Chapter Text
Bardzo dobrą stroną przebywania na wyspie był taki drobny fakt, że ocean był wszędzie dookoła. Ciepły ocean. I o ile trochę dalej od brzegu robiło się naprawdę niebezpiecznie - ja wiem, co za żyjątka mieszkają w tych ciepłych wodach? - o tyle pływanie w pobliżu brzegu stało się w pewnym momencie moją ulubioną rozrywką. W połowie marca wróciłam również do biegania; mokry piasek tuż przy falach stanowił fajną odmianę po betonie Londynu, a mój organizm wyraźnie zatęsknił za regularnym ruchem. Profesorowie obserwowali mnie co rano z pewnej odległości, wyraźnie zdumieni. Nie przejmowałam się nimi.
Miałam nadzieję, że moja grupa „samoobrońców” będzie dalej działać, kiedy wrócę już do Anglii. Zupełnie nagle zatęskniłam za tymi spotkaniami, z których wracałam obolała i posiniaczona. Praca naukowa sprawiała mi mnóstwo frajdy, ale było coś w porządnym dostaniu po łbie - połączonym ze skopaniem komuś tyłka - co było prawie równie satysfakcjonujące. Teoretycznie mogłabym chyba zaproponować któremuś z profesorów jakiś trening… ale głupio tak, bić starszych.
Chociaż Picard mógłby mi dokopać. Wyglądał na takiego, co w młodości trenował jakiś boks czy coś podobnego.
Przed Wielkanocą posłałam rodzicom po kokosie, rzeźbionym w różne wzory zgodnie z najlepszą tradycją miejscowych magików. Tata pewnie postawi to sobie gdzieś na biurku w gabinecie jako ciekawostkę i pretekst do rozpoczęcia rozmowy, a mama po prostu lubiła takie pierdółki. No i z daleka kokos wyglądał jak duże, włochate jajko z czekolady. Langlois uśmiał się do łez, jak im wyjaśniłam, po diabła mi przesyłka międzykontynentalna. Po czym prędziutko posłał do Francji podobne kokosy z życzeniami wielkanocnymi.
No cóż. Niech się człowiek cieszy.
Powoli dobijałam do końca obliczania. W pewnym momencie musiałam sięgnąć do tabel astronomicznych i wciągnąć we współpracę francuskiego astronoma, pracującego w ichnim odpowiedniku mojego Departamentu Tajemnic. Współpraca układała się fajnie, a okazjonalne francuskie słownictwo z listów Pierre’a pomagał mi tłumaczyć Picard.
Wreszcie, kiedy postawiłam ostatni znak na stanowczo zbyt długim zwoju pergaminu, byłam bardziej wyczerpana niż po całodniowej wycieczce na kontynent. A wtedy też ołaziłam się jak głupia i przytargałam z powrotem sporo ciężkich jak diabli ksiąg.
Najlepsze było to, co wynikało z moich obliczeń.
A wynikała z nich einsteinowskich rozmiarów teoria chaosu. Teorię ową dało się jednak skrócić do czegoś dużo bardziej konkretnego: jeśli zdarzy się pewna grupa czynników, anomalia się pojawi. W skrócie: wyskakują jak chcą i gdzie chcą. W jeszcze większym skrócie: guzik z rzetelnych badań naukowych. Bo warować tu mogliśmy do końca świata i jeden dzień dłużej, a drugiej anomalii nie zobaczyć.
Podczas gdy ja mozolnie przedzierałam się przez numerologię, astronomię i matematykę, panowie-profesorowie tworzyli możliwe teorie, dotyczące tego, co się dzieje z żywym organizmem, który „przypadkiem” trafi w anomalię. Od podróży w czasie po samoistny rozpad pod wpływem sprzecznych prądów czasowych, niektóre z ich pomysłów przypominały żywcem wzięte z jakiegoś mugolskiego science-fiction. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że jednak podróże w czasie odpadały - coś by się o tym raczej usłyszało. Chyba, że rzucało ewentualnych podróżników w przód.
