Actions

Work Header

Mosty, które palę

Summary:

Przy furtce stanęłam jeszcze i odwróciłam się, by ponownie spojrzeć na budynek. To był dom moich rodziców, mieszkałam tu od zawsze, jeśli wyjąć siedem lat Hogwartu i trzy lata w Cardiff. Tu dostałam swoją pierwszą książkę i tutaj tata czytał mi bajki. To tutaj goniłam za psem sąsiadów; tutaj rozwiązywałam zadania domowe z mugolskiej szkoły; stąd wyjeżdżałam na Pokątną; tu znalazł mnie Syriusz po dwunastu latach w Azkabanie; tu…
Tu do tej pory był mój dom.
Ale już nie. Zacisnęłam mocno zęby.
- And may the bridges I burn light the way ahead. - mruknęłam i zdeportowałam się.

Chapter Text

Spojrzałam na zegar. Było już późno, ale ja uparcie tkwiłam w Departamencie. Miałam mnóstwo roboty. Zatwierdzenie protokołów dla Tima. Przejrzenie sprawozdania profesora Croakera z ostatniego ekspperymentu z wektorami czasu. Uzupełnienie kilkunastu tabel numerologicznych, dotyczących ostatnich eksperymentów teoretycznych Daniela Lewisa. Nie miałam czasu na zjedzenie kanapki, o pójściu do domu nie mówiąc. Kątem świadomości wiedziałam, że gdzieś tam w szufladzie leży zaproszenie na ślub Billa Weasleya. Nie żebym planowała pójść. Ale świadomość była.
Pogrążona w pracy, nie zauważyłam gwałtownie otwieranych drzwi. Zerwał mnie z miejsca dopiero głośny okrzyk.
- Bennet!
Poderwałam się. W drzwiach gabinetu stał Severus Snape, ubrany w mundur śmierciożercy; w dłoni trzymał różdżkę, a maskę miał zsuniętą wysoko na czoło. Odruchowo złapałam własną różdżkę.
- Ministerstwo upadło. - powiedział Snape, podchodząc. - A w każdym razie zaraz upadnie. Thicknesse właśnie poszedł zabić Scrimgeoura.
- No? - rzuciłam głupio. - I co ja mam z tym zrobić?
Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że Snape chce, bym poleciała tam i wyrwała ministra z łap śmierciożerców. Krótko mówiąc: bym ratowała Ministerstwo. Nie rozumiałam, dlaczego akurat ja mam się za to brać. Co ja jestem, bojownik za lepsze jutro, cholera? Ja tu tylko matematykę robię!
- Uciekaj. - warknął Snape. - Nie obchodzi mnie, dokąd. Ty akurat… wiej, bo inaczej wszystko weźmie w łeb.
Tkwiłam w miejscu, nieporuszona. Jak to? Ministerstwo upadło, serio? Przecież tu, na dole, była idealna cisza. Nic się nie działo. Był wieczór, byłam tu już sama, bo wszyscy inni zdążyli się wyrobić i pójść do domu. Tylko ja miałam jeszcze tyle do roboty… Tabele płac, na przykład; dokończenie obliczeń dla Tima, doszlifowanie zabezpieczeń proceduralnych, no i ciągnący się od wieków chyba spór na temat zastosowania zaklęć pamięciowych w nauce języków obcych, jaki prowadziłam z jednym z profesorów z Rosji…
- Bennet! - Snape chwycił mnie za ramiona i potrząsnął mocno. - Ocknij się, do diabła! Rusz tą swoją legendarną mózgownicą!
- Ale… mój Departament…
Snape, nie patyczkując się ze mną dłużej, uderzył mnie w twarz.
- Kurwa! - zaklęłam, odruchowo chwytając się za policzek. Spojrzałam na niego bykiem. - Dzięki.
- Nie ma za co. - odparł zimno. - A teraz zabieraj się stąd. Szybko, daleko i na długo. I nie mów mi, gdzie.
- Nie uciekałam ostatnio. - uświadomiłam go wcale nie cieplejszym głosem. - I teraz też nie będę…
Strzelił mnie drugi raz, na drugą stronę, aż się cofnęłam. Wpadłam na biurko i o mało co nie zwaliłam wszystkich leżących tam książek.
