Chapter Text
- No więc tak. - powiedziałam dziewiątego lipca o piątej rano. - Gówno wpadło w wentylator i narobiło na Ministerstwo.
Black spojrzał na mnie tylko trochę krzywo. Minerwa McGonagall uśmiechnęła się kątem ust.
Siedzieliśmy w mikroskopijnej kuchence Lupina, chwilowo odgruzowanej z książek i innych gratów. Oprócz mnie, Blacka i McGonagall obecni byli jeszcze państwo Weasleyowie z synem Billem, Albus Dumbledore, chrapiący w kąciku Mundungus Fletcher, Alastor Moody i Remus Lupin, skulony nad kubkiem gorącej kawy. Severus Snape, choć zaproszony, się na szczęście nie stawił. Kuchnia, niezbyt duża, była solidnie zatłoczona i bez niego. Na stole stała cała bateria kubków po kawie i w połowie pełny dzbanek.
- Więc jaki jest nasz następny krok? - zapytał Lupin, spoglądając niepewnie na dyrektora. Ten z kolei spojrzał na mnie. Otworzyłam usta. Zamknęłam usta. Wzruszyłam ramionami.
- Dobrze by było wiedzieć, czego on właściwie chce. - powiedziałam. - Dobrze by było wiedzieć, co planuje zrobić najpierw. Bo wątpię, żeby to był frontalny atak. Wrócił niedawno, na pewno zechce zorientować się w sytuacji. Kto, kogo, komu, jak i dlaczego… sami wiecie.
- Zorientować się w sytuacji. - burknął Black. - No i pięknie, ale co my mamy z tym fantem zrobić?
- Wiesz tyle, co i ja. - wściekłam się. - O ile nie więcej. Ja mam relację z drugiej ręki…
- A czy nie spędziłaś kilku lat studiując Voldemorta? - wytknął mi Syriusz, który wyraźnie miał ochotę kogoś sklepać.
- Black, do ciężkiej cholery, odjeb się. - warknęłam. - Mogę ci wymienić całą listę krajów, które Voldemort mógł odwiedzić w ciągu ostatnich dwóch dekad, mogę ci wymienić listę jego ostatnich piętnastu ofiar, mogę ci nawet, na podstawie uzyskanego od ciebie opisu z dużą dozą prawdopodobieństwa zidentyfikować rytuał rezurekcyjny… ale, kurwa, nie jestem jasnowidzem!
W kuchni zapadła cisza. Lupin gapił się na mnie z lekko obwiśniętą szczęką, Molly Weasley z dezaprobatą, a McGonagall z zaskoczeniem. Dyrektor, zdawało się, krył za brodą kpiący uśmieszek. Wzięłam głęboki wdech i przymknęłam oczy. Obiema rękami odgarnęłam włosy z twarzy.
- Przede wszystkim, trzeba chronić Pottera. - powiedziała McGonagall. - Czy mamy kogoś, kto mógłby…?
- Arabella Figg. - burknął Alastor Moody. Jak się okazało, cały ostatni rok Moody był więziony przez śmierciożercę, Bartemiusza Croucha Juniora, który był bezpośrednio odpowiedzialny za wygraną Harry’ego w Turnieju i, co za tym szło, powstanie Voldemorta z martwych. Przez cały rok, ukryty za eliksirem wielosokowym i twarzą Moody’ego, Crouch Junior manipulował wydarzeniami w Hogwarcie. Teraz, uwolniony przez Dumbledore’a, prawdziwy Moody powoli wracał do siebie.
- Mieszka na Privet Drive. - dodał Dumbledore. - Będzie miała oko na Harry’ego, jak zawsze. Ja natomiast chyba powinienem… się nieco odsunąć.
Wszyscy spojrzeliśmy na dyrektora ze zdumieniem.
- Czemu? - zapytała Minerwa McGonagall.
