Chapter Text
Stałam przed Łukiem i wpatrywałam się w falującą lekko zasłonę. Kilka kroków za mną stał Remus, zwiesiwszy głowę.
- Nic nie możesz zrobić? - zapytał po dłuższej chwili.
- Nie. - odparłam drętwym tonem. - To droga w jedną stronę.
Departament był już cichy. Na górze wciąż zapewne wrzało, ale tu było cicho. Ciemno i spokojnie.
Minęło około pół godziny odkąd Dumbledore znalazł mnie w biurze, ogłuszoną. Przez jakieś pięć minut nie wiedziałam, co się dookoła mnie dzieje, zupełnie jakby ktoś mnie skonfundował. Kiedy przyszłam nieco do siebie i dotarła do mnie całość sytuacji, bez namysłu rzuciłam się do biegu.
Od tamtej pory wszystko zlało mi się w jeden ciąg obrazów i wrażeń. Pamiętałam krzyki, gonitwy, zaklęcia. Instynktownie rzuciłam się w trzewia mojego Departamentu; biegłam przez zdemolowane sale, zapomniawszy o różdżce. Nie rejestrowałam zmieniaczy czasu, potłuczonych. Nie zauważyłam pękniętego akwarium w Sali Myśli. Nie zwróciłam uwagi na inną, bezsensowną konfigurację planet w Sali Przestrzeni.
Nie zdołałam dogonić Dumbledore’a i nie zdążyłam być świadkiem… niczego. Do Sali Śmierci dotarłam jakieś pięć minut za późno. Na sam koniec starcia, kiedy Bellatriks Lestrange już uciekła z pola bitwy. Moody zajmował się nieprzytomną Tonks, Remus podnosił Kingsleya, zakrwawionego; spędzeni na środek sali śmierciożercy byli skrępowani zaklęciem, które rozpoznawałam zaledwie kątem umysłu.
Na sztywnych nogach podeszłam do Lupina, który był blady jak śmierć (trzy dni temu graliśmy w szachy, Lunatyku, i Syriusz spuszczał mi manto). Razem posadziliśmy Kingsleya na ławce.
- Co się stało? - zapytałam. I Remus mi powiedział, a głos mu drżał. W międzyczasie dyrektor wydał szybkie dyspozycje i zniknął, zapewne ratować Harry’ego Pottera przed pewną śmiercią z rąk Bellatriks Lestrange.
Dlatego teraz stałam przy Łuku Śmierci i obserwowałam falowanie zasłony, nasłuchując widomowych szeptów, dochodzących z drugiej strony, gdziekolwiek by ona nie była. Za mną tłoczyli się śmierciożercy, krępowani wersją jednego z moich zaklęć. Dyrektor poszedł krok dalej niż ja i dołożył komponent antydeportacyjny…
Otrząsnęłam się.
- Idę tam. - powiedziałam cicho i spojrzałam na Remusa. Miał oczy nawiedzonego. Zebrałam się w sobie i skierowałam w stronę wyjścia. Kinglsey, który nieco doszedł do siebie, i Moody właśnie opatrywali jakąś dziewczynkę o długich blond włosach. Zatrzymałam się. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam biegiem. Harry nie przyszedł sam; oprócz dziewczyny, którą zajmował się Moody, była jeszcze dwójka najmłodszych Weasleyów, znana mi Hermiona Granger i chłopiec, który mógł być tylko Neville’em Longbottomem.
Postarałam się wyrzucić tę myśl z głowy.
Dotarłam do atrium i trafiłam na chaos. Centrum chaosu stanowił Dumbledore i Knot. Dyrektor wyglądał na spokojnego, Knot natomiast wyraźnie panikował. Używając łokci przepchnęłam się do nich i stanęłam za Dumbledore’em; domyślałam się, że będę potrzebna. Nigdzie nie widziałam młodego Pottera.
- O, Cassandra. - zauważył mnie dyrektor łaskawie. - Świetnie. Korneliuszu, Cassandra na pewno opowie ci nieco więcej. Moje pół godziny dla ciebie właśnie minęło. Do zobaczenia.
To powiedziawszy, zdeportował się. Spojrzałam na Knota. Przypatrywał mi się z paniką w oczach.
- To prawda? - zamruczał. - On… wrócił?
Wzruszyłam ramionami.
- Już rok temu, panie ministrze. - powiedziałam ze zmęczeniem. - A dzisiaj włamał się do Departamentu Tajemnic i spróbował dokonać kradzieży. Na szczęście, udało nam się go powstrzymać.
W oczach Knota rodziła się najszczersza panika, widziałam to wyraźnie.