- Ocknij się, idiotko! - warknął. - Jesteś szefową sekcji w Departamencie Tajemnic, pójdziesz na pierwszy ogień! A jak się dowiedzą, że to ty opracowałaś te wszystkie sprytne czary, zaklęcia i przeciwuroki, to będziesz się modlić, by trafić po śmierci do piekła! Albo cię wykorzystają, albo się zabawią, trzeciej opcji nie ma. Więc, do cholery jasnej, chociaż ty się wykaż rozsądkiem!
- Byłabym ci wdzięczna, gdybyś tylko nie był takim dupkiem. - uznałam kwaśno. - No dobrze. To posłuchaj. Lecę do Kalifornii. Załapałeś?
Spojrzał na mnie i widziałam, że załapał. Skinęłam głową. Wzięłam torebkę i rzuciłam na nią zaklęcie „mniejsze w większe”. Snape obrzucił to spojrzeniem, które mogłoby być aprobujące, i wyszedł.
Musiałam szybko dostać się do domu. Zabrać kilka najniezbędniejszych przedmiotów… i zrobić jedną rzecz. Narzuciłam kurtkę i wyszłam z Departamentu. Pewnym krokiem ruszyłam do windy; nie zatrzymywana przez nikogo dotarłam do atrium. Tam trwał chaos. Nie pozwoliłam sobie jednak na długą obserwację. Wiedziałam, ile czasu zajmuje założenie pełnej blokady antyteleportacyjnej na budynek tak wypełniony magią jak Ministerstwo. I wiedziałam, że mam tylko trzydzieści sekund. Zdeportowałam się więc, zanim ktokolwiek zauważył, że tam jestem.
Aportowałam się na swoim progu, celnie jak rzadko kiedy. Całkowicie stabilnymi rękami otworzyłam drzwi i przebiegłam pokoje. Nie potrzebowałam wiele. Złapałam niedużą torbę podróżną. Wrzuciłam do niej kilka sztuk odzieży, która nie powinna rzucać się w oczy. Trochę jedzenia. Butelkę wody. Kilka książek, w tym Rozmówki angielsko-włoskie i Mały słownik angielsko-grecki.
Przeszłam do łazienki, biorąc po drodze nożyczki ze swojego pokoju. Stanęłam przed lustrem i spojrzałam na siebie uważnie. Jak się prosto ukryć? Zidentyfikować to, po czym ludzie mnie rozpoznają, i zmienić to. Ludzie zwykle rozpoznawali mnie po włosach i okularach. Ze szkłami będzie większy problem, ale włosy…
Zawsze nosiłam długie. Nie krótsze niż do połowy pleców. Uniosłam nożyczki. Miękkie, brązowe pasma opadały do umywalki, a zza ich bezpiecznie znajomej kurtyny wyłaniała się kobieta, której nie znałam. Nie wiedziałam, że mam tak ostry podbródek. I tak asymetryczne uszy. Palcami roztrzepałam niezbyt równe kosmyki, teraz ledwo sięgające szczęki. Nie wyglądałam jak ja.
Teraz muszę zdobyć tylko jakieś inne oprawki.
Spaliłam wszystkie obcięte włosy. Rzuciłam ostatnie zaklęcia ochronne na dom - nie żeby miały coś faktycznie dać, bardziej dla spokoju sumienia - uruchomiłam mugolski alarm i wyszłam. Przy furtce stanęłam jeszcze i odwróciłam się, by ponownie spojrzeć na budynek. To był dom moich rodziców, mieszkałam tu od zawsze, jeśli wyjąć siedem lat Hogwartu i trzy lata w Cardiff. Tu dostałam swoją pierwszą książkę i tutaj tata czytał mi bajki. To tutaj goniłam za psem sąsiadów; tutaj rozwiązywałam zadania domowe z mugolskiej szkoły; stąd wyjeżdżałam na Pokątną; tu znalazł mnie Syriusz po dwunastu latach w Azkabanie; tu…
Tu do tej pory był mój dom.
Ale już nie. Zacisnęłam mocno zęby.
- And may the bridges I burn light the way ahead. - mruknęłam i zdeportowałam się.
*
Schowałam różdżkę głęboko, zarówno w bagażu, jak i w myślach. Miałam przy sobie dwustronne lusterko o szerokim spektrum, ostatnie, jakie zostawiłam sobie po Pierwszej Wojnie Czarodziejów. Nie zamierzałam się całkiem odżegnywać od świata, jaki opuściłam. To nie byłoby mądre. Zakon wiedział, jak mnie znaleźć, gdyby świat zwalił im się na głowy. Remus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że z lusterkiem nie rozstawałam się nigdy.
