Actions

Work Header

Ciepłe nieba i ulewne deszcze

Summary:

To się źle skończy, uznałam obserwując nieco chaotyczne próby profesora Langloisa w celu uzyskania efektu zawirowania w kontrolowanym środowisku badawczym. Profesorowie wymyślili, że może uda im się uratować świat przed wessaniem w czarną dziurę tworząc drugie zawirowanie; takie jak pierwsze, tylko odwrócone. Uważałam to za totalny idiotyzm, ale byłam tam najmłodsza stażem. Miałam tylko nadzieję, że to nie rąbnie raz, a porządnie.
Wtedy wszystkie inne moje zmartwienia miałabym z głowy.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter Text

- Syriusz! - wyjrzałam na tyły domu. - Łapa!
- No co? - Black uniósł głowę.
- Zrobiłam jedzenie. - zeszłam ze stopni. Syriusz przekręcił się na brzuchu i spojrzał na mnie. Przez krótką chwilę przypatrywałam mu się bardzo uważnie. Wyglądał dużo lepiej niż jeszcze w czerwcu. Teraz, w połowie lipca, nabrał trochę wagi, opalił się nieco, po krótkiej bitwie pozwolił mi nawet skrócić sobie włosy. Prawie już przypominał tego dawnego siebie, który wyciągał mnie na nocne spacery wokół Hogwartu. Prawie… ale nie całkiem. W oczach ciągle miał duchy Azkabanu. Przykucnęłam obok niego i uśmiechnęłam się lekko.
- No chodź. - poklepałam go po ramieniu. Wstał. Nie zapomniał poklepać Hardodzioba, który drzemał kilka kroków dalej. Poszedł za mną do kuchenki. Nie odzywał się, a ja nie zamierzałam go nakłaniać do rozmowy. I tak miałam książkę do przeczytania.
Madagaskar był spokojny. Francuzi trafili na zawirowanie przestrzenne, mało co nie posikali się z radości. Zbudowali dookoła zawirowania śliczny bambusowy płotek, niedaleko postawili wcale solidny szałas, służący za biuro, i tam przeprowadzali pierwsze eksperymenty. A kiedy wyszło, że zawirowanie destabilizuje zaklęcia rzucane w pobliżu, czym prędzej wezwali specjalistę. Wychodziło na to, że to byłam ja. I w sumie dobrze, bo o stabilizowaniu zaklęć wiedziałam całkiem sporo. Jakby tu trafiła Żaneta…
Pewnie szybko by wróciła, a ja i tak znalazłabym się na tym spokojnym wybrzeżu.
- Cassie?
Odłożyłam książkę na bok. Syriusz opierał brodę na pięści i przyglądał mi się uważnie. Na jego ustach drżał delikatny, kpiący półuśmiech.
- Czy ty nigdy nie przestajesz czytać?
- Wiesz, mam dużo rzeczy do przeczytania. - uśmiechnęłam się lekko. Odpowiedział szerokim uśmiechem, który był boleśnie „prawie” taki, jaki pamiętałam z Hogwartu. Przełknęłam ślinę i opuściłam spojrzenie z powrotem na książkę. Nie przeczytałam jednak dużo: Syriusz sięgnął przez niewielki stolik i położył dłoń na moim nadgarstku. Przebiegł mnie dreszcz. Siedzieliśmy już tak kiedyś, prawda? Tak późno, że aż wcześnie, ja kiwałam się nad jakąś miską, on miał na żebrach biały gorset bandaży. Bardzo mocne Diffindo, powiedziała wtedy Miguela Sanchez, obecnie uzdrowiciel w świętym Mungu, specjalistka od chorób przewlekłych oraz ziołolecznictwa.
Wtedy cofnęłam rękę.
Teraz położyłam własną na dłoni Syriusza. Uśmiechnął się. Odkąd wrócił z Hogwartu, zaszło w nim całkiem sporo zmian na lepsze. Wybaczenie - odkupienie, czy jak to nazwać - jakie otrzymał od swego syna chrzestnego wyraźnie zniosło jakiś wielki ciężar z jego ramion.