Oto, jak kończy się świat.
*
W pośpiechu wyprowadzaliśmy kwaterę główną z Grimmauld Place. Obecny był Dumbledore - świat zatacza kręgi - ja, Molly i Artur Weasleyowie oraz Remus Lupin. W pośpiechu, ale najdokładniej jak się dało, zbieraliśmy papiery i rozbrajaliśmy zaklęcia. Co chwila ktoś pytał mnie, co zrobić z jakąś rzeczą czy zaklęciem. Zupełnie jakbym miała jakieś prawo... jakąś podstawę, by decydować...
- Dlaczego wszyscy pytają o takie rzeczy mnie?! - wybuchnęłam wreszcie, kiedy Kingsley zapytał, co zrobimy ze Stworkiem. - Z jakiej racji niby ja mam jakąś moc... jakieś prawo decyzyjne? Nie miałam z nim nic wspólnego! Dajcież mi wszyscy święty spokój!
Zapadła cisza. Oddychałam ciężko, wbijając wzrok w podłogę. Pięści zaciskałam tak mocno, że paznokcie wgryzały mi się w dłonie. Chciało mi się płakać. Nie, nie tak: chciało mi się wyć. Duża część mnie odmawiała uwierzenia w świat bez Syriusza. Inna część lamentowała i pogrążała się w żalu. A trzecia, ta zwykle analityczna i dominująca, stała cicho w kąciku, ale wnioski już miała gotowe.
Poderwałam głowę i spojrzałam wyzywająco na dyrektora. Milczał, ale minę miał solidnie niepewną. Molly Weasley, objuczona naręczem papierów, patrzyła na mnie z otwartym współczuciem. Uciekłam wzrokiem; nie chciałam jej litości. Nie chciałam również patrzeć na Remusa, który złamane serce miał wypisane w oczach wielkimi literami.
Chciałam, żeby Łapa wrócił.
I gdybym tylko mogła, z Bogiem zawarłabym umowę, by nas zamienił miejscami, tłukło mi się po głowie.
Dyrektor nie spuszczał ze mnie uważnego spojrzenia. Bez głębszego namysłu postawiłam wszystkie bariery, na jakie tylko pozwalało moje emocjonalne rozchwianie. Dumbledore skrzywił się gwałtownie, ale chyba nikt poza mną tego nie zauważył.
Wara, pomyślałam, to moje.
- Och, Cassandro. - powiedział Dumbledore cicho. Nie zareagowałam. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do pakowania książek.
*
Zaproszenie do Hogwartu przyszło na początku lipca. W pierwszej chwili chciałam je zignorować, ale uznałam w końcu, że powinnam się stawić u dyrektora. Odkąd w pośpiechu wyprowadziliśmy kwaterę główną z Grimmauld Place, nie widziałam się z Dumbledore’em. W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku i chyba nikt dokładnie nie wiedział, co właściwie zaszło w czerwcu w naszym Departamencie.
Dobrze.
Nie zdziwiłam się specjalnie, widząc w dyrektorskim gabinecie również Remusa, ściskającego w dłoniach jakąś kopertę. Od czerwca miałam kłopoty z przejmowaniem się czymkolwiek; czułam się tak, jakby ktoś mi dokładnie opakował emocje w watę i włożył do pudełka. Po prostu przywitałam się z Remusem i Dumbledore’em i usiadłam we wskazanym mi fotelu.
Ręce Lunatyka drżały, widziałam to wyraźnie. O mało co nie rozciął sobie palców nożem do papieru. Dyrektor delikatnie wyjął nóż i kopertę z rąk Remusa i sam otworzył to, co na pewno było testamentem Syriusza. Przez chwilę patrzył na treść, ale jakby jej nie widział. Wreszcie oddał pergamin Remusowi. Ten spróbował oddać go mnie, ale mu nie pozwoliłam. Nie miałam energii na litość. Wobec tego Lunatyk wziął się w garść.
- Pozostając w pełni sił fizycznych, czarodziejskich i umysłowych…
Czy istniało coś gorszego od tych słów, otwierających czyjś testament? Skoro był w pełni sił, nie powinien pisać swej ostatniej woli.
- Wszystkie ziemskie dobra ruchome i nieruchome zapisuję swemu synowi chrzestnemu, Harry’emu Potterowi… - odczytywał Remus lekko tylko zdławionym głosem. - W tym dom na Grimmauld Place dwanaście.