Tak więc pod koniec kwietnia moje zadanie na Île Cachée można było uznać za zakończone. Kontrakt jednak opiewał na dwanaście miesięcy, co znaczyło mniej więcej półtora miesiąca zapasu. Tydzień z tego zamierzałam wykorzystać na bezczelne obijanie się, drugi tydzień na zwiedzanie Madagaskaru, a resztę mogłam ewentualnie poświęcić jakiemuś zadaniu od profesorów. Coś na pewno się znajdzie, nawet jeśli to będzie jakaś archiwizacja czy inna robota dokumentacyjna.
Profesorowie do puli swoich zwariowanych teorii dodali podróże czasoprzestrzenne.
- Sprzedajcie to mugolskiemu NASA. - brzmiał mój komentarz. - Zarobicie miliony, wysyłając człowieka na Marsa.
- A po co mielibyśmy wysyłać człowieka na Marsa? - zdumiał się Rennoir. - Tam nie ma nic ciekawego.
Rennoir był czarodziejem czystej krwi. Aż dziwne, jak to czasem było widać.
*
Szanowna panno Bennet,
Nieco zdumiał mnie Pani niespodziewany list, tym niemniej z radością odpisuję. Mogę udzielić, niestety, jedynie ogólnych rad i wskazówek, jako że nasze Ministerstwo nie utrzymuje z Albanią bliskich kontaktów.
Ma Pani rację uznając, że my Słowianie i tamci to również Słowianie i możemy coś wiedzieć. Jednak podobieństwa są bardzo ogólne. Bałkany to Słowiańszczyzna południowa, pozostająca pod silnym greckim i islamskim wpływem, którego u nas, w Polsce, nie ma zupełnie.
Bałkany to magia głównie naturalna i związana z cyklem lunarnym. Dużo zaklęć wymaga używania materialnych przedmiotów, takich jak amulety i zioła, ewentualnie wywary różnego typu (nierzadko bardzo skomplikowane). Zdarza się również magia zwierzęca, ale rzadko; krótko mówiąc, silnie przypomina to szamanizm, pod który właściwie przypada.
Nawiązując do Pani pytania o niepokojące pogłoski z tamtych stron spieszę poinformować, że nic takiego nie dotarło do naszych uszu.
Z poważaniem,
Zygmunt Drozd
No w mordę. Uginam się pod ciężarem takiej pomocy.
Cóż, lepsze to niż nic.
*
Powoli zaczynałam się pakować. Byłam zaskoczona ilością rzeczy, jakie zgromadziłam na Île Cachée. Poza ubraniami - które nie zajmowały dużo miejsca - miałam chyba z tonę książek. Pamiętałam kupowanie tylko części z tych tomów. Skąd, u diabła, wziął się u mnie Przyczynek do afrykańskiej teorii magii? No dobra, to jeszcze byłam w stanie zrozumieć, po prostu nie pamiętałam kupowania tego. Albo Tysiąc dwieście malgaskich ziół? Przecież zielarstwo było kompletnie poza moim obszarem zainteresowań! Na gwizdek mi miejscowy zielnik? Po moim domku walało się też pełno różnych drobiazgów, od pamiątek po jakieś badziewie, którego nie umiałam choćby zidentyfikować. Skąd to się tu wzięło? Co mi strzeliło do głowy, że kupiłam afrykańskiego maszkarona z jakichś traw, łupin kokosa i liści palmowych?
A tak, to miało być dla Remusa.
Miałam już zorganizowane kilka kupek rzeczy: te, które brałam ze sobą, te, które brałam ze sobą dla innych, te, które chciałam zostawić profesorom i te, które się nadawały tylko do rytualnego spalenia. Afrykański maszkaron wylądował na kupce prezentowej, opatrzony staranną notatką, żebym znowu nie zapomniała, po cholerę mi to było.
Przez taką, a nie inną organizację pracy mój mały domek wyglądał jeszcze bardziej jak pobojowisko niż zwykle. Kiedy przyszedł Langlois z kawałkiem swojej dokumentacji, zgłupiał. Ja się w tym chaosie poruszałam swobodnie, w końcu podobny miałam w domu. Ale profesorek, postawiony naprzeciwko, cóż, wszystkiego, zatrzymał się w progu i odmawiał wejścia dalej.