Odwiedziła nas piękna sowa śnieżna, którą Syriusz z podnieceniem zidentyfikował jako sowę Harry’ego Pottera. Przyniosła list, którego Łapa nie pozwolił mi przeczytać, a ja nawet nie prosiłam za bardzo, poprzestając na krótkim pytaniu, co u młodego słychać. Łapa wysłał również chyba ze dwa listy do Anglii, a ja mu nie zabraniałam. Nie używał sów - których tu nie było - tylko skorzystał z miejscowych ptaków, bajecznie kolorowych.
A Francuzi nie pytali. Kompletnie nie interesowali się faktem, że nie przyjechałam tu sama. Było ich pięciu, wszyscy starsi panowie-profesorowie, których wysłano tu chyba w formie podziękowania za lata owocnej służby. Codziennie rano kominkowała do mnie Żaneta z aktualizacją sytuacji w Departamencie i świeżym Prorokiem Codziennym. Raz czy dwa zjawiła się grupka młodszych Francuzów, z książkami, zachciankami żywieniowymi i jakąś odzieżą. Tamci zebrali się jednak szybko, zostawiając nas w spokoju, sam na sam z oceanem, piaskiem i badaniami.
Mnie, dodatkowo, sam na sam z Syriuszem. Przez znaczną część doby w każdym razie. Panowie-profesorowie okupowali moje poranki, około trzynastej robiło się za gorąco, by myśleć i wszyscy rozpełzali się do domków, cudownie chłodnych. Ponownie dało się pracować około szesnastej i wtedy znów spotykaliśmy się w stacji badawczej, przerzucając się cytatami, literaturą i ostrożnie dziobiąc zawirowanie różdżkami.
Syriusz się z nas śmiał. Posłusznie jadł to, co udało mi się przygotować z dostępnych składników, dużo spał, głównie w ogrodzie, w cieniu niedużej palmy, a jeśli nie spał, to spacerował po brzegu morza. Obserwowałam go czasem, wracając do domu ze stacji, znajdującej się spory kawałek dalej. Ćwiczyliśmy trochę magii, ale szybko znajdowały się inne rzeczy do robienia…
Nie rozmawialiśmy o tym. Się… po prostu stało, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Tak to w każdym razie odebrałam. I stawało się od tamtego czasu dość regularnie. Kiedy przemyślałam sprawę uznałam, że to jakaś dziwna, nie do końca normalna forma terapii. A Syriusz terapii naprawdę wymagał. Chyba powinnam go wysłać na rok do taty…
Chwilowo robiłam, co mogłam, po prostu będąc tam dla niego. Ale on nie chciał rozmawiać. O niczym. Cóż, o niczym ważnym. Raz tylko Syriuszowi coś strzeliło do głowy i spędził cały dzień w kuchni, klnąc płynnie do książki z przepisami na desery. Nie dane mi było zobaczyć wyniku - musiałam lecieć do pracy, a kiedy wróciłam, kuchnia była już sprzątnięta, a Łapa miał bardzo zadowolony wyraz twarzy. Większość wieczorów mijało nam szalenie leniwie - on drzemał, ja czytałam, czasem spieraliśmy się o jakieś drobiazgi, by spór zakończyć w miękkiej pościeli.
W pełnej zrozumienia ciszy dokończyliśmy posiłek i Syriusz podjął się trudnego zadania nakłonienia brudnych talerzy do umycia się. Obserwowałam to uważnie, ale z pewnej odległości. Łapa czarował przy każdej okazji i bez okazji, a ja dostrzegałam jego postępy tam, gdzie on widział regres. Nie tłumaczyłam mu jak krowie na rowie, że po dwunastu latach w Azkabanie to normalne i że powinien się cieszyć, że w ogóle może czarować. Nie wynikłoby z tego absolutnie nic dobrego. Siedziałam więc ze swoimi książkami na ganku z tyłu domu i obserwowałam, jak Syriusz praktykuje magię na nowo.