Poczułam szybkie spojrzenie Dumbledore’a, rzucone w moim kierunku. Nie zareagowałam. Siedziałam sztywno wyprostowana w fotelu, zaciskając dłonie na podłokietnikach. Remus czytał dalej, łamiącym się głosem przedzierał się przez listę rzeczy, zostawionych Harry’emu przez Syriusza. Prawie nie słyszałam słów. W głowie miałam dziwne, jednostajne brzęczenie. W połowie listy poczułam, że zaraz wybuchnę. Zerwałam się z fotela i zaczęłam krążyć po gabinecie dyrektora.
- Remusowi Lupinowi, z podziękowaniem i przeproszeniem za wszystko… - Remus urwał gwałtownie i doczytał końcówkę zdania w ciszy. Wbijałam wzrok w jeden z portretów, który bardzo usilnie udawał, że śpi. Usłyszałam urywane westchnienie i postanowiłam, że zapytam później.
Dużo później.
- I wreszcie, Cassandrze Bennet, na wypadek, gdybym tego nie zdążył zrobić osobiście…
Gwałtownie obróciłam się w jego stronę. Remus ze zdumieniem zajrzał do koperty. Po chwili wyjął mniejszą kopertę, lekko wypukłą. Zauważyłam, że wstrzymał na chwilę oddech. Opanował się jednak szybko i podał mi kopertę, na której widniało moje nazwisko. Wypisane nonszalancką kaligrafią Syriusza, wyglądało zupełnie obco. Nie poruszyłam się.
- Cassie? - odezwał się łagodnie Remus po chwili. Otarłam oczy nadgarstkiem i sięgnęłam po kopertę. Wyczułam pod palcami regularną wypukłość. Lodowata ręka schwyciła mnie za gardło i przez chwilę myślałam, że zemdleję. Niech go szlag. Rozerwałam kopertę i wytrząsnęłam na dłoń srebrny pierścionek z szafirowym oczkiem.
- Cassie… - westchnął Remus tuż obok mnie.
- Wiedziałeś o tym? - zapytałam z pozornym spokojem. Dopiero po chwili skinął głową. Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Potem zajrzałam do koperty. Był tam jeszcze list, złożony we czworo.
Najdroższa Cass,
Jeśli to czytasz…
Och, sama wiesz. Sam nie wierzę, że to robię. Gryfoński romantyzm ani chybi. Tylko się nie śmiej! To takie… no wiesz… zabezpieczenie.
No dobra, może trochę tchórzę.
Wszystko zapisałem Harry’emu. Mam nadzieję, że mi to wybaczysz. Jednak jest coś, z czego on nie będzie miał żadnego pożytku. Lunatyk pewnie się domyślił, no ale kogo innego miałem poprosić o pomoc? Tylko on mnie nie zabije śmiechem.
Jeśli czegokolwiek żałuję bardziej, niż czasu który mogłem poświęcić młodemu Potterowi, to czasu, który mogłem dzielić z Tobą. Może w to nie wierzysz, ale
Następne kilka słów było starannie zamazanych. Przełknęłam łzy i spojrzałam na sam dół listu.
Jak widzisz, wciąż jestem tchórzem. Ale Ty wiesz. Myślę, że zawsze wiedziałaś, tylko nie chciałaś uwierzyć.
Pamiętasz? Kiedyś obiecałaś mi odpowiedź, jeśli zadam pytanie. Miałem pytać, jak „to wszystko się skończy”. Lata mijają, końca nie widać, a moja cierpliwość jest na wykończeniu. Uznaj pytanie za postawione i, nawet jeśli nie żyję, powiedz „tak”. I bądź szczęśliwa, Cass.
Zawsze Twój,
Syriusz
Remus i dyrektor przyglądali mi się uważnie. Zmięłam w pięści list Syriusza. Pamiętałam to pytanie, oczywiście - cóż, raczej prośbę, prawdę mówiąc - wygłoszone w Cardiff jakoś w ’80. „Chcę, żebyś dała mi szansę”, powiedział wtedy Syriusz, „kiedy to wszystko się skończy, w ten czy inny sposób”. No i się skończyło, chociaż raczej nie tak to sobie Syriusz wyobrażał.
Otworzyłam dłoń, w której ściskałam srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem i przyglądałam mu się dłuższą chwilę. Wyglądał na nowy. Prosta obrączka, delikatna srebrzysta koronka wokół kamienia, który mógł być szafirem. Ostrożnie wsunęłam go na palec - na ten właściwy, serdeczny lewej dłoni - i pasował jak ulał. Nie chciałam zastanawiać się, co też mu strzeliło do głowy. Nie chciałam myśleć. Chciałam tylko, żeby to Syriusz wsuwał mi ten pierścionek na właściwe miejsce.
