Chapter Text
- Powiedz coś śmiesznego.
Po drugiej stronie słuchawki rozbrzmiał lekki chichot.
- Obudziłeś mnie i jeszcze oczekujesz, że będę cię rozśmieszał? - zapytał Steve Rogers. - To pokazuje, że nawet ty masz znaczące braki w manierach, Stark.
Tony roześmiał się.
- Po pierwsze, Rogers, to nie mam absolutnie żadnych manier. Jakichkolwiek. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, więc przestań próbować zrujnować moje dobre imię. Nie uda ci się to, a tylko siebie ośmieszysz.
Steve wydał dźwięk, który mógł być parsknięciem śmiechu. Tony wykorzystał okazję bez zastanowienia.
- Po drugie, nawet nie próbuj zaprzeczać, doskonale wiem, że śpisz może przez cztery godziny w ciągu nocy i w tej chwili urządzasz piekło kolejnemu workowi treningowemu. Przystopuj trochę, chłopie. Mam już dosyć kupowania tych rzeczy w hurtowych ilościach. Przez nie zaczyna się robić dziura w budżecie domowym. - Brunet na chwilę umilkł, popijając kawę, ale niestety był to już ostatni łyk. Mężczyzna poświęcił moment ciszy, by uczcić pamięć tego jakże idealnego cappuccino, nim w końcu wrzucił pusty kubek do najbliższego kosza. - A poza tym, gdybyś spał, to byś wyłączył telefon.
- Właśnie, że nie. A co, jeśli zostałbym poproszony do... - Steve urwał w środku zdania i westchnął. - Druga nad ranem. Tony, jest druga nad ranem.
- Ale nie tu, gdzie jestem! - Tony szedł ulicą, wolną rękę trzymając w tylnej kieszeni jeansów. Na ramiona miał narzuconą marynarkę, spod której było widać koszulkę Aerosmithów, a jego buty kosztowały chyba więcej niż większość tańszych samochodów. - A właśnie to się przede wszystkim liczy!
- Spróbuję o tym nie zapomnieć - odparł blondyn, a inżynier usłyszał, jak mężczyzna siada. - Jak idzie konferencja?
- Wepchnąłem się w kolejkę i wygłosiłem wczorajszą mowę główną za kogoś innego. Musiałem postawić drinka dosłownie każdej osobie w cholernej sali, by uchronić się przed ukamieniowaniem pendrive'ami i smartfonami - oznajmił Tony, śmiejąc się i nie czując jakichkolwiek wyrzutów sumienia. - Nawet nie wiesz, jak śmiesznie to wyglądało, gdy miejscowi wściekle wykrzykiwali równania i poświęcali sprzęt laboratoryjny, by udowodnić swoją rację.
- Powiem to jeszcze raz: masz niezwykłą klasę i maniery, Stark.
- I tak się śmiejesz teraz jak idiota. Wiem to nawet bez patrzenia. - Tony uniósł głowę do góry, spoglądając na poranne niebo przez okulary przeciwsłoneczne. Bezchmurne i niemal boleśnie błękitne. Prawie jak oczy Steve'a. Wow, zaczynał być żałosny. Po chwili zastanowienia jednak mężczyzna wzruszył jednak ramionami. Nie było wcale tak źle, w końcu Steve odebrał od niego połączenie o drugiej w nocy.
Co albo znaczyło o uczuciu albo współczuciu. Tony nie miał zbytnio ochoty rozmyślać, która z opcji była bardziej prawdopodobna.
- Co u reszty?
- W porządku, mieliśmy wczoraj drobny problem w Central Parku. Dostałeś już raport?
- Tak. - Brunet powlókł się wzdłuż ulicy, zastanawiając się, czy miał czas, by kupić jeszcze jedną kawę przed przemową, którą miał wygłosić tego ranka. Za nic w życiu nie wytrzyma z ponad sześćdziesięciorgiem pogrzanych naukowców w jednym pomieszczeniu, jadąc na hotelowej kawie. Zasługiwał na ostatni posiłek przed egzekucją. - Przypadkowe portale teleportacyjne? Na co tym razem wpadł Richards?
- Naprawdę musisz przestać obwiniać Richardsa za każdą dziwną rzecz - stwierdził Steve. - To nie pomaga relacjom pomiędzy naszymi zespołami.
- Och, czyli to nie był on? - zapytał Tony przesłodzonym tonem.
- Cóż, tym razem to był on, ale to niczego nie zmienia, Tony.
- Ale to niczego nie zmienia, Steve - przedrzeźnił go brunet, śmiejąc się. - Więc Reed otworzył pełno portali w samym środku Central Parku, a mnie tam nawet nie było, przez co nikt mu nie mógł wyjaśnić, czemu jego pomysł był do dupy. Zamiast tego byłem tutaj, w Wiedniu, próbując pozostać względnie przytomnym, podczas gdy idiota z Noblem chrzanił o jakimś podstawowym eksperymencie. Ta cała wycieczka do Wiednia staje się gorsza z dnia na dzień.
- Ale wciąż jakoś przetrwaliśmy bez ciebie - powiedział drugi mężczyzna. - Nie był to bardzo duży problem, a Reed zdołał je zamknąć, nim coś większego zdążyło przez nie przejść. Kilka kamiennych potworów, więc Thor miał frajdę. Bruce wrócił do bycia Brucem trochę szybciej, niż byśmy chcieli. Ma kilka pękniętych żeber, ale nic poważniejszego poza tym. Twoje nowe strzały do przebijania pancerzy, które zrobiłeś dla Clinta, zdały egzamin.
- Jestem dogłębnie, ale to dogłębnie niezadowolony z faktu, iż w tej chwili słyszę w twoim głosie tak dużo ZASKOCZENIA, Steve. Wszystko, co tworzę, zdaje egzamin. - I oto było największe i najbardziej oczywiste kłamstwo, jakie kiedykolwiek wyszło z jego ust, a przecież kiedyś składał zeznanie przed sztabem generalnym. Na szczęście Steve był zbyt miły, by mu to wytknąć, więc powinien z tego jakoś wybrnąć.
- Tony, czy muszę ci przypomnieć o strzałach wodnych?
Teraz to był już po prostu cios poniżej pasa.
- Wiesz co? Lubiłem cię znacznie bardziej, kiedy byłeś niemożliwie miły i onieśmielony moim geniuszem, by się odszczekać, Kapitanie.