- Żeby nie kusić losu. - uśmiechnął się słabo dyrektor. - Voldemort na pewno się dowie, że mnie i młodego Pottera łączy zażyłość… nieco bliższa niż zwykłego ucznia ze zwykłym dyrektorem. Dla bezpieczeństwa…
- Pierdolenie. - mruknął Black w moją stronę. Wzruszyłam ramionami. Byłam tu chyba tylko po to, by podawać kawę i potem pozmywać kubki. No, ewentualnie po to, by usadzić Syriusza w wypadku, gdyby się zbytnio rozfiglował.
- Harry może teraz potrzebować jakiejś porady! - wyraził myśl Blacka Lupin, tylko nieco bardziej cenzuralnie. - Zwłaszcza teraz! A kto, jeśli nie pan…
Dumbledore spojrzał na Syriusza. Black zawiesił się.
- A co ja wiem? - bąknął.
- Guzik z pętelką. - wyzłośliwiłam się.
- Bennet, ja cię proszę…
- Prosić możesz długo i namiętnie, Black, ale nic nie wskórasz. - zareagowałam odruchowo. Rozmowa rozwijała się w absolutnie bezsensownym kierunku. - Co nie zmienia faktu, dyrektorze, że musimy coś postanowić. Kogoś zebrać? Podjąć jakie działania? Czarni na pewno coś kombinują.
- Musimy zaczekać na Severusa. - stwierdził dyrektor.
- No pięknie. - westchnęłam. - A mamy pewność, że wróci? To już ponad dwa tygodnie.
- Nie ufasz mu? - zapytał dyrektor, przyglądając mi się bacznie znad kubka w różyczki. Wzruszyłam ramionami.
- Zaufanie zaufaniem, ale czy wyjdzie stamtąd żywy? - mruknęłam.
- Snape jest wystarczająco sprytny, by wejść i wyjść. - stwierdził Moody schrypniętym głosem. Black prychnął coś niecenzuralnego i dziwnie podskoczył na krześle. W ostatniej chwili złowiłam znaczące spojrzenie, posłane Łapie przez Lupina. Ciekawe. Czyżby, zgodnie ze starą huncwocką tradycją, Lunatyk właśnie zasadził Syriuszowi porządnego kopniaka w kostkę?
- Nie chciałabyś pracować jako nauczycielka w Hogwarcie, Cassandro? - uśmiechnął się lekko Dumbledore, strzeliwszy tym pytaniem zupełnie bez kontekstu. Syriusz zarechotał i nawet McGonagall uśmiechnęła się lekko.
- O Boże, nie! - zareagowałam przerażeniem. Raz: Aneta mnie nie puści na cały rok do Hogwartu. Dwa: trochę mimo wszystko strach. Trzy: przecież ja się nie nadaję na nauczycielkę! Zanim czegokolwiek kogokolwiek nauczę, to pomorduję te biedne dzieciaki!
- Ustalmy na razie, co zrobimy w ciągu najbliższego tygodnia. - zasugerował Lupin.
- Ustalmy może jakiś bezpieczny punkt wymiany informacji. - dodał Bill Weasley jakby nerwowo. Nie dziwiłam mu się. Dzielił metraż ze zbiegłym więźniem, wilkołakiem, dyrektorem Hogwartu i szurniętym aurorem.
- Nora odpada, jest za daleko. - powiedział Moody i ostrożnie powąchał kawę, którą przed nim postawiłam.
- Mój dom też odpada. - oznajmiłam. - Wszyscy wiedzą, że jestem antysocjalna, nagłe tłumy gości przyciągnęłyby niekoniecznie przyjazne spojrzenia.
- Tu jest trochę ciasno… - mruknął Lupin, obrzucając kuchnię niechętnym spojrzeniem.
- A co z Grimmauld Place? - powiedział Syriusz. Spojrzeliśmy na niego. Odkaszlnął, nagle jakby zawstydzony. - Jest na miejscu. - powiedział obronnym tonem. - I jest moje. Łatwo da się zabezpieczyć… i nie przyciągnie zbyt dużo uwagi. Bo, teoretycznie, wcale mnie w Anglii nie ma, więc…
- Świetny pomysł. - powiedział Dumbledore. - Dziś wieczorem sprawdzimy, jak to wygląda na miejscu. Dobrze?