- Łapa? - odezwałam się, kiedy słońce malowało ocean na wszystkie odcienie różu, pomarańczu i czerwieni. Syriusz rzucił mi spojrzenie znad ramienia, tak pochłonięty transmutowaniem muszli w różne rzeczy, że całkiem się wyłączył i dopiero mój głos wyrwał go z zamyślenia.
- No co? - burknął tonem wyraźnie sugerującym, że chce wrócić do czarowania. Podciągnęłam kolana, obejmując je ramionami. Hardodziob leżał parę kroków ode mnie i obserwował jakieś kolorowe ptaki, latające nad domem. Podniosłam się. Przeszłam te cztery metry i przykucnęłam tuż obok Łapy. Obserwował mnie, a na twarzy miał wyraz cierpiącego za miliony. Podniosłam to, co kiedyś było muszlą morską, a obecnie bliżej temu było do jakiegoś dziwacznego warzywa.
- Masz ochotę na wyprawę na kontynent?
„Kontynentem” francuscy profesorowie określali nie Afrykę, ale Madagaskar. Co najmniej raz na dwa tygodnie któryś się tam teleportował, by dokonać podstawowych zakupów. Raz czy dwa zabrałam się na doczepkę. Syriusz, jak dotąd, nie ruszył się z wyspy.
- Francuzi nie będą się rzucać? - mruknął Łapa niby niechętnie, ale widziałam, że zaświeciły mu się oczy.
- Jestem po pracy. - wzruszyłam ramionami. - Więc o co się mają rzucać?
Syriusz uśmiechnął się szeroko, ale zaraz spoważniał. Patrzył na coś za moimi plecami. Odwróciłam się: plażą biegł kaczkowatym truchtem jeden z profesorów, Jean-Pierre Langlois. Westchnęłam ciężko.
- Coś mi się widzi, że jednak masz zajęcie. - powiedział Syriusz cicho za moimi plecami. Zaklęłam półgłosem.
- Mademoiselle Bennet… - profesor Langlois wyhamował obok, obsypując nas piaskiem. - Szybko… tam… coś nowego…
- Co się stało? - prawie skoczyłam na równe nogi. Panowie-profesorowie byli stateczni, doświadczeni, mało co było w stanie wyprowadzić ich z równowagi - a teraz profesor Langlois wyglądał na solidnie rozdygotanego.
- Czasiowa anomali! - Langlois zamachał rękami. - Nad zawirowani chmiuri wyglądają inaczi!
Przewróciłam oczami. A więc o to chodzi.
- Ciekawe. - uznałam. - Już tam lecę. - zerknęłam na Syriusza, który właśnie uzyskał z dziwacznego owocu (wcześniej będącego muszlą) wcale zgrabnego pomidora. - Na kontynent wybierzemy się następnym razem. Zgoda?
- Zgoda.
Profesor Langlois nie pozwolił mi nawet zabrać z domku różdżki, tylko od razu złapał mnie za rękę i poholował plażą do stacji badawczej. Odchodząc, spojrzałam jeszcze przez ramię na Syriusza. Transmutował pomidora w jabłko i właśnie próbował go ostrożnie. Coś mu jednak nie wyszło, bo rzucił owoc Hardodziobowi, który tylko kłapnął dziobem.
*
Następne kilka dni pracowaliśmy na nieco zwiększonych obrotach. Doszliśmy do wniosku, że anomalia się rozwija, z prostego zakłócenia przestrzennego ewoluując w zawirowanie energetyczne i, co wyszło teraz, czasowe. Opcje były dwie: albo anomalia z czasem rozwinie się w czarną dziurę - piękna perspektywa, nie ma co - albo osiągnie tak głęboki paradoks wewnętrzny, że zaniknie. Francuzi byli podnieceni jak stado praczek, a mnie w udziale przypadł wątpliwy zaszczyt wysmażenia analizy i zaproponowania dalszego postępowania.