- Mogę w czymś panom pomóc? - zapytałam, odrobinę zirytowana, że mi się przeszkadza. Nienawidziłam pakowania. Zwłaszcza po prawie roku w jakimś miejscu, postawiona naprzeciwko tony bambetli.
- Przynioslem pani dokumenti. - wydusił Langlois. Wyciągnął nieco drżącą rękę z teczką. Chwyciłam papiery i przejrzałam je pobieżnie.
- Dziękuję. - mruknęłam, odkładając teczkę na stolik w kuchence. Langlois wciąż tkwił, jak przyklejony, i gapił się na jedną z kupek organizacyjnych. Zaintrygowana, podążyłam za jego spojrzeniem. Gapił się na stertę starych Proroków. Na samej górze leżał numer z czerwca ’94, oznajmiający o ponownej ucieczce Syriusza Blacka.
Ups.
Langlois przyjrzał mi się uważnie.
- Ten pani przyjacieli, z którim pani tu przyjechala. - powiedział cicho. - Podobni do tego tam, nie?
Wzruszyłam ramionami.
- Często to słyszę.
- My nie pytali. - dodał Langlois jakby chłodno. - Bo to i nie nasi zmartwieni. Ale pani może uważa na siebie.
Uśmiechnęłam się szeroko. Profesorowie doskonale zdawali sobie sprawę, że z magią praktyczną to ja cieniutko; raczej nie wiedzieli, że nawet mimo tego całkiem nieźle potrafiłam się obronić. Ignorując fakt, że poza magią są inne rozwiązania, czarodzieje sobie tylko szkodzili. No, ale mnie osobiście to nie wadziło. Element zaskoczenia był po mojej stronie, i to było dobre.
- Potrafię sobie radzić, profesorze. - powiedziałam. - Ale dziękuję za troskę.
Przyglądał mi się jeszcze przez chwilę, potem jakby niepewnie skinął głową. Przerażonymi oczami spojrzał jeszcze na bajzel pakowania, po czym zabrał się z korytarzyka.
Obrzuciłam chaos niechętnym spojrzeniem. Teraz dobrze by było to jakoś zapakować. Przyjechałam tu z niewielkim bagażem, zmieściłam się do niedużego plecaka - do powrotu będę musiała użyć jakichś poważnych czarów rozmiarowych. Pewnie nie obędzie się bez zaklęcia zmniejszająco-powiększającego, które ja nazywałam zaklęciem „większe w mniejsze”.
Pod koniec maja byłam w zasadzie przygotowana do wyjazdu. W pierwszym tygodniu czerwca Żaneta podrzuciła mi świstoklik powrotny, datowany na dziesiątego. Przy okazji oznajmiła mi, że się cieszy niesamowicie z mojego powrotu, bo sama z Bode’em w biurze dostawała już świra. Byłam w stanie ją zrozumieć. Bode był najbardziej socjalny z naszej trójki, Żaneta najmniej. Ja stanowiłam swego rodzaju bezpiecznik między nimi. Pozbawiona mojego wsparcia, Żaneta chyba była uspołeczniana na siłę.
Piątego zakominkował Carborough i zarzucił mnie toną informacji co do tego, że cały Departament nie może się doczekać mojego powrotu. W pierwszej chwili poczułam się ważna jak cholera, ale potem starannie przefiltrowałam ten komunikat i wyszło mi, że potrzebują kogoś do przewalenia sterty papierów. Nie uradowało mnie to specjalnie. Spróbowałam również dowiedzieć się delikatnie, co tam słychać w Hogwarcie. To nie było dobre posunięcie. Tim przez dwadzieścia minut nawijał o Turnieju Trójmagicznym.
- I Crouch zniknął. - dodał nagle, pozornie zupełnie bez związku. Zastrzygłam uszami.
- Jak to: zniknął?
