie z niczym. Kiedy to było? Chyba w innym życiu. Czy teraz miało sens? Nie wiedziałam.
Opuściłam różdżkę.
- Wejdź.
*
Syriusz łapczywie pożerał gulasz. Siedziałam naprzeciwko niego, z palcami wokół kubka czekolady. Serce łomotało mi nierówno, w głowie trwała dzika gonitwa myśli, a zimna ręka wciąż ściskała mnie za gardło. Syriusz wyglądał strasznie, wychudły, zarośnięty, w porwanej, niezbyt czystej szacie. Gulasz pochłaniał tak, jakby od lat nie miał w ustach nic ciepłego. Okropna była myśl, że to zapewne prawda.
- Chyba nie mam dla ciebie żadnych ciuchów. - odezwałam się.
- Nie szkodzi. - wybełkotał z pełnymi ustami. - Większość czasu i tak spędzam jako pies.
Skinęłam głową, zasłaniając się kubkiem. Syriusz skończył jeść, chlebem wytarł talerz i odchylił się na oparcie krzesła z cichym sapnięciem sytości. Przymknął oczy i westchnął głęboko.
- Kąpiel? - zapytałam cicho. Spojrzał na mnie niepewnie, jakby zawstydzony. Z trudem wstałam, przywołując na twarz bohaterski uśmiech. Poszłam do łazienki. Przyjrzałam się uważnie wyposażeniu i kosmetykom - nie, nie było tu nic, co wskazywało na to, że dwa dni temu z hukiem zakończyłam prawie roczny związek. Z westchnieniem odkręciłam kran. Kiedy się wyprostowałam, w lustrze nad wanną odbijała się twarz Blacka.
- Uwierzyłaś mi tak bez niczego? - zapytał niepewnie. Wzruszyłam ramionami.
- Kierowałam się logiką.
- Czym?
Przepchnęłam się obok niego na korytarzyk.
- Właź do wanny. - poleciłam sucho. - Możesz użyć tych ręczników nad toaletą, są czyste. Ja będę po drugiej stronie drzwi. Jakby coś się działo, daj mi znać. - i zamknęłam go w łazience. Przez chwilę było cicho. Potem rozległy się nieśmiałe szelesty zdejmowanego ubrania, cichy plusk wody i lekkie westchnienie szczęścia. Oparłam się plecami o ścianę i po chwili usiadłam na podłodze.
- Więc o co chodziło z tą logiką? - dobiegło po chwili zza drzwi. Westchnęłam ciężko.
- Po pierwsze, byłam tam, pamiętasz? Po drugie, znam cię wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jak mało kto brzydzisz się czarną magią i ideologią, którą wyznawał Czarny Pan. Po trzecie, doskonale zdawałam sobie sprawę z faktu, że za Potterów oddałbyś życie. Po czwarte, jak sam dobrze wiesz, nie wierzę w nic, na co nie ma dowodów. A to, że nie dali ci nawet procesu, świadczy między innymi o tym, że potrzebowali kozła ofiarnego, ale dowodów nie mieli. Quod erat demonstrandum.
Milczał przez chwilę.
- Żeby wszyscy widzieli to w ten sposób. - wymamrotał. Uśmiechnęłam się leciutko. Fakt. Pod tym względem byłam wyjątkowa. Nie znałam nikogo innego, kto nie pozwalał emocjom zaćmiewać poglądu na świat i oceny sytuacji. Może dlatego dostałam i byłam w stanie utrzymać pracę w Departamencie Tajemnic. Chłodna kalkulacja, zero uczuć, pełen profesjonalizm.
- Pozostaje natomiast kwestia morderstwa trzynastu osób… - powiedziałam po chwili. Syriusz zaklął piętrowo.
- Uwierzysz mi, jak powiem, że to nie ja? - zapytał ze złością, pluskając głośno. Zaśmiałam się pod nosem, potrząsając lekko głową.
- Nie podejrzewam Pettigrew o takie zdolności. W tej kwestii jednak mam silnie mieszane uczucia. - przyznałam szczerze i bez bicia. - Ten Confundus, którego na mnie rzuciłeś tuż przed, również nie pomaga.