- Cassie? - usłyszałam głos Remusa. Spojrzałam na niego. Wciąż był bardzo blady. Powoli, nagle bardzo świadoma tego, że serce mi wali, a w głowie mam jednostajny szum, wymacałam fotel i usiadłam powoli. Dumbledore patrzył na nas ze współczuciem. Milczał. Bo w sumie co miał powiedzieć?
Wszystko, co miałby mi do powiedzenia, już raz słyszałam. Wtedy, kiedy zginął Fabian Prewett.
- Przykro mi, Remus. - wykrztusiłam po długiej chwili ciężkiej ciszy. Lunatyk potrząsnął głową i położył mi dłoń na ramieniu. Pociągnęłam nosem. Odgarnęłam włosy z oczu. Oto, jak kończy się świat, ale życie trwa dalej i trzeba sobie jakoś radzić.
Serce w kamień, łzy w lód, przemknęło mi przez głowę, może jednak nieźle byłoby być socjopatką.
Wzięłam rozdygotany oddech i spojrzałam dyrektorowi w oczy.
- Więc co robimy dalej?
*
Biblioteka hogwarcka jak zawsze pachniała drewnem, pergaminem i kurzem bibliotecznym. Stałam przy półce i palcem wodziłam po grzbietach książek, usilnie skupiając uwagę na fakturze okładek i nierównościach tłoczeń. Srebrny pierścionek od czasu do czasu łapał światło i słał refleks prosto w moje oczy, ale starałam się to ignorować.
- A ty co tu robisz? Rok szkolny już się skończył!
Wyrwana z zamyślenia o mało nie podskoczyłam.
- Dzień dobry, pani Pince. - wyjąkałam czując, że serce tłucze mi się o żebra jak jakiś młot parowy. Bibliotekarka przyjrzała mi się uważnie i dopiero po chwili łaskawie kiwnęła głową.
- Nie poznałam pani. - mruknęła. - Potrzebuje pani jakichś książek?
Spojrzałam na półki. Wypakowane różnymi tomami o startych od intensywnego użytkowania grzbietach, zwykle były pełne pociechy. Teraz jednak książki wydawały mi się… martwe. Nieprzyjazne. Momentami wręcz niebezpieczne. Odwróciłam spojrzenie.
- Nie. - westchnęłam. - Ale byłam u dyrektora… postanowiłam zajrzeć. Już idę, dziękuję.
Ruszyłam w stronę wyjścia, jednak pani Pince miała sokole oczy. Złapała mnie za rękę i uważnie przyjrzała się mojej twarzy. Poczułam się solidnie nieswojo. Wiedziałam, jak wyglądam: nos i policzki czerwone, pogryzione wargi, oczy lekko opuchnięte, co pewnie było widać nawet mimo okularów. W mugolskich ciuchach, oczywiście nieco przydużych i powyciąganych nieromantycznie tu i ówdzie, pewnie wyglądałam jak półtora nieszczęścia.
Pani Pince zacmokała. Przypatrywała się mi znad okularów, a oczy miała dziwnie bystre jak na starą bibliotekarkę.
- Pamiętam Syriusza Blacka. - powiedziała nagle. - Starszy z dwójki, prawda? Przystojny chłopak.
Skinęłam głową. W gardle miałam solidnie wyrośniętą śliwkę.
- To prawda, co mówią? - zapytała prosto z mostu, ale jednocześnie jakoś miękko, ostrożnie. - Że jednak był niewinny?
Exeter, Bristol, 1981; krater w ulicy jak po wybuchu gazu; krew, ludzkie krzyki, histeria; śmiech Syriusza, szczekliwy, histeryczny, na granicy obłędu.
- Był. - wykrztusiłam. Nagle poczułam łzy, wzbierające mi w oczach. Właściwie nie płakałam od tamtego dnia w czerwcu, chociaż czasem wymykało mi się kilka zbłąkanych łez. Nie był to jednak porządny płacz, ze szlochami, cieknącym nosem i gorącem uderzającym na twarz. Dopiero teraz, pod współczującym spojrzeniem starej bibliotekarki, pozwoliłam sobie na załamanie.
Jak prawdziwa Krukonka, ryczałam wśród bibliotecznych półek, a pani Pince wciskała mi w ręce chusteczki.
*
Dzwonek do drzwi oderwał mnie od robienia kolacji. Klnąc pod nosem i wycierając ręce w ścierkę poszłam otworzyć. Na progu tkwił Remus, uśmiechnięty krzywo i przygięty pod ciężarem walizki.
- Cześć. - powiedział niepewnie. - Przeszkadzam?
- Skąd. - cofnęłam się, wpuszczając go do korytarza. - Właź. Robię zapiekankę, reflektujesz?