- Normalnie. Od jakiegoś czasu przestał przysyłać sowy z instrukcjami, bo chorował już chwilę. - Tim westchnął. - Nie jest dobrze, Cass, lekki bajzel tam teraz mają. W końcu Crouch naciskał na ten cały Turniej najbardziej, a potem się migał, bo choroba, bo to, bo śmo… mnie to rybka, co jest fajne, ale dziewczyny i chłopcy Croucha zaczynają się z lekka denerwować. Za to Knot przestał się czepiać mojego budżetu prewencyjnego, Umbridge też jakby zajęła się czymś innym, miodzio. Jak wrócisz, to urządzimy ci imprezę powitalną.
- Ale ja nie chcę! - przeraziłam się.
- A ty tu nie masz nic do gadania, złotko.
Wydałam z siebie dźwięk, brzmiący jak coś pośredniego między „o mamo” a „o kurwa”. Tim patrzył na mnie z szerokim uśmiechem, wyraźnie bardzo z siebie zadowolony.
- A co z Bertą Jorkins? - zapytałam nagle. Tim zrobił zaskoczoną minę.
- Nie wiem. - powiedział. - Chyba jej szukają w tej całej Słowacji czy gdzieś tam.
- Albanii.
- Jeden ghul. Jorkins nie jest moja, po gwizdek mam się interesować, gdzie ją wyniosło? Jakby Podmore’a gdzieś wyniosło, tobym go po tygodniu szukał. Co mi do jakiejś biurwy.
Pokręciłam głową, ale nie powiedziałam nic więcej. Pożegnaliśmy się po kilku minutach. Siedziałam przed wygasłym kominkiem jeszcze jakiś czas, zupełnie jakbym czekała na kolejną głowę w płomieniach. Po dłuższej chwili otrząsnęłam się z zamyślenia. Ocean wzywał. Trzeba było w pełni wykorzystać te ostatnie dni na ciepłym Madagaskarze.
*
Dziewiątego czerwca panowie-profesorowie urządzili małą imprezę pożegnalną. Właściwie: herbatkę na pożegnanie, z tym, że zamiast herbaty były przeróżne soki owocowe, a zamiast ciastek kawałki świeżych owoców. Rennoir i Picard wyrazili głośny żal, że muszę wyjechać, Langlois niemal się rozpłakał, ściskając mnie do utraty tchu. Mnie, szczerze mówiąc, też było żal odjeżdżać. Zżyłam się z tą sympatyczną grupką lekko zakręconych naukowców i na pewno zdarzy mi się za nimi zatęsknić.
To, za czym będę tęsknić z całą stanowczością, to zachody słońca nad Île Cachée. Niebo wtedy powlekało się ciepłą czerwono-złotą poświatą, a chmury przypominały smugi kremu tortowego, nonszalancko rozsmarowanego na glazurze. Widok, choć kiczowato pocztówkowy, był jednocześnie jakoś dziwnie przejmujący. Coś niesamowitego kryło się w tym obrazie czerwieniejącego nieba, na dalekim, dalekim horyzoncie spotykającego błękitno-czarną taflę oceanu. Czułam się wtedy taka malutka, a jednocześnie, w niewytłumaczalny rozumowo sposób, bardzo ważna.
Dziewiątego czerwca widziałam swój ostatni zachód słońca na Île Cachée. Dziesiątego - ostatni wschód. Po południu byłam już w Anglii, w swoim domu, zakurzonym, pustym i chłodnym.
*
Następny tydzień spędziłam na doganianiu rozeznania w sytuacji Departamentu. Zgodnie z moimi obawami, czekała na mnie sterta papierów, z której wygrzebywać się będę przez następny rok. Żaneta była szczęśliwa jak kot pełny miedziaków, Tim spełnił swoją groźbę o imprezie powitalnej i w poniedziałek, w moim pierwszym dniu pracy, zaciągnął cały zespół Departamentu do Dziurawego Kotła.
