Work Text:
Mijała trzecia, gdy Deana obudził huk drzwi wejściowych. Poderwał się z łóżka akurat w momencie, w którym do ich sypialni wtoczył się zalany w sztok John.
— Sammy… — wybełkotał mężczyzna, przytrzymując się framugi, a potem próbując wejść głębiej. — Tat… tata pokaże ci jak być dobrą omegą. — Dean złapał go za fraki, zanim ten się przewrócił, przy okazji skutecznie blokując mu drogę do młodszego brata.
— Daj mu spokój — syknął Dean, wypychając go za drzwi, a przynajmniej próbując.
— Odsuń się.
— Nie wolisz mnie? — wypalił Dean, chwytając się ostatniej deski ratunku. — Ja… Już umiem co nieco? On jest jeszcze dzieciakiem, nic nie potrafi, nie będziesz zadowolony! — wykrztusił znowu. I choć zwróciło to uwagę Johna, nie wystarczyło całkowicie. — Ja mam jej oczy.
Rano Deana obudziła szklanka wody wylana na twarz.
— Wstawaj!
— Daj mi spokój, Sammy — odparł, ukrywając mokrą głowę pod poduszką.
— Mam urodziny, obiecałeś, że spędzimy je jak będę chciał. Nie możesz spać.
— Nie możesz dać mi chociaż chwili spokoju?— warknął Dean.
— Trzeba było w nocy spać, a nie.
— Nic nie wiesz, gówniarzu — warknął ostatni raz, ale wyszedł z łóżka i poszedł pod prysznic.
— Śmiesznie chodzisz.
— Wydaje ci się — odparł zza drzwi, gdzie próbował doprowadzić się do porządku, by móc godnie świętować dziesiąte urodziny brata.
