Actions

Work Header

Rating:
Archive Warnings:
Categories:
Fandoms:
Relationships:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2017-12-31
Updated:
2023-08-01
Words:
8,542
Chapters:
4/11
Comments:
31
Kudos:
144
Bookmarks:
6
Hits:
2,530

Ogniem i Sercem - Ogniem i Mieczem AU

Summary:

Ogniem is Sercem - Ogniem i Mieczem AU

Czyli kiedy kozak zakochał się do szaleństwa w szlachcicu.

Notes:

Inaczej wyobrażona historia o losach bohaterów powieści Henryka Sienkiewicza “Ogniem i Mieczem”. Większość weny czerpałam z książki ale nieco zmieniłam kolejność niektórych wydarzeń, inne pominelam i trochę dodałam swojej wyobraźni. W niektórych wątkach zwróciłam się do filmowej adaptacji Ogniem i Mieczem stamtąd czerpałam fantazje.
Ale glownie to oparłam się na filmiku zrobionym przez wspaniałą Bachaboska na youtube. I z tego powodu tez nie bede sie trudzic pisaniem streszczenia tylko dam ten link. Mam nadzieję że poruszy i waszą wyobraźnię i bedzie inspiracja na kolejne fanfici i opowieści.

https://www.youtube.com/watch?v=ziPG0eGXN5Q

 

Betaread - Bachaboska

Chapter 1: Mój Sokole

Chapter Text

"Jechał tamtąd pan namiestnik Skrzetuski wesoło i nie spieszac sie, jakoby swoja ziemią, mając po drodze wszelkie wczasy zapewnione.”

Mimo późnej pory roku wiosna unosiła się w powietrzu a słońce grzało w kożuchy. Jechał z powiększonym nieco orszakiem, który przyłączył się do niego w Czehrynie. Prócz swoich ludzi I poselstwa Wołoskiego, w postaci pana Rozwana Ursu i jego eskorty, jechał przy namiestniku pan Longinus Podbipięta herbu Zerwikaptur. Gawędzili oni wesoło, ale i tutaj jak i w Czehrynie w każdej rozmowie były słyszane szepty o wojnie. Jak czarne chmury zapowiadające deszcz unosiła się ta plotka zapowiadająca inne czasy. Gdyby pan Skrzetuski nie byl tak w swoim zawodzie zakochany może i by ta zapowiedź grozę mu w sercu rozpaliła, ale młody namiestnik nie baczył się zbytnio. Pan Longinus też nie wyglądał na zbytnie zalęknionego tymi ów plotkami. Wręcz przeciwnie. Podniósłszy do góry ręce i oczy w znak modlitwy prosił o wojnę na “chwale chrześcijaństwu i narodowi”

W tem pan namiestnik spytał.

- To waść ślub wedle wojny uczynił? - Odpowiedź pana Longinusa więcej pytań niż odpowiedzi podarowała i ów nowy temat się narodził. O tym jak szanowny przodek Litwina trzech rycerzy jednym cięciem o głowę skrócił. I jak do serca przekaz od przodka wziął pan Longinus I jak najświętszej pannie czystość obiecał póki trzech głów jednym cięciem nie zetrze. Zwierzył się biedny Litwin ze swoich smutków, że jego serce do amorów się wyrywa a on tylko po dwie głowy do tej pory zaliczył. Trzech jak nie bylo tak nie ma.

- To jak mogę waszmości powiedzieć, iż jeśli pod księciem Jeremim nie znajdziesz waćpan okazji to chyba nigdy. - rzekł namiestnik.

- Daj boże! - Jęknął pan Longinus i tak zaczął wzdychać iż nawet jego klacz pochłonęła melancholia. - Dla tego też jadę prosić o łaskę księcia pana.
Dalszą rozmowę przerwał im krzyk. Pan Skrzetuski zatrzymał konia i przyglądał się dziwnemu widokowi przed nimi.

