Work Text:
Nie, przecież nie zakochał się w nim od razu.
Przecież kiedy się poznali, tam, w jednostce wojskowej, on, Hercules Hansen, miał żonę i synka, których kochał nad życie. ,,Nad życie”… - ile razy mały Chuck wypominał mu ten zwrot. Pamięta tak dobrze – i będzie pamiętać do końca swoich dni – jak chłopiec siedział po ciemku w swoim pokoju, jak płonęły mu bezsilną złością oczy i jak z zaciśniętych zębów wyrwało się krótkie syknięcie ,,Zabiłeś ją!...”.
Lubił sobie wyobrażać, że Angela żyje i ma się dobrze – tylko wykorzystała zamieszanie związane z atakiem kaiju, by uciec i rozpocząć nowe życie. ,,Po prostu miała dość faceta który rzadko bywa na ziemi.” – powiedział kiedyś w barze dla pilotów do Stackera, już trochę podpity. Mężczyzna spojrzał na niego tak ostro, że Herc zadrżał i mimowolnie, natychmiastowo wytrzeźwiał.
- Angela jest ci wdzięczna za uratowanie syna. – Stacker często mówił o zmarłych w czasie teraźniejszym. – Podjąłeś decyzję. Najgorsze, co mogłeś zrobić, to nie podejmować żadnej. – Na moment przerwał, a potem kontynuował, spokojnym, mocnym głosem. - Nie powiem ci ,,dobra robota”, nie powiem ci, żebyś teraz odpoczął. Jeszcze wiele zostało do zrobienia i wiem tyle, że jesteśmy w stanie razem zapobiec innym ofiarom, i że to zrobimy.
I wtedy właśnie pomyślał, że nie pozostaje mu nic innego, jak podążać za swoim dowódcą, trzymać się tego faceta jak ostatniej deski ratunku, bo w nawałnicy, która przechodzi przez świat, on jest jednym z tych nielicznych, którzy nie odwrócą twarzy. Hansen sam czuł się zupełnie bezsilny i zagubiony, ale właśnie została wyciągnięta do niego ręka. Skąd w Marszałku tyle siły i wiary, Hercules nie wiedział. I może sam już nie miał dość ani tej wiary, ani siły, może pozostało mu już tylko pójść za Stackerem i wpatrywać się w jego silne, nieugięte plecy. Może wtedy jeszcze coś w nim odżyje, rozświetli się na nowo.
Ale nie, to nie wtedy się w nim zakochał. No, może trochę…
