Actions

Work Header

In varietate unitas

Chapter 2: My, ci z ostatniej klasy

Summary:

Krótki fragment większej całości, która się pisze ;)

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Pierwszego września, wczesnym rankiem, na różnych, niczym ze sobą nie powiązanych stacjach kolejowych, rozsianych po całej Polsce, Litwie i Ukrainie, na wsiach, w małych, zaniedbanych miasteczkach, w dużych miastach, nad Bałtykiem i nad Morzem Czarnym, dosłownie wszędzie, gdzie dochodzi kolej, i gdzie mieszkają czarodzieje, zaczynają pojawiać się skryte, otulone długimi płaszczami postaci. Czasami pojedynczo, czasami całymi rodzinami wylegają na perony, obładowani walizkami, plecakami, tobołkami, siatkami i transporterami na koty. Zdają się doskonale wiedzieć, o której powinni się pojawić, mimo że rozkłady mówią, iż żaden pociąg nie przyjedzie w przeciągu najbliższej godziny. Można pomyśleć, że pomylili perony, niewyspani i jeszcze otumanieni po bardzo wczesnej pobudce. 

Niedługo po ich pojawieniu się na peron wtacza się pociąg, jakiś spóźniony, jak zawsze, jadący akurat w kierunku, który nikomu nie jest na rękę (tam w ogóle jest stacja? myślałam, że zlikwidowali). Dzieci i nastolatkowie wsiadają, biorąc swoje tobołki. Rodziny żegnają się. Pociąg rusza cicho i znika we mgle poranka, równie tajemniczo, jak się pojawił, niezapowiadany przez megafony, niezauważony przez nikogo.

Cztery są takie pociągi i każdy rusza z innej części kraju, a ich trasy układają się niczym bardzo osobliwe przekątne. Północne startują ze Szczecina i Wilna; południowe z Jeleniej Góry i Lwowa, chociaż ten ostatni, najdłuższy i najdziwniejszy, czasami ma stację początkową i w Odessie. 

Wszystkie zdążają do Krakowa, i chociaż pokonują bardzo różne trasy, zatrzymują się częściej albo rzadziej, zawsze wyruszają o czwartej rano i dojeżdżają o siódmej, akurat wtedy, kiedy przez krakowski dworzec przewalają się prawdziwe tłumy. Nastolatkowie i ich opiekunowie z dziwnych pociągów, zaspani i wymiętoleni podróżą, przemykają się dworcowym tunelem w sobie tylko znanym kierunku i znikają wszystkim z oczu, zanim ktoś zdoła się zastanowić, po co im tyle kotów.

Dla pierwszorocznych uczniów Krakowskiej Szkoły Magii ten przejazd pociągiem to wielka, niezapomniana przygoda, najważniejsze wspomnienie ich młodości; okres przejścia spod opieki rodziców do samodzielności w wielkiej, odległej szkole, gdzie poznają zupełnie nowych ludzi, zamiast w swoim pokoju, będą spać w wieloosobowej bursie i uczyć się codziennie, jak być prawdziwym czarodziejem.

 

Filip Pascal nigdy nie doświadczył tej, podobno niezwykłej, jazdy, i uważał, że nic nie stracił. Miał swój własny rytuał. Co roku, od kiedy skończył dwanaście lat, wrzucał do plecaka kanapki, aktualnie czytaną książkę i jakiś ciepły sweter, po czym maszerował kilka przecznic ze Starego Kleparza na Planty. Z nich przechodził na czarodziejską stronę Krakowa i uliczkami starego miasta szybko docierał do Collegium Maius, zazwyczaj jeszcze pustego i cichego, opuszczonego na swój wakacyjny, zimny sen. Tylko niektórzy nauczyciele i pracownicy witali się z nim i zagadywali, jak tam spędził wakacje; odpowiadał grzecznie, ale nie wdawał się w pogawędki; nie miał czasu do stracenia.Liczyła się każda sekunda.