Wmieszałam się w mugolski świat. Dużo podróżowałam, nigdzie nie spędzając więcej niż dwa miesiące. Żeby mieć z czego żyć, dawałam korepetycje z angielskiego i hiszpańskiego. Sprzedawałam pomidory na targu w Portugalii. Półtora miesiąca byłam sekretarką w hiszpańskim liceum, dopóki właściwa pracownica nie wróciła z urlopu chorobowego. Pomagałam w miejskiej bibliotece w małym miasteczku na południu Francji. Oprowadzałam anglo- i hiszpańskojęzyczne wycieczki po Rzymie. Pracowałam przy zbiorze gron w węgierskiej winnicy. Byłam recepcjonistką w słowackim kurorcie.
Przez ten czas rozglądałam się czujnie. Nasłuchiwałam z daleka. Czasem docierały do mnie echa, natykałam się na ślady, i zbierałam te okruchy informacji i budowałam sobie z nich obraz, jakim teraz była czarodziejska Anglia.
Pościgi. Ucieczki. Prześladowania. Rejestracje mugolaków. Ciągły i niepowstrzymany pęd ku znalezieniu Chłopca, Którzy Przeżył i który miał ocalić świat.
Żyłam z dnia na dzień. Tu, wśród mugoli, moja wiedza i kompetencje nie miały znaczenia. Walczyłam ze wszystkim, od głodu po bezdomność, po brak języków i zatrudnienia. Oszczędności, jakie zgromadziłam przez lata wymieniając czarodziejskie pieniądze na mugolskie, wystarczały mi na przeżycie, ale nic poza tym. Dlatego łapałam się tych wszystkich robót, grubo poniżej moich kompetencji. A jednak miałam z nich nie tylko środki do przeżycia następnego tygodnia. Te proste zajęcia dawały mi dziwnie dużo satysfakcji.
Nawiązywałam krótkie znajomości, nigdzie nie grzejąc miejsca. Miałam dwie stałe rzeczy w życiu: płócienną torbę, którą zabrałam Stamtąd, i srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem, który nosiłam na łańcuszku, wstydliwie kryjąc go pod koszulką.
Od czasu do czasu wyjmowałam lusterko, zakamuflowane jako zwykłe, torebkowe lusterko do pudrowania nosa, i wpatrywałam się w nie przez kilka sekund. Czasem coś migało w tafli, a wtedy szybko odwracałam wzrok. Jeszcze nie czas, bym wracała do Anglii. Dni jeszcze nie dojrzały. Dlatego mogłam ponownie spakować manatki i przekroczyć czeską granicę, by złapać autostop do Pragi, a tam…
Tam pracować jako bileter na Hradczanach.
*
Było późno. Noc była ciepła, chociaż lekko mżyło. Szłam, energicznie stawiając kroki, przez Most Karola. Od kilkunastu dni miałam problemy z zasypianiem. Nabrałam zwyczaju nocnego biegania po Pradze, po Starym Mieście, zwiedzając te wszystkie malownicze zaułki, które za dnia wypełniały się turystami. Teraz, o drugiej nad ranem, Praga była pustawa. Byłam tylko ja, zdyszana i zmęczona, ale pełna energii, delikatna mżawka i szum Wełtawy gdzieś w oddali.
Potem usłyszałam drugi zestaw kroków.
Jakbym dostała zaklęciem uderzeniowym między łopatki. Poczucie zagrożenia strzeliło mnie prosto w instynkt i poderwało do biegu. Gdyby kroki, które słyszałam, nie przyśpieszyły, zwolniłabym po kilkudziesięciu metrach. No, ale usłyszałam pościg. A więc jednak. Dopadli mnie nawet tutaj.
Oczywiście istniała możliwość, że to mugolski rabuś. Ale jakoś w to nie wierzyłam. Intuicja podpowiadała mi, że to raczej któryś z europejskich szpiegów Voldemorta.
- Drętwota!
Czerwona strzała przeszyła noc i rozprysnęła się na latarni. Zaklęłam.
- Impedimento!
- Bránit!
Byłam niewymowną. Byłam Krukonką. Uczyłam się zawsze i przy każdej okazji, a magia była wszędzie, jeśli tylko wiedziało się, czego nasłuchiwać. Poznałam kilka obcojęzycznych zaklęć. W tym naprawdę mocną czeską „ochranę” która, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, nie wymagała różdżki - był to czar prymitywny, jedno z pierwszych zaklęć, jakie opanowywały czeskie dzieci, jeszcze przed otrzymaniem różdżek.
