Work Text:
Najczęściej, Dean i Crowley upijali w „Hadesie”, czyli pubie należącym do jakiegoś podrzędnego demona. Miejsce było może obskurne, ale wszystko mieli za darmo, a alkohol powalał nawet Króla Piekieł. Czyli, jak na gust Winchestera, mieli wszystko, czego potrzebowali.
Tym razem też siedzieli w tym przybytku, na swoim stałym miejscu przy barze i pili już którąś kolejkę z rzędu, kiedy Dean wypalił:
— Przyznaj, że za mną tęskniłeś, Crowley.
— Taaa — prychnął Crowley. — Jesteś pieśnią mojego serca.
— Pleśnią sera? Czego tyś się znowu naćpał?
— Pieśnią serca.
— Jakiego kurwa sera?!
— Załamujesz mnie Winchester — westchnął. — Serca.
— No ale jakiego sera.
— Serca, kurwa, serca!
— Ale… że jak…? Twoje serce pleśnieje przeze mnie? Że co.
— Pieśnią serca.
— No.
— Pieśnią.
— No, pleśnią. Ale że.
— Pieśnią, Winchester! Pieśnią!!!
— Aaa! — Dean wydał z siebie dźwięk olśnienia, ale tak naprawdę prawdziwy sens słów dotarł do niego dopiero po chwili. — Ooo, stary! — Niewiele myśląc objął Crowleya prawą ręką i przyciągnął, by dać mu wielkiego, mokrego i głośnego cmoka w policzek. — Ja ciebie też!
Na tę scenę jeden z barmanów posłał drugiemu znaczące spojrzenie, a tamten skinął mu głową. Po niespełna pół godzinie, do baru wszedł Sam z Castielem.
— Sammy! — Ucieszył się na widok brata Dean. — Po mnie przyszedłeś? Skąd wiedziałeś, gdzie jestem?
— Zawsze tu pijecie — odpowiedział Sam, poprawiając Deanowi koszulę. — Poza tym, masz to — mówiąc to, pokazał bratu przedramię, na którym wcześniej napisał: Jestem Dean. Jeśli się bardzo upiłem, zwróć mnie Samowi. I podał ich aktualny numer telefonu.
— Bez Crowleya nie idę! — zakrzyknął Dean i rzucił się wspomnianemu Królowi Piekła na szyję, obejmując mocno.
— Dobrze! Weźmiemy Crowleya, ale musisz go puścić — zgodził się Sam, mając już doświadczenie w zbieraniu pół-żywego brata z różnych barów. — Bierz króluńcia.
— Ale…
— Cas!
— No dobrze…
— Crowley mnie kocha! — zapewniał brata Dean, wieszając się na nim z radością godną pięciolatka.
— Tak, tak…
— A ja jego!
— Też się cieszę.