 

W tym roku udało mu się być piątym w kolejce, ale zdążył postać może minutę, gdy sekretarka, niziutka goblinka w musztardowej garsonce i okrągłych okularach, zawołała go po nazwisku.

– Filip Pascal? Chodź, chodź, załatwimy to szybko!

– Dziękuję pani bardzo, pani Greto – podskoczył do lady i wyciągnął już przygotowane, wypełnione i podpisane dokumenty.

– Ciebie, mój drogi, wpisywać to czysta przyjemność. Wszystko wypisane idealnie. Mogłabym twoje wnioski wieszać na tablicy jako wzór dla co niektórych uczniów – pochwaliła go goblinka, zgarniając papiery i błyskawicznie zapisując coś na maszynie do pisania. – U pana szanownego taty coś się zmieniło w dochodach?

– Nic a nic, proszę pani. Żadnych zmian – zameldował Filip.

– Powiem panu w tajemnicy – goblinka wychyliła się zza lady, nie przestając pisać, jakby jej długie palce w ogóle nie potrzebowały do tej czynności pomocy wzroku. Nawet na dopasowanym pod nią krześle była bardzo niska, więc Pascal pochylił się ku niej. – ...Że jest pan, panie Filipie, naszym najlepszym uczniem. Tak, tak! – jej uszy podskoczyły, gdy kiwała głową. – Byłam w komisji, liczyłam średnią w zeszłym roku, i nie tak małą liczbą punktów pan wygrywa! A w wakacje zafiukałam do mojej kuzynki, tej co pracuje w Niemczech, i do siostry z Francji, żeby porównać ich uczniów… Oczywiście, system oceniania się nieco różni, ale, ale! Wychodzi mi na to, że mógłby pan naprawdę być najzdolniejszym młodym czarodziejem w Europie!

– Dziękuję pani, czuję się bardzo doceniony przez to, że pani tak myśli — zaczerwienił się Pascal. Goblinka wpatrywała się w niego błyszczącymi z podniecenia oczami. – Ale nagrodę i tak zgarnął kto inny.

– Ach, bo  oni   liczą też jakiś tam sport, koleżeńską postawę i inne bzdury – przewróciła oczami. – Gdyby to od  nas zależało, panie Pascal… – westchnęła. – Szkoda, że pan nie jest… No wie pan… Ludzie to pana nigdy nie docenią dostatecznie.

Z impetem przybiła pod jego dokumentami pieczątkę szkoły. 

– Proszę bardzo. A to podanie o dofinansowanie szkolnej szaty to na co pan tak naprawdę chce? – zapytała, patrząc na niego uważnie zielonymi, powiększonymi przez grube soczewki oczami.

– Eee… No na szatę w sumie nie… – zrobił dobrze wyćwiczoną, skruszoną minę.

– No, w końcu za rok pan będzie adeptem, to po co uczniowska szata! No, proszę nie być takim skromnym, na pewno się pan dostanie – uśmiechnęła się i zaczęła przekopywać plik z jakimiś dokumentami. 

– Wypiszę panu na strój galowy, wtedy dają 300 zł. Tylko proszę mi uczciwie na kwicie zaznaczyć, na co poszło, a nie jak ostatnio!

– Wszystko będzie legalnie, z paragonem i potwierdzeniem – zapewnił. – Żadnych przekrętów odzieżowych!

Goblinka roześmiała się serdecznie, podbiła następną pieczątkę i wręczyła mu dokumenty i kwitki.

– Powodzenia w ostatnim roku szkoły, panie Pascal – uśmiechnęła się. Ukłonił się w odpowiedzi i wyszedł. Kolejka uczniów stojących po stypendium dla najuboższych ciągnęła się już aż do schodów. 