Czar ten stanowił również cudowny element niespodzianki.
Usłyszałam potknięcie i skręciłam w jedną z mniejszych uliczek, w które obfitowało praskie Stare Miasto. Skoczyłam do uchylonej bramy, silnie pachnącej kotem, przykucnęłam tuż za progiem i przytuliłam obie dłonie do ust, by maksymalnie wytłumić oddech. Nasłuchiwałam kroków, szelestu szaty, cichych przekleństw, podczas gdy mój prześladowca miotał się po uliczce. Czekałam na właściwy moment.
I kiedy ten moment nadszedł, wypadłam z bramy. Staranowałam wysoką postać w czarnym płaszczu. Śmierciożerca zapiszczał - bardzo po dziewczęcemu - i rąbnął o kocie łby. Unieruchomiłam go i zdarłam mu z głowy maskę.
- Antonin Dołohow!
- Crucio!
Zdołałam się uchylić; chwyciłam jego rękę z różdżką i solidnie przyrżnęłam nią w krawężnik. Dołohow znów wrzasnął, ale wypuścił różdżkę z palców. Rzucił się całym ciałem, o mało co nie zwalając mnie z niego; był ode mnie sporo cięższy, jakby nie patrzeć, i dużo silniejszy; jeśli miałam coś zrobić, powinnam to zrobić szybko.
Różdżki nie miałam.
- Bruk bronią proletariatu! - warknęłam wobec tego i rąbnęłam potylicą Dołohowa o kocie łby. Zmiękł od razu, a na twarzy miał wyraz śmiertelnego zaskoczenia. Zerwałam się. Oddech miałam ciężki, na knykciach krew. Dołohow oddychał jednak, a ja jakoś nie mogłam się zdobyć na dobicie go. Zadowoliłam się złamaniem mu różdżki i uciekłam stamtąd, zanim ktoś się napatoczył i wezwał policję.
Spakowałam się błyskawicznie. Chyba czas się zabrać z Pragi. Może w ogóle z Czech. Ale jak nie Czechy, to co? Słowacja? Polska? Dalej na wschód, Ukraina, Rosja, Chiny, Japonia? Czy skończy się na zatoczeniu koła i wylądowaniu w punkcie wyjścia?
Cóż. Gdzieś na pewno coś znajdę.
*
Święta Bożego Narodzenia spędziłam w słowackim Popradzie. Słowacja była ładna w taki nieco dziki i prymitywny, bardzo słowiański sposób. Ludzie tu byli jakby mniej ufni, bardziej egoistyczni, mniej chętni do pomocy obcemu, ale mnie to nawet odpowiadało. Nie chciałam niczyjej pomocy. Nie chciałam zawierać bliskich znajomości.
Pracę w biurze turystycznym - które w tej dziurze zdawało mi się całkiem zbędne - dostałam na miesiąc, zastępując jakąś dziewczynę, która na nartach złamała nogę. Płacono mi tygodniówkę, która akurat starczała na opłacenie klitki u starszej pani. W Wigilię Bożego Narodzenia moja gospodyni, Iryna Zlatova, zaskoczyła mnie dość mocno, za uszy wyciągając mnie na mszę świąteczną do pobliskiego kościoła.
Pierwszy raz uczestniczyłam w czymś takim. Mały kościół na sztywno był wypakowany ludźmi, wielu z nich miało w rękach świeczki. Ku swemu wielkiemu - naprawdę wielkiemu - zdumieniu zobaczyłam, jak całkiem sporo przybyłych zapala swoje świeczki od różdżek. Zupełnie się z tym nie kryjąc, absolutnie nie zatajając swojej magii. Znajomi witali się wylewnie, obcym kiwano głowami, a nad całym tym tłumem unosił się nastrój uroczystego podniecenia.
O tu, dokładnie tu, tu była magia.
Inna od tej schematycznej, naukowej magii, którą zajmowałam się na co dzień - to znaczy, którą kiedyś zajmowałam się na co dzień. To była magia w swym najbardziej podstawowym aspekcie. Wola... siła woli. Oczekiwanie. Pragnę - niech tak się stanie. Popycham świat za pomocą mojego własnego umysłu, bez żadnej pomocy nadaję mu pożądany kształt.
