Work Text:
— Sammy!!! — wydarł się Dean, stojąc przed lustrem w łazience ich motelowego pokoju. — Sammy, tragedia!!!
— Jest środa!!! — Zerwał się z łóżka Sammy.
— UMIERAM!!! — wrzasnął znowu Dean, a Sam od razu otrząsnął się ze snu i wpadł do łazienki, gdzie zamarł zdezorientowany.
— ...Nic ci nie jest?
— Serio? — Dean machnął na krzesło, które Sam trzymał w rękach. — Co chciałeś nim zrobić?
— …no. Coś. Zabić. Nieważne! I nie zmieniaj tematu: nic ci nie jest,
— Jak to nic?! — Oburzył się Dean i wyciągnął dłoń, w której coś trzymał. — A to?!
Sam zamrugał, nic nie widząc i pochylił się, w końcu zauważając, o co chodzi.
— To tylko włos.
— Ale on jest siwy, Sammy! SIWY!!!
— No tak, jest. I co z tego?
— Ja siwieję, Sammy, rozumiesz to? Jestem coraz bliżej grobu! I tym razem nawet seks ze Śmiercią mi nie pomoże!
— Seks… Przerżnąłeś Śmierć?!
— To nie jest teraz ważne, gnido. — Dean posłał bratu mordercze spojrzenie numer dwa, które opanował mając już sześć lat. A potem odwrócił spojrzenie z powrotem w stronę lustra i zamarł. — Jeszcze jeden! Bardziej siwy niż poprzedni…
Mówiąc to, Dean wyglądał, jakby miał się zaraz po prostu popłakać. Samowi nawet było go trochę szkoda, ale tylko trochę.
— Co będzie następne? Łysienie?! — kontynuował Dean, zanim Sam zdążył się odezwać. — A może… ślepota? Czy… czy ja oślepnę, Sammy? Nie, nie odpowiadaj! Na pewno…
— Dean — warknął, przerywając mu histerię, Sam. — To tylko pierwszy siwy włos. Pierwszy! Od ośmiu lat muszę się regularnie farbować, żeby nie było widać moich siwych włosów! Łysienie? Proszę. — Chwycił stojący na wannie szampon i cisnął w ręce brata. — Nie jest drogi, bo chcę mieć miękkie włosy, tylko dlatego, że chcę mieć włosy. A poza tym, to od kilku miesięcy noszę soczewki.
Sam z satysfakcją patrzył, jak do Deana dociera, co powiedział. Jednak po chwili zmienił zdanie, gdy ten zaczął wyglądać na jeszcze bardziej zdruzgotanego.
— O nie, Sammy! Ty umierasz! — I nagle Sam miał ramiona pełne płaczącego brata. — Dlaczego to się dzieje? To takie nie fair. Nie możesz umierać szybciej ode mnie. Nie pozwalam!
— Um, Dean? — Poklepał Deana niezręcznie po plecach. Zdecydowanie nie był przyzwyczajony do tak ekspresywnego wylewania smutku przez brata. Ten preferował w końcu butelkę wódki. — W zasadzie to… Dlaczego się tym aż tak przejmujesz? Nie powinieneś się cieszyć, że dożywamy starości? To w końcu bardzo rzadkie w naszym zawodzie.
— Ale wtedy umierasz szybko. Palą cię i z głowy. A takie… starzenie się? — Dean pociągnął nosem. — To jest okropne! Będą nas boleć plecy, będziemy kuleć, niedowidzieć… I bunkier nie jest odpowiednim miejscem dla dwóch staruszków z demencją! A nas nie stać na dom starości, Sam. Nie stać!
— Już, już… — Sam znowu poklepał go po plecach. — To nie jest aż takie straszne. Jeśli tak się tym przejmujesz, to możemy w tym tygodniu zaplanować naszą daleką przyszłość…
— I widzisz? To całe starzenie się sprawia, że zachowuję się jak jakaś płaczliwa histeryczka — wychlipał Dean w koszulę Sama.
W tajemnicy Sam sądził, że to wszystko wina menopauzy i Dean powinien odwiedzić omegologa. Ale życie było mu jeszcze miłe, więc siedział cicho i głaskał brata po włosach.