 

Filip Pascal, osiemnastoletni czarodziej, posiadacz jednego bezpłatnego łóżka w pokoju trzyosobowym, kwitu na 300 zł, dwóch szkolnych szat (“niedzielnej” i zwykłej), jednej pary porządnych butów i kilku dobrze ukrytych, czarnomagicznych książek, ruszył na zakupy, stwierdzając, że jego obecność na ostatnim w życiu rozpoczęciu roku szkolnego jest absolutnie zbędna. 

 

“A więc” – myślał, idąc pustawą jeszcze o tej porze ulicą Miechowity, centralną ulicą Starego Miasta.  “Stać mnie albo na dobrą koszulę i jako takie spodnie, albo na buty na zimę, albo na zimową szatę. Jeżeli do starej szaty ojca doszyje się poszewkę, buty kupię jakieś kiepskie, mugolskie, zrezygnuję ze spodni i wezmę zwykłą, bawełnianą koszulę, to zostanie mi akurat na jedną albo dwie książki… Nie ma sensu przecież kupować dobrego płaszcza, kiedy nie mam do niego butów, ani butów, kiedy nie mam płaszcza, a spodnie i tak się nie brudzą…” Błądził wzrokiem po wystawach jeszcze zamkniętych sklepów z drogimi, eleganckimi szatami, garniturami i sukienkami. Na manekinach pojawiały się już jesienne stroje i cieplejsze okrycia. Wiele z nich wyglądało jak wyjęte z żurnali z połowy XX wieku. “Całe szczęście, że ojciec nigdy nie wyrzuca dobrych ubrań” –  pomyślał, patrząc na ceny sklepowych stylizacji. “Moda zawsze wraca. Mam tylko nadzieję, że nie ma do tej szaty zbyt dużego sentymentu. Ani żadnych klątw w kieszeniach”. Skręcił w jedną z szerszych bocznych ulic, na której ślepym końcu było lokalne zagłębie antykwariatów i sklepów ze starociami.

 

– Oo, Filip! – z sąsiedniego sklepu właśnie wyszła jego przyjaciółka, Kira – wysoka, bardzo szczupła dziewczyna w eleganckiej sukience i niedbale narzuconej na ramiona szkolnej szacie. Uściskała go z entuzjazmem, ale ostrożnie – zaprzyjaźnili się jakoś bardziej dopiero w zeszłym roku, i miał wrażenie, że ona nadal nie wie, na co może sobie wobec niego pozwolić. Jej długie, kasztanowe loki łaskotały go w nos.

– Mowa na rozpoczęcie była aż tak nudna? – zażartowała, uśmiechając się szeroko.

– Nawet tam nie poszedłem – wzruszył ramionami. – Nie wzrusza mnie ten cały ostatni rok. Ostatni rok słuchania durnych przemówień? Mogę zacząć już teraz.

– To ja też nie wracam do szkoły – stwierdziła. –  Odbierałam tylko nowy mundurek, ale jeżeli pójdę tam teraz bez ciebie, będę musiała rozmawiać z Sarą i jej haremem na jakieś fascynujące tematy w stylu “A gdzie byłaś na wakacjach, kochanie” – krzywiąc się, naśladowała piskliwy głos swojej koleżanki z rocznika.

– Ja idę do antykwariatu. Jak chcesz, to chodź ze mną.

Kiry nie trzeba było namawiać na takie rozrywki. Żwawo ruszyła za nim, starając się nie wymachiwać pakunkiem, który niosła w ręku. Gdy nie mogła wkładać dłoni do kieszeni, nie wiedziała, co zrobić ze swoimi długimi rękami i wystającymi łokciami. Wprawdzie matka zdołała w końcu oduczyć ją garbienia się, ale Kira nadal rozpaczliwie próbowała wyglądać na mniej wysoką i mniej chudą, niż w rzeczywistości, ukrywając się pod płaszczem bardzo długich i gęstych włosów oraz workowatych ubrań. 