Człowiek jest Bogiem.
- Na początku było Słowo. - rozległo się z ambony. Moim kolejnym zdumieniem był fakt, że doskonale rozumiałam korpulentnego księdza z purpurową stułą na szyi. - A Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Dziś przynoszę wam dobrą nowinę. Módlmy się.
Spojrzałam na moją gospodynię, która patrzyła na mnie z ironicznym uśmieszkiem na wąskich ustach, otoczonych pajęczyną zmarszczek.
- Naprawdę myślałaś, że od magii da się uciec, Cassandro Bennet? - zapytała, a akcent miała mocny, wymawiała „r” jakby wybijała językiem na podniebieniu werbel. Na chwilę dopadło mnie przerażenie, ręka skoczyła w stronę kieszeni, w której zwykle miałam różdżkę. Pani Zlatova jednak ruchem szybkim, zbyt szybkim u takiej staruszki, chwyciła mnie za nadgarstek.
- Skąd... - zająknęłam się.
- Nie tylko ciebie nosiło po świecie.
Powiedziawszy to, Iryna Zlatova odwróciła głowę i pogrążyła się w modlitwie. Siedziałam obok niej w drewnianej ławce, z drugiej strony przyciskana do korpuletnej kobiety około sześćdziesiątki. W kościele mocno pachniało kadzidłem, światło wielu świec odbijało się od na złoceniach rzeźb i ramach portretów.
- Kim pani jest? - zapytałam cicho, a dokoła nas kościół pełen ludzi wstawał z ławek. Organy zagrzmiały pierwsze takty jakiejś kolędy. Iryna Zlatova uśmiechnęła się kątem ust i potrząsnęła głową.
- W domu, dziecko. - powiedziała. - Powiem ci w domu.
*
Było dobrze po północy. Budzik na lodówce pani Zlatovej właśnie wybił pierwszą nad ranem. Moja gospodyni postawiła czajnik z wodą na piecu - starym, glinianym, wciśniętym w róg izby, wyposażonym w fajerki. Z szuflady, z której wystawał pordzewiały klucz, wyjęła krótką różdżkę, bardziej podobną do patyka z ogródka niż do instrumentu magicznego. Milczałam. Obiecałam sobie nie dziwić się już niczemu.
Krótkim zaklęciem Iryna Zlatova zapaliła ogień pod fajerką i szczęknęła czajnikiem. Potem usiadła przy stole naprzeciwko mnie i uśmiechnęła się do mnie szeroko.
- Kim pani jest? - zapytałam cicho. - Tak naprawdę?
- Jestem tobą. - odparła Iryna Zlatova po prostu. - To znaczy, jestem tym, kim ty się staniesz za jakieś, och, sześćdziesiąt lat.
Uniosłam brwi.
Iryna Zlatova zachichotała. Sięgnęła do tej samej szuflady, z której wyjęła różdżkę, wyciągnęła stamtąd prostokątny kartonik i położyła go przede mną.
Iryna Zlatova, przeczytałam, Nedotknuteľna. Slovenština Ministerstvo Mágie.
Kartonik był solidnie wystrzępiony, poplamiony śladami kawy i miękki od częstego używania. Uniosłam głowę i spojrzałam w oczy Irynie Zlatovej. Uśmiechała się lekko i cynicznie, opierając się wygodnie o stół.
- Zajmowałam się pojmowaniem językowym i zaklęciami translatorskimi. - wyjaśniła spokojnie. - Ponad sześćdziesiąt lat pracowałam nad czarem przekładu symultanicznego. W moim przypadku znaczyło to tyle, że musiałam perfekcyjnie opanować angielski, na który chciałam tłumaczyć mój rodzimy język słowacki... No i żeby to działało w drugą stronę też. Dlatego pojechałam na jakiś czas do Anglii.
Iryna Zlatova umilkła, bo z czajnika dobiegł przeraźliwy gwizd. Obserwowałam, jak moja tajemnicza gospodyni wstaje i zalewa dwa kubki. W kuchni, maleńkiej i przytulnej, zapachniało domową herbatą. Zlatova postawiła przede mną jeden kubek i ponownie usiadła na swoim starym miejscu.
