Work Text:
Miał zamiar spędzić wieczór na kanapie, najlepiej z przytulonym do niego, mruczącym Deanem. Najwyraźniej jednak jego omega postanowił wdać się w kolejną „zażartą dyskusję” z Lucyferem.
Nawet nie próbował zrozumieć, o co tym razem im poszło, po prostu decydując się to przeczekać. Ich kłótnie wybuchały nagle, były głośne, ale kończyły się bezboleśnie, o ile tylko nikt się do nich nie wtrącał.
Oczywiście, tym razem nie mogło być pięknie i musieli napatoczyć się Sam z Castielem.
— Dean! — Sam od razu przystąpił do ataku, widząc jak jego brat kłóci się znowu z jego omegą. — Czy mógłbyś mu w końcu odpuścić?! Jest partnerem moim i Casa i nic tego nie zmieni, nieważne jak będziesz się pieklił!
Wspomniany anioł usiadł po prostu obok Ojca, decydując się nie brać udziału w konfrontacji. Chuck tylko westchnął. Od tak dawna nie miał migreny…
— Możesz się nie wtrącać?! Kłócimy się o coś zupełnie innego!
— Nieważne, o co się kłócicie! Dobrze wiem, że zacząłeś tylko z tego powodu!
— Równie dobrze — wtrącił się Castiel, dotychczas wpatrzony w zbierające się za oknem czarne chmury. — To mógł to zacząć Lucyfer. Jest tak samo uparty, co Dean.
— Właśnie! — poparł go ochoczo Dean, wymachując rękami. O okna zaczął uderzać deszcz. — To jest mendowata menda mend!
— Po czyjej ty stoisz stronie! Powinieneś być po mojej! — oburzył się Lucyfer, w końcu zabierając głos w tej „dyskusji”. Wiatr za oknem się nasilił. —A ty nie wymyślaj słów, debilu, jak nie potrafisz wymyślić nic oryginalnego, tylko zainwestuj w słownik. Mogę ci nawet pożyczyć ten Sama.
— To zawsze jest wina Deana! — nalegał Sam i Chucka szlag trafił. A pobliskie drzewo bardzo jasny i głośny grzmot. Wszyscy zamilkli i spojrzeli na Boga z uniesionymi brwiami.
— Co? — Sam pokazał na okno z oczekiwaniem na wyjaśnienia. — Że niby ja? Nah —westchnął Chuck zbywająco. — To natura. Wiecie, złość naturze szkodzi i takie tam.