Ja, Black i Lupin pokiwaliśmy głowami. Molly Weasley ziewnęła dyskretnie. Odkąd zebraliśmy się w kuchni Lunatyka w okolicach północy, żadne się nie położyło. Poza Fletcherem, chrapiącym w kącie, nikt się nawet nie zdrzemnął. Wysłuchaliśmy dyrektora, potem Syriusza, wreszcie Moody’ego, po czym nastąpiła burza mózgów.
Burza mózgów wniosła niewiele.
Weasleowie zabrali się pierwsi. Za nimi wyszedł Fletcher, poziewując. Moody, Dumbledore i McGonagall posiedzieli jeszcze pięć minut, zanim również poszli w diabły. Zostaliśmy więc we trójkę, ja, Lupin i Black. Zebrałam brudne kubki po kawie i zaniosłam je do zlewu. Lupin ziewał do resztki swojej kawy, a Black usiłował zdrapać drzazgę, wystającą z boku stołu.
- Więc. - mruknęłam, odkręcając wodę. - Jesteśmy w punkcie wyjścia.
Skrobanie paznokci o drewno ustało. Niemal czułam spojrzenia, jakie wymienili. Umyłam kubki, skupiając się na dokładnym starciu wszystkich śladów kawy. Bardzo chciałam nie czuć się jak pierwszej nocy w Cardiff. Wtedy też szorowałam chyba setkę kubków po kawie, a łzy ciekły mi po nosie i wpadały do piany. Tym raze oczy miałam suche, ale za to w gardle tkwiła mi spora śliwka.
Poczułam na ramieniu dłoń Lupina. Patrzył na mnie poważnie. Oczy miał solidnie podkrążone, wokół ust zmarszczki zmartwienia, we włosach wyraźne nitki siwizny. Nie wyglądał dobrze, a niewyspanie wcale mu nie pomagało.
Syriusz stanął z drugiej strony i bezceremonialnie objął mnie ramieniem wpół.
- Damy radę. - powiedział cicho. - Bo jak nie my, to kto?
*
Następnym razem spotkaliśmy się już na Grimmauld Place. Obecna byłam ja, Syriusz w skórze psa i Dumbledore. Ukryty pod kilkudziesięcioma zaklęciami Black otworzył dom. W nozdrza uderzył nas ostry zapach stęchlizny, niemytego skrzata domowego i zakurzonych aksamitów.
- A niech to jasna… - mruknęłam i rozkaszlałam się. Syriusz wszedł do domu i przemienił się w człowieka. Na twarzy miał wyraz niechęci, o ile nie zwyczajnej nienawiści. Nie zdołaliśmy zrobić więcej niż kilka kroków, zanim jeden z portretów wiszących na ścianach nie zaczął się drzeć:
- ZDRAJCO! Hańbo mojego łona! Czego szukasz w moim domu?! Wracasz po latach, przyprowadzasz tę szlamę, czego tu chcesz?!
- Zamknij się, stara prukwo! - ryknął Syriusz i gwałtownie zaciągnął zasłony przed portretem. Zdyszany, obejrzał się na mnie i dyrektora, tkwiących w wąskim korytarzyku. - Wybaczcie. - mruknął, jakby zawstydzony.
- Mamusia, co? - powiedziałam szybko, udając moją zwykłą ironię. „Szlama” mnie, jak zwykle, nie dotknęła. Syriusz wzruszył ramionami. Spojrzał w górę schodów, jakby nabierał na coś sił. Dumbledore z lekkim zaciekawieniem oglądał trollową nogę, przerobioną na stojak do parasoli. Rozejrzałam się dyskretnie. Na ścianach, poza portretami, wisiały również odcięte głowy skrzatów domowych, przytwierdzone do plakietek. Tapety były ciemne, tu i ówdzie przewijał się motyw węża. Szlachetny i starożytny dom Blacków… Niech ich wszystkich szlag.