- W trzydziestym dziewiątym wybuchła wojna. - powiedziała i urwała dość gwałtownie. - Musiałam wrócić do kraju. Politycznie było tu nieciekawie, zarówno po naszej, jak i mugolskiej stronie. Grindelwald i Hitler naraz to było jednak ciupkę za dużo. Ale ja musiałam wrócić. - spojrzała mi w oczy. - Jestem... no, byłam... jedyną czarownicą w rodzinie. Musiałam ich ochronić najlepiej, jak umiałam. I zrobiłam, co do mnie należało. Wywiązałam się z obowiązku.
W gardle miałam całkiem dorodną śliwkę.
Iryna Zlatova uniosła głowę znad kubka z herbatą i uśmiechnęła się do mnie sucho.
- Albus Dumbledore dalej uczy w Hogwarcie?
- Nie. - głos mi się zaciął lekko. - Był dyrektorem, ale... Umarł.
- Aha. - w tonie mojej gospodyni nie było zaskoczenia, jedynie lekki smutek. - Szkoda. Był dobrym człowiekiem, chociaż upartym jak osioł.
Skinęłam głową. Iryna Zlatova spojrzała na mnie uważnie.
- Masz w sobie wojownika, Cassandro Bennet. - powiedziała. - Trochę smutno, że nie pozwalasz mu się pokazać.
Na to nie miałam odpowiedzi.
*
Spędziłam u Zlatovej dobre trzy miesiące. W marcu ruszyłam dalej, zostawiając za sobą słowiańską dzikość Popradu i wkraczając do mniej dzikiej, chociaż równie słowiańskiej Polski. Teroetycznie mogłabym kierować się bardziej na południe, w stronę Węgier, ale wolałam unikać terenów Grindelwalda. Cholera wiedziała, tam mogło roić się od zwolenników Voldemorta, który mógł wypełnić pustkę po Grindelwaldzie. Lepiej było się tam nie zapuszczać.
Wędrowałam pieszo. Nie łapałam stopów ani autobusów. Noce wciąż były piekielnie zimne, ale udawało mi się znajdować nocleg. Jeśli nie w jakimś motelu, to u jakiejś rodziny. Słowianie byli zdumiewająco sympatyczni i gościnni.
W połowie kwietnia dotarłam do Krakowa. Miasto było dużo mniejszym i cichszym odbiciem Londynu. Znalazłam pokój, dzielony z czwórką przesympatycznych studentów, i pracę w biurze turystycznym - znowu. Błyskawicznie opanowałam dość imponującą ofertę turystyczną miasta, a moja znajomość hiszpańskiego i ojczysty angielski były najwyraźniej sporym atutem.
Było mi dobrze w tym starym mieście. Wśród jego ładnych kamieniczek, które, choć niszczejące, miały w sobie dużo uroku. Polubiłam nocne spacery po Krakowie, który, jak Praga, mógł być niebezpieczny, ale miał w sobie niesamowite ilości magii. Magii innej niż ta, którą znałam z nocnych przechadzek po Londynie. Zaznajamiałam się więc nieśpiesznie z czarem Krakowa, odkrywając coraz to nowe zakamarki.
Czułam się tu bezpieczna i po raz pierwszy pojawiła mi się w głowie myśl, że w zasadzie mogłabym zostać tu na zawsze. Pójść do polskiego Ministerstwa Magii, które wcale nie mieściło się w Warszawie, czyli polskiej stolicy, a właśnie tu. Powiedzieć im wprost, kim jestem. Mogłam to udowodnić, były na to sposoby, czary i uroki. Mogłam tu ponownie ułożyć sobie życie. Kto wie, może byłoby mi lepiej niż w Anglii, w której pochowałam sporą część swojego potencjalnego szczęścia.
Jak Scarlett O’Hara, miałam pomyśleć o tym jutro.
Nie zdążyłam.
*
- Cześć, Cassandro.
Na chwilę brakło mi powietrza. Potem zdołałam nabrać oddechu, a powietrze smakowało jakoś inaczej. W ustach znów poczułam mocny smak kawy, którą przed chwilą wypiłam w jednej z kawiarenek na starym rynku. A więc to już. Nadszedł czas akcji. Czas magii. Miałam zostawić Polskę, stołeczne miasto Kraków, i wracać do Anglii, być może złożyć ofiarę ze zdrowego rozsądku i życia na ołtarzu przetrwania czarodziejskiej Wielkiej Brytanii.
Zacisnęłam mocniej dłonie na lusterku, w którym widniała twarz starego przyjaciela.