- Nie byłem onieśmielony, myślałem tylko, że ktoś sobie ze mnie żartuje - odgryzł się Steve. Tony był pewien, że w rzeczywistości blondyn właśnie się śmiał, pomimo tego, iż jego głos był spokojny oraz profesjonalny jak zawsze. - Każdy mi powtarzał: "O to Tony Stark. Jest geniuszem", a ja się wciąż zastanawiałem, czy właśnie nie jestem przypadkiem w środku nowoczesnej ekranizacji "Nowych szat cesarza". Czy jestem jedynym, który widzi, że ten facet gada sam do siebie, wcześniej wysadził połowę stołu konferencyjnego, a raz nawet minął się z drzwiami i zamiast tego wszedł prosto w ścianę? - Steve mruknął pod nosem, jakby się głośno zastanawiał. - Czy my mówimy o tym samym Tonym?
Brunet śmiał się zbyt mocno, by odpowiedzieć.
- Po... - wykrztusił po kilku sekundach. - Po pierwsze, Kapitanie Zarozumiały, rozmawiałem z Jarvisem, który był w tamtych momentach bardziej zainteresowany tym co mówię niż reszta drużyny i to nie była moja wina, że nie miałeś wtedy słuchawki w uchu, by usłyszeć jego odpowiedzi.
- Mówiłeś sam do siebie jak pijany włóczęga.
- Ale za to ze znacznie lepszą garderobą! - odkrzyknął inżynier. - A po drugie, to wysadziłem stół, ponieważ Fury upierał się, że nie byłbym w stanie znaleźć drogi ucieczki z mokrej torby papierowej bez pomocy Jarvisa, a ja nie mogłem przyjąć tego do wiadomości. To było okrutne kłamstwo.
- Może, jeśli rezultatem jest zniszczenie stołu, powinieneś pozostać przy korzystaniu z pomocy Jarvisa.
- Po trzecie, minąłem się z głupimi drzwiami jeden cholerny raz. JEDEN raz byłem tak bardzo zagubiony w swoim geniuszu i, co ja tam robiłem, projektowałem cholernego Quinjeta w swojej głowie, taki jestem mądry, że zboczyłem kilkanaście centymetrów z kursu i otarłem się o futrynę.
- Spotkałeś się ze ścianą twarzą w twarz i połamałeś swoje okulary przeciwsłoneczne.
- Czemu jesteś taki niemiły? Gadałeś z Pepper? Mówiłem jej tyle razy, że w końcu się doigra i obetnę jej ten żmijowaty język. Miała nawet zapisane w umowie, że nie ma prawa nikogo zarażać swoimi tendencjami do nieszanowania mnie oraz mojej nieskazitelnej perfekcyjności.
- Czy ty w ogóle słuchasz sam siebie, chociaż raz na jakiś czas? - zapytał Steve.
- Nie, nie zbyt. Mam ludzi takich jak ty, by robili to za mnie. - Na twarzy Tony'ego pojawił się ogromny uśmiech, gdy usłyszał ciepły i głęboki śmiech Steve'a w słuchawce. Brunet dalej szedł do przodu, czekając, aż blondyn odzyska nad sobą kontrolę na tyle, by kontynuować rozmowę. Może było to dziecinne z jego strony, ale lubił rozśmieszać Steve'a. Zbyt często przyłapywał Kapitana na udawaniu uśmiechu czy staniu zbyt prosto, z pozbawionymi wyrazu oczami wpatrującymi się w nicość.
To z kolei zmuszało Tony'ego do złapania go za koszulę i nakłonienia go do zrobienia czegoś głupiego, śmiesznego i najlepiej w centrum miasta. To wyjaśnia czemu Tony odwiedził Statuę Wolności dziewięć razy w ciągu ostatnich trzech miesięcy, z czego Statua była ożywiona i/lub oblężona przez zmutowane kosmiczne ryby tylko cztery z tych dziewięciu razy. W większości przypadków Tony po prostu nosił śmieszną zieloną gąbkową koronę, opowiadając każdej napotkanej osobie przeokropne kłamstwa, a Steve w tym czasie wyjąkiwał przeprosiny i odbierał połączenia od Pepper, Coulsona, Fury'ego oraz każdego, kto miał nieszczęście być rzecznikiem prasowym TARCZY lub StarkIndustries w danym tygodniu.
Ale kiedy dzień dobiegał końca, a oni jedli śmieciowe żarcie z jakiegoś ulicznego straganu i nabijali się z gołębi, które wpatrywały się w nich smutnymi oczami, Steve nie wyglądał już jak podgrzana w mikrofalówce śmierć i tylko to się liczyło.
- Poważnie, Tony - zdołał powiedzieć Steve.
- Poważnie, Steve. Jak tam moje boty?
- Dummy został dzisiaj wysłany do kąta.
- Ale jesteś wredna, mamo. - Tony nie mógł przestać chichotać. - Co zrobił?
- Clint namówił go do rzucania glinianych celów w ramach praktyki.
- Och, daj spokój. Dummy powinien dać sobie z tym radę. Ostatnio podkręciłem mu trochę mechanizm ruchu, więc powinien stanowić wyzwanie nawet dla Hawkeye'a.
- Bardziej chodzi o to, że robili to na dachu.
- No dobra, tego robić nie powinni - przyznał brunet, krzywiąc się na myśl o dystansie pomiędzy szczytem wieży a niewinnymi przechodniami na dole. - Ale to bardziej wina Clinta niż Dummy'ego.
- Pozwoliłem Coulsonowi się nimi zająć. Kara Dummy'ego trwała do piątej. Za to myślę, że w tym czasie Clint wciąż był w pokoju przesłuchań.
- Mądry ruch z twojej strony. - Tony skręcił za róg, kiwając głową do właściciela sklepu, trzymającego w ręku miotłę oraz z fartuchem zawiązanym wokół jego szerokiej talii, który właśnie otwierał swój przybytek. - A gdy już mówimy o rzeczach, których Coulson prawdopodobnie nie popiera, to czy raczyłbyś mi wyjaśnić czemu w New York Timesie był artykuł na trzy strony o moim tosterze?
- Widziałeś go, co nie?
- Tak, Steve. Widziałem go, bo w końcu był w pieprzonym New York Timesie, który subskrybuję? Nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że tego ode mnie wymagają. Generalnie, to po prostu biorą moją kasę bez względu na to, czy chcę gazetę czy nie. Są jak prasowy gang, ale można jakoś się pogodzić z tym faktem, bo mają ogromne archiwum online. Ale mimo to nie mam wyboru, czy chcę subskrypcję czy nie, ponieważ wiesz, żyjesz w mieście, prowadzisz firmę, jesteś międzynarodowym sprzedawcą odrzutowców i playboyem, filantropem...