- Przepraszam…
- To nie ja siedziałam dwanaście lat, nie musisz mnie przepraszać. - chlapnęłam zanim pomyślałam i zaraz przygryzłam mocno wargi. Syriusz jednak nie powiedział niczego. Nawet chlupotanie wody ucichło.
- Mów do mnie. - rzuciłam, kiedy nie odezwał się ponad minutę.
- Nie wiem, co mam mówić. - burknął.
- Jak ci się udało uciec?
Długie, urywane westchnienie. Plusk wody, bulgot; jakby zanurzył się z głową i wypuszczał bąbelki powietrza. Głośniejszy plusk, cichy kaszel.
- Udało mi się zmienić. - wykaszlał Black. - Psie uczucia są… inne niż ludzkie. Dementorzy nie widzą… połapali się, że coś się zmieniło, ale pewnie myśleli, że wreszcie zwariowałem. Kiedy dawali mi jedzenie, udało mi się uciec. Mają tam podłe żarcie, więc nie miałem problemu z prześliźnięciem się między kratami…
- Jak dotarłeś na ląd?
Cisza.
- Nie bardzo wiem. - wyznał wreszcie prawie bezgłośnie. - Nie pamiętam zbyt dobrze. Chyba psi instynkt na chwilę wysunął się do przodu. Chyba przepłynąłem. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć.
Oparłam głowę o ścianę. Milczeliśmy przez chwilę.
- Cass?
- No?
- Opowiesz mi, co się w tym czasie działo na świecie? Bo nie bardzo wiem… jak… co… kiedy… i w ogóle…
Westchnęłam, zamykając oczy. Co ja mu mogłam powiedzieć?
Trzynaście lat pracowałam w Departamencie Tajemnic, zgłębiając tajemnice najgłębszych podstaw magii, myśli i miłości. Dwanaście lat przeżyłam w świecie, wierzącym w winę Syriusza Blacka. Dwanaście lat korespondowałam z Dumbledore’em na wiele tematów, snując plany na przyszłość i wzbogacając wiedzę - i starannie omijając temat Blacka. Jedenaście lat przeżyłam w samotności, rok w związku, który nie miał szans na trwanie. Co mogłam opowiedzieć Syriuszowi, temu skrzywdzonemu przez los mężczyźnie, który poszedł siedzieć za niewinność - przynajmniej częściowo?
Dlatego milczałam. Syriusz chyba zrozumiał, bo nie zadawał mi więcej pytań.
Z łazienki wyszedł w nieco lepszym stanie, a już stanowczo czyściejszy. Wstałam z podłogi. Syriusz wyraźnie unikał mojego spojrzenia. Miałam wielką ochotę go dotknąć, poklepać po ramieniu, przytulić - nie ośmieliłam się jednak. W milczeniu poszłam do najmniej zawalonego książkami pokoju i odgruzowałam tapczan.
- Wybacz bałagan. - powiedziałam przez ramię. - Chyba mnie znasz…
- Tak. - powiedział nie od razu. - To wygląda zupełnie jak w Cardiff.
Skinęłam głową. Rozłożyłam tapczan i zastanowiłam się krótko.
- Zaczekaj, wezmę świeżą… - zaczęłam, odwracając się, i trafiłam prosto w niego. W milczeniu objął mnie i schował twarz w moim ramieniu. Przez kilkanaście sekund stałam sztywno jak strach na wróble, na wpół przerażona, na wpół jedynie zaskoczona. Wreszcie ostrożnie, niepewnie, odwzajemniłam uścisk. Był tak chudy, że mogłam policzyć jego żebra przez materiał cienkiej szaty. Drżał lekko, jakby nie mógł się rozgrzać. Poczułam, jak coś chwyta mnie mocno za gardło.
- Tęskniłam za tobą. - wyrwało mi się gdzieś spod serca. Nie odpowiedział, tylko ścisnął mnie nieco mocniej.
*
- Zamierzam się dostać do Hogwartu.
Uniosłam głowę znad płatków i mleka. Syriusz siedział przy stole i nieuważnie bawił się gęsim piórem.
Odsunęłam miskę; nagle zupełnie straciłam apetyt.
- Dałbyś spokój. - powiedziałam, gapiąc się w moje śniadanie. - Co ci z tego przyjdzie. Zostaw. Wyjedź. Ucieknij. Znajdź sobie życie, zacznij od nowa.