- Hej rycerze! Bóg nam was zesłał. Nie odmawiajcie pomocy niewieście! - Głos ten należał do srogo wyglądającej kobiety w podeszłym wieku.
Stała ona pośrodku gościńca obok kolaski obróconej na bok ze złamaną osią. Woźnicy nie było, a w pobliżu tylko dwóch kozaków, bardziej zbirów przypominających niż pomoc domową, stało z koniami niedaleko.

- Wysłałam woźnice po synów moich a żeby wozy przywieźli. Do Rozłóg nam ledwie trzy mile ale zanim oni wrócą późno będzie a w pobliżu mogiły.

- Nie dopuść pani tej myśli byśmy jejmość bez pomocy zostawili. - Odezwał się Skrzetuski - My jedziemy po żołniersku, bo I żołnierzami w służbie J O Księcia Jeremiego jesteśmy. W drodze nam do Łubniów, ale gotów jesteśmy zboczyć byle się nasza asystencja nie uprzykrzyła. Pan poseł tu ma i tuszę, a jako uprzejmy kawaler, chętnie nimi jejmośćance będzie służyć. - Po czym poseł ukłonił się I z przyjemnym komplementem kazał skoczyć po wozy które zostały z tyłu znacznie.

- Bóg wam zapłać za pomoc. Do Łubinów droga daleka wy nie pogardzicie chyba moim i moich synów dachem pod którym radzi wam będzie. Ja, wdowa po kniaziu Kurcewiczu Bułyże. Synowie moi teraz w domu a ja wracam z Czerkas i gdyby nie polityka waszmościów to chyba na drodze nocować by mi przyszło.

Po załadowaniu towaru który mościanka miała ze sobą na wóz wyruszyli ponownie orszakiem w drogę. Kolaska jechała teraz na przodzie bo i na nocleg nie spieszyło się kompanii namiesnika. Skrzetuski jechał przy kolasce i zagadał uprzejmie starą kniahini.

- To jejmość jest pani wdowa bo kniaziu Wasylu Kurcewiczu?

Nie, jeno po jego młodszym bracie, Konstantynie. Córka Wasyla jest u mnie na przechowaniu.
- Głośno o wyczynach kniazia Wasyla w Łubniach. Sławny to wojownik.

- W Łubniach nie byłam. I nie wiem nic o jego rycerstwie. A o późniejszych wyczynach nie ma co wspominać bo i tak wszyscy wiedzą. - Ani pogarda w głosie kniachini ani nienawisc która malowała się na nieprzyjemnym, starym jej obliczu nie ustąpiła uwagi młodego namiestnika.

Kiedy miał już wystąpić w obronie starszego Kurcewicza przerwał tok jego myśli łopot skrzydeł. Rozejrzał się wtem za źródłem owego chałasu. Stado żurawi leciało im nad głowami w takim dystansie że kijem można by je dotknąć. Pędziło stado to przed siebie z wrzaskiem okrutnym I zamiast opadać podniosło się nagle. Wtem ujrzał sokoła, który prześladował stado uniemożliwiając im lądowanie. Nie śmiał ptak ten rzucić się na stado, ale stanowczo je śledził. Młodemu namiestnikowi twarz się rozpromieniła.

- Raróg! Raróg im przeszkadza zapaść! - Wołał Skrzetuski. - Poseł ma rarogi, Musiał
puścić.

- Zapraszam do zabawy, Panie Poruczniku! - Rzekł poseł.
- Czy to raróg waszej cześci?

- Tak, i zobaczysz waść jest bardzo zacny.