- Zapomniałeś dodać "geniuszem".
- Nawet nie wiesz, jak mi to pochlebia, że o tym wspomniałeś, Stevenie. Niezmiernie ci dziękuję. Płynie od ciebie dzisiaj tylko i wyłącznie miłość, oprócz tego momentu, kiedy wspomniałeś o strzałach wodnych. Wciąż nie mogę uwierzyć, że zdradziłeś naszą przyjaźń w taki sposób. To naprawdę zabolało i było po prostu złe. - Tony niemal podskakiwał, gdy był już tylko kilka bloków od jego sekretnej małej kafejki, którą odkrył już pierwszego dnia po przebyciu na miejsce. A znalazł ją w niesamowicie perfekcyjny sposób, a mianowicie podążając za zapachem idealnej prażonej kawy, którą nagle poczuł w wilgotnym porannym powietrzu, gdy się przechadzał po okolicy. - Ale iż jestem wspaniałomyślny, wybaczę ci ten niecny czyn, ponieważ wciąż jestem skupiony na New York Timesie i na fakcie, iż ktoś nałożył malusią, malusią czapeczkę na mój genialny mały toster i go sfotografował.
- Byłem pewien, że zdjęcie wyszło całkiem dobrze.
- To było zdjęcie tostera. W czapce. Różowo-pomarańczowo-zielonej zimowej czapce zrobionej na drutach. Z pomponem na górze. - Na chwilę przerwał, chcąc nadać sytuacji dramatyzmu. - Czapka narciarska na tosterze. Tosterze, który nie ma problemów z zachowaniem ciepła, bo jest w końcu cholernym tosterem i nie jeździ na nartach, więc nie jestem pewien, co się tam u was dzieje, ale gdy ja tu tak sobie siedzę na światowym sympozjum naukowym, na pewno nie spodziewam się pytań na temat wyczucia stylu mojego tostera.
Tak, był pewien, że był pijany, gdy próbował zrozumieć, czemu głowa jednego z najstarszych uniwersytetów na świecie zadaje mu właśnie TO pytanie. Pijany albo naćpany.
- Wyglądał słodko. Poprawił nasz wizerunek publiczny.
- Steve, wyszliśmy na idiotów. Serio, większość świata już myśli, że żyjemy w pogrzanym superbohaterowskim odpowiedniku akademika. Czy możemy ich nie utwierdzać w tym przekonaniu i przestać pozwalać, by zdjęcia sprzętu domowego w miniaturowym nakryciu głowy były publikowane w jednej z najbardziej renomowanych gazet na świecie?
- Najwidoczniej nie, bo to już się stało, Tony.
- Zauważyłem. - Tony przewrócił oczami, spoglądając w obie strony, nim przeszedł na drugą stronę ulicy. - Steve? Skąd wzięliście tę czapkę tak poza tym?
- Bruce próbował nauczyć Thora jak szyć na drutach i...
- Stop. Nie istnieją żadne słowa, które byłyby w stanie opisać powody, dla których to zdanie jest tak bardzo koszmarne. Nie, nie mogę... - Tony przycisnął dłoń do mięśnia pulsującego nad jego okiem. - Nie.
Steve oczywiście go zignorował.
- Bruce próbował nauczyć Thora jak szyć na drutach i zdecydowali, że zrobią ocieplacz na imbryk do herbaty, który Thor mógł potem dać swojej mamie w prezencie...
- Proszę, przestań. Steve, proszę.
- I nie poszło im to tak dobrze, jak się spodziewali. Ocieplacz lekko zwisał po jednej stronie i nie był na tyle godny, by podarować go mamie, więc Bruce próbował go pocieszyć i wpadł na pomysł, by przerobić to na coś innego. Wybrali czapkę, bo kształt był już odpowiedni, ale niestety czapka była na każdego za mała, nawet Thor próbował ją przymierzyć. - Mężczyzna umilkł na sekundę. - Powinieneś się cieszyć, że nie opublikowaliśmy TEGO zdjęcia w New York Timesie.
- Tak. Dużo. Bólu - wydusił Tony przez zaciśnięte zęby.
- A że Thor kocha Calcifera, jakby ten był prawdziwym zwierzakiem, czapka zdobyła jeszcze pompon i została podarowana tosterowi.
- Jakim cudem to się stało częścią mojego życia? - Zastanawiał się głośno inżynier. - Wykroczyłem poza znane granice nauki oraz technologii. MIT ma kurs dedykowany moim odkryciom w dziedzinie robotyki. Ludzie napisali na mój temat setki dysertacji oraz wypracowań. Jestem pieprzonym superbohaterem. Ocaliłem świat przynajmniej dwa razy, a jeśli liczyć również pracę w zespole, to sześć razy plus jeszcze ten jeden raz, gdy wszyscy sobie zrobili drzemkę w ciągu pracy i ocaliłem Nowy York na własną rękę. Zrewolucjonizowałem zdolność latania, system zbrojeniowy, praktyki administracyjne oraz pokazałem czym naprawdę jest nowoczesna sztuczna inteligencja. Jestem Tonym Starkiem, a wiesz co będzie napisane na moim nagrobku, Steve? "Tu leży Anthony Stark: ten, który raz zrobił świetny toster!"
- Nie bądź śmieszny, Tony - odparł rozbawiony Steve. - Będzie na nim napisane: "Tu leży Anthony Stark: ten, który raz zrobił świetny toster i obudził swojego przyjaciela o drugiej NAD RANEM, by o tym marudzić!"
- Nienawidzę cię tak bardzo mocno.
- Tony, nie używamy takich słów, jak "nienawidzić" w tym domu. Nieuprzejmy język podburza morale drużyny. Nie pamiętasz szkolenia na temat wrażliwości? - I Steve znowu się z niego śmiał, brunet był tego pewien. Mógł usłyszeć ciepło oraz humor w głosie drugiego mężczyzny i usłyszenie go było warte całej tej sytuacji z tosterem. Było to nawet warte tego całego szkolenia, które zafundowała im TARCZA, a które było czystym koszmarem.