- Nie, dzięki...
- Cicho tam. - zamknęłam drzwi na zasuwkę. - To było pytanie retoryczne.
Kazałam mu zostawić walizkę w salonie i posadziłam go w kuchni. Postawiłam czajnik na gazie - Remus, jak ja, wolał kawę przygotowywaną po mugolsku - i wróciłam do krojenia boczku. Zapiekanka musi być porządna, bez mięsnej wkładki się nie liczyło. A ja powoli robiłam się głodna jak wilk.
- Co słychać w wielkim świecie? - zapytałam, kiedy już ułożyłam cebulę, boczek i ziemniaki w naczyniu żaroodpornym i wsunęłam to do pieca. Remus wzruszył ramionami.
- Stara bida. - mruknął niechętnie. Nie naciskałam. Zaparzyłam dwie kawy i postawiłam przed nim kubek w jeżyki i jabłuszka. Podziękował roztargnionym uśmiechem. Usiadłam naprzeciwko i czekałam. W końcu puści farbę.
- Właścicielka wymówiła mi mieszkanie. - powiedział Remus nagle, odstawiając kubek na stół. Przyjrzałam mu się uważnie.
- I co teraz? - zapytałam celnie, spokojnym tonem. Remus ukrył twarz w dłoniach.
- Nie wiem. - wyznał zza palców. - Nie mam pojęcia.
Westchnęłam.
- Możesz zostać tutaj. - powiedziałam. - Miejsca jest dość. Tylko musiałbyś odgruzować z książek jeden z pokoi na górze.
Remus opuścił ręce i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Cass, ty żartujesz, prawda? - zapytał lekko drżącym tonem. - Jaja sobie ze mnie robisz.
Wzruszyłam ramionami.
- Mieszkam sama. - powiedziałam. - Mam dwa wolne pokoje. Mogłabym je komuś wynajmować, ale za dużo z tym zachodu. Zresztą, mało który czarodziej chce mieszkać w mugolskim Londynie. A mugol jednak by mi zawadzał, bo książki o magii leżą... no, sam widzisz. Wszędzie. - wykonałam gest w stronę salonu, w którym na stoliku leżały dwa tomy Transmutacji akademickiej, Zaklęcia czasu i przestrzeni, Wykłady z runów antycznych i, dodatkowo, wypisy z Necronomiconu.
Remus ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Żeby nie było. - dodałam. - To nie litość.
Spojrzał na mnie spod oka.
- Będziesz się dokładał, ile dasz radę. - ciągnęłam, ignorując to spojrzenie. - Zostaniesz, dopóki będziesz chciał. Ale oczekuję, że raz na tydzień zrobisz to swoje genialne spaghetti, Lupin. - wyszczerzyłam się. - Bez tego nie ma umowy.
Skinął głową.
- No i trochę nudno tak. - dodałam po namyśle. - Gadać ciągle do telewizora.
W jego oczach błysnęło zrozumienie. Uśmiech spłynął mi z twarzy i ukryłam się szybko za kubkiem w grzybki, podejrzanie podobne do muchomorów. Jakieś pytanie zawisło między mną i Remusem, ale nie zostało zadane. Najwyraźniej jeszcze nie nadszedł jego czas.
Co się odwlecze to nie uciecze...
*
Atmosfera w Ministerstwie robiła się bardziej napięta z każdym dniem. Aurorzy latali, jakby im kto różdżki w tyłki powtykał i ustawił na Zaklęcie Łaskoczące. Tylko u nas, w piwnicy, było w miarę cicho i spokojnie, na szczęście. Miałam poważniejsze sprawy na głowie niż interesowanie się zamieszaniem w Biurze Aurorów. Tim, wkurwiony jak stado chimer, miotał się po Departamencie i rzucał zaklęcia zabezpieczające na wszystko, od klamek u drzwi po biurka. Niespecjalnie się dziwiłam. Od dawna miał totalnego jobla na punkcie bezpieczeństwa Departamentu. Wydarzenia z czerwca uważał za osobistą zniewagę.
Zaczęła mnie odwiedzać Tonks, mniej więcej raz na dwa tygodnie. Wyglądała na przybitą. Pozbyła się różowych włosów, teraz nosiła fryzurę w mysim kolorze, zapewne jej naturalnym. Robiłam jej kawę i czekałam, wypełniając co łatwiejsze raporty. Czasem opowiadała mi o wydarzeniach z frontu, z pościgów i śledztw, częściej po prostu siedziała, rzucając jakieś luźne komentarze. Obserwowałam ją uważnie. Coś zdecydowanie było na rzeczy.