Świetnie.
Po otrzymaniu tej dyrektywy wracałam do domku pieszo, po mokrym piasku, pozwalając oceanowi omywać mi stopy. Sandały niosłam w ręce, czy raczej machałam nimi wściekle w przód i w tył. Miałam nadzieję, że po powrocie wygadam się w stronę Syriusza, jak zwykle nie oczekując żadnego zwrotu; ot, po prostu lepiej się było wkurzać do kogoś, a nie do telewizora. Nie dane mi jednak było odbębnić tego małego rytuału katharsis. Syriusz szybkim krokiem chodził po domku, zbierając sztuki ubrania i upychając je do niedużego worka.
- Syriusz? - odezwałam się po chwili spędzonej na obserwowaniu go. - Co się stało?
- Wracam do Anglii. - oznajmił on, nie patrząc na mnie. Mimo, że na skórze wciąż czułam słoneczne gorąco, gdzieś w środku zrobiło mi się zimno. Ostrożnie wciągnęłam powietrze w płuca; smakowało solą i piaskiem.
- Dlaczego? - zapytałam, usiłując zachować spokój. Wyprostował się i spojrzał na mnie. W oczach miał troskę. Ruchem głowy wskazał list, leżący na stoliku. Podniosłam kawałek pergaminu i zobaczyłam drobne, nieznane mi pismo.

Dziś wydarzyło się coś dziwnego. Moja blizna znowu mnie rozbolała. Ostatnim razem bolała mnie, kiedy Voldemort wdarł się do Hogwartu. Ale to przecież niemożliwe, żeby był w pobliżu, prawda? Jak sądzisz, czy blizny po złowrogich zaklęciach mogą czasem boleć po tylu latach?

Powoli odłożyłam list i spojrzałam na Syriusza. Nie patrzył na mnie, dziwnie starannie składając jakieś spodnie i bluzę. Przez dłuższą chwilę dobierałam słowa.
- Dasz sobie radę? - zapytałam wreszcie. Teraz na mnie spojrzał.
- Tak. - odparł krótko.
- Bierzesz Hardodzioba?
- Tak. - wyraźnie mu ulżyło. Pewnie spodziewał się kłótni, oporu z mojej strony, jakichś typowych dla mnie rozsądnych argumentów. Ja jednak milczałam. Uderzyło mnie to, jak bardzo nie chciałam, by leciał.
- Mogę cię podrzucić gdzieś na wybrzeże afrykańskie. - powiedziałam cicho. - Dalej nie dam rady.
- Dzięki, ale dam sobie radę z Hardodziobem.
- Weź chociaż jakieś jedzenie…
- Wiem, coś zabrałem. - Syriusz minął mnie z workiem już zarzuconym na plecy. W drzwiach zatrzymał się jeszcze i odwrócił. Spojrzał na mnie niepewnie. - Cass… czy to może znaczyć coś złego?
Otworzyłam usta.
Zastanowiłam się.
Zamknęłam usta.
- Teoria rozpadu zaklęć to chyba moje najlepsze osiągnięcie. - powiedziałam i uniosłam dłoń, zanim mi przerwał niecierpliwie. - Jednym z elementów tej teorii posłużyłam się, szukając dla ciebie Pettigrew w osiemdziesiątym pierwszym. A drugi element tej teorii twierdzi, że im silniej zaklęcie popycha świat, tym większe reperkusje. Zasada zachowania energii, mugolska fizyka… - dostrzegłam minę Syriusza. - Nieważne. Tak, jest możliwym, że po tylu latach taka blizna boli. I tak, prawdopodobnie znaczy to coś bardzo niedobrego.
Dumbledore miał teorię. A ja bardzo chciałam, by się pomylił.
- Uważaj na siebie. - dodałam. Rzucił worek i chwycił mnie w ramiona. Objęłam go, przez ułamek sekundy zezwalając sobie na cieszenie się tym, że już nie jest taki żałośnie chudy jak jeszcze niedawno. Pachniał słońcem i oceanem, z lekką sugestią psiej sierści.