Potrząsnął gwałtownie głową.
- Sam? - uśmiechnął się krzywo. - Nie, dziękuję. I nie będę uciekał.
Odchrząknął.
- Dawno temu wyraźnie dałaś mi do zrozumienia, że nie dajesz mi szansy. - powiedział nie bez goryczy. - I chcesz, żebym od nowa urządzał sobie życie. Ale bez ciebie… nie chce mi się.
- Co? - warknęłam, zaskoczona i zirytowana doborem słów.
- Szukać znowu kogoś, kto mnie zrozumie i nie będzie oceniał. - spojrzał krzywo. - Ty jedna taka zostałaś. Wszyscy inni… albo nie żyją, albo… - zacisnął mocno szczęki, aż mięśnie wyrysowały się na jego policzkach wyraźnymi węzłami. - A ja już zwyczajnie nie mam sił zaczynać od nowa. Dlatego skończę to, co zacząłem, a potem choćby potop.
Wstał.
- Nie możesz tak po prostu wyjść i lecieć bez planu! - zareagowałam, również się zrywając.
- Mam plan. - odparł sucho. - Prosty jak konstrukcja cepa i dlatego mi się powiedzie. Trzymaj kciuki, Cass.
- Syriusz…
Zatrzymał się jeszcze, ale nie odwrócił w moją stronę. Przełknęłam ślinę.
- Zadaj mi pytanie. - poprosiłam cicho. - Obiecałam ci odpowiedź, pamiętasz? Jak się tamto skończy…
Teraz na mnie spojrzał i patrzył dłuższą chwilę, w milczeniu, oceniająco. Poruszyłam się niespokojnie. Wiedziałam, że widać po mnie te trzynaście lat. Jakiś czas temu ścięłam wreszcie włosy i teraz sięgały mi zaledwie do łopatek. Już permanentnie nosiłam okulary, chociaż w ładnych, eleganckich oprawkach. Trochę mi się przytyło, chociaż wciąż pozostawałam w zasadzie szczupła - to przez długie spacery po Londynie i piątkowe spotkania z mugolską samoobroną. Nie podobał mi się jednak sposób, w jaki Black na mnie patrzył. Jakby szukał we mnie dawnej Cassie Bennet, i jakby nie mógł jej znaleźć.
- Dla mnie się nie skończyło. - powiedział wreszcie i spróbował wyjść. Moje ciało zareagowało, zanim mózg nadążył. Chwyciłam go za rękę i pociągnęłam mocno.
- Jeśli myślisz, że cię tak bez problemu puszczę… - warknęłam. - O, stary, mało mnie znasz. Siadaj.
Przyglądał mi się dziwnie, ale usiadł posłusznie. Klęłam przez chwilę pod nosem, parząc mocną kawę. Postawiłam przed nim jeden kubek, drugi otuliłam dłońmi i zastanowiłam się. Jeśli on nie zamierzał myśleć… cóż, musiałam to robić za niego. Znowu.
- Daj mi kilka dni. - powiedziałam wolno. - Jestem pewna, że Knot skoczy do wniosków bez zastanawiania się dłużej i spróbuje ściągnąć z widoku Harry’ego…
Przez twarz Syriusza przemknął grymas, który mi się nie podobał. Black jednak się nie odezwał.
- Na pewno jakoś zabezpieczą Hogwart. - ciągnęłam udając, że nie zauważyłam. - Daj mi się chociaż dowiedzieć, co planują. Kiedy już będziemy znać kształt sytuacji, coś wymyślimy. - przyjrzałam mu się krytycznie. - Zresztą, popatrz na siebie. - powiedziałam miękko. - Jesteś wychudzony, słaby. Prosisz się o kilka dni odpoczynku. Musisz przybrać na wadze, żeby chociaż myśleć o podjęciu wędrówki na północ. Zresztą, może i na to miałabym pewien sposób.
Syriusz siedział nieruchomo w krześle, a oczy błyszczały mu nieładnie. Przełknęłam tekst, że na dodatek chyba ma wysoką gorączkę, bo pewnie by mi przyłożył.
- Idę do pracy. - powiedziałam wolno. - Proszę cię, zaczekaj. Tu cię nikt nie znajdzie… - bo nikt cię tutaj szukał nie będzie, dokończyłam w myślach. A w każdym razie, jeszcze nie dziś.