On i Barton wciąż powtarzaliby ten kurs, gdyby instruktor kategorycznie nie powiedział, że już nigdy więcej nie chce mieć nic do czynienia z żadnym z nich. Barton, jak to Barton, wyrzucił pięść do góry i zadeklarował zwycięstwo w "byciu kurewsko niewrażliwym". Tony oznajmił, że jako konsultant, już nigdy więcej nie będzie uczestniczył w takim gównie, jakim było to szkolenie.
Steve i Coulson byli niezadowoleni, ale nie zaskoczeni.
- Zignorowałem ten trening - wyjaśnił inżynier. - Nienawiść daje mi siłę.
- Możesz nienawidzić Hydry. Ich możemy nienawidzić.
- Och, jasne. Możemy nienawidzić twojego arcywroga. To całkiem sprawiedliwe.
- Mam arcywroga dłużej niż ty, Tony.
Brunet nie mógł powstrzymać uśmiechu wypływającego na jego usta.
- W porządku, Kapitanie, w porządku. Wykręcaj się swoim wiekiem. Nie martw się, starcze. Rozumiemy cię. Z pewnością jest trudno odnaleźć swoją drogą w tym szalonym, współczesnym świecie.
- To jest akurat prawda. A tak swoją drogą, to musisz przeprogramować nagrywarkę. Thor zażądał programów weselnych o raz za dużo, a Coulson poprosił o zdecydowanie zbyt wiele reality show i teraz jedynie co dostajemy, to ciągnąca się bez końca "Bridezilla" oraz "Ślub na bogato". Clint powiedział, że podpali tę nagrywarkę, bo jedyne, co jeszcze puszcza, a co nie jest związane ze ślubami, to "Top Shot", a wiesz jaki staje się szalony, gdy to obejrzy.
- Jarvis może to zrobić.
Steve odchrząknął, mrucząc coś pod nosem.
- Może, ale wolę, gdy ty to robisz.
Tony przewrócił oczami.
- No daj spokój, Kapitanie. Nawet ty to możesz zrobić. Widziałem, jak już to robiłeś wcześniej.
- Przykro mi, ale Super Żołnierz nie należy do tych czasów i jest bardzo zagubiony. Zrób to teraz za mnie, Stark.
Inżynier wybuchnął śmiechem.
- Ty pieprzony kłamco. Mówisz to samo za każdym razem, gdy jesteś zbyt leniwy, by zaktualizować swoją listę kontaktów w telefonie.
- Jeśli masz zamiar się ze mnie śmiać to przynajmniej mogę na to zasłużyć - powiedział Steve po czym ziewnął.
- Idź do łóżka, Kapitanie - odpowiedział Tony, gdy kafejka pojawiła się w zasięgu jego wzroku. - Mam przemowę do wygłoszenia tego ranka, więc muszę podbić sobie poziom kofeiny we krwi.
- Czy ty w ogóle spałeś, Tony?
- Spanie jest dla mięczaków. Tak samo jak jedzenie. Mam instytucje naukowe do obalenia. - Mężczyzna popchnął drzwi i od razu wiedział, że coś było nie tak.
Za ladą stała dziewczyna, której czarne gładkie włosy był zaplecione w warkocze, na nosie miała okulary z fioletowymi oprawkami, a na białą zapinaną koszulę był narzucony czarny fartuch. Miejsce samo w sobie było małe, dosłownie trochę większe od dziury w ścianie z trzema stolikami wewnątrz oraz dwoma na zewnątrz. Z głośników dobiegała jazzowa melodia, a powietrze było wypełnione zapachem świeżo zaparzonej kawy, przyprawy chai oraz aromatycznych ciastek. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak jak zawsze. W kafejce nikogo nie było, a ulica na zewnątrz była opustoszała.
Ale dziewczyna ściskała ścierkę obiema dłońmi, a knykcie na jej pięściach były niemalże białe. Czarnowłosa uśmiechnęła się do Tony'ego, ale uśmiech nie dosięgnął jej oczu.
Tony odwzajemnił gest, po czym zwrócił się do Steve'a.
- Okej, Pepper, rozumiem. Tak, wiem, wiem. I wracam jutro do domu. Kocham cię, skarbie.
- Tony, co jest nie tak? - powiedział Steve po drugiej stronie słuchawki, ponieważ nigdy nie trzeba było mu powtarzać niczego dwa razy. Mężczyzna nigdy nie przegapiał prawdziwego znaczenia, nie ważne ilu słów użył Tony. On po prostu zawsze wiedział, gdy coś jest nie tak. Wiedział, gdy Tony był w kłopotach. Brunet uśmiechnął się słabo.
I wtedy inżynier zakończył połączenie i wyłączył telefon, nim Steve zdążył do niego oddzwonić. Wsadzając komórkę do kieszeni, Tony podszedł do lady.
- Dzień dobry! – przywitał się radośnie, a następnie kontynuował już po niemiecku. - To co zawsze, poproszę. Dużą i czarną, jak moją duszę.
Dziewczyna kiwnęła głową, ale wyjątkowo nie powiedziała ani jednego słowa, a jej jasno pomalowane usta pozostały nerwowo ściśnięte. Zamiast tego pochyliła się nad kasą, wpisując zamówienie.
- Ostatni dzień w Wiedniu - ciągnął Tony, krzyżując ramiona na blacie i uśmiechając się szeroko do baristki. - Będziesz za mną tęsknić?
Dziewczyna spojrzała do góry i wtedy mężczyzna zobaczył, że jej oczy były wilgotne. Jej usta się poruszyły, ale kelnerka nic nie powiedziała.
- Och, nie płacz - zaśmiał się. Sięgając ponad ladą, inżynier chwycił papierowy kubek i podrzucił go do góry, łapiąc go po chwili, a następnie przerzucając go pomiędzy dłońmi, potem pod łokciem, a na koniec nad ramieniem, udając, że robi magiczną sztuczkę. Koniec końców postawił kubek z powrotem na blacie, przykrywając go z góry wolną ręką, a drugą chwytając czarny marker. Stukając palcami w pokrywkę, brunet pochylił się nad kubkiem i z rozmachem się na nim podpisał. - Voilà, będziesz miała po mnie małą pamiątkę.
Wyciągnął rękę z kubkiem w stronę dziewczyny, trzymając go z góry, gdzie napisał po niemiecku "SCHYL SIĘ". Przerażone oczy dziewczyny spojrzały na Tony'ego, który podał jej kubek, jednocześnie niemal niezauważalnie kiwając głową. Czarnowłosa zamknęła oczy, a po jej policzkach potoczyły się łzy, ale po chwili skuliła się i zwinęła w kulkę za barem.