Powoli wyrabialiśmy sobie z Remusem jakąś rutynę domową. Ja rano wstawałam pierwsza i robiłam cały dzbanek kawy. Remus zwykle zjawiał się, kiedy dokańczałam śniadanie. Pomagał mi w tych ostatnich dwóch-trzech krokach i razem jedliśmy, mało rozmawiając. Potem ja leciałam do pracy, a Remus brał się do tych zleceń, jakie otrzymywał z różnych źródeł. O ile wiedziałam, najczęściej poprawiał jakieś prace naukowe, opracowywał bibliografie, uzupełniał przypisy... Z moją biblioteczką miał na pewno ułatwione zadanie, ale sama świadomość, że robi coś odpowiedniego raczej dla studenta, nieco mnie bolała. W końcu Remus miał wszelkie kwalifikacje do nauczania.
Próbowałam pytać w UA i u nas, ale wolnych miejsc nie było. Nie wyskakiwałam na dzień dobry z lupinowym wilkołactwem, oczywiście, ale i tak wszędzie odprawiali mnie z kwitkiem. Kiedy powiedziałam o tym Remusowi, wzruszył tylko ramionami.
- To dość normalne. - powiedział. - Ale i tak dzięki.
Kiedy wspomniałam o wizytach Tonks, Remus zrobił się nerwowy i szybko zmienił temat.
Nabrałam podejrzeń.
*
- Że co.
- Cassandro. - dyrektor był blady i miał jakby problemy z oddychaniem. Jego ręka, spoczywająca na biurku, wyglądała źle, jak poparzona, końcówki palców miał sczerniałe. - To najlepsze, co możemy teraz zrobić.
- Mnie nie chodzi o to, że pan chce dzieciaka uświadamiać. - zdenerwowałam się. - To się chwali, Bóg z wami i krzyżyk na drogę. Ale mnie się nie podoba to, że znowu chce mnie pan wkopać w przedzieranie się przez jakieś, cholera, papiery!
Dyrektor spojrzał na mnie z łagodnym wyrzutem. Zignorowałam to. Wiedziałam, że zachowuję się strasznie dziecinnie, ale nie miałam sił na bardziej dojrzałe podejście do sprawy.
- Żeby to jeszcze były jakieś książki... - warczałam dalej. - Ale pan chce ode mnie zakopania się w genealogiach, artykułach prasowych, księgach rodzinnych, może mugolskich książkach parafialnych, w jakichś rejestrach, cholera wie gdzie... I skąd ja to niby mam brać?
Rzeczą, której nie cierpiałam w czarodziejskim społeczeństwie, był brak archiwum narodowego. Za namiastkę służyły rekordy personalne składowane w Ministerstwie, ale to była patchworkowa robota, dziurawa i absolutnie niedostępna dla nikogo. Starożytne rody natomiast trzymały swoje genealogie pod kluczem, strzegąc ich zazdrośnie przed wszystkimi przedstawicielami „plebsu”. Nie miałam dostępu do źródeł, których ode mnie wymagał dyrektor.
No i nie mówię już, że byłoby to cholernie czasochłonne, a wobec braku Anety na miejscu ledwo wyrabiałam w pracy z bieżącymi zadaniami. Doba jakoś nie chciała się wydłużyć. I o ile mogłam podejrzewać Dumbledore’a o próby zrobienia mi radykalnej terapii zajęciem, istniały pewne, cholera, granice. Nie twierdziłam, że otrząsnęłam się ze śmierci Syriusza, bo tak nie było. Ale zakopanie się z górką w ciężkiej, czasochłonnej robocie papierowej na pewno nie było remedium na moją żałobę.
Nie potrzebowałam zajęcia - jakoś sobie radziłam z żalem i stratą. Potrzebowałam tylko czasu, by się przyzwyczaić do tej myśli i ciężaru srebrnego pierścionka na palcu.
- Cassandro, jesteś jedyną znaną mi osobą, która ma na tyle samozaparcia, zacięcia i spostrzegawczości, by podołać zadaniu. - głos Dumbledore’a był cichy, ale stanowczy.
- A profesor McGonagall? - burknęłam.
- Jej częsta nieobecność w Hogwarcie zwróciłaby uwagę. - westchnął Dumbledore jakby smutno. - A ty, jako niewymowna, masz świetny powód wsadzać nos w nieswoje sprawy.
Przyjrzałam się dyrektorowi ze złością.
- Więc dlatego kazał mi pan startować do niewymownych. - powiedziałam. - Bo to mi dawało świetny powód, by wsadzać nos w nieswoje sprawy pod pozorem wykonywania obowiązków służbowych.