Odgarnęła niesforne loki, wpadające jej do oczu, i poważnie spojrzała na Filipa.

– Czy rozmawiałeś już z panią od zakwaterowania?

– Umm. Jeszcze nie – mruknął chłopak, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.

– Może być dzisiaj kolejka. Nie chcę cię martwić, ale jeżeli to dość pilna sprawa… – powiedziała poważnym tonem, który nieświadomie przejęła od swojej mamy – naukowczyni i nauczycielki – i który był tak irytująco nauczycielski, jak tylko się da.

– Najpierw przyjemności, potem życiowe dramaty – burknął Pascal.

Zamilkła, rumieniąc się i pesząc, jakby jakoś strasznie na nią nakrzyczał. Nie chciał, żeby tak się czuła, ale wiedział, że jeżeli spróbuje ją przeprosić, ona zacznie zapewniać go, że nic się nie dzieje, jednocześnie zachowując się, jakby bardzo ją skrzywdził, i sytuacja stanie się jeszcze bardziej niezręczna. Szedł więc w milczeniu, mając nadzieję, że Kira rozchmurzy się, gdy zobaczy te wszystkie półki uginające się pod ciężarem starych książek, otoczone magiczną atmosferą ich ulubionego antykwariatu.

 

Kira wychowywała w domu wypełnionym książkami po same sufity – pomimo rzucanych regularnie zaklęć rozszerzających przestrzeń, jej mama (profesor w instytucie transmutacji), babcia (autorka najpopularniejszych podręczników do transmutacji) oraz dziadek (wieloletni dziekan wydziału Magii Ogólnej) regularnie zmuszani byli do przenoszenia kolejnych kilogramów literatury na wydział lub przekazywania ich Bibliotece, żeby móc przejść spokojnie przez własny salon. Sama Kira zbierała w swoim pokoju głównie powieści, dramaty i poezję. Szczególną słabość miała do – czytanych zazwyczaj w oryginale – dramatów greckich i szekspirowskich, i to ich wypatrywała na półkach najlepszych antykwariatów, sprowadzających literaturę z zagranicy.

 

Ostatnio pokochała się z angielskimi romansami z XIX-wieku i współczesną poezją polską. Pascal, wertując niedawno sprowadzony, datowany na XVIII wiek druk o czarnomagicznej alchemii, z rozbawieniem patrzył, jak przekłada z ręki do ręki grubą powieść z jakąś wystrojoną czarownicą na okładce i malutki tomik wyglądający, jakby ktoś oblał go krwią, podpisany jednym słowem: “KUR*A”. Wyraźnie nie potrafiła się zdecydować, którą książkę bardziej chciałaby mieć. Westchnęła i odłożyła romans na półkę.

– Dziadek ostatnio powiedział, że jak będę znosić tyle romansideł, to strop się zawali i spadniemy razem z tym wszystkim do sąsiadów – wyjaśniła Filipowi. – Oczywiście to bzdura, ta kamienica przetrwała wojnę, ale uznałam, że współczesna poezja jednak zajmuje mniej miejsca na półce. 

– Liczyłaś kiedyś, ile macie książek w mieszkaniu?

– Nie jestem jeszcze tak szalona! Musi ich być tysiące. Nie zazdrość mi, przenoszenie tego wszystkiego to katorga, że nie wspomnę o szukaniu jakiejś konkretnej książki, której pełnego tytułu ani autora nikt dokładnie nie pamięta. Dziadek zawsze coś takiego wymyśli – roześmiała się, siadając na staromodnej kanapie pod wielkim portretem Miechowity.