Tony miał ledwo czas, by się zasłonić.
Uderzenie nadeszło z tyłu, mocne i szybkie, ale Tony Stark uczestniczył w tylu bójkach w barach, niż dałby rady spamiętać. Mężczyzna brał lekcje boksu od Happy'ego oraz walki wręcz od Natashy. Clint nauczył go, jak poruszać się lekko i szybko, a po nocach ćwiczył walkę ze Stevem, który był większy, silniejszy i wytrzymalszy niż jakikolwiek inny człowiek na tej planecie.
Jednak Tony'ego otoczyło sześciu mężczyzn, każdy z nich był ogromny i każdy z nich miał na głowie czarną czapkę zakrywającą całą twarz i mieli nad nim znaczną przewagę liczebną.
No i jak tu nie być zdenerwowanym?
- Wiecie co? - zapytał, gdy złapał dłoń jednego z atakujących, przesuwając środek ciężkości do przodu i przerzucając idiotę przez ramię, który uderzył prosto w ścianę z dźwiękiem pękających kości. Bez chwili przerwy uniósł ręce, by osłonić się, jednocześnie obracając się, rozglądając się szybko po kafejce, zapamiętując pozycje oraz ścieżki atakujących, a potem roztrzaskując szklaną cukiernicę na twarzy jednego z mężczyzn bez chociaż jednego mrugnięcia, by po chwili odskoczyć do tyłu, użyć krzesła do podcięcia nóg drugiego mężczyzny i powalić go na ziemię. - Teraz już naprawdę jestem wkurzony.
Tony zablokował uderzenie, którego siła mimo wszystko zmusiła go do zrobienia kroku w tył, ale po chwili zamachnął się łokciem z ogromną siłą, uderzając w nos atakującego, łamiąc go. Uśmiechając się dziko, brunet obrócił się i uderzył stopą w kolano innego mężczyzny, posyłając go na jednego z jego kumpli.
- Naprawdę nie musicie straszyć biednej baristki. Niektóre rzeczy są święte i wśród tych rzeczy są słodkie dziewczyny, które robią cholernie... - Tony zamachnął się i przyłożył kolejnemu facetowi pięknym prawym sierpowym, uchylając się niemal od razu w lewo, a potem kopiąc w brzuch i wykańczając przeciwnika ciosem z dołu prosto w brodę. - Pieprzoną. - Zrobił krok do przodu, obracając się i uderzając pięścią w szczękę jeszcze innego mężczyzny. – Dobrą. KAWĘ.
Inżynier obrócił się dookoła, szukając drogi ucieczki - doskonale wiedział, że nie miał szans na wygraną. Nie był wystarczająco silny ani szybki, a przeciwników było po prostu zbyt wielu. Nie ważne ile razy ich uderzy - i tak nigdy nie powali ich wszystkich. On był tylko jeden, a ich było sześciu. Liczby przelatywały przez jego umysł z prędkością światła, obliczając szanse, kąty, siły oraz prawdopodobieństwa i wszystko wskazywało na jedno: nie wygra tej walki.
Tony uchylił się w porę przed ciosem, próbując potem kontratakować, kopać i uderzać i przedrzeć się przez dwójkę mężczyzn stojących przed nim, ale nagle pojawił się jeszcze trzeci, blokując jego próby, zmuszając go do cofnięcia się w stronę lady - jedynego miejsca, w którym nie chciał być. Potrzebował przestrzeni i wolnej drogi. Każde uderzenie ze strony mężczyzn niweczyło jego szanse na wygraną oraz ucieczkę.
Jego szanse malały z każdą chwilą.
Nagle ramię bruneta przecięło ostry ból i Tony z szokiem oparł się plecami o ścianę, jednak wiedział, że nie miał czasu na odpoczynek. Złapał stolik, obok którego właśnie stał i podniósł go, jednocześnie uderzając nim jednego z napastników mocno w podbródek. Inżynier machnął meblem wokół siebie, po czym otoczył je ramieniem i rzucił się do przodu, podtrzymując wolną ręką stolik z dołu. Używając go jak tarczy Steve'a, uderzył z impetem w atakujących, którzy upadli ciężko na dół, a Tony się po nich przetoczył.
Cios w plecy posłał go na kolana, a chwilę później boleśnie opadał na ziemię, gdy ciężkie ciało przyszpiliło go do podłogi. Brunet próbował się wyrwać z uścisku, po raz pierwszy żałując, że nie spał chociaż przez moment w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin - może wtedy jego czas reakcji byłby znacznie krótszy, a jego ruchy były szybsze - ale zmęczenie oraz przewaga liczebna wykańczały go. Walczył przez cały czas, pięści, kopniaki, wszystko, co był w stanie zrobić, ale i tak poczuł, jak w jego szyję wbija się igła.
I wiedział, że jego czas był już policzony.
- Kurde, mam już tego TAK BARDZO DOSYĆ - wydusił, a gdy ktoś pochylił się nad nim, łapiąc go za ramiona i przygniatając jeszcze bardziej do ziemi, Tony zdołał ostatkiem sił unieść kolano i uderzyć z całej siły w klejnoty biedaka.
Brunet śmiał się cicho, nawet wtedy, gdy pięść trafiła go prosto w twarz, pozbawiając go przytomności. Jego ostatnią myślą było to, że jeśli nawet nie wybrnie z tego, to przynajmniej powiedział Steve'owi, że go kochał.
*
Steve spróbował zadzwonić do Tony'ego dwa razy, ale w obu przypadkach od razu włączała się poczta głosowa.
W tamtej chwili, wybiegając z siłowni w pełnym biegu, blondyn bez zastanowienia zdecydował o wszczęciu alarmu.
- Jarvis, główny kanał! - wyrzucił z siebie, nie zatrzymując się nawet na moment, a odgłos jego nagich stóp uderzających o posadzkę rozchodził się po korytarzu. - Avengersi, zbiórka! - krzyknął, gdy skręcał za róg, dosłownie się ślizgając na gładkiej podłodze. - Tony właśnie został zaatakowany w Wiedniu! Quinjet w tej chwili!
Nie było sensu poprzedzać wypowiedzi słowami "myślę" lub "być może" - Steve wiedział, że miał rację. Tony nazwał go Pepper, powiedział: "Kocham cię" i rozłączył się, nie odpowiadając na pytanie Steve’a, a potem od razu wyłączył swoją komórkę.