- Stworek! - zawołał Syriusz niezbyt pewnym głosem. Przez chwilę było cicho. Potem z salonu dobiegło mamrotanie.
- Czego on znowu chce… zdrajca rodziny, wraca po latach jak do siebie…
Z dreszczem patrzyłam na starego skrzata, ubranego w coś, co kiedyś prawdopodobnie było serwetą stołową. Stworek był chyba już potwornie stary, wyglądał na średnio zdolnego do podniesienia czegokolwiek cięższego od kubka z herbatą.
- Tu jesteś. - powiedział Łapa z niechęcią. - To szoruj stąd, coś… odsprzątać.
Skłaniając się - i nie przestając mamrotać inwektyw - skrzat wycofał się z powrotem do salonu.
- Ciągle tu jest. - mruknął Syriusz niechętnie. - Miałem nadzieję, że padł.
- Łapa… - odezwałam się, wyciągając do niego rękę. Uciekł z mojego zasięgu i zszedł do kuchni. Rzuciłam Dumbledore’owi bezradne spojrzenie.
- Trzeba tu trochę posprzątać. - przyznał dyrektor, przeciągając palcem po balustradzie schodów. - Ale zabezpieczymy ten dom i powinien się nadać. Jest tu dużo miejsca… Nie będzie tu luksusów jak w Cardiff, ale chyba damy sobie radę.
- A Syriusza to wpędzi w obłęd. - powiedziałam ponuro. Dyrektor zignorował mnie.
- Spróbujcie coś tu zacząć ogarniać. - polecił. - Napiszę do Molly Weasley, może zgodzi się przenieść tu z dziećmi na okres wakacji. Jutro zaczniemy zabezpieczanie domu i wybierzemy Strażnika Tajemnicy. Otrzymałem wiadomość od Severusa, więc będziemy mogli również zacząć coś konkretnego planować. Dacie sobie radę, prawda?
- A mamy inne wyjście? - prychnęłam.
- W takim radzie do jutra, Cassandro.
Zamknęłam za dyrektorem drzwi i ostrożnie przeszłam do kuchni. Syriusz siedział za stołem, wbijając wzrok w przeciwległą ścianę, czarną od brudu. Stałam chwilę, zagryzając wargi, wreszcie zeszłam po kilku stopniach w dół i usiadłam obok Łapy.
- Wszystko będzie dobrze. - powiedziałam.
- Wiesz, że nie będzie.
- Łapa…
Zerwał się, strącając moją dłoń z ramienia.
- Spróbujmy sprzątnąć chociaż kuchnię. - burknął. - Molly dostanie zawału, jak to zobaczy.
Terapia zajęciem. Dobra, mogłam na to pójść. Pomogłam Łapie wybebeszyć szafki, pozbyć się początkującej cywilizacji z większości, przytargać wielką balię i wypełnić ją gorącą wodą oraz patelniami. Zaczęliśmy szorować szafki i wtedy dopadło nas zmęczenie. Jak staliśmy, tak padliśmy na kuchenne krzesła. Czułam, że w Syriuszu coś się gotuje, ale nie miałam pojęcia, jak to z niego wydobyć. Nie byłam psychiatrą, jak mój tata. Byłam tylko naukowcem z Departamentu Tajemnic.
Wiedziałam dużo. Naprawdę dużo, nie było sensu udawać, że jest inaczej. Wiedziałam, z czego się składa myśl, i wiedziałam jak działają synapsy. Byłam szefową sekcji teoretycznej, do diaska. Moja wiedza była pokaźna, multidyscyplinarna, imponująca.
Tylko co z tego?