Aneta Simmengton, wyjątkowo obecna, pogratulowała mi osiągnięć z Île Cachée. Gratulacje przyjęłam, ale wcale nie byłam przekonana, że mi się należały. Mój pobyt na Madagaskarze trącił lekko polityką, chociaż nauki odwaliłam tam całkiem sporo, nie powiem, że nie. Teraz jednak, kiedy patrzyłam na tę tonę notatek i dokonanych obliczeń, wydawało się to żałośnie nieważne. Nie dowiedziałam się nigdy, co właściwie dzieje się z żywymi organizmami, które weszły w kontakt z anomalią. Może kiedyś dostanę kopertę z Île Cachée z dokładnym opisem jakiegoś eksperymentu, dającego rezultaty. Może. A może nie. Sprawa była niedokończona, a mój perfekcjonizm od tego lekko cierpiał. Nic jednak nie mogłam już z tym zrobić.
Byłam z powrotem w Anglii. Czerwiec był ciepły, jednak nie tak ciepły jak Madagaskar, oczywiście. Z trudem przestawiałam się z powrotem na stary tryb pracy. Po roku urzędowania w jasnym biurze z widokiem na morze, powrót do naszej piwnicy wpędził mnie w lekką chandrę. Wysiłki Żanety w celu poprawienia mi humoru spełzły na niczym. Wzrosła za to częstotliwość mojej zdawkowej korespondencji z Syriuszem i Dumbledore’em. Dyrektor jakby przestał się dąsać, zupełnie jakbym wreszcie wróciła na ścieżkę cnoty, znaczy: do Anglii. Niech go cholera.
Z listu na list, Syriusz brzmiał coraz bardziej niespokojnie. Miałam wielką ochotę odwiedzić Hogsmeade, odnaleźć go i jakoś pocieszyć. Jak na złość, wymówka do służbowej podróży do Hogwartu nie chciała się pojawić, a nie mogłam wziąć choćby dnia wolnego po roku nieobecności. Dlatego do Hogwartu dotarłam dopiero dwudziestego czwartego czerwca, w dzień Trzeciego Zadania w Turnieju Trójmagicznym, udając przed Timem Carborough, że bardzo mnie to zainteresowało.
Z jakiegoś powodu wolałam być na miejscu.
*
- Spotkamy się w szkole. - powiedziałam do Tima, kiedy wysiedliśmy na stacji w Hogsmeade. - Chcę zajrzeć do księgarni.
- Ale... spóźnimy się! - Tim zachowywał się jak siedmiolatek, zabrany przez mamę na pierwszy w życiu mecz quidditcha.
- Uspokój się. - przewróciłam oczami.- Zadanie zaczyna się dopiero wieczorem, na pewno zdążymy. Idź, pogadaj z dyrektorem czy kimś tam, dogonię cię.
Tim westchnął, ale pokiwał głową i szybkim krokiem odszedł w stronę Hogwartu. Postałam chwilę, odprowadzając go wzrokiem. Potem odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wyjścia na obrzeża Hogsmeade. Z listów Łapy wywnioskowałam wcale nieźle, gdzie mogłabym go szukać.
I nie naszukałam się dużo. Już po jakichś czterdziestu minutach usłyszałam za plecami basowe szczeknięcie. Zebrałam siły i odwróciłam się. Duży, czarny pies patrzył na mnie badawczo. W pysku miał wymiętoloną gazetę.
- Cześć. - powiedziałam. Szczeknięcie. Prorok wypadł mu ze szczęk, z cichym pacnięciem walnął o błoto. Złapałam gazetę, zanim Łapa zdążył ją podnieść. Otrzepałam całość z błota i przyjrzałam się pierwszej stronie. ZWYCIĘSTWO DLA HOGWARTU?, krzyczał nagłówek, a pod spodem widniało zdjęcie szkoły.
- Mamy gdzie pogadać? - zapytałam, przyglądając się zdjęciu. Ponowne szczeknięcie. Łapa minął mnie i pobiegł ścieżką wiodącą dalej w górę, między niedużymi domkami. Poszłam za nim. Szliśmy dłuższą chwilę, czasami silnie pod górę. Kiedy dotarliśmy do jaskini, w której Syriusz najwyraźniej urzędował, byłam już porządnie zdyszana. To, że dzień szybko robił się bardzo ciepły, nie pomagało.