A to wszystko oznaczało, że Tony był w kłopotach.
Steve pędził co sił w nogach, gdy o mało co nie zderzył się z Thorem, który nadchodził z przeciwnej strony, trzymając Mjolnira w prawej ręce, a pod drugą niosąc zbroję oraz resztę ubrań. Ubrany tylko w bokserki i buty, półbóg spojrzał na niego gniewnie roziskrzonymi oczami.
- Kto by ŚMIAŁ?!
- Nie wiem. Jeszcze. - Steve pośpieszył go machnięciem ręki, wznawiając bieg i docierając do drzwi hangaru, gdzie był trzymany odrzutowiec, w tym samym czasie, co Clint z depczącym mu po piętach Coulsonem, który już coś warczał do swojego telefonu. Clint mocno ściskał swój łuk, na plecach miał przerzuconą kuszę, a z ramienia zwisały mu dwa kołczany pełne strzał. Łucznik miał na sobie flanelowe spodnie od pidżamy oraz biały t-shirt. Coulson miał już nałożone spodnie i buty, chociaż jego koszula była wciąż niezapięta, a marynarka zwisała smętnie na zgięciu łokcia.
- Co się, do cholery, dzieje? - warknął Barton, a sekundę później pojawiła się również Natasha, już przebrana w swój strój, a jedynymi rzeczami świadczącymi o nagłej sytuacji były pokręcone, rozwichrzone włosy, buty trzymane w lewej ręce oraz pośpiesznie zapinany drugą dłonią zamek.
- Co mamy, Kapitanie? - zapytał Coulson, trzymając telefon w pogotowiu.
- Ubierzcie się - powiedział Steve, gdy akurat Bruce wbiegł przez drzwi. Jego skóra była lekko zielonkawa, a oddech ledwie kontrolowany. - Ruszamy za pięć minut. - Mężczyzna zaczął szybko streszczać informacje agentowi, jednocześnie kierując się do szafy, w której był jego strój. Nie obchodziło go ani trochę, czy będzie walczył w podkoszulce i dresach, ale musiał mieć w dłoniach chociaż swoją tarczę.
I to najlepiej w tej chwili.
Kątem oka ujrzał gotową już Natashę wspinającą się na pokład Quinjeta i po chwili można było już usłyszeć uruchamiające się silniki odrzutowca. W tym czasie reszta zbierała uzbrojenie, ruszając się szybciej, niż powinni, nie dbając o wygląd czy inne nieważne szczegóły. Clint przebierał się na środku hangaru, przeklinając i szarpiąc się z ubraniem, gdy próbował się jakoś ogarnąć, a Thor, który również już zdążył się ubrać, teraz niecierpliwie przerzucał swój młot pomiędzy dłońmi, czekając na resztę.
- TARCZA w Europie jest już w drodze - oznajmił Phil, zapinając guziki koszuli jedną ręką. - Czekamy teraz na wyznaczenie trasy. TARCZA próbuje odnaleźć ostatnią znaną lokalizację Tony'ego poprzez namierzenie sygnału z jego telefonu, który miał wbudowane urządzenie śledzące, ale prawdopodobnie szybko je wykryją i pozbędą, by uniemożliwić nam zlokalizowanie Tony'ego.
Clint podbiegł do niech, niemal już całkowicie gotowy, z wyjątkiem butów, oferując Coulsonowi Glocka w kaburze oraz błękitny krawat. Agent wziął oba przedmioty, kiwając głową w podziękowaniu.
- Dopóki się z nami nie skontaktują albo nie będziemy mieć punktu zaczepu, lecimy na ślepo, Kapitanie.
- Był w Wiedniu. Spacerował, nie był daleko od hotelu, dwa, góry trzy kilometry. Chciał kupić kawę przed poranną przemową. - Steve zerknął na ekran swojej komórki. - Jego przemowa jest za mniej niż pół godziny i z pewnością o tym nie zapomniał, bo wspominał o niej. Chyba wracał już do hotelu. Powinniśmy zacząć właśnie od niego, a następnie sprawdzić każde miejsce, gdzie sprzedają kawę. Ale póki co ruszamy. Teraz.
I wtedy nagle rozbrzmiał dzwoniący telefon Steve'a, a dokładniej dzwonek, który był przypisany Tony'emu. Zszokowany mężczyzna niemal upuścił swoją komórkę, po chwili czując się jak idiota, gdy próbował odebrać połączenie. Reszta drużyny zastygła w ruchu, czekając.
- Steve Rogers - wykrztusił blondyn i od razu usłyszał stłumiony płacz dziewczyny po drugiej stronie słuchawki. - Halo? Proszę pani? Skąd ma pani ten telefon?
- Przepraszam - odpowiedziała rozmówczyni po niemiecku, płacząc jeszcze bardziej niż wcześniej. - Tak bardzo przepraszam. Oni... Oni zabrali go.
Steve momentalnie przerzucił się na niemiecki, a jego wzrok napotkał wzrok Coulsona.
- On tam był, ale potem ktoś przyszedł i go zabrał? Proszę pani, czy jest pani bezpieczna? Czy oni wciąż tam są? Skąd ma pani ten telefon? - powtórzył Steve.
- On... on wrzucił go do kubka od kawy i dał go mi, ukrył go w nim. Kazał mi się ukryć i dał mi swój telefon w kubku - wyjaśniła nieskładnie dziewczyna urywanym oddechem. - Przepraszam, naprawdę przepraszam. Ci ludzie przyszli zanim jeszcze sklep był otwarty, sklep w którym pracuję. Powiedzieli mi, bym zachowywała się normalnie, a jeśli spróbuję go ostrzec, to mnie zabiją. Zabrali go. Przepraszam, przepraszam, przepraszam...
- Czy już poszli? - Jeszcze chwila, a Steve zacznie wyrywać sobie włosy z nerwów. - Quinjet, teraz! - warknął do drużyny, która nagle się ożywiła, a u boku blondyna pojawił się Phil mówiący pośpiesznie do swojego własnego telefonu ostrym głosem.
- Tak. Nie wiedziałam jak włączyć ten telefon. Przepraszam. - Jej głosem znów wstrząsnął szloch. - Tak bardzo, bardzo przepraszam!