*
Molly Weasley faktycznie mało nie zemdlała, jak zobaczyła kuchnię. Nie pozwoliła sobie jednak na więcej niż pięć sekund załamania. W momencie przeszła w tryb bojowy. Zagoniła do roboty czwórkę swojego przychówku: najmłodszą Ginny, Rona, który był w wieku Harry’ego, i bliźniaków. Nieopatrznie również dałam się wciągnąć. Fakt, kuchnię i kilka sypialni trzeba było doprowadzić do porządku w trybie ekspresowym. Tylko dlaczego mnie wepchnęli na linię frontu?
- Nie sprzątam nawet u siebie w domu. - jęczałam, odgruzowując z Molly sypialnię, w której mieli spać bliźniacy. - Dlaczego robię to u Łapy?
- Kara za grzechy. - odparła Molly krótko. Ubrana w jakąś starą, zakurzoną szatę, z wielkim fartuchem i włosami związanymi w nieporządny kok, zaledwie odrobinę się postarzała od tego dnia, kiedy razem płakałyśmy w Cardiff. Nigdy się bliżej nie przyjaźniłyśmy, ale Molly chyba żywiła do mnie ostrożną, nieco matczyną sympatię.
Reszta naszych dzielnych bojowników o czystość opierała się jeszcze bardziej niż ja. Molly jednak miała swoje sposoby. Jęcząc, klnąc pod nosem i psiocząc w ogólnym kierunku Stworka - który bardziej przeszkadzał niż pomagał - ekipa Weasleyów plus ja i Black doprowadziła sporą część domu do jakiej takiej używalności. Jakoś w połowie czerwca dołączyła do nas Hermiona Granger, szkolna koleżanka młodych Pottera i Weasleya, ta sama, która twierdziła, że nie będzie chciała pozbyć się zmieniacza czasu.
Łapa wyraźnie nie czuł się dobrze. Nie byłam na miejscu dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale te kilka godzin, które spędziłam na Grimmauld Place, wystarczyły do postawienia tej diagnozy. Jak tak dalej pójdzie, Black wpadnie w depresję.
Tim Carborough coś za to wywęszył. Fakt, mój dzień się lekko zmienił - zaczęłam wychodzić mniej więcej o czasie. Parę razy wyszłam razem ze Sturgisem Podmore’em, chłopakiem z sekcji administracyjnej Ministerstwa Magii, który pamiętał czasy poprzedniego Zakonu. Czekałam na Podmore’a specjalnie w atrium, machając wszystkim radośnie (nie, wcale nie zachowywałam się podejrzanie). Nie było siły, by Carborough się nie zorientował, że coś jest na rzeczy. Dopadł mnie któregoś popołudnia, tuż po tym jak wzięłam od Sturgisa jego niewidkę.
- A wy co spiskujecie? - warknął szef sekcji praktycznej, obrzucając nas uważnym spojrzeniem. Sturgis uśmiechnął się półgębkiem i zwiał.
- A tak sobie, dla praktyki. - odparłam niewinnie, przywalając niewidkę, już wciśniętą do torby, kilkoma książkami. - Chcemy obalić Knota i wsadzić Żanetę na jego miejsce. Bo wiesz, budżet ministerialny swoją drogą, ale jakaś podwyżka by się nadała…
- I Żaneta ci niby załatwi podwyżkę? - dał się złapać Tim. Przewróciłam oczami.
- Jak ją napuścimy na komisję do spraw budżetowych i zacznie opowiadać o zmieniaczach, to dadzą jej, co tylko zechce, po to jedynie, by się zamknęła. - powiedziałam wesoło. - Masz coś dla mnie, szefie, czy mogę wracać do swojej piwnicy? Rano dostałam sowę z Madagaskaru, chyba wymyślili coś nowego.
- Idź. - zezwolił łaskawie Carborough. - Ale wiedz, że cię obserwuję! - zawołał za mną. Machnęłam mu ręką i czmychnęłam do swojego biura.
*
- Mamy więc dwie niewidki… wtyki w Ministerstwie… i jakąś wiedzę. - podsumował Lupin. - To niezbyt dużo.
