Chapter Text
-Słuchasz mnie w ogóle?
Usłyszał nagle, głośne słowa wybiły go z zamyślenia. Patrzył na schematy kasyna. Musiał się na któryś zdecydować, a przychodziło mu to raczej z trudem, bo ledwo je widział. Linie zamazywały mu się przed oczami, nic nie miało sensu.
-Oczywiście, gdzieżbym śmiał nie słuchać wielkiego przywódcy reżimu
Odpalił więc natychmiast, pozwalając sobie na nutę ironii. Nie wkładał w to jednak serca, co Ash musiał zauważyć. Sceptycznie uniósł tę z swoich brwi, której nie pokrywały błyskające zakłócenia.
Wokół źdźbła trawy tańczyły na delikatnym wietrzyku. Szumiało jezioro, fale rozbijały się o piaszczysty brzeg Prawdziwej Polski, pachniało nadchodzącym wieczorem, wilgocią zbierającą się w powietrzu. Słońce świeciło nisko nad horyzontem, ptaszki ćwierkały, aż rzygać się chciało. Ewron z zniecierpliwieniem wepchnął sobie papiery do kieszeni- mógł się tym zająć potem.
-Mówiłem o ołtarzu
Wyjaśnił po chwili ciszy młodszy mężczyzna, dramatycznie odwracając się do niego tyłem. Patrzył teraz na zachód, złote światło malowało ciemne kosmyki na jego czole, podkreślało, jak delikatnie marszczył nos. Wydawał się absurdalnie naiwny.
-Jasne, że tak, a ja mówiłem, że pracuje nad tym- odpowiedział mu, starając się brzmieć spokojnie. Przychodziło mu to z zaskakującą łatwością- Tym razem się wyrobię
Jego rozmówca spojrzał na niego tymi charakterystycznymi oczami zbitego szczeniaka. Nawet Nexe tak nie patrzył, a w przeciwieństwie do kostki obsydianu rzeczywiście miał z psami coś wspólnego. Chyba czegoś oczekiwał, ale Ewron nie miał nic do dodania.
-My się wyrobimy
Poprawiał wreszcie, zapewne zniecierpliwiony. Panda uśmiechnął się, rozbawiony ilością uczuć w tych słowach. I po chuj?- pomyślał z dziką, złośliwą zaciętością. Ale nie dał jej po sobie poznać. Jego ekspresja pozostała łagodna, wręcz urocza. Zachodzące słońca pasowało do jego ciemnorudych włosów, tańczyło w jasnych tęczówkach. Dla postronnego obserwatora był najprzyjaźniejszą istotą na wyspie. Doskonale zresztą zdawał sobie z tego sprawę.
-Miałem nadzieję, że to powiesz
Zgodził się pogodnie, wyciągając rękę w geście, który zakorzenił się pomiędzy nimi od ich pierwszego spotkania. Ash chwycił ją i mocno uścisnął. Długie palce w rękawiczkach były chłodne w porównaniu do jego rozpalonej skóry.
-Tym razem nie możemy już się spóźnić
Mruknął zaciekle lider reżimu. Zaraz jednak wypuścił jego dłoń, ramiona mu opadły, zaczął nerwowo bawić się końcówką warkocza. Ewron przyglądał się temu, dla odmiany z niedbale skrytym politowaniem. Zupełnie nagle zdał sobie sprawę, że lekko się trzęsie.
-Damy radę, Ash. Pamiętaj, kim jesteś. Najpotężniejszą osobą na tej wyspie. Wszystko się przed tobą ugnie, a tu przecież chodzi o twoją córkę
Znalezienie każdego kolejnego słowa przychodziło mu z coraz większym trudem. Czuł mdłości, powoli ściskające wnętrzności, kwas obrzydliwie palił go w gardło. Jasne słońce raziło w oczy, rozbijało w tęczówkach na miliony poszarpanych odblasków. Chwilami miał wrażenie, że znów gapi się w lampę laboratoryjną, jej oślepiający, biały blask włazi mu do głowy, zakorzenia się gdzieś w mózgu, a potem z każdym oddechem rozprzestrzenia o organizmie.