W jaskini drzemał Hardodziob. Kiedy weszliśmy, leniwie uniósł łeb i obdarzył nas średnio zainteresowanym, żółtym spojrzeniem. Ukłoniłam się, a hipogryf po chwili namysłu oddał zdawkowy ukłon. Kiedy spojrzałam na Blacka, był już z powrotem w ludzkiej skórze. Wyglądał... cóż, źle. Znów był potwornie chudy i zarośnięty.
- Cześć, Cass. - powiedział. Głos miał solidnie schrypnięty. - Dawnośmy się nie widzieli.
- Ano. - mruknęłam. Sięgnęłam do torby i wyjęłam stamtąd pudełko kanapek i duży termos herbaty. Oczy Syriusza błysnęły. - Dzieciaki cię dokarmiały, co? - stwierdziłam, rzucając okiem na nawet schludną stertę opakowań i pudełek pod ścianą jaskini. Łapa chwycił kanapki i usiadł na jednym z kamieni w okolicy.
- Trochę. - przyznał. - Czemu przyszłaś?
Chciałam cię zobaczyć, niemal powiedziałam na głos.
- Chciałam zapytać o sytuację. - poinformowałam zamiast tego. Wzruszył ramionami.
- Chujowo, ale stabilnie. - mruknął. - Ty chyba powinnaś iść do Hogwartu, nie?
- Black, czy ty mi masz coś za złe? - zdenerwowałam się; w końcu traktował mnie jak jakiegoś natręta. Poderwał głowę znad kanapki.
- Ja... - zająknął się. W bardzo psi sposób potrząsnął głową. - Nie. - burknął. - Po prostu się niepokoję o młodego. Zamierzam jakoś wśliznąć się do Hogwartu, popatrzeć na to zasrane zadanie.
Pokiwałam głową.
- Pomóc ci z tym? - zasugerowałam. - Jakby cię wykąpać i wziąć na smycz...
- Przyjechałaś z szefem, zapyta, skąd wytrzasnęłaś psa. - wytknął Black z pełnymi ustami.
- Fakt. - klepnęłam się w czoło. To jakby połączyło kabelki w moim mózgu, rodząc pewną myśl. - A ty skąd wiesz, że przyjechałam z Timem? - zapytałam rzeczowo, werbalizując ową myśl. Dłuższą chwilę milczał, przeżuwając kanapkę z sałatą i kurczakiem. Wreszcie przełknął.
- Tak wyszło. - mruknął.
- Śledziłeś mnie?
- Tak wyszło. - powtórzył z uporem i zapchał się resztą kanapki. Uznałam, że więcej z niego nawet wołami nie wyciągnę i poddałam się. Spokojnie czekałam, aż się naje; nalawszy sobie do kubeczka trochę herbaty z termosu usiadłam na kamieniu naprzeciwko. Właściwie sama nie wiedziałam, po diabła tu przyszłam. Fakt, chciałam się upewnić, że nie świrował w tej samotności. Chyba chciałam go wypytać o to, co sugerował w tych kilku listach. Może chciałam na niego nawrzeszczeć. Ale kiedy tylko go zobaczyłam, zapomniałam kompletnie, o co mi chodziło.
- Jak było w Afryce? - zapytał Black po chwili, biorąc się do czwartej kanapki. Wzruszyłam ramionami.
- Ciepło. - mruknęłam. Żałowałam przyjścia tutaj, chociaż właściwie nie miałam powodu. - A tutaj? W listach byłeś denerwująco enigmatyczny.
Wzruszył ramionami. Pozwoliłam mu przeżuć, nie popędzając. Wreszcie zdołał przełknąć i westchnąć głęboko.
- W zasadzie wszystko wiesz. - powiedział z rezygnacją. - Więcej w tym jest uczucia, że nie powinno tak być. Crouch zachowuje się podejrzanie, Snape i Karkarow zachowują się podejrzanie, Bagman zachowuje się podejrzanie...