- Mogę spróbować zlokalizować to cholerstwo, ale to chwilę zajmie. - stwierdziłam niechętnie. - Hala jest naprawdę duża, a system archiwistyczny właściwie nie istnieje. Strażnik… ma dziwaczne poczucie humoru i umieszcza nowe rekordy chyba na chybił trafił, gdzie tylko znajdzie kawałek półki. Przez jakiś czas Departament usiłował prowadzić katalog… poddali się jakoś w 1500 roku.
- Dobrze. - dyrektor westchnął lekko. - Cassandro, spróbuj zlokalizować właściwą kulkę. Pozostali w Zakonie będą trzymać wartę wtedy, kiedy ciebie nie będzie w Departamencie. Oprócz tego, musimy przekonać jak najwięcej osób… wpływowych osób… do tego, że Voldemort wrócił.
- Co nie będzie łatwe. - powiedział Artur Weasley znad Proroka Codziennego. - Napisali, że odwołali pana z funkcji w Wizengamocie.
Spojrzałam na Dumbledore’a ostro. Wciąż uśmiechał się łagodnie, zupełnie jakby go to nie obeszło.
- Nic o tym nie słyszałam. - powiedziałam. Dyrektor spojrzał na mnie pobłażliwie.
- Większość polityki ci ucieka, moja droga. - stwierdził. - Dlaczego akurat taka drobnostka mogłaby dotrzeć do twojej wiadomości?
DROBNOSTKA.
- A podobno jest pan dobrym strategiem. - mruknęłam pod nosem, ale nie powiedziałam nic więcej. Syriusz zdusił wredny rechocik. Lupin kopnął mnie pod stołem, ale nie dałam po sobie tego poznać - glany całkiem nieźle pochłaniały takie wstrząsy. Wyłączyłam fonię i skupiłam się na rozrysowywaniu z pamięci planu Hali Przepowiedni na kawałku jakiegoś pergaminu. Rzędy były ponumerowane sensownie, to trzeba było przyznać, ale obok siebie stały przepowiednie z datami starożytnymi i dziewiętnastowiecznymi. Nie pomagał fakt, że opisy Strażnika były denerwująco kryptyczne. Katalog, jak utknął na 1500 roku, tak tkwił.
Tim i jakaś dziewczyna z jego zespołu zajmowali się mechanizmem kolekcjonowania przepowiedni i tego, jak właściwie pracuje Strażnik. Ja sama wiedziałam tyle, że Strażnik Hali Przepowiedni to coś w stylu samoświadomego, wielopoziomowego zaklęcia obronno-zaczepnego, z dodatkowym wplotem archiwistycznym. Co znaczyło tyle, że w Departamencie, poza komponentem ludzkim, musieliśmy sobie radzić również z prawie inteligentnymi konstruktami magicznymi. Bywało wesoło.
- Bill Weasley spróbuje swoich sił w dyplomacji międzynarodowej. - mówił Dumbledore. - Będziemy potrzebowali wsparcia z zewnątrz. Bill ma znajomości z całego świata, praca dla Gringotta zapewnia taką możliwość, może uda się nam to dobrze wykorzystać. Charlie zgłosił się na ochotnika do działań w Rumunii… dobry ruch, rumuńscy czarodzieje zawsze sympatyzowali z czarną stroną. Oprócz tego, musimy gromadzić zwolenników tu, na miejscu…
- Przydałoby się doprowadzić ten dom do porządku. - powiedziała Molly Weasley.
- Wiemy, i kibicujemy twoim wysiłkom, moja droga. - w głosie dyrektora nie było śladu zdenerwowania czy zniecierpliwienia. Molly miała dużo racji. Grimmauld Place już nosiło niezłą siatkę zaklęć ochronnych. Wystarczyło niektóre nitki lekko zmodyfikować, by uzyskać naprawdę bezpieczne miejsce spotkań i wymiany informacji. Niedługo po dokonaniu tych modyfikacji, dyrektor zabezpieczył dom również Fideliusem, na siebie biorąc obowiązki Strażnika Tajemnicy.
Na dodatek, było stąd bliżej do Ministerstwa niż z Cardiff.