Dumbledore wyglądał na lekko zawstydzonego.
- Ale wyszło ci to na dobre, prawda?
Na końcu języka miałam jakiś komentarz o „większym dobru”, wtykaniu nosa w nieswoje sprawy, mieszaniu się w cudze życie i pociąganiu za sznurki, ale zmilczałam. Tak, wyszło mi to na dobre, w końcu byłam całkiem zadowolona ze swojego życia i kariery, ale, cholera jasna w pysk, jakoś mimo wszystko nieprzyjemnie. Chociaż jedno Dumbledore’owi trzeba było przyznać: był przewidujący. Jego plany sięgały daleko. Ukrywał asy w różnych rękawach i manipulował ludźmi, jak chciał.
Wstałam.
- Zobaczę, co da się zrobić. - powiedziałam świadoma, że to właściwie kapitulacja z mojej strony. Dumbledore też to wiedział, bo uśmiechnął się i skinął mi głową. Pożegnałam się i opuściłam jego gabinet, lekko poirytowana. Znalazł sobie, cholera, pomocnika. Kiedy ja, do diabła, mam jeść? Spać? Robić cokolwiek, co nie jest albo pracą w Departamencie, albo szukaniem cholera wie czego, cholera wie gdzie, właściwie?
Mamrocząc gniewnie pod nosem, skierowałam się do biblioteki. Skoro już tu byłam, mogłam oddać książki i spróbować wynegocjować u pani Pince przedłużenie na Magię w liczbach. Po drodze natknęłam się na Snape’a. Na mój widok zrobił minę jeszcze kwaśniejszą niż zwykle.
- Bennet. - powitał mnie lodowatym tonem.
- Snape. - odparłam nie cieplej. - Nie miałam cię za takiego służbistę. Rok szkolny zaczyna się dopiero za tydzień, a ty już na posterunku?
- Dyrektor mnie wezwał. - warknął Snape. - Nie twój interes.
Uniosłam brew.
- Jak zawsze niedostępny. - powiedziałam. - No to powodzenia.
Snape skinął mi głową i poszedł w diabły. Gapiłam się za nim przez chwilę, a głowę miałam przyjemnie opróżnioną z myśli. Potem, nie wiedzieć czemu, pojawiło się skojarzenie.
Oddech Łapy był gorący na moim policzku, jego dłonie twarde; bardzo delikatnie dotykał moich ust; pachniał wilgotną psią sierścią, deszczem i gorącym piaskiem; żar Madagaskaru wygasał powoli wokół nas, a zachodzące słońce malowało ocean pastelową czerwienią i pomarańczem.
Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki powolny, wdech, by się uspokoić. Głupio byłoby rozryczeć się na hogwarckim korytarzu. Świadków może i nie byłoby zbyt dużo, ale jednak...
Zdołałam się opanować i podjęłam wędrówkę do biblioteki. Pani Pince, wiecznie na miejscu, właśnie ostrożnie przenosiła jakiś ogromny tom z półki na stanowisko konserwatorskie. Na mój widok ucieszyła się wyraźnie, chociaż objawiło się to tylko zdawkowym skinieniem głowy w moją stronę. Rąbnęłam torbą, wypakowaną książkami, o ladę i zaczęłam wypakowywać tomy. Pani Pince spokojnie przygotowała swój wolumin do naprawy i podeszła, wycierając ręce w fartuch.
Udało mi się wynegocjować Żanecie przedłużenie. Musiałam się uciec do wszystkich znanych mi sztuczek dyplomacji i przysiąc na wszystko, co tylko możliwe, że nie dam książek uszkodzić. Pani Pince miała jednak same dobre doświadczenia z pożyczaniem swoich cennych tomów mojemu zespołowi i nie robiła więcej kłopotu niż to było absolutnie niezbędne. Uzyskałam zgodę już po upływie dwóch godzin.
Przeczekałam procedurę wpisywania książek w poprawne rubryczki i przybijania odpowiednich pieczątek we właściwe miejsca. Pani Pince robiła to wszystko szybko i sprawnie. Obserwując to, powzięłam postanowienie ogarnięcia naszej departamentowej biblioteki, która rozpełzła się po terenie całego Departamentu. Natykałam się na księgi porzucone w różnych dziwnych miejscach. Trzeba było coś z tym zrobić.
Ale to może kiedy nie będę siedziała w pracy po dziesięć godzin i mimo tego ledwo nadganiała najważniejsze rzeczy.
*
Cass, coś tu jest nie tak
Cass, pomóż mi
Cass, ratuj
Cass
Cass!