- Dzięki, Cass. - wymruczał mi w ucho. - Za wszystko.
- Nie ma za co. - odpowiedziałam, pokonując ścisk gardła. A potem już go nie było, sprzed domu dobiegł stuk hipogryfich kopyt. Nie ruszyłam się, by romantycznie wybiec za nim i wykrzyczeć coś do jego pleców. Po prostu wzięłam książkę z półki, usiadłam na ganku za domem, z widokiem na ocean, i czytałam przy świetle Lumosa, dopóki nie zrobiło się chłodno.
*
- Na razie wszystko leci bez problemów. - mówił Tim Carborough, a raczej jego głowa, zawieszona w płomieniach. Usiadłam przed kominkiem po turecku, opierając plecy o bok kanapy. - Co prawda Maxime wciąż uważa, że podjęliśmy za mało kroków prewencyjnych „na wszelki wypadek”, no ale co ja mogę. Ja tu tylko dźgam mózg różdżką i notuję wyniki.
W głosie Tima wyraźnie brzmiała gorycz.
- Nie łam się, szefie. - pocieszyłam go. Nie był co prawda moim zwierzchnikiem, ale jakoś tak się przyjęło, że ja mówiłam na niego „szefie” a on na mnie „szefowo”. - W końcu coś jebnie raz a porządnie, i Knot znowu będzie nam skamlał na progu o jakieś rozwiązanie. Bo jak nie my…
- To kto. - dokończył za mnie Tim. - Jak zwykle masz rację.
Wzruszyłam ramionami. Taka moja uroda.
- A właśnie, nie a propos. - skojarzyło się Timowi. - Irlandia wygrała z Bułgarią.
- He? - wytrzeszczyłam oczy.
- Quidditch? - spojrzał na mnie jak na kretynkę. - Mistrzostwa świata? Nic?
- A. - zaskoczyłam, ale nie zdołałam się przejąć. Nigdy nie byłam fanką quidditcha. Może to przez Jamesa Pottera, który mógł o tym nawijać dwadzieścia cztery godziny na dobę i nigdy nie miał dość.
Tim przewrócił oczami.
- Wdzięk, z jakim ignorujesz jakieś trzy czwarte naszego świata, jest zaiste zadziwiający.
- Nie trzy czwarte. - powiedziałam obronnym tonem. - Zaledwie połowę.
Tim zaśmiał się krótko. Jako dziecko magicznych rodziców nie do końca rozumiał moje silne mugolskie fundamenty.
- Problem jest mianowicie z tym taki, że po mistrzostwach mieliśmy niesamowity rozpiździel na kempingu. - powiedział, poważniejąc gwałtownie. Drgnęłam silnie. Od dobrego tygodnia nie ruszałam Proroków Codziennych, sumiennie dostarczanych przez Żanetę. Poczucie winy musiało się odbić w mojej twarzy, bo Tim zaklął plugawie. - Nie czytałaś? - burknął. Pokręciłam głową. - Och na gacie Merlina, Cassandro Bennet, opuszczasz się.
Wzruszyłam ramionami.
- No to co się stało?
- Irlandia wygrała. - Tim pociągnął nosem. - No i świętowali, jak to Irlandczycy. Tyle, że pod koniec balangi skądś nagle powyrastały czarne kaptury, a kilku mugoli, właścicieli kempingu, padło ofiarami okrutnych żartów… Regularny manifest się rozpętał, masakra, mówię ci.
Zaklęłam i przywołałam stertę Proroków, podczas gdy Tim ciągnął:
- A potem jakiś pacan przywołał Mroczny Znak.
Upuściłam Proroka z początku lipca.