- Dobrze. - mruknął Black po dłuższej chwili. - Niech będzie po twojemu.
Kiwnęłam głową i dopiłam kawę jednym łykiem.
- W szafce jest eliksir pieprzowy. - powiedziałam wstawiwszy kubek do zlewu. - Zjedz śniadanie, nie pierdziel, zażyj pieprzu i idź do łóżka. Wrócę przed siedemnastą i zastanowimy się, co dalej. Obiecujesz, że nie wychylisz stąd nosa?
Wciąż nie spuszczał ze mnie spojrzenia.
- Powiedziałem już. - stwierdził wreszcie. - Niech będzie po twojemu.
Skinęłam głową. Włożyłam kurtkę i upewniłam się, że wszystkie potrzebne rzeczy mam w torbie. Co prawda moja „praca domowa” była nawet nie dotknięta od wczoraj… ale nie miałam przed kim się tłumaczyć. Nikt nie zauważy, zapewne.
*
- Szefowo. - zareagowała na mnie Żaneta, czatująca przed wejściem do biura. - Masz gościa. Wpuściłam go do środka…
Spojrzałam na dziewczynę uważnie. Żaneta była geniuszem, jeśli chodziło o astronomię i transmutację, a na dodatek pasjonowała się fizyką kwantową i czasem. Pracowała przy zmieniaczach czasu i, czasami, ze mną w Sali Myśli. Ale jeśli chodziło o ogarnianie skomplikowanych interakcji międzyludzkich, gubiła się po pierwszych trzech zdaniach.
- Kto to? - zapytałam więc.
- Powiedział, że przyjaciel ze szkoły…
Zrobiło mi się zimno. W pierwszej chwili pomyślałam, że to Snape zaszczycił nasze skromne progi. Zdarłam kurtkę z ramion i nawet udało mi się ją powiesić na wieszaku przy wejściu bez upuszczenia jej trzy razy na podłogę. Ścisnęłam w dłoni różdżkę - obserwowana przez zaskoczoną Żanetę. Po czym dzielnie otworzyłam drzwi.
Remus „Lunatyk” Lupin uśmiechnął się do mnie nieśmiało. Poczułam, jak szczęka mi zaczyna wędrować coraz niżej i zmusiłam się, by trzymać usta zamknięte.
- Lupin. - wykrztusiłam. - A ty co tu robisz?
- Cześć, Bennet. - odpowiedział prawie swobodnie. - Kupę lat. Dalej używasz waniliowego mydła?
Nabrałam ochoty przyłożyć mu najbliższą książką. A że mój wzrok padł najpierw na całe tysiąc stron Eksperymentów z czasem i przestrzenią w twardych okładkach, mogłoby to zaboleć.
- Co cię tu sprowadza? - oszczędnym gestem wskazałam zapasowe krzesło. Remus potulnie usiadł. Nie wyglądał specjalnie dobrze. Prawdę mówiąc, nie podobały mi się te pasma siwizny w jego włosach, wyraźnie znoszone buty i wystrzępiony brzeg szaty. Lunatyk nigdy nie opływał w luksusy, ale teraz wyraźnie było jeszcze gorzej.
- Dostałem posadę w Hogwarcie. - powiedział Remus, a ja zauważyłam, że bardzo stara się nie cieszyć tym bardziej. Poczułam nagły, przejmujący smutek. Nie każdy miał w życiu tyle szczęścia, co ja. A jeśli Lupin bał się cieszyć zbyt mocno, znaczyło to zapewne, że doznał wcześniej stanowczo zbyt wielu bolesnych rozczarowań.
- Gratuluję. - uśmiechnęłam się więc. - Daj smarkaczom popalić. Zaraz. - coś mi się przestawiło w głowie. - Czy młody Potter teraz nie chodzi do Hogwartu?
- Eee… No tak. Teraz do trzeciej klasy. - na twarzy Lupina pojawiło się lekkie zakłopotanie.
- Nie dawaj mu forów.
- Nie zamierzam.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza. Lunatyk wykręcał sobie palce, ja starannie wyrównywałam jakieś papiery na biurku.
- Cass?
- No co.
- Black… nie był u ciebie, prawda?