- Cześć, Lupin. - powiedziałam spokojnie i nawet głos miałam nieco inny niż pół godziny temu. Spokojnie wysłuchałam, co Remus, zdyszany, o włosach silniej obsypanych siwizną niż pamiętałam, z większymi cieniami pod oczami, ma mi do powiedzenia. Nie czułam zaskoczenia. Jakbym od dawna przygotowywała się właśnie na to. Nie wiedziałam zbyt dużo o sytuacji w Anglii, ale nic, co Remus mi w pośpiechu przekazywał, nie było dla mnie zaskoczeniem. Na podstawie pogłosek, które do mnie docierały, mogłam ułożyć sobie pewne hipotezy i Lunatyk tylko je potwierdził.
Było tak, jakbym przyszła na świat w tym jednym celu. By tam być. By zrobić, co do mnie należy.
Kiedy Remus się odmeldował, czułam wyłącznie spokój. Może odrobinę podszyty żalem za wolnością, którą właśnie traciłam. Za uroczymi, choć niszczejącymi kamieniczkami Krakowa i pomysłem zostania tu na zawsze. Ale byłam Cassandrą Bennet, niewymowną z Departamentu Tajemnic, i miałam swoje obowiązki.
Wrócę do Anglii, choćby miało mnie to zabić.
Wezmę udział w Bitwie o Hogwart.
Trzasnęłam lusterkiem o podłogę. Dla pewności, jak to już kiedyś zrobiłam, zgniotłam resztki, z całej siły waląc w nie piętą glana. Zdjęłam z szyi łańcuszek z pierścionkiem i włożyłam obrączkę na palec, na jej prawowite miejsce. Wyjęłam z dna plecaka różdżkę i ściskałam ją przez chwilę. Drewno gruszy, włos jednorożca, dziesięć i trzy czwarte cala, sztywna. Służyła mi wiernie przez dwadzieścia siedem lat. Niech posłuży jeszcze ten jeden raz.
- Za moją babcię i dziadka. - wymruczałam. - Za Bonesów i Marlene McKinnon. Za Benjy’ego Fenwicka i Caradoca Dearborna. Za Dorcas Meadowes i Sharlene O’Donnel. Za Fabiana i Gideona Prewettów. - mocniej zacisnęłam palce na różdżce. - Za Jamesa i Lily Potterów. Za Brodericka Bode’a. - umilkłam i milczałam dłuższą chwilę. - Za Syriusza Blacka. - dodałam cicho, niemal niesłyszalnie. Zdecydowanym ruchem wsunęłam różdżkę do kieszeni spodni.
- I choćby mnie to miało zabić, wywiążę się z obowiązku.
*
Teleportacja numer jeden: Kraków-Berlin. Mżawka, gdzieś daleko na niebie tęcza, łopot jakichś flag, kłótnia grupy nastolatków z oddali. Wdech, wydech.
Teleportacja numer dwa: Berlin-Dusseldorf. Deszcz, smak dymu, zapach jakiejś smażeniny. Wdech, wydech.
Teleportacja numer trzy: Dusseldorf-Paryż. Słońce zza chmur, dźwięki akordeonu i skrzypiec z pobliskej kawiarenki, w oddali Pola Elizejskie i Wieża Eiffela. Wdech, wydech.
Teleportacja numer cztery: Paryż-Londyn. Znów deszcz, chlupnięcie kałuży, woda przemaczająca trampki, okrzyk jakiegoś gościa, któremu wlazłam w drogę. Nieważne. Schować się w jakimś zaułku. Wdech, wydech.
Teleportacja numer pięć: Londyn-Hogsmeade. Smak i zapach śmierci w powietrzu. Wdech. Wydech.
O Boże, wróciłam, jestem znowu w domu, jestem znowu w Szkocji, i wywiążę się z obowiązku.
*
Lupin powiedział mi o przejściu w pubie Pod Świńskim Łbem. Zamierzałam z niego skorzystać. W środku natknęłam się na grupę spanikowanych dzieciaków i uznałam, że zmierzam w dobrym kierunku. Zdjęłam plecak i cisnęłam go pod ladę - na wszelki wypadek. Różdżkę wsadziłam do kieszeni. Sprawdziłam, czy mam nóż, wsunięty do pochewki na pasku. Pod prąd przepchnęłam się do przejścia, o istnieniu którego nie miałam pojęcia. Mijałam wystraszone dzieci, chcące jak najszybciej znaleźć się jak najdalej stad. Nie zwracałam na nich uwagi. Niemal wyleciałam głową naprzód z przejścia do Pokoju Życzeń, w którym tkwiła naburmuszona Ginny Weasley.