Namiestnik i Poseł wraz z panem Longinusem popędzili naprzód, nie spuszczając ptaka z oka. Dzielny drapieżnik zmusił całe stado na kolejne wzbicie, jak jeden wir do góry wybiły się żurawie skrzecząc okrutnie i chaotycznie machając skrzydłami. Raróg tymczasem krążył nad nimi to zniżając się to podnosząc nie bardzo chętny na spotkanie ze stada dziobami. Nagle rzucił się na stado, ale zamiast atakować pomknął w dal za drzewa. Pan Skrzetuski puścił się pędem za ptakiem a poseł i pan Longinus za nim. Jechał przez jakąś chwile póki do uszu jego nie dotarły tak jakby tętent koni i pięciu jeźdźców ukazało się przed namiestnikiem.

Czołem tej karawany jechał kozak na czarnym koniu z rarogiem na ramieniu, który spokojnie muskał dziobem rozstrzępione pióra . Nieznajomy miał wąs czarny i obfity zwisający ku dołowi prawie zakrwyając ciękie usta. Z pod czapki wystawały mu bujne czarne włosy opadające dziko na wysokie czoło i prawie dosięgając orlego nosa. Był on o przystojnych rysach przez które przebijała się Ukraińska duma. Postać tego człeka zmusiła młodego namiestnika do zatrzymania. Wpatrzył się on w oblicze nieznajomego i coś ścisnęło go za serce, gardło i brzuch. Nie wiedząc czy witać czy o raroga pytać Skrzetuski patrzył jak nieznajomy zbliżył się do niego i podstawił dłoń rarogowi by ptak ostrożnie się na nią przesiadł. Wtem kozak chwycił dłoń namiestnika I posadził na nią ptaka. Pan Skrzetuski okropnie się zmieszał kiedy popatrzył w blade oczy nieznajomego. Tańczący w nich Ukraiński ogień odebrał namiestnikowi mowę. Pomyślał wtedy sobie o oczach ślicznej Anusi Borzobohatej i zdecydował, że jej oczy zgasłyby, przyćmione infernem które hulało w źrenicach nieznajomego. Gdy kozak zobaczył minę namiestnika dziki uśmiech pokazał się na jego twarzy. Białe, ostre, niczym wilcze zęby połyskiwały póki nie zapytał dźwięcznym głosem z lekkim akcentem.

- Kim żeś Laszku? - Skrzetuski nie zdążył odpowiedzieć kiedy reszta jego orszaku dogoniła go wreszcie. Gdzieś zza jego pleców usłyszał donośny głos starej Kniahini.
- Czy to wy synkowie?

- Witajcie pani matko! To my, to my. - Odezwał się jeden z czterech pozostałych jeźdźców - Wozy już za nami!
Kniahini wzruszyła rękami

- Ech, już nie potrzeba. Ci rycerze nam pomogli. - Wtem zwróciła się już do Skrzetuskiego i reszty orszaku, wskazując na jeźdźców - To moi czterej synowie: Symeon, Jur, Andrzej i Mikołaj. A to synów moich durch i mnie jak rodzony. Bohun. Podpułkownik kozacki. - Duma rysowała się na jej twarzy jak przestawiała synów swoich. Ale szybko zwróciła się do nich z rozkazem żeby przodem jechali przygotować gościnę. Gdy brzmienie kopyt kniaźowych koni ucichło kniahini przywołała do siebie Bohuna, ten pochylił się nad kołyską witając starą.

- Jam ci rada, Jurko, sokole. Od pułku przybyłeś? A z teorbanem? Zagrasz nam dziś, bo ja poprosiłam ów panów na nocleg do Rozłogów. -
- Witaj Maty. - Uśmiechnął się serdecznie Bohun jeszcze raz pokazując swoje kły w pełnej okazałości - Przyjechałem pytać o zdrowie kniaziówny. Zacnych kawalerów będziesz gościć, maty, nie wiem czy oni, przywyknięcie do specjałów dworskich, zadowolą się naszą ubogą paszą.

- Na żołnierskim my chlebie, nie na dworskim, chowani - rzekł pan Skrzetuski.
- To wasza mość skąd przybywasz? - zapytał Bohun.