Zacisnął zęby, zmuszając się, by patrzeć tylko i wyłącznie na twarz swojego rozmówcy. Przez wiecznie poruszające się zakłócenia tańczące wokół jego oka nie było to zbyt
komfortowe, znajdował w nich jednak coś uziemiającego. Jego intensywne spojrzenie wymusiło wreszcie jakąś odpowiedź.
-Tak, tak masz rację
Mruknął tamten, garbiąc się jeszcze bardziej. Może w innych okolicznościach asasyn nie poddałby się tutaj i brnął w rozmowę dalej, ale tego dnia zdecydował, że wystarczy mu przedstawienia. Duży wpływ na jego decyzję miało to, jak bardzo chciało mu się rzygać.
-Jak zawsze- rzucił więc, odwracając się na pięcie, by ruszyć do kamienia teleportacyjnego- Spotkajmy się tu jutro
Już, już chciał chwycić niewielki postument, by wreszcie się ewakuować, gdy padło:
-Jasne, powiedz mi tylko…- Ewron cofnął się, z trudem przełykając żółć która zebrała mu się w gardle. Zniecierpliwienie drapało niemal bardziej, niż ona. Tymczasem Ash dokończył niepewnie- Masz coś nowego o Multim?
Pytanie zaskoczyło go, choć może nie powinno było. Stał chwilę bez ruchu, odwrócony do młodszego tyłem, nagle bardzo świadomy, jak wiatr bawił się kosmykami jego włosów i futrem na ogonie. Trwał tak przez moment, w absolutnym bezruchu.
-Pracuje nad lekiem który miałby trwalszy efekt działania, niż tabletki z jodem- odparł wreszcie- Ale szczegółów nie znam
Karalusza taktyka- nigdy nie odsłaniać wszystkich swoich kart. Na przykład tej, która informowałaby, jak bardzo zaraz zwymiotujesz.
-Może rzeczywiście mnie posłuchał?
Mruknął Ash, przede wszystkim do siebie. Prędzej by się zastrzelił- pomyślał Ewron, z trudem powstrzymując się do prychnięcia. Niestety na wielu (dosyć niesmacznych) poziomach byłoby to bardzo brzemienne w skutkach, powstrzymał się więc.
-Kto wie. Spróbuje go wybadać
Wymamrotał zamiast tego i już nie czekając na odpowiedź uchwycił chłodną powierzchnię teleportu. Zanim się zorientował klęczał przed kościołem, wypluwając z siebie mieszankę śliny, energetyka i żółci, czyli wszystkiego, co miał w żołądku. Nie było nawet za bardzo czasu się rozejrzeć, po prostu liczył, że nikogo tu nie ma.
Odzwyczaił się od takich akcji- miał cholerne trzydzieści lat, dawno nie upił się na tyle, żeby go to tak przejechało. Zaklął, z trudem łapiąc oddech i nie dbając o jakąkolwiek grację, zwalił się na trawę.
Nad głową miał zapadającą noc i kawałek dachu kościoła. Oba te elementy wirowały, dwoiły się i troiły dłuższą chwilę, wreszcie jednak znieruchomiały. Dopiero wtedy podniósł się powoli.
W ustach pozostał mu obrzydliwy posmak, paliło go w gardle. Ale nie zamierzał już próbować brać czegokolwiek do ust- jedna taka akcja była wystarczająca. Wbrew pozorom miał całkiem wysoką tolerancję na brak jedzenia i zamierzał z niej w najbliższym czasie skorzystać.
Stał przez moment na chwiejnych nogach, podziwiając wejście do swojego kościoła. Musiał przyznać, że beznadziejny był z niego budowniczy. Nie pod względem estetycznym, raczej organizacyjnym. Nic dziwnego, że musiał wciągnąć w to wszystko Shappo, żeby załatwić sobie więcej czasu. Ale nie czuł się winny- to była dobra zabawa. Życie innych w jego rękach było dobrą zabawą i niczym więcej.