- Diggory, wiesz który to, razem z grupą przyłapał na gorącym uczynku Harry’ego Pottera z przyjaciółmi i, obczaj to, skrzatkę domową Croucha. Afera jak sto pięćdziesiąt, ale się już nieco rozpełzło po kościach. Wiesz, Turniej w Hogwarcie i w ogóle. Chociaż w Ministerstwie dalej biegają jak koty z pełnym pęcherzem, debile…
Tim w sporej części dzielił mój pogląd, że większość zatrudnionych w Ministerstwie to biurokratyczni idioci, którzy rozsądku nie wypatrzyliby z mapą i lupą. Jednak ja nie cierpiałam wszystkich, jak leciało, z wyjątkiem mojego zespołu i dwoma czy trzema ludźmi „z zewnątrz”, Tim wyznawał nieco mniej… radykalne podejście.
- Mroczny Znak? - powtórzyłam martwo. Tim spojrzał na mnie z nagłą uwagą.
- Ano. - mruknął. - Ale z tego co wiem, nikt nie zginął.
Widziałam tę zieloną czaszkę na niebie raz. I ten jeden raz wystarczył. Przez kilka bardzo złych minut żyłam w świecie, w którym Syriusz Black był martwy. Nie było to wspomnienie, do którego chętnie wracałam. Prawdę mówiąc, to wspomnienie należało do tej kategorii, która była szczelnie zamknięta w dalekich zakątkach mojej pamięci.
- To dobrze. - powiedziałam niepewnie.
- Tak, ale wiesz. - Tim westchnął. - Kurde, szkoda, że cię tu nie ma.
- Mogłabym wrócić. - zaproponowałam niepewnie. Francuzi by się nie ucieszyli. Odkąd omówiłam z nimi wstępnie moją teorię rozpadu zaklęć, z jakiegoś powodu uznali mnie za specjalistkę w kwestii anomalii i pojęć przestrzennych. A od tego w moim zespole miałam Żanetę.
Tim pokręcił głową.
- Ściągniemy cię dopiero, jak się coś zjebie. - oświadczył. - Dobra, muszę znikać. Podźgać mózg różdżką. Trzymaj się.
- Wy też.
Tim rzucił mi ostatni uśmiech i wycofał się. Westchnęłam ciężko. Podniosłam tyłek z podłogi i poszłam znaleźć kawałek czegoś, na czym mogłabym napisać do Syriusza. Dopiero kiedy stałam na środku kuchenki z notesem i długopisem w rękach uświadomiłam sobie, że nie wiem nawet, gdzie on teraz jest.
Już w Anglii? Gdzieś w Europie? Jeszcze w Afryce? Nie miałam pojęcia, jak szybko może podróżować na hipogryfie. Czy to była prędkość samolotu czy samochodu? Jakoś nigdy nie przyszło mi na myśl zapytać. A słać listy rajskim ptakiem „w ciemno” wydawało mi się jakoś… nierozsądnie. Zwracały na siebie uwagę, co tu dużo mówić.
Coś zaćwierkało na parapecie otwartego szeroko okna. Ze zdumieniem ujrzałam sowę, w której rozpoznałam jedną z dyżurnych sów hogwarckich. Odczepiłam list od jej nóżki i spojrzałam na pismo, zdobiące kopertę.
Dumbledore.
No tak. Syriusz najwyraźniej utrzymywał ściślejszy kontakt z Anglią niż pozwolił mi myśleć. W sumie miał spore możliwości ukrywania swoich akcji przede mną, przez większą część dnia zajętą badaniami. Powzdychując z rezygnacją, wzięłam nieco większą kopertę, naskrobałam krótką notkę do Dumbledore’a o tym, że Syriusz już wyruszył w trasę, i oddałam całość sowie. Ta obrzuciła mnie niezbyt przyjemnym spojrzeniem, ale chwyciła list w dziób i zerwała się do lotu. Obserwowałam ją przez chwilę, dopóki nie zniknęła w oddali.
