Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2021-04-21
Updated:
2021-04-23
Words:
1,437
Chapters:
3/?
Comments:
7
Kudos:
6
Bookmarks:
1
Hits:
165

Pamiętniki Założycieli

Summary:

Pamiętniki największych czarodziejów wszechczasów - jakie przemyślenia o życiu, swoim związku i ogólnie o świecie mieli Założyciele?

Notes:

Praca w ramach wyzwania - pisania w gatunku, którego nigdy, przenigdy nie tknęłam. Nawet nie pisałam pamiętników jako dziecko/nastolatka, więc jest to rzecz dla mnie zupełnie nowa, także proszę o każde możliwe wsparcie - przyda się, żebym była dzielna!
Chaptery nie będą chronologicznie, będę pisać to, co akurat mnie natchnie, co może oznaczać, iż czasem wrócę się do dzieciństwa/młodości Salazara, czasem będę pisać o jego życiu już po odejściu z Hogwartu, czasem o życiu w zamku... Generalnie, o wszystkim co przyjdzie mi do głowy danego dnia, bo zamierzam, w miarę możliwości, zrobić z tego dzienne wyzwanie.

Chapter 1: Salazar Slytherin

Chapter Text

14 dzień wiosny 903 A.D.

 

Czasami mam wrażenie, że ja i Godric nie żyjemy w tej samej rzeczywistości. 

Dzisiejsza kłótnia, jak zwykle zwieńczona pójściem w dwie różne strony, na jak najbardziej oddalone od siebie krańce zamku, jest tego niezbitym dowodem. Zaprzeczanie faktom jest dla mojego narzeczonego chyba ulubioną rozrywką - pokaż mu dowody, a on je wrzuci do kominka i zapomni o nich razem z ulatniającym się dymem. 

 

Jestem tym tak strasznie zmęczony… Jego ignorancją i dawaniem wiary tylko w to, co na dany moment jest zwyczajnie wygodne. Mam ochotę wrzeszczeć, że nie, udawanie, iż coś nie istnieje wcale nie sprawia, że egzystencja tego czegoś się bezpowrotnie kończy. Możliwe nawet, iż właśnie to zrobiłem podczas dzisiejszej awantury; szczerze nie pamiętam. 

 

Kocham go, ale w momentach takich, jak ten, jestem bliski roztrzaskania tej jego pustej głowy o najbliższą ścianę. Chce mi się krzyczeć z rozpaczy, wyć z bezsilności, płakać nad rozlanym mlekiem. Nie zmienię Godrica, nawet nie mam na to specjalnie ochoty, bo zazwyczaj lubię go takim, jakim właśnie jest - to w takim nim się zakochałem lata temu i takiego go akceptuję. Niemniej jednak samotne wieczory, takie jak ten sprowadzają do mnie niechciane myśli, z którymi nie sposób jest walczyć, gdy jest się tak słabym, jak ja w tym momencie. 

 

Myślę o wszystkich tych chwilach, gdy ja i mój narzeczony nie zgadzaliśmy się ze sobą, jedynie podsycając palącą się we mnie już złość i rozgoryczenie. Było bardzo dużo, o wiele więcej, tych dobrych chwil, ale konfrontacje powodują iż z jakiegoś powodu nie potrafię myśleć o niczym innym, jak innych razach, kiedy raniliśmy się nawzajem. Z mieszaniną dziwnego rodzaju dumy oraz żalu stwierdzam, iż jestem całkiem niezły w tym całym “wbijaniu szpili” i wiem, że gdyby wszystkie te rany były widoczne, Godric wyglądałby niczym sitko. Sam nie pozostaję bez szwanku, mój ukochany wie doskonale, gdzie uderzyć, by mnie zabolało - chociaż jego ciosy, bardziej niż moje kąsanie, przypominają różnobarwne siniaki tworzące się pod skórą - można powiedzieć więc, iż dosłownie “zachodzi mi za skórę”. Może dlatego to ja jestem tym, który później wybacza wszystkie nasze starcia - moje rany są mniej powierzchowne niż jego. 

A może po prostu chodzi o to, iż po prostu jestem pamiętliwą żmiją. Jakkolwiek, zastanawiam się ile dni minie, zanim mój narzeczony zapuka do mych komnat prosząc o pojednanie. Dwa, trzy dni? Więcej? Jesteśmy różni niczym żywioły, którymi się posługujemy, a mimo to nie potrafimy za długo bez siebie wytrzymać. Zobaczymy więc. Ja już zaczynam powoli żałować swojego dzisiejszego wybuchu gniewu... ale duma nie pozwoli mi pójść pierwszym. Zaś upór Godrica gwarantuje, że pojednanie nie odbędzie się tak od razu. Czasami mam wrażenie, że największymi przeszkodami w naszym związku jesteśmy my sami.

 

Wyczerpanie powoduje, iż wzięta dopiero co szklanka miodu zapewne położy mnie spać w rekordowym czasie. 

 

Zastanawiam się, czy miłość to wystarczająca siła, abyśmy przetrwali.