Czy tak czuje się Multi?- przemknęło mu przez głowę. Pod wpływem nagłego impulsu ruszył do wnętrza budowli. Zamierzał się modlić. Rzadko robił to nie na pokaz, właściwie jeszcze nigdy nie robił tego nie na pokaz. W tym świecie nie było bogów, do których można by się zwracać, więc po co? Przecież nie z braku wiary. Ewron zawsze wierzył w modlitwę-
modlitwa znaczy rozmowa. W czym był dobry, jeśli nie słowach? Ale przez to bycie w tym kościele stanowiło bardzo dosadne przypomnienie o wszystkim, czego już nie było.
Mimo to przekroczył teraz jego próg, spokojnie ruszył w stronę ołtarza. Jego kroki odbijały się po pustym wnętrzu statycznym echem. Powoli wyrównał swój oddech, przykląkł na jedno kolano, przeżegnał się, potem opadł też na drugie. Zimna podłoga przyjemnie łagodziła gorąco płynące mu w żyłach.
Przymknął oczy. Blask bijący przez witraże był znacznie łagodniejszy niż niczym nie przyćmione słońce, mimo to przywołało wspomnienia poprzedniej nocy.
Nie był zaskoczony tym, jak sprawy się potoczyły. Stawił się na czas- nie w jego stylu, ale czego się nie robi dla swojego kolegi-szalonego-naukowca? Został zaprowadzony gdzieś w głąb reaktora, do pomieszczeń których jeszcze nigdy nie zwiedzał. Oczywiście rozbudziło to w nim ciekawość- musiał się tam kiedyś dostać sam. Wtedy uważne, zielone od uranu oczy nie opuszczały go ani na sekundę.
Laboratorium w którym się znalazł wcale tak daleko nie odbiegało od tego, co go teraz otaczało. Lodowata podłoga, biały stół niczym ołtarz, jasna lampa jak witraż, oświetlająca tylko bardzo konkretną przestrzeń, pozostawiając resztę w ciemności. Zapach środków odkażających jak kadzidło i cisza, powielająca każdy ich krok, każdy oddech. W świecie bez bogów można się było ich doszukiwać wszędzie.
Nie nazwałby całego procesu bolesnym. Nie dlatego, że nie bolało, a dlatego, że wydarzyło się tak bardzo za mgłą. Nie potrafił sięgnąć po te wspomnienia, funkcjonowały w nim jak część ciała, ukryte gdzieś pod skórą i mięsem, zupełnie niedostępne.
Pochylił się do przodu, rozpalone czoło cicho stuknęło o pierwszy z schodków prowadzących na ołtarz. Jego ręce bezwiednie owinęły się wokół tułowia. Mógł poczuć, nawet pod warstwami materiału ubrań, zaszyte szramy. Były idealnie proste, wykonane bardzo starannie, czystym, precyzyjnym skalpelem. Nie miewał dotąd takich obrażeń. Nie był nawet pewien, czy może je nazwać obrażeniami.
Wodzenie po nich opuszkami palców wywoływało piekący ból, który sięgał gdzieś głęboko pod skórę, wstrząsał samym rdzeniem jego ciała. Sprawiał mu przyjemność. Wiedział, że wokół szwów zbierał się stopniowo zielonkawy nalot uranu ukrytego dotąd pod jego skórą- pozostałość po noszeniu zbroi.
Zmusił się do zaciśnięcia palców w pięść. Nie było sensu, żeby to rozdrapywał, ostatecznie wkrótce Multi miał na nowo go otworzyć.
“Nie ma sensu czekać, aż zacznie się goić. Im szybciej, tym lepiej” czy coś takiego. I rzeczywiście brzmiało to sensownie. Ustalili, że będą wykonywać kolejne zabiegi co drugi dzień, do osiągnięcia efektów. Oraz że z czasem się do tego przyzwyczai. Na to drugie naprawdę liczył, nie mógł powtórzyć tej dzisiejszej akcji z Ashem, potrzebował być skupionym. Co do pierwszego… Tak naprawdę nie robiło mu to różnicy. Być może nawet nie chciał, by udało się zbyt szybko. Regularne wycieczki po reaktorze dawały wiele okazji na zdobywanie cennych informacji. A co do samych zabiegów to choć rozumiał, że teoretycznie jest wyzyskiwany szczurem laboratoryjnym, nie potrafił się tym przejąć.