No i ja miałam całkiem niedaleko do domu. Nie żebym zamierzała tu spędzać jakoś dużo czasu poza tym, co koniecznie musiałam odsiedzieć. Ale świadomość, że mam do niego blisko, była dziwnie uspokajająca.
W oddali stuknęły drzwi. Molly Weasley zerwała się z miejsca i poleciała otworzyć. Czekaliśmy jeszcze na Sturgisa Podmore’a i Snape’a, i obaj się spóźniali. Osobiście bardziej się martwiłam o Sturgisa. Snape, było nie było, umiał sobie radzić. Mogłam cholernika nie lubić i absolutnie nie popierać jego metod nauczycielskich - o których trochę słyszałam od Lupina i Blacka - ale nie mogłam go nie doceniać. Snape był twardy. I właśnie takich ludzi potrzebowaliśmy, nie szurniętych bojowników o wolność (flaga na twarz i za Gryffindor, do diabła).
- Dobry wieczór wszystkim. - wygłosił Snape, stając na chwilę w progu kuchni. Obecni odpowiedzieli mi nieskładnym pomrukiem.
- Właściwie jesteśmy po kolacji. - powiedziała Molly Weasley niepewnie. - Ale jeśli jesteś głodny, mogę coś przygotować, Severusie.
Snape odmówił i zasiadł jak najdalej od Syriusza. Black siedział, rozwalony w krześle, a na twarzy miał wyraz, który mi się cholernie nie podobał. Od jakiegoś czasu Łapa krążył po domu, wyraźnie przepełniony żądzą mordu. Zjawienie się Snape’a w tak bliskiej okolicy nie miało prawa skończyć się dobrze. Mogłam tylko mieć nadzieję, że do bójki dojdzie, kiedy już sobie pójdę.
- Więc czego udało ci się dowiedzieć, Severusie? - zapytał Dumbledore przyjaźnie.
- Czarny Pan stracił element niespodzianki i to mu się nie podoba. - powiedział Snape monotonnym głosem. - Na razie nie podejmuje żadnych dalekosiężnych planów poza rozpoznaniem terenu i zarysowywaniem pierwszych szkiców. Oczywiście, jak na razie, jego priorytetem jest zdobycie wiedzy o tym, co spowodowało jego porażkę.
- Poleganie na wątpliwych źródłach informacji. - burknęłam, zanim zdołałam ugryźć się w język.
- A co to niby miało znaczyć, Bennet? - zapytał Snape pozornie spokojnie, ale doskonale słyszałam w jego głosie stal i groźbę. Westchnęłam.
- Ja się może nie znam za dobrze, ale poleganie na przepowiedniach przy planowaniu strategicznych posunięć nie wydaje mi się do końca… mądre. - powiedziałam, nie unosząc głowy znad mojego pergaminu. - No, ale co ja tam wiem.
- Przecież powiedziałaś, że wierzysz w przepowiednie. - wypomniał mi łagodnie Dumbledore. Wzruszyłam ramionami.
- Jest różnica między wiarą a działaniem. - spojrzałam na zegarek i wstałam, wciskając pergamin w kieszeń dżinsów. - Będę się zbierać. Jutro muszę stawić się w pracy na siódmą, zdążyć z analizą wykresów dla Tima Carborough. Trzymajcie kciuki. - wzięłam torbę z oparcia krzesła. - Dobranoc.
„Zakonnicy” odpowiedzieli mi przyjaznym szumkiem, tylko Snape się wyłamał, gapiąc się na mnie niemal wrogo. Syriusz poderwał się i wyszedł ze mną z kuchni. W ciszy minęliśmy zasłonięty portret jego matki i zatrzymaliśmy się przy drzwiach wyjściowych.
- Chciałbym, żebyś została. - rzucił Łapa w przestrzeń.