Spojrzałam na Lunatyka spode łba.
- A niby po cholerę miałby do mnie przychodzić? - zapytałam kwaśno, w myśli gratulując sobie długiej kąpieli dziś rano i nowych perfum.
- Wiesz, dlaczego. - powiedział Lupin cicho. - Boję się o ciebie.
- Nie ty jeden. - wkurzyłam się. Najpierw Weasley, potem Knot, a teraz, kurna, Lupin, którego nie widziałam dwanaście lat. Co ich nagle wszystkich napadło? Czy o każdą byłą Łapy też się tak martwili? Jakoś nie widzę, by minister wzywał na dywanik Mary Dearheart, z domu MacDonald! - Radzę sobie. I z tym też sobie poradzę. Jeśli mogę ci w czymś pomóc, dawaj, ale raczej nie udzielaj mi dobrych rad. Od tego mam Dumbledore’a.
Lupin uśmiechnął się kątem ust i na ułamek sekundy zza twarzy przedwcześnie postarzałego mężczyzny wyjrzał ten bystry uczeń Hogwartu, z którym się kiedyś przyjaźniłam. Wstał z krzesła i uściskał mnie silnie, zanim zdołałam uciec.
- Wybacz, że wtedy wyjechałem bez pożegnania. - powiedział mi w ucho.
- Przecież się nie złoszczę. - stęknęłam, przyduszona. - Ślubu nie braliśmy.
Zaśmiał się krótko i, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, cmoknął mnie w czoło.
- Zajrzyj, jeśli będziesz w Hogwarcie. - powiedział. - Pomogę ci grzebać w katalogu pani Pince.
- Dzięki. - bąknęłam, zaskoczona. Remus uśmiechnął się do mnie jeszcze raz i poszedł w cholerę. Tkwiłam przy biurku jak przyklejona, dopóki nie wróciła Żaneta, wpatrzona w jakiś formularz.
- Przyszedł ten papier of profesor McGonagall, szefowo. - powiedziała, nie zwracając uwagi na mój stan ducha. - Jest tu elegancko wypisane podanie… i wszystko. Cała papierologia się zgadza, szefowo. Ja osobiście nie widzę przeszkód…
Z wysiłkiem zamknęłam w pamięci szufladkę „Cardiff 1978-1981” i otworzyłam inną, „Podanie o zmieniacz czasu dla H. Granger”. Kazałam Żanecie zostawić dokumentację na moim biurku i przygotować zmieniacz. Potem usiadłam do odpisywania profesorce, że nie widzimy przeszkód i wzorowa uczennica, tak chwalona przez panią profesor w listach, otrzyma owo delikatne narzędzie. Będę musiała się wybrać do Hogwartu i sama jej wyjaśnić co i jak.
Oficjalny transport do Hogwartu.
Nikt nie wiedział, że Syriusz jest animagiem.
Te dwa fakty kliknęły ze sobą w mojej głowie, a z płuc jakby uszło mi całe powietrze. Mogłam wziąć Syriusza w formie psa pod pachę i wprowadzić go do Hogwartu, nie zwracając uwagi ani na niego, ani na siebie, z oficjalnym biznesem Ministerstwa i w ogóle. Teraz pozostało mi tylko przetrwać dzień i nie zwariować.
W domu byłam za dwadzieścia siódma. Syriusza nigdzie nie było. Na stole leżała tylko pośpiesznie skreślona kartka, podpisana odciskiem łapy. Na kafelkach pod stołem była wyraźna, już zaschnięta plama atramentu. Nie miałam nawet siły zakląć. Wzięłam kartkę i przeczytałam te kilka słów, które Black uznał za stosowne zostawić za sobą.
Wybacz, Cass, pisał. Naraziłem cię już wystarczająco. Już mam wobec ciebie niespłacalny dług wdzięczności i nie chcę, by urósł jeszcze bardziej. Jeśli mnie sypniesz, nie miej wyrzutów sumienia. Bo w sumie to jest tak, jakbym to ja ich zabił.
Powoli usiadłam za stołem. Roześmiałam się. Cały Łapa. Głupia odwaga podszyta sentymentem, głębokie poczucie honoru. Nic dziwnego, że wylądował w Gryffindorze. W Slytherinie by go chyba zjedli.