- Weasley! - zebrałam się błyskawicznie. - Gdzie reszta?
- Pewnie w Wielkiej Sali. - burknęła Ginny, nie patrząc na mnie; bawiła się nerwowo różdżką, popatrując w stronę wyjścia z Pokoju do zamku. Podeszłam do niej, podniosłam ją z miejsca i zmusiłam, by spojrzała na mnie.
- Bohaterstwo nie popłaca. - powiedziałam, patrząc jej w oczy. - Ty umrzesz bohatersko, a po sobie zostawisz żal i pustkę. Nie ryzykuj niepotrzebnie. Pilnuj przejścia. I trzymaj się.
Puściłam ją i pobiegłam w zamek, zanim zdołała zareagować. W sali wejściowej natknęłam się na rzednący już tłum ewakuowanych uczniów. W drzwiach do Wielkiej Sali złapałam Artura Weasleya.
- Cassandra! - wykrzyknął na mój widok. - Nie spodziewałem się...
- Tak, tak. - złapałam oddech. - Jaki jest plan?
- Część obrońców, uczniów i zakonników, poszła na wieże. - Artur ruszył w stronę wyjścia na błonia, a ja za nim. - Ja, Kingsley i Remus pójdziemy na błonia z resztą, spróbujemy dać im łupnia.
- Idę z wami. - zdecydowałam. Artur spojrzał na mnie z wahaniem, wyjmując różdżkę z kieszeni szaty. Dołączyliśmy do grupki, którą już komenderował Kingsley, dzieląc ich na zespoły. Wyłowiłam w tłumie bladą twarz Lupina.
- Powinnaś raczej iść na wieżę. - powiedział Artur. Prychnęłam.
- Z zaklęć ofensywnych to ja wciąż cieniutko. - powiedziałam zimno. - A i celność taka sobie. Nie, bardziej się przydam tu, na ziemi. Tu zawsze mogę komuś zwyczajnie dać w zęby.
Artur westchnął.
- No dobrze. - powiedział. - Pójdziesz z Lupinem.
Skinęłam głową i dołączyłam do grupy, zbierającej się wokół Remusa.
- Cass.
- Lunatyku.
Uścisnęliśmy sobie ręce.
- Dobra, słuchajcie. - powiedział Remus do zgromadzonych wokół niego kilkunastu ludzi. Większości nie znałam. Resztę kojarzyłam - z widzenia. - Grupa Shacklebolta idzie na front. My bierzemy lewą flankę, grupa Artura prawą. Nie znaczy to, że oberwie nam się ani odrobinę mniej. Ale musimy wytrzymać jak najdłużej.
Pokiwaliśmy głowami.
- W zamku jest Harry. - dodał Lupin ciszej. - Harry Potter. Szuka czegoś, co ma zniszczyć Voldemorta. Potrzebuje czasu. Czasu, który my musimy mu dać. Dlatego zrobimy, co w naszej mocy, by ta czarna banda nie wdarła się do zamku. - uniósł różdżkę. - Za Hogwart!
- Hogwart! - odpowiedzieliśmy okrzykiem.
Ruszyliśmy na pozycje. Szłam koło Lupina. Noc była ciepła, gdzieś w oddali cykały świerszcze. Pachniało suchą trawą i lasem. Remus uparcie milczał, obracając w palcach różdżkę. Zajęliśmy nasze miejsca, ławą oddzielając Hogwart od kierunku, z którego mieli nadejść śmierciożercy. Stałam obok Remusa, po drugiej stronie miałam Sturgisa Podmore’a.
- Wreszcie wiem, co mi chciałeś powiedzieć. - powiedziałam nagle. - Teraz, kiedy stoimy w gównie po kolana, ramię w ramię... Burza nam się zbiera nad głowami, a my będziemy powstrzymywać przypływ. I ty miałeś rację.
Remus milczał. Poczułam jego rękę, zaciskającą się mocno na moim ramieniu. Czekaliśmy spokojnie, pogodzeni z losem. Oboje wiedzieliśmy, że walka będzie zacięta. I chcieliśmy dać z siebie wszystko. Z przekory. Dla zaznaczenia postawy. Ponieważ to było coś, co trzeba było zrobić.
I tyle.