- Próbując pomóc Harry’emu? - zdumiałam się. Pamiętałam wzmiankę o tym w jednym z listów.
- Wiesz, że oskarżyli go o kolaborację podczas ostatniej wojny? - warknął na mnie.
- Wiem, że Bagman za bardzo lubi hazard. - wzruszyłam ramionami. - Jestem w Anglii dwa tygodnie i wiem, że bukmacherka kwitnie. Zakłady się robi oficjalnie i nieoficjalnie, a Bagman jest jednym z najbardziej znanych, którzy się tym zajmują. Może postawił na młodego trochę kasy i chce sobie zapewnić wygraną.
- Może. - Black westchnął. - A może nie.
- Popadasz w paranoję, nie uważasz?
- Cass, z nas dwojga to ty masz chyba z pięćdziesiąt różnych zaklęć ochronnych na domu i dodatkowo mugolski alarm. - spojrzał na mnie z politowaniem. - Nie mów mi o paranoi, co?
Nie obraziłam się, bo miał rację. Mimo braku powodów na stosowanie różnych dziwnych sposobów zabezpieczania się - robiłam to. Od lat spędzonych w Cardiff nabawiłam się lekkiego snu i głębokiego poczucia, że muszę chronić całą zgromadzoną przeze mnie wiedzę. Mimo, że nigdy nie znalazłam się na bezpośredniej linii ataku - poza jednym, przypadkowym, który był bardziej żałosny niż poważny - wkładałam dużo energii w zapewnienie sobie bezpieczeństwa.
Może i podpadało to pod paranoję.
Wstałam.
- Tim będzie się zastanawiał, gdzie zniknęłam. - powiedziałam w powietrze. - Zobaczymy się pewnie w szkole?
Black krótko skinął głową. Nie mówiąc już nic więcej - no bo co niby miałabym jeszcze powiedzieć - zebrałam się i opuściłam jaskinię. Dzień robił się coraz bardziej gorący. Szybkim krokiem zeszłam do wioski, zwolniłam na chwilę przed księgarnią i ruszyłam w stronę Hogwartu. Nie podejrzewałam, że dogonię Tima, i miałam rację. Znalazłam go dopiero po południu, w bibliotece, już po rozmowie z profesorem Flitwickiem i profesor McGonagall. Tim siedział wśród książek dotyczących myśli, szczęśliwy jak prosię w deszcz, i niemal siłą musiałam go oderwać od czytania.
- Obiad, szefie. - marudziłam, bo sama byłam głodna jak wilk, a głupio byłoby mi się pokazać samej przy stole Krukonów. - Chodźmy na obiad.
- Już, jeszcze dwie strony.
Boże, jeśli to samo miała ze mną moja matka, to współczuję.
*
- Nie wiem, co za kretyn to wymyślił. - stwierdził Tim zdegustowanym tonem, niechętnie gapiąc się na żywopłotowy labirynt. - Przecież guzik widać.
Westchnęłam w duchu. Odkąd tylko zajęliśmy miejsca w środku sektora, w którym zwykle siedzieli Krukoni, Tim narzekał. W pewnym momencie po prostu wyłączyłam fonię, skupiając się na obserwowaniu tłumu. Kiedy zawodnicy wleźli już między gałęzie, orkiestra pod batutą Flitwicka zaczęła coś grać, a tłum radośnie pogrążył się w dyskretnym podrygiwaniu na miejscach. Kilkoro nauczycieli krążyło dookoła labiryntu, wypatrując sygnałów alarmowych. Ziewnęłam i wygrzebałam z torby książkę, którą przewidująco zabrałam ze sobą.
- Ty chyba jaja sobie robisz. - burknął Tim, widząc Na szlakach Ażdachy.
- A co innego jest tu do roboty? - zapytałam niewinnie, otwierając książkę na zakładce. Tim się poddał.
Mijał czas. Jedyną ciekawą rzeczą było wyciągnięcie z labiryntu Fleur Delacour i, po dłuższej chwili, również Wiktora Kruma. To znaczyło, że właściwie wygrał Hogwart - tłum uczniów w czarnych szatach zaczął celebrację wiwatami i kiepsko odśpiewanym szkolnym hymnem - jednak nie pozwolono nam się rozejść. Pozostawało bowiem pytanie, który hogwarcki zawodnik był Zwycięzcą.