- Z Krymu jadę, wracam pod opiekę księcia Jeremiego -

- Byłem i tam ja, a chociaż żem się do Bakczysaraju nie zapędzał, przecie mniemam że i tam będę jeśli się one pomyślne wieści sprawdzą. Są głosy, że Król miłościwy wojnę z turczynem zacznie. - Bohun mówił dalej, utkwiwszy swoje blade oczy w namiestniku. Skrzetuski przełknął głośno. - Książe wojewoda ma Krym ogniem i mieczem nawiedzić. I to radość wywołuje w całej Ukrainie a bo my pod takim wodzem byśmy pohulali w Bakczysaraju.

Porucznika ujął respekt, z jakim watażka odzywał się o księciu i uśmiechnął. Ale trudniej mu było mówić z wtopionymi w niego oczyma ukraińca. To czego chciał powiedzieć nie mógł żec przy innych a błahe słowa nie chciały mu wyjść z ust. Za to jego spojrzenie pełne zachwytu spotkało nieokreślone uczucia wymalowane w oczach kozaka. I tak się na siebie patrzyli szczero, długo i w ciszy. Kniahini widocznie to zauważyła bo twarz jej coś zmarniała i wykrzywiła się wstrętem co nieco.

Noc zapadła i długo już jechali kiedy światła w Rozłogach zamigotały w dystansie. Kiedy wreszcie dojechali kniahini warknęła na służbę aby drzwi otworzyła i cały orszak wjechał na majdan gdzie na przeciw im wyszła służba która bardziej na zbirów wyglądała. Forteca to była obronna i przykładem służyła jako kresowa pałanka kozacka. Pan Poseł nie miał zadowolenia na twarzy, ale wychowanie zabraniało mu lamentu nad stanem kolebki cudzej.

Kiedy weszli wszyscy do środka zostali usadzeni w wielkiej sali wieczerznej. Młodzi kniaziowie zaprowadzili gości i witali a ich matka zabrała na bok Bohuna, byle by goście nie spostrzegli. Zatrzymala go zanim do pomieszczenia weszli. Zabrała go za kołnierz i szepnęła mu do ucha.

- Ty min do tego tam szlachcica nie rób Bohun. Bo żem widziała jak na niego w gościńcu spoglądałeś. Chcesz pała posmakować? Wybij sobie to z głowy twoje kozackie amory to rycerz jest i szlachcic. I pamiętaj o twojej obietnicy.

- Maty - szepnął Bohun, tak jakby rozpaczliwie a gniew błysnęła mu w jego wilczych ślepiach.

- Chcesz zgubić nas i siebie? - Jej ton był na tyle surowy a jej słowa nosiły tyle prawdy, że Bohun spuścił wzrok i bez awantury wrócił do reszty kompani.

A tam młodzi kniaziowie, widocznie nie przywykli do tak szlacheckiego towarzystwa. Wciąż się kłaniali w pas po kozacku i zapraszali do izby. Kniahini krzykneła na służbę i wkrótce miód popłyną a stół ugiął się pod ciężarem przerozmaitego mięsa i potrawek.

I na samą wieczerzę zeszła też kniaziówna Helena. Śliczna dziewczyna, o długich kruczych włosach, i ciemnych, smutnych oczach. Młody namiestnik zapatrzył się w dziewczynę i gdy komplementy poleciały z kompani skierowane w stronę kniaziówny stwierdził że w sumie może i mógłby się w niej kochać gdyby nie pewna księżna Anna z dworu księcia Jeremiego. Mimo tego głęboko wiedział, że w pierwszym rozdziale serca imię owej damy było już przekreślone. Bo ona nigdy uśmiechu szczerego mu nie darowała i tak samo się uśmiechała i do Jerzego Michała Wołodyjowskiego i do innych rycerzy. Teraz cały rozdział jego sercai był wypełniony jednym imieniem.