*
To się źle skończy, uznałam obserwując nieco chaotyczne próby profesora Langloisa w celu uzyskania efektu zawirowania w kontrolowanym środowisku badawczym. Profesorowie wymyślili, że może uda im się uratować świat przed wessaniem w czarną dziurę tworząc drugie zawirowanie; takie jak pierwsze, tylko odwrócone. Uważałam to za totalny idiotyzm, ale byłam tam najmłodsza stażem. Miałam tylko nadzieję, że to nie rąbnie raz, a porządnie.
Wtedy wszystkie inne moje zmartwienia miałabym z głowy.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł, profesorze. - powiedziałam ostrożnie.
- Ach, mademoiselle Bennet, to jest świetny pomysł! - odparł entuzjastycznie drugi z profesorów, Jacques Rennoir.
- Ale…
- Czwarte prawo magii teoretycznej, panno Bennet. - dodał z tła trzeci profesor, podobny do nastroszonej sowy Jean-Luc Picard. Byłam chyba jedyną osobą w zespole, którą to nazwisko bawiło. I nie dziwiłam się - mugolskie seriale sci-fi chyba nie były w magicznym świecie zbyt popularne. - Interferencje. Jeśli właściwie dobierzemy częstotliwość fal…
- JEŚLI. - podkreśliłam ponuro.
- Mam wielką wiarę w pani umiejętności obliczeniowe. - Picard rzucił mi uśmiech. Przewróciłam oczami. Z jakiegoś powodu panowie-profesorowie uznali mnie za specjalistkę w numerologii i matematyce. To, że znacznie lepiej się czułam w językoznawstwie nie zaprzątało ich uwagi. Językoznawstwo i zaklęciotwórstwo nie było tu potrzebne - niestety. No i francuski znałam dość słabo. W zasadzie umiałam się tylko przedstawić i zapytać, czy mój rozmówca umie po angielsku…
A, niestety, ta okolica znajdowała się w obszarze wpływów francuskich.
Musiałam się więc błyskawicznie podciągnąć z matematyki i numerologii. Praca w Departamencie Tajemnic zdecydowanie zapewniała możliwości wielostronnego rozwoju. I nawet jeśli mozolne wypełnianie analiz (tylko po to, by je wcisnąć do teczek, a te na półkę) było nudniejsze od flaków z olejem, to te właśnie momenty, w których trzeba było się stać ekspertem w ciągu dwóch dni nagradzały wszystko. Opłata w postaci niemal permanentnych migren była warta satysfakcji. W ciągu moich trzynastu lat w Ministerstwie musiałam nadrobić znajomość eliksirów i chemii; językoznawstwa i pewnych obszarów teorii magii, o których nie miałam wcześniej pojęcia; fizyki i astronomii; numerologii i matematyki tak zaawansowanej, że cyfry robiły się zbędne.
Oczywiście, spora część zdążyła już wyparować. W Anglii miałam jednak zespół, który zdołał się wyspecjalizować w tym, co mi już uciekło. Aneta Simmengton wiedziała chyba, co robi, dając mi awans na szefową teoretyków, i robiłam wszystko, co mogłam, by jej nie zawieść. Pomagała w tym krukońska ambicja. Dlatego teraz nie mogłam posłać panów-profesorów na bambus. Powzdychując, siadłam do liczenia.
*
- No więc tak. - Bode westchnął, a płomienie wokół jego głowy zatrzepotały. - Żaneta jest na chorobowym.
- Co tym razem?
- A właściwie nie chciała iść. - uzupełnił Broderick sumiennie. - Ale ją wypchnąłem. Za dużo tu siedziała. Zaczęło jej lekko odbijać na temat zmieniaczy czasu. Siłą ją zaciągnąłem do Munga, a tam ją błyskawicznie usadzili i posłali do domu. Ma czas do końca września, potem wraca. Zmieniacze przez ten okres raczej nigdzie nie pójdą.
- Raczej nie. A poza tym?
- No więc, w Hogwarcie rozpętała się mała chryjka… Pewnie będzie o tym w jutrzejszym Proroku. Mamy czterech zawodników w Turnieju Trójmagicznym.
