Work Text:
Co go podkusiło żeby mieć dziecko?! Cholerna Kelly, cholerne kondomy, cholerny instynkt rodzicielski…
— Zwolnij, Jack! — zawołał po raz kolejny, biegnąc ile sił w nogach, a mimo wszystko nie mogąc dogonić dzieciaka. A przecież miał dłuższe nogi! — Zatrzymaj się dla tatusia!
Niczym w zwolnionym tempie widział, jak Jack wpada na czyjeś nogi, a potem jest poderwany do góry i zamknięty w ramionach… Bardzo wysokiego mężczyzny. I bardzo przystojnego, ale to nie był moment na takie myśli.
— Hej, mały. Skąd się tu wziąłeś? — zapytał wielkolud, a Lucyfer otrząsnął się ze swoich myśli i podbiegł resztę dystansu.
— Bardzo przepraszam…
— To twoje? — zaśmiał się mężczyzna, podrzucając nieco chłopca. — Nic się nie stało, ale uważaj na przyszłość. Nie każdy bąbel może być złapany przeze mnie.
— Tak, jasne, dziękuję. Mogę? — Wyciągnął ręce w stronę swojego syna. A ten mały zdrajca popatrzył na niego i wtulił się mocno w mężczyznę, chwytając go za włosy.
— Ała! Hej, mały, uważaj trochę — zaśmiał się ten i delikatnie odplątał palce chłopca ze swoich włosów. — Powiesz mi jak ma na imię twój tata?
— Ta-ta! — zawołał chłopiec, klaszcząc w dłonie i chichocząc. Mężczyzna też się zaśmiał, a jajniki Lucyfera, gdyby je miał, chyba by eksplodowały.
— Czyli jednak muszę spytać ciebie. Jak masz na imię?
— Um… — Dopiero po chwili do Lucyfera dotarło, że chodziło o niego. — Nick. Nazywam się Nick — skłamał gładko. Dawno temu nauczył się używać innego imienia, by nie odstraszać ludzi zanim na dobre dadzą mu szansę.
— Wyczuwam jakąś historię… może opowiesz mi ją przy kolacji? — zapytał mężczyzna, a jego oczy rozszerzyły się w szoku, jakby sam się zdziwił, że odważył się zadać to pytanie. — Przepraszam, jeśli to za bardzo…
— Nie, nie… — Lucyfer szybko mu przerwał. — Bardzo chętnie porozmawiam z tobą przy kolacji.
— Cudownie. Jestem Sam, swoją drogą.
— Świetnie. To jest Jack. — Wskazał głową syna. — To o której i gdzie się spotkamy?