- Wszystko będzie dobrze, nic mu nie będzie - odparł Steve, sam próbując wierzyć w to, co mówił, bo szczerze mówiąc, to sam już zaczynał wariować, ale wtedy zobaczył kiwającego do niego głową Coulsona, który po chwili uniósł dłoń, pokazując pięć palców. Blondyn niemal zakrztusił się śmiechem. No tak, oczywiście, że Coulson mówił po niemiecku i oczywiście, że rozumiał każde słowo, które opuściło usta Steve'a. - Proszę pani, w tym telefonie jest wbudowane urządzenie śledzące. Za pięć minut pojawi się w sklepie pełno ludzi z bronią, wszyscy ubrani na czarno. Muszę panią poprosić, by stanęła pani przed ladą z rękami uniesionymi do góry, by agenci mogli panią w pełni widzieć, dobrze? Niech tylko pani się nie denerwuje. Ci ludzi przychodzą po to, by pani pomóc i zdobyć tak wiele informacji, jak tylko się da. Czy jest pani teraz na pewno bezpieczna?
- Tak - odpowiedziała i tym razem jej głos już brzmiał pewniej. - Powiedział mi, bym kucnęła, bym się ukryła. Ukryłam się i on mnie uratował. Nie wydaje mi się, żeby ci mężczyźni pamiętali, że nawet tu byłam. Powiedział mi... - Jej głos urwał się na sekundę. - Wstrzyknęli mu coś. On się w ogóle nie ruszał, gdy go wynosili, ale on od razu wiedział, że coś jest nie tak. Kiedy wszedł, on od razu wiedział, ale i tak kazał mi się ukryć.
To brzmiało jak coś, co Tony z pewnością by zrobił.
Przez sekundę, dosłownie ułamek sekundy, Steve oparł dłoń o ścianę, pozwalając swojej głowie opaść do przodu, a jego plecy lekko się zgarbiły pod wpływem wszystkich uczuć, które teraz czuł. Pustka, strach, panika, koszmary, które miał tuż pod powiekami, czyste przerażenie - to wszystko rozrywało go od środka, jakby było ostrymi kawałkami lodu wciąganymi wraz z mroźnym powietrzem do płuc. Jednak wtedy Steve spróbował przełknąć ten gorzki i zdecydowanie zbyt realistyczny ból, ignorując sposób, w jaki jego żołądek się skręcił w proteście.
A wtedy mężczyzna momentalnie się wyprostował i wznowił krok, przeklinając siebie samego za straconą cenną sekundę.
- Dobrze, proszę pani - powiedział pewnym i uspokajającym tonem. - Proszę wytrzymać jeszcze chwilę dłużej, zaraz przybędą agenci TARCZY, którzy z panią porozmawiają. Dopilnują, by nie stała się pani żadna krzywda, jest pani całkowicie bezpieczna.
Dziewczyna dalej płakała, ale było słychać, że już bardziej nad sobą panowała.
- Proszę, niech go pan uratuje - wyszeptała. - Wiedział, co się stanie, on wiedział, ale i tak mi pomógł. Proszę. Uratuj go.
- Uratuję go - obiecał blondyn, zerkając na swoją drużynę, która wsiadała już na pokład Quinjeta uzbrojona po pachy, a w ich oczach było widać ogromne zdeterminowanie. Zdeterminowanie oraz wściekłość. - Uratujemy go.
- Kobieta zadzwoniła po miejscową policję - dodał Coulson cicho. - Przechwyciliśmy ich, inaczej nie utrzymalibyśmy tego w tajemnicy. Jeśli cała sprawa wyjdzie na światło dzienne, to będziemy zalani dziennikarzami i nie będziemy nic w stanie zdziałać. Dopóki się nie dowiemy czemu go zabrali, tylko i wyłącznie TARCZA wydaje tu rozkazy.
Steve kiwnął głową.
- Dopilnuję, by została pani poinformowana, gdy już go znajdziemy - zapewnił ją Steve. - Dziękuję za bycie dzielną i zadzwonienie do nas.
- Wybrałam tylko ostatnio wykręcany numer. Nie wiedziałam, co innego mogłam zrobić.
- Dziękuję - odparł blondyn. - Odzyskamy go z powrotem. - W tamtej chwili Steve usłyszał po drugiej stronie tuzin wbiegających do sklepu agentów, zapewne z bronią w ręku oraz czarnymi lustrzankami na nosie. - Już tam są.
- Tak - potwierdziła rozmówczyni, brzmiąc już znacznie spokojniej. - Znajdź go.
- Znajdę. Obiecuję.
*
Philowi udało się zablokować Fury'ego dopóki nie opuścili kraju i nie byli już w połowie Atlantyku. Steve nie był do końca pewien jakim cudem to zrobił, ale był mu za to dozgonnie wdzięczny. Agent musiał odrzucić połączenia od kilku agentów, w tym jedno od Marii Hill, lecz gdy w końcu to Fury zadzwonił, nawet Coulson nie zdołał nacisnąć czerwonej słuchawki. W chwili obecnej dyrektor ryczał na nich przez głośniki odrzutowca, a jego głos odbijał się od ścian, wypełniając każdy kąt Quinjeta.
- Macie natychmiast zawrócić swoje dupska do bazy - krzyknął mężczyzna już chyba po raz szósty w ciągu ich dziesięciominutowej rozmowy. - Dopóki nie zdobędziemy więcej informacji, wasze działa są kontrproduktywne. Nie wiecie, kto to zrobił, gdzie teraz są, ani gdzie go zabierają, a ja nie mam najmniejszego zamiaru pozwolić mojej drużynie zapieprzać do Europy jak jakaś banda nowicjuszy. Wracajcie. W tej chwili. Do bazy.
Dłonie Steve'a leżące na jego kolanach zwinęły się w pięści. Siedzący naprzeciw niego Clint co chwila naciągał swój łuk, jakby miał zamiar strzelić, ale w ostatniej chwili rezygnował. Mężczyzna śledził palcami linie i połączenia, jakby trzymał w rękach różaniec, a nie broń. Łucznik spojrzał przelotnie na blondyna, a jego mina jasno świadczyła, co myślał o całej tej pogadance z dyrektorem.
Thor prychnął, krzyżując ramiona. Wyłącznie z szacunku do Bruce'a, półbóg zgodził się na niedotykanie młota przez czas podróży, lecz mięśnie w jego ramionach niemal niezauważalnie co chwila drgały. Na wypadek wszyscy zgodzili się również na to, by Bruce nałożył wyciszające słuchawki - aktualnie naukowiec siedział po turecku oparty o ścianę, jego oczy były zamknięte, a dłonie leżały płasko na nogach. Mężczyzna miał zbyt wiele złych wspomnień związanych z krzyczącymi oficerami - doktor musiał pozostać Brucem przynajmniej dopóki nie wylądują. Oczywiście, jak to zwykle bywało, Fury nie pomagał zmniejszyć jego poziomu stresu.