Czekaliśmy więc, a impreza na stadionie trwała.
Obserwowałam Dumbledore’a, krążącego niespokojnie wokół wejścia. Niedaleko dyrektora czaił się Alastor Moody, i nawet z mojego miejsca widziałam, jak jego magiczne oko wiruje w oczodole. Nagle zrobiło mi się zimno. Zgasiłam różdżkę i schowałam książkę do torby. Ciaśniej otuliłam się kurtką. Tim przysnął w ławce, znudzony.
I wreszcie…
Dwie postacie pojawiły się na trawniku przed wejściem. W pierwszej chwili szkolny hymn ryknął ze zdwojoną siłą, jednak szybko zapadła cisza. Jakieś dziewczyny rozkrzyczały się histerycznie, ktoś zaczął szlochać, a ja zerwałam się z miejsca automatycznie, kompletnie nie zastanawiając się nad niczym. Tim również poderwał się na równe nogi, wytrącony gwałtownie z drzemki.
- Co jest? - usłyszałam gorączkowe pytanie. - Co się stało?
Nie odpowiedziałam. Używając łokci i glanów przepchnęłam się na sam dół. Nad głowami jakichś dzieciaków spojrzałam na bezwładne ciało, leżące w trawie, lśniący lekko Puchar Turnieju i Amosa Diggory’ego, zanoszącego się płaczem nad swoim synem… I czegoś mi w tym obrazku brakowało.
Albus Dumbledore uniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Poczułam, jak z twarzy odpływa mi krew. Bezceremonialnie kopnęłam chłopca, blokującego mi drogę, i dopadłam dyrektora.
- Gdzie jest Potter? - zapytałam gorączkowo. - Gdzie, kurwa, Potter?
Dyrektor drgnął. Wyprostował się i rozejrzał gwałtownie.
- Moody go zabrał. - wydyszała Minerwa McGonagall. - Albusie, co robić?
- Odeślijcie dzieci do łóżek. - dyrektor zerwał się na równe nogi. - Minerwo, Severusie, chodźcie ze mną. Cassandro, spróbuj odnaleźć naszego wspólnego przyjaciela i zabierz go do chatki Hagrida. Przy okazji wyjaśnij Hagridowi to i owo. Pan Carborough niech pomoże nauczycielom opanować uczniów. - drugą część poleceń dyrektor wydał już niemal w biegu. Nie traciłam czasu. Wypchnęłam się z tłumu na otwartą przestrzeń i rozejrzałam dookoła. Nie dostrzegałam nigdzie czarnego psa, którego wypatrywałam, ale miałam pewność, że gdzieś tu jest.
Ruszyłam w stronę Zakazanego Lasu. Nie uszłam jednak daleko; z ciemności wysunęła się silna ręka i chwyciła mnie za ramię. Udarłam się, aż echo poszło po błoniach, i prawie władowałam Syriuszowi kopniaka tam, gdzie by naprawdę zabolało.
- Kurwa, Black. - jęknęłam.
- Co się stało na stadionie? - zapytał natarczywie.
- Nie wiem. - przyznałam. - Dyrektor kazał mi cię znaleźć i zaprowadzić do Hagrida. Oraz, cytuję, wyjaśnić mu to i owo.
- No to w chuj będziesz miała do wyjaśniania. - powiedział Syriusz ponuro.
- Pewnie dlatego poprosił o to mnie, a nie zostawił tego tobie. - warknęłam. - Chodź.
Nie spodziewałam się łatwej rozmowy. I miałam rację (co powoli robiło się irytujące). Kiedy McGonagall przyszła po Syriusza, blada i wystraszona, byłam spocona jak ruda mysz, a Hagrid nieźle wkurzony.
Ale chyba udało mi się osiągnąć to, że Hagrid przestał chcieć zmiażdżyć Syriusza.
