Chapter Text
To była chwila. Jedna, cholerna chwila. W jednej sekundzie Alice była w bezpiecznym miejscu, a w następnej już zniknęła w portalu. Miała ponad sześć lat i była ciekawska, a Tony... Cóż, Tony doskonale wiedział, że Steve go zabije, zaraz po tym, jak on sam się zabije, bo tyle razy mąż tłumaczył mu, że nie powinien pokazywać dziecku swoich wynalazków. Szczególnie tych, nad którymi dopiero zaczyna pracować.
Stark jednak starał się nie wpadać w panikę. Przecież zaraz ją odzyska. Jego córeczka prawdopodobnie była w jakimś innym wymiarze, na innej Ziemi. Bułka z masłem. Nacisnął jedną kombinację przycisków, wprowadził nowe dane... I nic.
Wtedy wpadł w panikę.
***
Alice czuła pęd powietrza na twarzy, a wszystko wokół niej było rozmazane. Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy tatuś zabierał ją na przejażdżkę sportowymi samochodami. Potem wszystko jeszcze bardziej przyspieszyło, a jej zaczęło się robić niedobrze. Zamknęła oczy i zacisnęła dłonie w piąstki.
Wiedziała, że prawdopodobnie popełniła błąd. W końcu tata mówił jej, że ma się trzymać z tyłu, ale niebieskie światełko było takie piękne. Chciała je tylko dotknąć. Tylko musnąć, ale to wystarczyło, by portal wciągnął ją, jak wielki odkurzacz.
Ostatnie, co usłyszała było krzykiem taty.
W końcu poczuła, jak uderza w ziemię. Nie z dużej wysokości. Było to mniej więcej takie odczucie, jak upadek z łóżka.
Otworzyła oczy, zamrugała kilkukrotnie i ze zdziwieniem stwierdziła, że pod sobą ma trawę. Przez chwilę przestraszyła się, że światełko zadziałało, jak te kółka, które tworzył wujek Strange. Została przeniesiona, gdzieś w odległe krainy. Potem jednak podniosła główkę i odetchnęła z ulgą widząc budynek siedziby Avengersów. Powoli wstała, otrzepała się i ruszyła w stronę wejścia i wtedy zobaczyła tatę idącego podjazdem. Trochę ją to zdziwiło. Po pierwsze był ubrany w garnitur, a nie w biały top. Po drugie szedł spokojnym krokiem w stronę samochodu. Z reguły wystarczyło, że stracił ją z oczu na dwie minuty, a już biegał jak oszalały.
"Może jest zły?" - pomyślała i zmartwiła się.
Zaczęła biec w jego stronę i krzyczeć:
- Tatusiu! Tatusiu!
*
Tony spojrzał zaskoczony na dziecko, które biegło wprost na niego. Obejrzał się za siebie, pewny, że tam jest ojciec dziecka, ale był sam.
Dziewczynka podbiegła do niego i spojrzała "szczenięcym" spojrzeniem, które niebezpiecznie przypominało mu wzrok Kapitana.
- Przepraszam - powiedziała skruszonym tonem.
- Słucham?
Jego głos był mieszaniną zdziwienia i irytacji.
- Bo, bo ja cię nie posłuchałam tatusiu... Przepraszam, tatusiu...
Mała zrobiła krok w jego stronę, ale on odskoczył do tyłu.
- Ok... Bardzo zabawne. Rhodey cię przysłał. Tak? Taki kawał, że niby mam dziecko, o którym nic nie wiem.
- Nie, wujek mi nic nie kazał... Nie pamiętasz, byliśmy w warsztacie.
- Słuchaj, nie wiem, w co się bawisz, ale masz przestać.
Dziewczynka spojrzała na niego ze łzami.
- Przepraszam... Nie bądź zły...
- Ej, ej, nie becz mi tutaj.
- Tony?!
Oboje spojrzeli w kierunku skąd dochodził głos Steve'a. Alice natychmiast się rozpromieniła. Kto, jak kto, ale papa nigdy nie potrafił być na nią zły dłużej niż sekundę.
- Papa! - krzyknęła i popędziła w jego stronę.
Steve był w takim szoku, że nie zdążył powstrzymać dziewczynki, kiedy ta objęła jego nogi. Cały się spiął i spojrzała z irytacją na Tony'go.
- To jakiś twój kawał?
Stark przewrócił oczami i mruknął:
- Zabawne, bo ja myślałem, że to kawał Rhodey'a.