 

Byli w antykwariacie praktycznie sami, nie licząc dziwnego staruszka z brodą do ziemi, który w drugim pomieszczeniu przeszukiwał dział “Zioła i trucizny”, oraz antykwariusza z kamienną twarzą czytającego jakąś książkę owiniętą w papier pakowy. Rozmawiali więc swobodnie, nie śpiesząc się nigdzie. Wyciągali z półek kolejne książki, których wcale nie chcieli kupić, pokazywali sobie najdziwniejsze, najbrzydsze okładki, nabijając się z nich bez litości; oglądali piękne ryciny w zielnikach i dość niepokojące wyobrażenia golemów i homunculusów w przedrukach średniowiecznych rękopisów. Znaleźli nawet półkę wypełnioną książkami opakowanymi w taki sam papier pakowy, jak ta czytana przez antykwariusza, ale ku ich rozczarowaniu nie była to żadna zakazana wiedza, tylko kilka harlequinów i pięć różnych wydań Kamasutry, których to dzieł widocznie właściciel sklepu nie mógł pokazywać ot tak, na widoku. 

– Czy to w sumie nie dziwne, że rzecz tak naturalna, jak ludzka seksualność, musi stać ukryta, natomiast po inkunabuły z najgorszymi zagadnieniami czarnej magii każdy człowiek z ulicy może sobie, ot tak sięgnąć? – zastanowiła się Kira, siadając ponownie na kanapie pod Miechowitą.

Filip, który balansował na wysokiej, spróchniałej drabince, próbując ściągnąć z półki podniszczone tomiszcze śmiało mogące należeć do kategorii “najgorsza czarna magia”, widział problem kompletnie na odwrót.

– Czarna magia jest najbardziej naturalną rzeczą na świecie, a śmiem podejrzewać, że większość harlequinów nie ma nic wspólnego z realnym seksem – odparował. – Poza tym do antykwariatu chodzą dzieci i lepiej, żeby nie oglądały tych wszystkich okładek.

Zachwiał się na drabinie, bo książka, po którą sięgał, właśnie próbowała go ugryźć. Antykwariusz spojrzał w jego kierunku bez większego zainteresowania, i widząc, że do rozlewu krwi jeszcze nie doszło, wrócił do czytania. 

– Które to dzieci oczywiście powinny mieć wolny dostęp do czarnomagicznych  ksiąg, ze wszystkimi ich rycinami przedstawiającymi ożywianie zwłok i wyrywanie serc kogutom…? – zaperzyła się jego przyjaciółka. 

– Oj tam, oj tam… Ja się na takich wychowałem, i na kogo wyrosłem? – zażartował, ściskając mocno okładkę podniszczonego tomiszcza specjalnie dodanym do tego paskiem. Książka przestała się wyrywać i tylko roztaczała trudną do opisania aurę wściekłości.

– Tak jakbyś był najbardziej typowym młodym czarodziejem w tym kraju… Daj, pomogę ci – odebrała od niego związaną książkę, by mógł bezpiecznie zejść. – Bierzesz ją?

– Wygląda bardzo ciekawie. Przepraszam, po ile ta agresywna?

Antykwariusz uniósł głowę.

– Jak dla ciebie to będzie 120 – odchrząknął i rozejrzał się szybko na boki. – Tylko wspomnij ojcu szanownemu, że mam dwa nowe Fausty… Czarny i bejgijski, w bardzo dobrej cenie, bo zależy mi na czasie…

– Wspomnę na pewno – obiecał, głaszcząc poszarpaną książkę po okładce. Zdawała się lekko mruczeć. – Wypisze mi pan to jako podręczniki?

Kira prychnęła pogardliwie, ale nic nie powiedziała.

Notes:

Uff, trochę mi to zajęło xD Ale ta historia jest w mojej głowie zupełnie nie linearna. Piszę i wymyślam kilka różnych fragmentów naraz, dziejących się w różnych latach... Na razie jednak jadę chronologicznie i kolejny rozdział będzie częścią drugą tego.

Notes:

In varietate unitas znaczy mniej więcej "w różnorodności jedność" i jest to dewiza Bractwa Czapki Studenckiej na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Nazwiska większości postaci biorę z historii Krakowa i uniwersytetu :D