- Z całym szacunkiem, ale nie, sir - odpowiedział Steve. - W chwili, gdy zdobędziemy nowe informacje, będziemy już na miejscu, od razu gotowi do działania. Zawrócenie w tym momencie do Nowego Yorku tylko niedopuszczalnie zwiększyłoby nasz czas reakcji w szczególności, gdy już niedługo będziemy lądować.
- A co, jeśli to jest pułapka? - Sapnął Fury.
- Wtedy to będzie naprawdę głupia pułapka - odparł spokojnie Steve. - Upewniłem się również, iż Fantastyczna Czwórka wraz z X-Menami będą przez najbliższy czas w Nowym Yorku i poinformowałem ich, że przez kolejne kilka dni nie będziemy w stanie im udzielić wsparcia. Reed przełożył wykonanie potencjalnie problematycznego eksperymentu do czasu, aż nie wrócimy, a profesor Xavier wezwał z powrotem drużynę, która akurat załatwiała coś na zachodzie.
Może i w tej chwili czuł się bezużyteczny, ale Steve wiedział, co robił. Wiedział jak należy przemieszczać odział, osłaniać go i ubezpieczać tyły. Przynajmniej w tym był dobry.
- To jest bezpośredni rozkaz, Kapitanie Rogers. Lecisz na ślepo, nie wiedząc co tak naprawdę robicie. Macie tu natychmiast wracać.
Cięciwa w łuku Clinta głośno zabrzdąkała.
- Sir? Z całym szacunkiem? Idziemy na poszukiwania. Idziemy na poszukiwania budynku, który PŁONIE JAK POCHODNIA. Tego, który właśnie ześlizguje się do oceanu. Tego, w którym brakuje trzech ścian, podłogi i łazienki. Tego, który jest otoczony przez wściekłych wieśniaków wymachujących widłami, pochodniami i kawałkami eksplodujących robotów.
- Idziemy na poszukiwania magazynu, w którym źli faceci są maltretowani przez ich własny sprzęt, a legowisko zła jest stopione do postaci toksycznego galaretkowatego basenu. Nie zdziwię się, jeśli znajdziemy podwodny gmach wypełniony wściekłymi blenderami z niską samooceną i spragnionych ludzkiego mięsa. Albo tropikalną wyspę, która ma teraz gigantyczne mechaniczne nogi, które niosą ją prosto do więzienia.
- Będziemy podążać za krzykami, zapachem napalmu domowej roboty, zgłoszeniami o zakupie kawy w niecodziennych ilościach oraz wszystkim, co może zaprowadzić nas prosto do Tony'ego Starka. Tony'ego Starka, który jest cholernym sukinsynem i prawdopodobnie chichocze w tej chwili jak wariat, a ci pieprzeni kretyni, którzy byli na tyle głupi, by go porwać, płaczą wniebogłosy i żałują, że kiedyś kupili ekspres do kawy.
Thor nie mógł powstrzymać wybuchu śmiechu.
- Zaiście! - huknął radośnie mężczyzna. - Nawet współczułbym jego porywaczom, gdyby nie to, iż zasługują na jego gniew, który niedługo na nich spadnie.
- Barton... - zaczął groźnie Fury niskim głosem.
- Nie, mówię poważnie, proszę pana. Wolałbym utknąć w mokrym worku z Doomem i połowem tuzina ratelów miodożernych, niż mieć do czynienia ze Starkiem na głodzie kofeinowym.
- To aż zbyt dokładny opis sceny, której nigdy sobie wyobrażać nie chciałem, agencie - warknął Fury.
- Jestem zajebistym artystą, sir. Ale taka jest prawda. - Barton wyszczerzył się do Steve'a. - Znajdziemy Tony'ego z pańską pomocą czy bez niej. Nie chce pan być chociaż raz po zwycięskiej stronie?
- Kiedyś w końcu miarka się przebierze i wydam rozkaz zabicia cię, Barton.
- Jestem bardzo tego świadomy, sir. Właśnie dlatego utorowałem sobie drogę do zimnych ser pańskich najlepszych agentów. - Łucznik znów się zaśmiał. - Tylko i wyłącznie ze wzgląd na własne bezpieczeństwo.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
- Dobra - wydusił dyrektor przez zaciśnięte zęby. - Zobaczcie, czego możecie się dowiedzieć. Ale chcę wiedzieć o wszystkim, nawet o najmniejszej rzeczy, zrozumiane?
- Tak, sir - powiedział Steve, czując jak jego ramiona opadają, jakby ktoś zdjął z nich niewidzialny ciężar. - Dziękujemy, sir. - Wcale nie planował zignorować rozkazów, ale niezestrzelenie przez Helicarrier też było dobrą rzeczą.
Fury prychnął pod nosem.
- Coulson, jak już wrócisz, to porozmawiamy sobie o twojej lojalności.
- To wcale nie wyjdzie panu na dobre, jak się pan spodziewa. Przepraszam - odgryzł się Coulson.
Po tych słowach Thor podniósł się ze swojego miejsca.
- Syn Coula - zaczął Thor, a jego głos był bardzo spokojny i bardzo oziębły. - Jest człowiekiem honoru i prawomyślności. To właśnie jego lojalność względem Avengersów sprawia, iż tak jak ja, czuje się tu komfortowo pomimo tego, iż jest z dala od swojego domu. Mam nadzieję, że nie będzie to użyte przeciwko niemu, gdyż inaczej będę bardzo pogniewany.
Nikt nie śmiał się odezwać, gdy Fury zamilkł, lecz za to każdy wpatrywał się w Thora.
- Zrozumiałem - oznajmił koniec końców dyrektor. - Koniec rozmowy, bez odbioru.
Z wysoko uniesioną głową, Thor wrócił na swoje miejsce, znów krzyżując ramiona. Coulson wciąż się w niego wpatrywał z wysoko uniesionymi brwiami.
- I właśnie dlatego Thor jest ulubieńcem każdego - stwierdził Clint z wielkim uśmiechem na twarzy.
- W rzeczy samej - zgodziła się Natasha, która siedziała na miejscu pilota, a w jej głosie nie dało się przegapić nuty wesołości.