*
Alice zupełnie nie rozumiała, co się dzieje. Jej rodzice wyglądali niby tak samo, a jednak zachowywali się zupełnie inaczej. Tata był zły, papa nie wziął jej na ręce.
- Dlaczego się tak zachowujecie? - zapytała ze smutkiem.
Kapitanowi w końcu udało się wyswobodzić i odsunął dziecko od siebie. Patrzył na nią z góry z surowym wyrazem twarzy.
- Ok, mała, ile mam ci zapłacić, żebyś skończyła tą szopkę? - zapytał Stark.
Dziewczyna skuliła się w sobie. Nagle poczuła się bardzo samotna. Coś przyszło jej do głowy. Spojrzała na nich i oznajmiła:
- Wiem. Straciliście pamięć.
***
(świat Alice)
Steve patrzył na męża i z całych sił powstrzymywał się przed wyładowaniem swojej złości na miliarderze.
- Powiedz mi to jeszcze raz - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Tony przełknął ślinę.
- Alice... Jest w innym wymiarze, ale dokładnie nie wiem, którym...
- Nasza córeczka zniknęła!
Steve w końcu wybuchł, a Stark zastanawiał się, czy powinien wezwać zbroję i czy to zdoła go uchronić przez rozszarpaniem.
- To nie tak, że nasze dziecko zniknęło... Ona gdzieś jest tylko, że zniknęła, ale nie zniknęła, bo prawa fizyki, a dokładniej prawo... Ok, błagam, nie zabijaj mnie, póki jej nie odnajdziemy!
- Jak mogłeś do tego dopuścić?!
- To była chwila!
Steve obrócił się i uderzył pięścią w ścianę zostawiając w niej dziurę. Tony skulił się lekko i mruknął:
- Odzyskam ją.
- Otwórz ten portal i wyślij mnie!
- To nie takie proste.
- Czemu?! - syknął.
- Bez zebrania danych mogę cię wysłać w przeciwległą stronę, do jakiegoś innego wymiaru.
Oczy Steve'a się rozszerzyły.
- Czekaj, czekaj... Chcesz mi powiedzieć, że jest więcej niż jeden równoległy świat...
- No tak...
- Tony - jęknął. - Gdzie jest nasze dziecko?
- Nie wiem - szepnął i opuścił głowę.
- Znajdź ją - warknął Kapitan i wyszedł z pokoju.
***
Tony i Steve patrzyli to na siebie, to na dziecko, które uparcie twierdziło, że są jej rodzicami. Kiedy podszedł do nich Bruce, mała na nowo się rozjaśniła.
- Wujku Bruce!
Banner cały zesztywniał, a Stark patrzył na niego z niepokojem. Owszem, dziecko go denerwowało, ale nie chciał, żeby Hulk ją skrzywdził.
- Musisz mi pomóc - kontynuowała mała. - Papa i tata mnie nie pamiętają... To... To chyba wszystko przez ten portal...
Bruce spojrzał na mężczyzn z wyrazem ogromnego zdziwienia.
- Co to za dziecko? - zapytał.
- Też chcielibyśmy wiedzieć - odparł Steve.
*
Alice czuła się coraz bardziej przestraszona. Jeśli to był żart, to czemu nawet wujek Bruce dał się w to wciągnąć? To nie mógł być kawał, to musiało być coś innego.
Ale co? Jej mały umysł nie był w stanie tego pojąć. Duże łzy zaczęły spływać po jej policzkach i nikt ją nawet nie przytulił. Spojrzała z wyrzutem na mężczyzn mamrocząc:
- Dlaczego wyglądacie, jak tata i papa, ale... Nie jesteście nimi. Jesteście inni...
Bruce mruknął coś pod nosem i powoli się wycofał w obawie, że może stanowić zagrożenie dla dziewczynki.
*
Bucky zatrzymał się, gdy zobaczył nietypowe zbiegowisko. Miał się spotkać ze Steve'm, ale widząc Tony'go wolał nie podchodzić. Po całej historii z Syberią i tak był zaskoczony tym, że Stark pozwolił mu zamieszkać w siedzibie Avengersów. Co prawda wiedział, że była to także zasługa Czarnej Pantery.
Przyglądał się wszystkiemu z daleka i był coraz bardziej zaskoczony. Nagle zobaczył płaczącą dziewczynkę i już nie potrafił nie podchodzić. Coś go ciągnęło w jej stronę. Podejrzewał, że był to jego stary instynkt z czasów, gdy miał młodszą siostrę.
Alice już była kilka sekund od wpadnięcia w czarną rozpacz kiedy zobaczyła wujka Bucky'go. Na nowo pojawiła się w niej nadzieja. Co prawda zauważyła, że wyglądał trochę inaczej. Miał rozpuszczone włosy, a nie spięte w kucyk, podkrążone oczy i był chudszy. Mimo to pobiegła w jego stronę z wyciągniętymi rączkami krzycząc:
- Wujku Buckyyyyy!!!
Zareagował instynktownie. Pochwycił dziecko pędzące w jego stronę i podniósł na ręce. Dziewczynka wtuliła się w niego z całych sił i płakała. Z trudnością rozumiał to co mówiła.
- Papa... Tata... Oni są inni... Nie pozna.... Mnie...
Z jednej strony czuł przerażanie trzymając w ramionach tak kruchą istotkę. Jednak chciał zrobić wszytko by ją pocieszyć i zapewnić jej bezpieczeństwo. Był oczywiście mocno skołowany, ale starał się zachować spokój.
- Wujku... Pomóż...
Wujku?
Czyżby znowu stracił pamięć?
Odrzucił to na później, uznając, że najważniejsza jest dziewczynka. Zaczął ją lekko kołysać i mówić:
- Ciii. Nie płacz. Pomogę ci.
Steve i Tony podeszli do niego. Nie umknęło mu na uwadze, że Stark patrzy na niego ze złością.
- Znasz ją? - warknął.
- Nie - odparł i unikał patrzenia w brązowe oczy.
- Świetnie.
Steve uśmiechnął się współczująco do przyjaciela i spróbował wyjaśnić sytuację.
- Też nie wiemy kim jest ta mała. Uważa, że jesteśmy jej rodzicami. Ja i Tony.
Bucky spróbował odsunąć od siebie dziewczynkę, ale ona tylko mocniej się w niego wtuliła.
- Kim ty jesteś? - zapytał łagodnie.
- Dlaczego ty też mnie nie znasz? Papa i tata... Oni... Oni...
- Dość tego - przerwał jej Stark.
Jego głos był zdecydowany, ale nie podniesiony.
- Nic o nas nie wiesz. Znasz tylko nasze imiona. Przytulasz się do seryjnego mordercy, jak do pluszowego misia i uważasz, że jesteś bezpieczna.
Lekko odsunęła się od Bucky'go i spojrzała zaskoczona na "tatę".
- Dlaczego jesteś zły na wujka?
Steve postanowił wkroczyć do akcji. Wysunął się na przód i spojrzał na dziecko surowo.
- Przestań. Nie wiesz, co się stało i...
- Wujek Bucky skrzywdził mamę taty, ale tata mu wybaczył - wtrąciła się w jego wypowiedź.
Stark i Kapitan wymienili się spojrzeniami. Cała sytuacja zaczęła robić się coraz bardziej nerwowa.
Steve postanowił to definitywnie zakończyć. Nie chciał rozdrapywać starych ran, z których tak naprawdę wciąż sączyła się ropa.
- Mów, gdzie są twoi rodzice?! - warknął.
Alice spojrzała na niego przerażona.
- Ty jesteś moim papą - powiedziała płaczliwie i spojrzała w stronę Starka. - A on moim tatą.
Blondyn westchnął z irytacją. Nie wiedział, co bardziej go denerwowało, dziwne zachowanie dziewczynki, czy myśl, że on i Tony mogliby wspólnie wychowywać dziecko. To było bolesne i niestety wyładował frustrację na małej.
- Skończ z tymi wygłupami! Mów, gdzie są twoi rodzice?! Już! - krzyknął używając głosu Kapitana.
Otworzyła usta, nabrała powietrza i zaczęła głośno płakać.
- Brawo, Rogers! - wrzasnął Tony. - Jeśli wydawało mi się, że jej poprzedni płacz był ogłuszający, to teraz na pewno stracę słuch!
Bucky spojrzał rozczarowująco na przyjaciela i zaczął kołysać dziewczynkę.
- Ciii, cichutko... No już, już dobrze.
Mała wtulała się w niego i próbowała mówić.
- Czemu... Papa i tata... Mnie nie... Nie poznają. Tylko... Ty... Jesteś, jak...
Słysząc, jak dziewczynka zaczyna mieć problemy z łapaniem powietrza zaczął ją z całych sił przytulać.
- Ciii. Musisz się uspokoić, bo dostaniesz bezdechu. No już, malutka. Spróbuj...
Steve patrzył zaskoczony na to z jaką delikatnością jego przyjaciel odnosi się do dziecka i zaczął czuć wyrzuty sumienia. Odsunął się kawałek i przyglądał całej sytuacji z lekkim niepokojem.
Po kilku minutach dziewczynka oddychała już spokojniej, a Bucky uśmiechnął się do niej i powiedział:
- Ok, spróbujmy przejść przez to powoli. Zacznijmy od podstawowych informacji. Jak masz na imię?
- Alice.
- W porządku, Alice. A jak masz na nazwisko?
- Rogers-Stark - mruknęła.
Tony sapnął i przewrócił oczami, ale nie zamierzał się jeszcze wtrącać. W zadziwiający sposób Zimowy Żołnierz miał do niej podejście, a on zamierzał to wykorzystać do zdobycia jak największej ilości informacji.
- Ok. A wiesz kim oni są? - wskazał na Steve'a.
- To mój papa... Chyba...
Bucky pogłaskał ją po policzku i zapytał:
- A wiesz jak on ma na imię i na nazwisko?
Mała przytaknęła i wyrecytowała:
- Steve Grant Rogers-Stark.
- Wow, znasz nawet jego drugie imię, a on? - Pokazał na bruneta.
- To mój tata... Anthony Edward Stark.
- I jesteś pewna, że to twoi rodzice?
- Tak... - Mała zawahała się i smutnym głosem dodała: - Nie wiem.
W końcu inicjatywę postanowił przejąć Tony.
- A pamiętasz, co robiłaś zanim do mnie podbiegłaś? Może uderzyłaś się w głowę? Spadłaś z czegoś?
Alice pokręciła przecząco głową, ale Bucky i tak delikatnie obadał dłonią jej główkę, jednak nie wyczuł żadnych guzów.
- Ja... - zaczęła po chwili. - Byłam z tatą w warsztacie, on pracował nad takim portalem do równych światów.
Tony zmarszczył brwi i zapytał:
- Równoległych?
- Tak.
Mężczyźni wymienili się spojrzeniami. Po chwili jednak Stark wykrzyknął:
- Wiem! To mała uciekinierka. Pewno zwiała z przedszkola dla dzieci pracowników. Stąd wie o wszystkim. Idziemy - rozkazał.
Bucky spojrzał na dziewczynkę ze współczuciem i szepnął:
- Wszystko będzie dobrze.
*
Przez całą drogę wciąż trzymał Alice na rękach idąc za Steve'm i Tony'm. Dwaj mężczyźni byli przekonani, że rozwiązali zagadkę i pozbędą się "problemu". On jednak nie był tego pewny. Intrygował go sposób w jaki dziewczynka wtulała się w niego z ufnością. Nie wierzył w to, że robiłoby tak dziecko, które by go nie znało. A raczej nie znałoby jakiegoś Bucky'go z równoległego świata.
*
Stark wszedł pewnym krokiem do przedszkola i gestem dłoni zawołał przedszkolankę.
- Powinienem wam obniżyć pensję, za zaniedbania.
Kobieta spojrzała na niego wyraźnie przestraszona.
- Panie Stark, co się stało?
- Zgubiliście dziecko - syknął Steve i wysunął się do przodu.
Kobieta pokręciła przecząco głową.
- Ależ to niemożliwe. Wszystkie dzieci bawią się... Tylko jeden chłopiec został już zabrany przez mamę, a jedna dziewczynka jest chora.
- Ha! - Tony odsunął się tak, żeby kobieta mogła zobaczyć Alice. - To ta mała?
- Nie... Hanna jest blondynką.
Bucky czuł pewną satysfakcję widząc, jak jego towarzysze tracą pewność siebie.
- Na pewno jej pani nie zna? - dopytywał Tony.
- Naprawdę. Wypełniamy rzetelnie swoje obowiązki. Mogę panu pokazać wykaz dzieci wraz z ich zdjęciami.
Alice zerknęła na kobietę i smutno stwierdziła.
- Pani Teresa też mnie nie poznaje. Dlaczego, wujku?
Steve i Tony natychmiast na nią spojrzeli.
- Co? Czyli ją znasz? To twoje przedszkole? - zapytał Stark.
Mała pokiwała głową.
- Czasem mnie tu zostawiacie, jak idziecie na misje.
- No i zaczyna się - mruknął Kapitan.
Tymczasem kobieta patrzyła na nich w szoku.
- Panie Stark... Ja naprawdę nie znam tej dziewczynki.
Tony uniósł palec do góry w geście uciszenia jej i przeglądał coś w telefonie. W końcu orzekł:
- Ma rację. W bazie danych nie ma dziecka, które pasowałoby do tej małej. - Spojrzał ponownie na kobietę. - Czy możemy pożyczyć parę zabawek? Zdaje się, że nie pozbędziemy się tego dziecka tak szybko, jak myśleliśmy, a wolałbym ją czymś zająć.
Kobieta tylko potaknęła głową i zniknęła za drzwiami ozdobionymi kolorowymi zwierzątkami.
Bucky wyczuł, że Alice ponownie zaczyna być zdenerwowana i zaczął ją kołysać.
Po chwili wróciła Teresa, która wręczyła Tony'mu reklamówkę z zabawkami. Następne podeszła do Alice i podała jej pluszowego, brązowego misia mówiąc:
- Proszę, kochanie. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Zimowy Żołnierz widząc jak dziecko wtula twarz w maskotkę,
uśmiechnął się do kobiety z wdzięcznością.
- Ok, idziemy do mojego apartamentu - rozkazał Tony.
*
Kiedy znaleźli się na piętrze Starka, Steve mruknął:
- I co dalej?
- Muszę sprawdzić w bazie danych... Może znajdę coś o zaginionym dziecku albo o... Równoległych światach.
Kapitan prychnął.
- Chyba w to nie wierzysz? Ta mała kłamie. Pewno uciekła rodzicom i boi się konsekwencji.
- Nie wiem, w co wierzyć... Istnienia równoległych światów nie można wykluczyć.
- Więc, co? Wierzysz, że w jakimś innym świecie zrobiliśmy sobie dziecko?
Tony spojrzał na niego z pogardą.
- To, że dwóch mężczyzn nie może mieć dziecka, też jest wątpliwe, ale nie, nie zrobiliśmy jej. Są dwie opcje, in vitro albo adopcja. Dowiedzmy się, którą z tych opcji wybraliśmy.
Podszedł powoli do kanapy, na której siedział Bucky z dziewczynką na kolanach. Wyraźnie było widać, że jest skołowana, a on był dla niej czymś w rodzaju "koła ratunkowego". Trzymała się kurczowo jego koszuli i przytulała do jego piersi. Co chwilę pociągała noskiem, ale nie płakała.
Tony przyklęknął naprzeciwko niej i lekko się uśmiechnął.
- Mogę cię o coś zapytać?
Pokiwała głową.
- No więc, czy byłaś z nami od zawsze?
- Nie - szepnęła. - Wcześniej miałam innych rodziców, ale oni mnie nie lubili.
Stark spojrzał na nią współczująco.
- Ok. Więc, cię adoptowaliśmy?
- Tak - odparła i ukryła twarz w piersi wujka.
Stark spojrzał na Bucky'go i niechętnie powiedział:
- Jeśli wpiszę Rogers-Stark, to jestem pewny, że nic nie znajdę.
James pogłaskał ją po plecach, nachylił głowę i powiedział:
- Miałaś jakieś inne nazwisko?
- Tak - wymamrotała.
- A powiesz mi, jakie?
- Royer - szepnęła.
- Dziękuję - odparł i pocałował ją w główkę.
Tony podniósł się i mruknął:
- Zajmij się nią przez jakiś czas. Rogers raczej wywoła kolejny atak płaczu, a ostatnie czego mi teraz brakuje, to wzywanie karetki do dziecka, które się dusi.
Bucky pokiwał tylko głową. Kiedy został sam z dziewczynką powiedział:
- Hej, wiesz, że nie jestem twoim wujkiem Bucky'm? Jestem inny, ale może opowiedziałabyś mi o nim? O tym w co najbardziej lubisz się z nim bawić?
Alice pokiwała głową i szepnęła:
- Układamy puzzle.
- Ok. Widziałem w reklamówce kilka opakowań puzzli. Poukładamy je?
- Tak.
Ostrożnie postawił ją na ziemi i przyszła mu do głowy jedna myśl.
- Lubisz mnie, znaczy wujka Bucky'go?
Dziewczynka spojrzała na niego i delikatnie się uśmiechnęła.
- Najbardziej, ale nie mówię o tym przy wujku Samie i Clintcie, bo są zazdrośni.
Poczuł przyjemne ciepło w piersi i był pewien jednego, nie pozwoli skrzywdzić tego dziecka. Był przekonany, że dla Bucky'go z innego wymiaru, to maleństwo było jasnym promykiem przebijającym się przez ciemną przeszłość.
***