Ale przyszedł tu, by się modlić, a nie roztrząsać takie drobnostki, jak ambicje jego przyjaciela.
Czy jakkolwiek powinien teraz o nim myśleć, już dawno przestał szukać nowego określenia, przyzwyczajenie i tak zawsze wygrywało.
Mimo to trwał jeszcze chwilę w bezruchu, praktycznie zwinięty w kulkę na podłodze kościoła. Punktowe światło, przefiltrowane kolorami witraża i czerwienią słońca oświetlało jego postać. Dzięki iskierką kurzu tańczącym w powietrzu dało się zobaczyć dokładnie drogę tego pojedynczego promienia światła. Reszta przestrzeni tonęła w ciemności, każda kolejna
ławka coraz mniej widoczna, te przy wejściu praktycznie zupełnie zlewały się z cieniem. Nie zapalił jeszcze żadnych świec, więc sufit również pogrążał się w mroku. Przez krótką chwilę wydawało się, że jest jedyną żywą istotą, jak świat długi i szeroki. Przez krótką chwilę tak właśnie się czuł.
Wreszcie zmusił się, by przybrać bardziej pionowa pozycję, ręce złożone przy piersi, twarz schowana za nimi, oznaka wstydu. “Tak się modlą grzesznicy”- powiedział mu ktoś, nie pamiętał kto. Z twarzą ukrytą za złożonymi dłońmi, jakby to wystarczyło, by ukryć się przed Bogiem. Jakby cokolwiek wystarczyło.
Spróbował znaleźć słowa, tak jak zwykle, gdy zabierał się do rozmowy z bogami. Były to może jego jedyne konwersacje, w których rzeczywiście okazywał komuś szacunek. Albo przynajmniej się starał. Jedyne, gdzie nie miał ukrytych motywów. Czyste serce, otwarta dusza, pełne oddanie. I kiedy tylko spróbował sklecić pierwsze sformułowanie, poczuł pustkę świdrująca go od środka. Nie miał nic, co mógłby z siebie dać, co mógłby ofiarować na tym ołtarzu. Wściekłość zacisnęła mu swoje zimne palce na gardle.
Nie chciał jej w sobie zabijać, nawet jeśli była zupełnie nie na miejscu. Westchnął przez zaciśnięte zęby, podniósł się na równe nogi. Nie miał bogom nic do powiedzenia.
Wypadł z kościoła znacznie szybciej, niż wcześniej do niego wszedł. Przy każdym kroku budził kolejną falę głośnego echa, zwalałt się kaskadami po ścianach budowli, podsumowane głośnym zatrzaśnięciem drzwi.
Bez wahania zacisnął rękę na kamieniu teleportacyjnym.
Zimno nocy ledwo zdążył chwycić go za poły płaszcza i końcówki uszu, gdy zniknął z cichym szumem.
Wypluło go pod żabką. Tutaj nie mógł już uciec przed chłodnym powietrzem i wilgocią. Pogoda nie zmieniała się od kilku dni, noce były ciemne, jakby próbowały pochłonąć mieszkańców wyspy. Wszyscy byli rozmyci, mrok wkradał się na twarze, zmieniał je nie do poznania. Od dnia, w którym spotkali się po raz pierwszy, stali się jakimiś karykaturami samych siebie. Dawniej małe rzeczy, szczegóły, teraz rozrosły się do głównych motywacji. To, co dawniej skryte i ignorowane, zaczęło ich definiować, nosili to na wyciągniętych rękach, traktowali jako powód do dumy.
Wszyscy tylko nie on.
On zawsze miał krew pod paznokciami.
-Ewron!
Drgnął, zaskoczony głośnym okrzykiem. Nie spodziewał się tu nikogo w tak ponurą noc. Ale perspektywa jakiegoś rozproszenia była mile widziana, odwrócił się więc z szerokim uśmiechem.
-Bestie!
Zawołała. Katie stała kawałek dalej, ewidentnie wracała od siebie. Nie nosiła dziś żadnej czapki, róg na jej czole połyskiwały delikatnie, choć wyraźnie. Wydawała się być w wyjątkowo do tym nastroju.