Wszyscy pili, weseli. Jedynie Helena siedziała jakaś smutna i naburmuszona. Lekko zarumieniona łypała w strone Skrzetuskiego, ale on nie zwracał jej uwagi. Śledził każdy ruch, każde spojrzenie kozaka. Który teraz przestał zwracać uwagę Skrzetuskiemu. Młody rycerz doszedł do wniosku, że co w gościńcu zaszło między nimi sobie wyobraził. I że najlepiej pozbędzie się nieczystych myśli jak je zastąpi winem.

Nagle głos kniahini zabrzmiał na całą salę.

- Zaśpiewaj nam, synku, o kozackiej sławie!

Bohun sięgnął po instrument i sprawdzając brzmienie umieścił na nim zręcznie palce uderzając w struny. Skrzetuski w stanie błogim od miodu, wina i gorzałki nie mógł nie zauważyć jakie dlugie i kształtne były palce kozaka. Bez trudu zmieniały pozycję wraz z nutą a z ust wydał się czysty głos.

Oj, czyj to kin' stojit', szczosyva hryvon'ka
Spodobalas' meni, spodobalas' meni
Taja divczynon'ka

Serce namiestnika zaczęło szybciej bić a pierś falować rytmicznie.

Ne tak ta divczyna, iak biłyj lyczen'ko...
"Podaj zhe, divczyno, podaj zhe, harnaja,
Na konia ruczen'ku!"

Skrzetuski zamknął oczy w nadziei że to ułatwi mu słuchanie bez szumu w głowie. Szumu który był pewno tylko od wina.

Divczyna pidijszla, ruczen'ku podala...
"Oj, kraszcze b ja bula, oj, luczsze b ja bula,
Kohannia ne znala!"

Kiedy otworzył oczy zobaczył że Bohuna wilcze ślepia były w niego ponownie wlepione. I już nie był taki pewny, że to co się w drodze do Rozłogów stało było tylko jego fantazją.

Kohannia, kohannia, z veczoraj do rannia,
Jak soneczko zijde, jak soneczko zijde,
Kohannia vidijde.

 

- Nie dręcz duszy! - wybuchła kniahini. Widocznie wybór utworu nie spodobał jej się aż tak ja Skrzetuskiemu.

Inni muzykanci zaczęli grać skoczną taneczną melodie i wtem sala porwała się na podrygi ze starą kniahinią na czeli. Skrzetuski już nie widział jak stara przerywa trzecią wersję opowieści pana Longinusa i ciągnie go na parkiet. Nie zobaczył też jak pan Poseł wyrywa młodą kniaziównę na podrygi ani jak dziko kniaziowie zaczęli tańczyć prawie tratując zmieszanego Litwina.
Jedno zadanie miał teraz Skrzetuski a kiedy izba wypełniła się głosami i każdy zwraca tylko uwagę na siebie wtedy też młody namiestnik wymknął się z izby. Za nim pewien kozak.

Gdy byli już na osobności myśli Skrzetuskiego uciekły gdzieś zagłuszone szumem zakochania i alkoholu. Dwie silne ręce objęły go zbliżając do piersi kozaka. Byli niemal tego samego wzrostu więc przyszło im patrzeć sobie w prost w oczy. Tak patrzył w te dumne, drapieżne i niemal świecące się w ciemnościach oczy. Poczuł szorstką dłoń na swoim policzku i wtulił w nią twarz, przymrużając oczy. Jakoś tchu mu zabrakło i poślinił na w pół rozsunięte usta. Gdyby był dziewką to na pewno by się zarumienił, ale teraz jego czerwona twarz nie mogła być skutkiem przystojnego kozaka. To wina miodu, a przynajmniej tak to pozniej sobie tłumaczył. Powoli przybliżyli się jeszcze bardziej i wargi rycerza przywarły do spierzchniętych ust kozaka. Wszystko wydawało się teraz lżejsze.