Upuściłam kubek z sokiem ananasowym, który właśnie podnosiłam do ust. Bode uniósł brwi.
- Kto? - zapytałam, siląc się na spokój.
- Fleur Delacour od Maxime. Wiktor Krum od Karkarowa. Cedryk Diggory od Dumbledore’a. I, werble proszę… Harry Potter.
Po raz drugi upuściłam kubek, który już zdążyłam podnieść. Resztka soku rozlała się po podłodze. Bode obserwował to, najwyraźniej lekko rozbawiony.
- Biedny dzieciak. - mruknęłam.
- Wszystko trafia się jemu, nie? - dodał Bode. Wzdychając, skinęłam głową. W tym momencie nawet zadowolona byłam z tego, że Syriusz poleciał do Anglii. Może zdoła pomóc młodemu, choćby w ograniczonym zakresie. Mój zespół nie brał udziału w przygotowaniach do Turnieju, ale wiedzieliśmy o nim wystarczająco dużo. Był to ciężki kawałek chleba. Wcześniej zdarzały się naprawdę poważne wypadki i zranienia, pamiętałam nawet kilka wzmianek o zgonach. Nie miałam pojęcia, co dyrektorom odbiło, że teraz się na to zgodzili, ale nie zamierzałam się tym zajmować bliżej niż koniecznie trzeba było.
Dumbledore musiał mieć chyba powód.
- Coś jeszcze? - zapytałam, kiedy już rzuciłam nawet skuteczne Chłoszczyść na plamę z soku ananasowego.
- Blacka szukają gdzieś na Dalekim Wschodzie. - Bode zarechotał. - Coś mi się widzi, że aurorzy biegają już za każdym, nawet najgłupszym śladem.
Musiałam się zgodzić. Szczerze wątpiłam, by Black wracając do Anglii robił łuk i zahaczał o Daleki Wschód. Byłoby to zarówno bez sensu, jak i bardzo nie w jego stylu. Syriusz, wezwany na pomoc, leciał po najmniejszej linii oporu.
- A, i ta cała Dolores Umbridge zażądała okazania budżetu Departamentu na następny rok. - przypomniał sobie Bode. - Poleciała po to prosto do Anety. No, słychać je było nawet u nas, w piwnicy.
Zachichotałam. Aneta była dobrym szefem, ale jeśli czegokolwiek nie cierpiała, to były to właśnie finanse. Kiedy mogła, spychała to na mnie lub Tima. A drugą rzeczą, której nasza szefowa nienawidziła - i tu podzielałam jej zdanie - to było tłumaczenie się z tego, co robimy, ludziom „z zewnątrz”. Departament Tajemnic w teorii nie podlegał pod żaden inny, był jednostką samą w sobie, w każdym razie administracyjnie. Jednak w kwestiach finansowych odpowiadaliśmy przed Knotem. I kiedy koszty rosły - a to się zdarzało jak każdemu innemu Departamentowi - ktoś obrywał. Najczęściej tą osobą była Aneta. Brała to na klatę dzielnie, a później odreagowywała w biurze, zapijając wkurzenie kawą. A kawę Tim Carborough parzył mocną jak szatan.
- I to chyba tyle. - uznał Bode po krótkim zastanowieniu. - Profesor Croaker chciał posprzątać w Sali Przepowiedni, musieliśmy go wynosić, tak kichał. A rzucać tam Chłoszczyść jakoś… niebezpiecznie.
- No tak, w końcu tam nawet kurz jest archiwalny. - prychnęłam. W pewnym sensie rozumiałam potrzebę chronienia przepowiedni, ale z drugiej strony niektóre środki ochronne wydawały mi się absolutnie zbędne. W końcu żadna z kulek, trzymanych na półkach w Sali Przepowiedni, nie zawierała wiedzy rytej w kamieniu, a jedynie możliwości i opcje. Mgliste, na dodatek, i to bardzo. No, ale skoro już to mieliśmy w jurysdykcji, fajnie byłoby poudawać, że coś z tym robimy.