- Masz za dużo dzieci w domu. - uśmiechnęłam się kątem ust. Doskonale zdawałam sobie sprawę z pośpiesznie wciąganych na pięterko Uszu Dalekiego Zasięgu, wynalazku pomysłowych bliźniaków Weasleyów. Ta ruda parka, bardzo podobna do Gideona i Fabiana, miała wręcz imponujące zacięcie do żartów praktycznych i wprowadzała niemile widziany chaosik na Grimmauld Place.
- Nie będzie tak, jak wtedy, nie? - Black skulił się w sobie lekko. - Będzie gorzej.
- Zapewne. - przyznałam, patrząc na niego bardzo uważnie. Będzie gorzej. Zakon nie składał się już z młodych gniewnych o świeżych twarzach i gorących sercach. Wtedy spora część „zakonników” była świeżo po szkole, wciąż jeszcze naiwni i pełni nadziei. A teraz?
Lupin, permanentnie na skraju nędzy, imający się zleceń grubo poniżej jego umiejętności, już stłamszony przez życie, w sposób może najokrutniejszy, bo bardzo subtelny.
Black, w oczywisty sposób problematyczny dla siebie samego, po długiej odsiadce w Azkabanie; podejrzewałam go o jakieś depresyjne zaburzenie, w sumie nie dziwne po tym, co przeszedł.
Weasleyowie, zwarta grupa dzielnych ludzi, przywykłych do walczenia z życiem zębami i pazurami; Molly, tak zacięta, tak zapalczywie próbująca schować swoje dzieci i cały świat w bezpiecznym miejscu; Artur, na swój sposób sprytny i przebiegły, o lekkim zacięciu politycznym i dobrym „ulicznym nosie”; i dzieci, jeszcze młodzież, jedyni, którzy byli tacy, jak my wtedy.
Moody, stary auror, który nie ufał nikomu i niczemu, wszystko brał z nierozsądną dozą ostrożności, stale czujny i stale w gotowości do przywalenia komuś.
Profesor McGonagall, jeden z najbystrzejszych umysłów czarodziejskich, świetna nauczycielka i doskonała mentorka, pierwszy i ostatni bastion uczniów w Hogwarcie, uparta, chłodna i zawsze kalkulująca szanse.
Snape, którego nikt nie lubił, ale wszyscy musieli tolerować, bo był cennym asem w naszym zakonnym rękawie. W pewien sposób taki sam, jak ja: odpychał ludzi, zanim oni zdążyli odepchnąć jego.
Dumbledore, głowa całego przedsięwzięcia, ten sam, który pokonał Gellerta Grindelwalda dopiero wtedy, kiedy okoliczności go do tego zmusiły; niezrozumiały dla nikogo, kierujący się jakimiś swoimi tajnymi motywami, zapewne z planem, zapewne z pomysłem na nas wszystkich; wszystkowiedzący, a przynajmniej sprawiający takie wrażenie; mądry, stary i w jakiś sposób kruchy.
Kilku innych, o których jeszcze nie miałam opinii.
I byłam tam ja. Na pozycji władzy w Ministerstwie, z posłuchem, dojściami i możliwościami. A jednak, mimo tego wszystkiego, czułam, że nie przydam się za wiele tym razem. Nowych danych nie było, mieliśmy prawdopodobnie wszystkie zaklęcia ochronne i bojowe, jakie tylko można było mieć. Więc na co ja Dumbledore’owi? Żebym trzymała ucho przy ziemi i rękę na pulsie, zapewne. I, w tej głupiej pozycji z tyłkiem w górze, może przy okazji przyjęła na siebie najcięższy cios?
Jako furtka do Departamentu Tajemnic sprawdzę się nieźle. Ale co poza tym? Co mogę zrobić, by ukrócić mordercze zapędy Voldemorta i utrzymać nas wszystkich przy życiu?
Oczy Syriusza były podkrążone i błyszczały niezdrowo w mdłym świetle lampy.
Nie uda mi się uratować wszystkich, pojawiła się myśl gdzieś w tle mojego umysłu, ale może uda mi się uratować chociaż jego.
Nie poszłam tej nocy do domu.