Podbiegł zaraz w jej stronę. Szczera ekscytacja odgoniła na chwilę cały fizyczny dyskomfort, jaki odczuwał. Uderzył go zapach jej proszku do prania i szamponu, dobrze znana mieszanka, niosąca ze sobą fale nostalgii.
-Co tam robisz?
Zapytam, hamując tuż przed nią, tak, że prawie zetknęli się nosami. Przewróciła oczami, ale na ustach tańczył jej delikatny uśmieszek.
-Idę do domu spać, kotokradzie- rzuciła, mijając go teatralnym ruchem- Jakby nie było widać
Prychnął, natychmiast wpadająca w jej lekko dramatyczny ton.
-Spać? Noc jeszcze młoda- dogonił ja w paru susach- Możesz przyjść do żabki na kolację, na stawiam
Spojrzała na niego, zaskoczona. Propozycja brzmiała na autentyczną, a to zdecydowanie nie było w stylu jej rozmówcy. Ewron zresztą wiedział o tym doskonale i cieszył się niedowierzaniem błyszczącym w jej jasnych oczach. Zobaczył też, jak podjęła decyzję.
-Skoro tak, czemu nie? Masz makaron?
Ruszyli razem w stronę jego sklepu. Pandziarz otworzył go szybko, pozapalał wszystkie światła.
Po zimnie i ogromie kościoła przestrzeń wydawała się niesamowicie przytulna.
Być może właśnie to przytłaczające ciepło sprawiło, że zignorował oryginalny pomysł dosypania czegoś Katie do kolacji. Nie, żeby od razu trującego, ale miał szeroki arsenał przypraw.
Podał jej jednak porcje bez żadnych dodatków.
Usiedli razem na ladzie, kobieta zaraz wygrzebała z kieszeni telefon, spędzili kolejną godzinę jedząc i scrollując tiktoka. Potem zaczęli przysypiać, wyjedli też wszystkie dobre chipsy z półek sklepowych.
Ostatni raz spędzali razem czas tak spokojnie jakieś absolutne lata świetlne temu.
Opierał się na jej długim ramieniu, długie blond włosy łaskotały go po policzku.
Kilka razy coś z tyłu głowy przypominało mu, że nie powinien sobie tak przy niej odpuszczać. Że ta ciemność snująca się za oknem zmieniła ją i teraz są przede wszystkim rywalami. Ale na jeden wieczór mógł sobie odpuścić.
Kiedy Katie wreszcie wyszła, by rzeczywiście wrócić do domu, Ewron z zamyśleniem zamknął drzwi sklepu.
Być może dobrze, że tak wyszło. Następnym razem, gdy będzie miał ochotę ją wciągnąć w jakąś aferę, wejdzie w nią z pełnym zaufaniem. Ale tak naprawdę nie czuł potrzeby, by odwalać coś w najbliższym czasie. Iskrzący mu pod skórą ból, perspektywa kolejnego zejścia w głąb reaktora, poczucia noża w swoich wnętrznościach, stanowiły elementy wyciszające, zamykające go w jego własnej głowie. Nie mógł już rozmawiać z bogami, czy znęcać się nad swoimi przyjaciółmi.
Kiedy zgasił światła w głównym pomieszczeniu i wygodnie ułożył się na swoim legowisku na zapleczu, przyszło mu do głowy- czy to naprawdę takie złe? Przynajmniej na jakiś czas, mógł pozwolić, by wszystko wokół niego przycichło.
“Liege wie” wystukał na swoim komunikatorze, na grupie husarii.
Małe pomieszczenie na tyłach sklepu powstało z myślą o trzymaniu w nim towaru, ale szybko zmieniło się w coś na kształt sypialni. Materac i sterta poduszek zajmowały prawie całą kwadratową podłogę, wokół wały się puste puszki i pudełka po oyakacie. Nie miał nic przeciwko polskiej jaskini, ale to miejsce wydawało mu się znacznie bezpieczniejsze, bardziej ukryte.
Odcięło go kiedy tylko zamknął oczy.