- Cass. Cassie. Cassandra!
Poderwałam się z łóżka, o mało co nie przywalając czołem Lupinowi w zęby. Remus zdołał odskoczyć, unosząc obie ręce w geście obronnym. Złapałam oddech i poczułam na skórze gwałtowny chłód. Zauważyłam, że dygoczę jakbym miała wysoką gorączkę, a pościel jest dziwnie wilgotna. Dotknęłam czoła: mokre. Opuściłam dłoń i spojrzałam na Remusa. Jego oczy lśniły dziwnie w świetle z ulicy.
- Zapalę światło. - mruknął i sięgnął nade mną do włącznika. Pstryknęło. Udało mi się zamknąć oczy zanim w pokoju zrobiło się jasno. Odczekałam kilka sekund i ostrożnie uchyliłam powieki.
- Co się stało? - zapytałam ochryple.
- Krzyczałaś.
No cholera jasna w pysk. Sięgnęłam po okulary i starannie nałożyłam je na nos, unikając wzroku Lupina. Wyrzutu tam nie było, była za to diabelna troska. W przydużych, rozdeptanych spodniach od dresu i koszulce za dużej o co najmniej dwa numery, Lunatyk wyglądał bardzo krucho.
- Zły sen? - zapytał Remus po chwili. Wzruszyłam ramionami. Odrzuciłam koc i wstałam. Bardzo chciało mi się pić. Remus podążył za mną do kuchni, nie zadając więcej pytań. Zegar nad piekarnikiem pokazywał trzecią rano.
Cudownie. Teoretycznie wstaję za trzy godziny. Wlałam wodę do czajnika i postawiłam go na gazie. Remus, wciąż bez słowa, podał mi puszkę kawy. Potrzymałam ją chwilę w ręku, gapiąc się bezmyślnie na napis Jacobs Gold, zanim odstawiłam kawę na półkę i wzięłam opakowanie czekolady w proszku.
- Chcesz o tym porozmawiać? - zapytał Remus niepewnie.
- Nic takiego. - mruknęłam. - Cardiff mi się nałożyło na… parę innych rzeczy. Bywa.
Zrobiłam czekoladę dla siebie oraz dla niego i usiadłam za stołem, otaczając kubek dłońmi. Ciepła porcelana w jeżyki była uspokajająca. Remus nie pytał więcej; chyba doskonale wiedział, o co mi chodzi. Po prostu siedział naprzeciwko mnie, popijając czekoladę z własnego kubka w maliny.
- Cassie, mogę ci zadać pytanie? - powiedział nagle Lunatyk, odstawiając kubek na stół. Spojrzałam na niego znad krawędzi własnego. Szybko poszło. Spodziewałam się, że zaczeka z tym dłużej.
- Strzelaj. - mruknęłam.
- Czy, gdyby Syriusz zapytał wcześniej… zgodziłabyś się?
Zaskoczył mnie. Nie tego pytania się spodziewałam. Powoli pociągnęłam z kubka. Musiałam się zastanowić. Czy, gdyby Łapa zapytał podczas jednego z tych wieczorów, które spędzałam na Grimmauld Place… gdybym usłyszała pytanie i zobaczyła srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem wcześniej, kiedy jeszcze nie wyobrażałam sobie świata bez Syriusza... Czy odpowiedziałabym „tak”?
- Nie wiem. - odparłam cicho. Remus drgnął, wyraźnie zaskoczony. Chyba nie oczekiwał takiej odpowiedzi. - Chciałabym móc powiedzieć… móc wierzyć… że zgodziłabym się. Naprawdę bym chciała. Ale prawda jest taka, że zwyczajnie nie wiem. Miał jednakowe szanse na obie opcje.
Remus pokiwał wolno głową. Przez chwilę w milczeniu sączyliśmy nasze czekolady. Kciukiem obracałam na palcu srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem, do ciężaru którego już przywykłam.
- Jakoś od szóstej klasy byłem pewien, że kiedyś się pobierzecie. - powiedział nagle Lunatyk. - Potem ty strzeliłaś focha, Łapa się wkurzył i zaczął chodzić z Dorcas, a potem wszystko jebło. A kiedy wyglądało, że może jednak… - urwał i zasłonił się kubkiem.
- A ja zawsze byłam przekonana, że umrę jako stara panna. - spróbowałam się uśmiechnąć.
- I teraz siedzimy w twojej kuchni jak te sieroty… - głos się Remusowi złamał. Wyciągnęłam rękę i położyłam dłoń na jego nadgarstku. Siedzieliśmy w milczeniu, lejąc ciche łzy do stygnącej czekolady.
