Actions

Work Header

Przed wejściem

Chapter 2

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Murakami nie spodziewał się po tej nocy zbyt wiele, ale teraz musiał przyznać – ten wypad to był świetny pomysł. W sumie nie miał okazji odetchnąć od czasu, kiedy jakiś staruszek na ulicy nie spytał go, czy nie chciałby się przelecieć na Hawaje, bo "przydałby nam się taki silny młody człowiek jak ty do noszenia walizek". Co prawda barowi koło dworca daleko było do Honolulu, ale i tak było całkiem przyjemnie. "Narkoman, gnida dworska, kundel zawszony" był całkiem w porządku, jak się z nim pogadało. Poza tym dzięki niemu mógł zobaczyć pewne rzeczy z całkiem nowej perspektywy.
– Wiesz, że nawet nie odkleił sobie metki od podeszwy? Rozmiar 44. Przecena 70%.
Murakami pokręcił głową z niedowierzaniem. Wiedział oczywiście, że Ichijou był, jak to sam określał, oszczędny, ale żeby aż tak?
"Kaiji jestem" Itou, jak wielu ludzi, zaczynał rozmowę od tego, co go ostatnio męczyło. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Murakamiego męczyło mniej więcej to samo. Nieco mniej szczęśliwym był to ten jeden temat, przy którym nie powinien popisywać się zbyt dużą wiedzą. Albo w ogóle jakąkolwiek. Ostatecznie częściowo rozwiązał problem mętnie wspominając, że Ichijou był szefem brata kolegi kuzyna dentysty, co Kaiji (już w okolicach czwartego piwa) łyknął bez większych problemów. Tak więc od jakiegoś czasu Murakami wysłuchiwał długich wyzwisk na temat Ichijou, potakując i od czasu do czasu wtrącając coś o traktowaniu podwładnych, kupowaniu podrabianych garniturów i ćwiczeniu profesjonalnych uśmiechów przed lustrem. Kaiji, oczywiście, oglądał głównie te mniej profesjonalne.
– A jak się przy tym szczerzył. Zetrę mu kiedyś tej jego kurewski uśmieszek z gęby. Wiesz - zachichotał – to jest w ogóle zajebiście śmieszna sprawa, bo... A, nieważne...
Nieważne, czyli jeszcze dwa piwa. Najwyżej.
– Mam teraz takiego, no, znajomego, nie, nie tego krwiopijcę, innego, waletuję u niego w takiej norze, żona go wygnała z domu, długów ma potąd, i on twierdzi, że wygranie w tamtym salonie to jego cel życia... Ty czaisz, on normalnie mógłby doktorat zrobić z tej maszyny, nawet model sobie zbudował, znalazł ludzi od konstrukcji i wyciągnął z nich opisy budowy i takie tam...
Murakami gwizdnął z uznaniem. No, to było naprawdę coś. Swoją drogą, ciekawe było, że człowiek na tyle sprytny, żeby dotrzeć do tajemnic handlowych wartych grube miliony, i na tyle sprawny, żeby zbudować od zera model umiarkowanie złożonej maszyny do pachinko, wolał spiskować z... no... z Kaijim i popadać w jeszcze głębsze długi zamiast zaprzęc swoje zdolności do czegoś pożytecznego.
Nagle Kaiji przerwał swoją fascynująca opowieść.
– Ty. Czekaj. Ja chyba... To ten rudy skurwysyn, co ci mówiłem.
Nie powinien był tego robić. Wszystko w nim wrzeszczało, żeby tego nie robił. Ale odruch okazał się zbyt silny. Murakami obrócił się. W stronę baru zmierzał szybkim krokiem Ichijou. Nic się nie stało, chyba ich nie zauważył...
W tym momencie Ichijou spojrzał w ich stronę. Murakami odwrócił głowę, ale mogło być już za późno...
– Jednak sobie poszedł.
Tak. Zdecydowanie było za późno. Ichijou ich widział! Razem! No, to już po wszystkim.
Murakami zawahał się przez chwilę.
Widział...?
Uśmiechnął się szeroko.
Widział.

Notes:

No to ten. Stanęło na tym że na razie oznaczam jako zakończone, a potem się zobaczy.

Notes:

Drobiażdżek jeszcze krótszy niż ostatnio, ale przysięgam, kolejny rozdział jest dłuższy. Trochę. Już dobijamy do 400 słów.

Ciąg dalszy nastąpi kiedy autorka wpadnie na to, czy chce na nim kończyć. Albo i nie. Ale nastąpi.

Series this work belongs to: