Actions

Work Header

Alicja we Włoszech

Summary:

Tony i Steve postanawiają spędzić słodkie wakacje we Włoszech...
Problem polega na tym, że każdy ma inną wizję, a Steve zaczyna być nadopiekuńczy w stosunku do Alice, ale to nie do końca tylko jego wina.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter 1

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Kilka miesięcy po adopcji Alice, Tony stwierdził, że przydadzą im się wakacje. Postanowił, że spędzą dwa tygodnie w jego włoskiej rezydencji. Ku jego zaskoczeniu, Steve w ogóle nie oponował. Wręcz pochwalił jego pomysł stwierdzając, że należy dziecku pokazać inny świat.
Sama Alice była tym jednak mniej zachwycona. W sumie nie dziwili jej się. Wciąż jeszcze miewała koszmary i bywała niepewna siebie. Doskonale wiedzieli, że proces wychodzenia z traumatycznych doświadczeń może trwać latami, a nawet i wtedy niektóre obawy zostaną z nią już do końca życia.
Robili jednak wszystko by była szczęśliwa.

- Masz tam też swój pokój - powiedział zachęcająco Tony. - No może nie jest identyczny, nie ma tam rysunków papy, ale jest śliczna tapeta. Łóżko jest takie samo i półki... No cukiereczku, nie rób tej minki.
Od ponad dziesięciu minut on i Steve przekonywali małą, że opuszczenie domu, to nic strasznego.
- Będziemy zwiedzać - dodał Steve. - Zobaczysz super fajne i ciekawe rzeczy.
Alice siedziała na kanapie, podczas, gdy oni klęczeli przed nią z błagalnymi minami. W końcu opór zaczął w niej maleć.
- A co z Ogonkiem? - zapytała.
Kapitan miał już na to odpowiedź.
- Zostanie z wujkiem Bucky'm, który będzie się nim opiekował, tak dobrze, jak tobą.
Mała spojrzała na niego zaskoczona.
- To wujek nie jedzie z nami?
Tony prychnął i mruknął:
- On nie zasługuje na wakacje.
- Tony - syknął Steve, a potem uśmiechnął się łagodnie do dziecka. - To nasze wakacje. Naszej trójki. Kiedyś na pewno pojedziemy na wspólne, z wujkami i ciociami, ale teraz chcemy spędzić czas tylko z tobą.
Mała zagryzła lekko dolną wargę i wiedzieli, co to znaczyło. Analizowała wszystkie informację i za chwilę miał zapaść wyrok. Tony postanowił dorzucić jeszcze coś, co mogło wpłynąć na pozytywne rozpatrzenie ich "wniosku".
- Włoskie lody są przepyszne! W ogóle mają tam słodycze, których jeszcze nie próbowałaś.
Mała spojrzała na niego z tym błyskiem, który już dobrze znał. Nie chwaląc się, uważał, że nauczyła się tego od niego.
- Ok, ale... Wrócimy tutaj?
Tony energicznie przytaknął głową.
- Oczywiście, że tak. Tu jest nasz dom, mój warsztat... Samochody, firma...
Przerwał, gdy Steve lekko szturchnął go łokciem.
- Ale nie zostawicie mnie tam?
Tym razem Kapitan odezwał się pierwszy.
- Skarbie, przecież znasz odpowiedź na to pytanie. Jesteś całym naszym światem. Szczerzę mówiąc zastanawiam się, czy tata pozwoli ci wyjechać na studia.
Mała uśmiechnęła się, a po chwili zapytała:
- Co to studia?
- Nieważne - odparł szybko Tony. - Głupi wymysł papy, który zapomina, że w razie potrzeby mam już plany wybudowania uczelni na przeciwko siedziby Avengers.
Alice zmarszczyła brwi i po chwili wzruszyła ramiona. Nic nie rozumiała, ale nie przejmowała się tym. Nie zwracała też uwagi na to, że papa mówił coś o "wypuszczaniu z gniazda i samodzielności", a tata coś o "akademickich szaleństwach i używkach". Po chwili była już zbyt zajęta planowaniem, które zabawki zamierza zabrać na wycieczkę.
*
Trzy dni później, wieczorem, pożegnali się z przyjaciółmi na lotnisku i ruszyli w podróż. Lot trwał prawie dziesięć godzin, ale w prywatnym samolocie Tony'go ciężko było narzekać na niewygody. Specjalnie wybrali lot nocą, by mała po prostu część z niego przespała.
Kiedy w końcu dotarli na miejsce, dziewczynka zamrugała zdziwiona i rozejrzała się. Steve, który trzymał ją na rękach zapytał:
- Coś nie tak kochanie?
- Dlaczego tu jest noc?
Tony zachichotał i odparł.
- Różnica czasu, cukiereczku. Strefy czasowe, to okropna sprawa w podróżach.
Alice wciąż niewiele rozumiała, więc, gdy wsiedli do samochodu, Steve starał jej się to w miarę wytłumaczyć. Tony wątpił by wiele z tego zrozumiała, ale podziwiał męża za szkic słońca okrążającego ziemię.
Gdy dotarli do rezydencji, mała ponownie spała, co było im na rękę.
*
- Myślisz, że da radę się przestawić? - zapytał Steve z troską, gdy układał małą w łóżku.
- Jasne, pewnie dziś obudzi się dużo wcześniej niż normalnie, ale jakoś to przetrwamy.
- Hmm... - Przysiadł przy łóżku i pogłaskał ją po głowie. - Czy nic jej nie będzie? Nie przemyśleliśmy tego, jak taki mały organizm zniesie...
- Kotku - mruknął Tony. - Tysiące dzieci na całym świecie podróżują, a ich rodzice heroicznie walczą ze strefami czasu.
Steve uśmiechnął się i pokiwał głową.
*
Rano, Alice faktycznie wstała dużo wcześniej i była zmęczona, ale szybko zaczęła się interesować nowym otoczeniem. Była zachwycona ogrodem otaczającym dom, egzotycznymi drzewkami i placem zabaw, który Tony przygotował dla niej już kilka tygodni wcześniej, gdy był na krótkiej wizycie we Włoszech w sprawach biznesowych.
W południe biegała już pełna energii, na boso po trawie.
Steve obserwował ją z rozbawieniem, ale w pewnym momencie jego uwagę przykuło to, że pomoc domowa zaczyna zastawiać stoły znajdujące się na zewnątrz pod rozłożystymi, białymi namiotami. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie ilość talerzy.
- Ali! Nie oddalaj się za bardzo. Idę na chwilę do domu porozmawiać z tatą!
Dziewczynka przytaknęła główką, a on mimo wszystko mijając młodą gosposię poprosił ją by ta miała oko na dziecko.
*
- Tony!
Brunet wyszedł z sypialni trzymając w dłoni świeżo wyprasowaną, białą koszulę. Wzrok Steve'a przez chwilę wędrował po nagiej piersi męża. W końcu mruknął:
- Dlaczego pokojówki i lokaj przygotowują stół?
- Lucia wpadnie - odparł beztrosko.
Steve jednak napiął się. Doskonale wiedział, że to nie oznacza tylko obecności kobiety.
- Tylko ona? - zapytał z oczywistą nutą podejrzliwości.
- No nie... Znasz ją. - Zachichotał. - Będą też jej znajomi.
Steve westchnął ciężko. Doskonale wiedział, że oznacza to kilkanaście całkowicie obcych dla niego ludzi. Tony natomiast w najlepszym wypadku znałby ich imiona. Westchnął ciężko i zaplótł dłonie na piersi.
- Co jest? - mruknął Stark. - Przecież ją lubisz.
- Tak, ale... Nie zrozum mnie źle. Przyzwyczaiłem się już do tego, że niewiadomo skąd w naszym domu pojawiało się pełno obcych ludzi i organizowałeś przyjęcie, ale mamy Alice. Wiesz, jak ona reaguje na obcych.
Tony spojrzał na niego z lekkim wyrzutem.
- Dlatego, poprosiłem ją, by ograniczyła się do sześciu osób. Sześciu - podkreślił z udawaną powagą. - Chyba dziecko, które na co dzień widzi nawróconego seryjnego mordercę, latającego faceta przebranego za sokoła, obłąkanego łucznika i...
- Ok, zrozumiałem.
Steve postanowił nie kontynuować rozmowy i wrócić do dziewczynki.

Po drodze myślał o przyjaciółce Tony'go. Czy naprawdę ją lubił? Ciężko było mu to określić. Była piękną włoszką po pięćdziesiątce. Choć jej wiek trudno było określić. Ubierała się jak nastolatka, zachowywała jak studentka. Była wiecznie roześmiana i otaczała się wieloma przyjaciółmi. Nigdy niczego nie traktowała na serio. Tylko raz udało mu się z nią porozmawiać na poważnie. Jeden jedyny raz. Wtedy to dowiedział się, że Lucia miała kiedyś męża despotę. Kierował całym jej życiem i żądał od niej potomstwa. Niestety wszystkie próby spełzały na niczym. Kiedy okazało się, że jest bezpłodna, mąż zaczął ją zdradzać. Lucia miała wtedy trzydzieści lat i powiedziała "dość". Zmieniła swoje całe życie o 180º. Rozwiodła się, założyła własną firmę odnoszącą sukcesy, poznała Tony'go, zaczęła podróżować po całym świecie i zaczęła czerpać z życia pełnymi garściami.
Czy więc ją lubił?
Na pewno ją podziwiał.
Lucia kiedyś powiedziała do niego: "Szkoda, że grasz w innej drużynie Stevie. Z takim mężczyzną, jak ty, u boku byłabym naprawdę szczęśliwa."
Potem jej perlisty śmiech wypełnił całe pomieszczenie.
Kapitan jakoś ani trochę się z nią nie zgadzał. Nie potrafiłby kochać takiej osoby, jak ona, a tym samym nie dałby jej szczęścia.
*
Kiedy dwie godziny później w ich domu zjawili się goście, Steve zrozumiał, że jego sympatia do włoszki może zostać mocno nadszarpnięta.
Lucia przywitała się z nimi, a potem... Oszalała z radości na widok Alice. Trzeba było przyznać, że dziewczynka wyglądała przesłodko. Miała na sobie jasnożółtą sukienkę i wianek z kwiatków na głowie. Kobieta klasnęła w dłonie i krzyknęła:
- Oh Tony, che dolce bambino! - Przyklęknęła przy małej i złapała ją za rączki przyciągając do siebie. - Vieni qui, angelo.
Alice wcale nie wyglądała na zadowoloną. Spojrzała zrozpaczona w stronę taty, ale on tylko się zaśmiał, gdy Lucia zaczęła całować ją w policzki.
- Come ti chiami, tesoro?
- Si chiama Alice. Non parla ancora italiano - odparł radośnie Tony.
Kobieta wciąż przytulała dziewczynkę, mimo że ta wyraźnie próbowała się od niej odsunąć. Całą sytuację obserwował Steve i coraz bardziej mu się to nie podobało. Czuł jak rodzi się w nim instynkt, by obronić swoje dziecko. Wiedział, że to irracjonalne. Lucia nie stanowiła realnego zagrożenia. Jednak wyraźnie widział, że jego córeczka czuje się niekomfortowo, a Tony zachowywał się tak, jakby zupełnie tego nie dostrzegał.
A potem ostatnia twierdza rozsądku upadła, gdy Lucia wesoło zagruchała:
- Sei carino. Penso che ti terrò per sempre.
Oczywiście wiedział, że to żart typowy dla włoszki, ale w tamtym momencie dziękował niebiosom, że Alice nic nie rozumie. Gdyby bowiem usłyszała to po angielsku, wpadłaby w panikę. Oczami wyobraźni widział, jak zaczęłaby płakać, a potem wtuliłaby się w niego z całych sił błagając, by jej nie oddawał.
Postanowił więc wkroczyć do akcji. Mimo że z całych sił starał się podejść w sposób swobodny to i tak wyglądał, jakby szedł przez pole bitwy.
- Lucia, przepraszam, ale czy możesz puścić Alice? Ona nie przepada za taką czułością ze strony osób, których nie zna. Naprawdę, przepraszam.
Skrzywił się lekko, gdy zrozumiał, że jego "przepraszam" nie brzmiało ani trochę przepraszająco, raczej rozkazująco.
Jednak, gdy dziewczynka odwróciła się i spojrzała na niego błagalnie, poczuł się rozgrzeszony.
Lucia natomiast, typowo dla siebie, zaczęła się śmiać. Puściła dziecko i wyprostowała się.
- Och, Steve, jesteś taki papà orso.
Postanowił zignorować jej uwagę i wziął w ramiona córeczkę, która od razu się rozluźniła.
Tony natomiast chcąc rozładować sytuację klasnął w ręce i zaczął kierować gości w stronę stołu. Potem podszedł na chwilę do męża, który został z dzieckiem z tyłu i mruknął:
- Alice, cukiereczku, to nasi przyjaciele. Nie możesz się bać.
- Tak, przyjaciele, choć tatuś nie zna imion połowy z nich - mruknął Steve.
- Nie ucz dziecka ironii.
- Nie muszę. Nauczy się od ciebie.
Stark przewrócił oczami, a potem przywołał na twarz jeden z najpogodniejszych uśmiechów i przejął Alice, choć Kapitan nie wydawał się tym zachwycony.
- Chodź do tatusia. Papà orso załapał focha, bo ktoś próbował mu zabrać cucciolo di orso.
Powiedział to takim głosem, że rozśmieszył małą, a dla wzmocnienia efektu zaczął ją łaskotać.
Steve poczuł zażenowanie i westchnął ciężko.
*
Jego zakłopotanie tylko wzrosło, gdy po jakimś czasie Alice w miarę oswoiła się z gośćmi i nawet kilka razy pozwoliła, by Lucia wzięła ją na kolana.
Starał się wdać w jakieś mało znaczące konwersacje, żeby oddalić od siebie palące uczucie w klatce piersiowej.
Włoszka nie dawała mu jednak na to szansy i przy każdej możliwej okazji nawiązywał do tego, że jest jak "papà orso". Zagryzał wtedy wnętrze policzka i wymuszał uśmiech. Tony z kolei był w swoim żywiole. Na zmianę rozmawiał po włosku i angielsku. Opowiadał mnóstwo anegdotek i wdawał się w długie dyskusje.
Steve myślał już, że wybuchnie, gdy z nieoczekiwanym ratunkiem przybyła jego córeczka. W pewnym momencie wdrapała się na jego kolana, wtuliła w pierś i głośno ziewnęła.
- Jesteś śpiąca?- zapytał, na co ona tylko przytaknęła.
Spojrzał na zegarek. To nie była jej zwyczajowa pora snu, brakowało jeszcze dobrych trzech godzin, ale widział, że jest już naprawdę zmęczona.
- Ok. - Wstał ze swojego miejsca trzymając ją w ramionach. - Wybaczcie wszyscy, ale muszę położyć spać Alice. Zmiana czasu wciąż trochę miesza w jej harmonogramie.
- Och, myślę, że jeszcze dwa dni i będzie ok - odparł wesoło Tony i podszedł do nich.
Pocałował małą w policzek mówiąc:
- Dobranoc cukiereczku.
Lucia także do nich podeszła, ale ku jej zaskoczeniu, mała odwróciła się chowając twarz w barku papy.
Steve nie mógł powstrzymać uczucia zadowolenia, które poczuł. Pogłaskał czule córeczkę po plecach chcąc jej przekazać, że wszystko w porządku.
Po chwilowym szoku włoszka natychmiast się szeroko uśmiechnęła i powiedziała:
- Buona notte piccola.- Potem zwróciła się do Steve'a. - Tylko wróć do nas szybko.
- Och, to może trochę zająć. Kąpiel, ciepłe mleczko, bajka na dobranoc, tulenie... Nie spodziewajcie się mnie za prędko.
Nie potrafił ukryć w swoim głosie zadowolenia i sprężystym krokiem ruszył w stronę domu.
*
Jednak już po czterdziestu minutach jego entuzjazm zmalał. Wszystko robił, jak najwolniej, ale Alice już odpływała.
- Słoneczko - zamruczał, gdy wtopiła się w jego ramię. - Przeczytać ci jeszcze jedną bajkę?
- Ymm...
- A może cię pokołyszę?
Z trudem otworzyła oczy i spojrzała na niego ze zmęczeniem.
- Papa?
- Tak? - zapytał z nadzieją.
- Chcę spać, ale... Możesz ze mną zostać. Wiem, że... - Ziewnęła. - Nie chcesz wracać.
- Och.
Alice z powrotem zamknęła oczy, a on pogłaskał ją po głowie. Czasem zaskakiwało go to, jak bystrym i spostrzegawczym była dzieckiem.
Ułożył się wygodniej, obiecując sobie, że za pół godziny wróci do gości.
Potem jednak skupił się na cieple bijącym z małego ciałka, na spokojnym dziecięcym oddechu...
*
Otworzył oczy, kiedy poczuł, jak coś ciągnie go za ramię. Nad nim stał jego mąż.
- Mam wrócić na przyjęcie? - wymamrotał sennie.
Tony zaśmiał się cicho i poprawił kołdrę na Alice.
- Nie, pączku. Goście już poszli. Zniknąłeś na ponad trzy godziny.
Steve poczuł, jak na jego policzkach pojawia się rumieniec.
- Uch, przepraszam...
- Spokojnie. Powiedziałem im, że prawdopodobnie zasnąłeś czytając jedną z tych "fascynujących" bajek dla dzieci.
- Och... Dzięki, chyba.
Tony pokręcił głową i poklepał go po udzie.
- No chodź do sypialni.
Ostrożnie wstał i z czułością spojrzał na dziecko. Nachylił się nad nią całując w głowę i cicho szepnął:
- Dziękuję.
*

Notes:

Słowniczek:

- Oh Tony, che dolce bambino! - Och, Tony, co za słodkie dziecko!
- Vieni qui, angelo. - Chodź tu, aniołku.
- Come ti chiami, tesoro?- Jak masz na imię, kochanie?
- Si chiama Alice. Non parla ancora italiano. - Nazywa się Alice. Nie mówi jeszcze po włosku.
- Sei carino. Penso che ti terrò per sempre. - Jesteś słodka. Myślę, że zatrzymam cię na zawsze.
- Papà orso - Papa Bear (Tata niedźwiedź).
- Cucciolo di orso - Niedźwiadek.
- Buona notte piccola - Dobranoc malutka.

PS. Wiecie, jak wyglądał Steve zbliżający się do Lucii? Dokładnie tak XD
https://66.media.tumblr.com/493163a6b822b1feb5967dc8447051fb/tumblr_op3xnjJoh11r8j1j3o1_500.gifv