Work Text:
Ktoś zapukał do drzwi i doktor Ben Cronin podniósł wzrok znad notatek, które przeglądał. Jeden ze specjalistów stał w progu – ten nowy młodziak. Śmieszne miał imię. Bert, Brett? Nieważne. Trepy wszystkie były takie same.
– Tak? – zapytał.
– Wrócili, doktorze.
Cronin zamknął zeszyt i wstał.
– Dasz znać doktorowi Redfieldowi?
– Już dałem – odpowiedział specjalista.
– Dzięki, panie, hm… – zająknął się lekarz.
– Rumlow, sir.
– Ach, tak. Pan Rumlow. – Cronin przeszedł obok specjalisty, chowając długopis do kieszeni fartucha laboratoryjnego.
Idąc myślał o imprezie bożonarodzeniowej w kancelarii Maureen. Będzie kawior. I ten niesamowity szampan. Nieobecnie przytknął kartę do czytnika i wszedł do pomieszczenia, myśląc o tym, że praca dla rządu nie ma żadnych bonusów.
Kapitan misji czekał.
– Doktorze – powiedział.
Obiekt był gotowy, pozbawiony sprzętu; siedział na stołku i jadł proteinowy baton. Nie miał widocznych obrażeń. Trzech strażników stało dookoła pomieszczenia, tuląc broń w ramionach. Rumlow wszedł za nim i zajął miejsce w jednym z kątów.
– Jak poszło? –zapytał kapitana Cronin.
Kapitan wzruszył ramionami.
– Czysto. Szkód brak.
– Jakieś leczenie polowe?
– Nie było takiej potrzeby.
Cronin przyciągnął chybotliwy stołek do obiektu i usiadł.
– To dobrze – powiedział. – Chcę dziś wrócić do domu o czasie.
Obiekt skończył jeść i spojrzał na niego. Cronin spojrzał mu prosto w oczy i ten odwzajemnił spojrzenie, bezlitośnie i oceniająco. Wnikliwa inteligencja w tych oczach zawsze pozostawiała Cronina niespokojnym. Dziś wieczorem jednak obiekt zdawał się być łagodny i bierny. Powinno pójść gładko. Wyciągnął rękę.
– Gorąca partia? – zapytał kapitan.
Obiekt umieścił nadgarstek w dłoni Cronina, który zacisnął wokół niego palce, by zbadać puls. Mieli lepsze narzędzia niż staroświeckie praktyki, których miał używać przez następne kilka minut, ale ta sekwencja była częścią rytuału, którego akceptacji obiekt został nauczony na długo przed pojawieniem się Cronina w projekcie. Zliczył powolne, regularne uderzenia, patrząc na zegarek.
– Dziś wieczorem jest impreza świąteczna w firmie Maureen – powiedział, gdy już puścił nadgarstek obiektu i wyjął małą latarkę. – Cronin chwycił za policzek obiektu i ustawił jego głowę, błyskając światłem w oczy i obserwując odruch bezwarunkowy. – Formalna, elegancka impreza. Muszę się ubrać.
– Nieźle – rzucił kapitan.
– No. – Wcisnął latarkę z powrotem do kieszeni i zdjął stetoskop zawieszony na szyi. – W zeszłym roku mieli te takie czekoladowe suflety. – Przymknął oczy, dopasowując stetoskop w uszach. – Genialne.
Kapitan pokręcił głową.
– Czym ona się zajmuje?
Cronin osłuchiwał serce i płuca obiektu. Nie spodziewał się niczego nie poza normą ani tego, że znajdzie jakieś nieprawidłowości. Jedyny raz, gdy usłyszał cokolwiek innego niż idealnie równy rytm był wtedy, kiedy obiekt miał trzy złamane żebra i zapadnięte płuco.
– Podatkami dochodowymi od osób prawnych – odpowiedział, przerzucając stetoskop na powrót przez szyję. – Myślę, że pracuje dla Wal-Martu.
– To takie…
– Nudne – dokończył Cronin, cofając się na stołku i obracając wokół pomieszczenia. – Nawet ona uważa, że to nudne, ale te dodatki…
Otworzył szafkę i wyjął sól fizjologiczną, kroplówkę oraz lorazepan. Cofając się w stronę obiektu spojrzał na kapitana.
– Czy są już gotowi?
Kapitan machnął na Rumlowa, który wsadził pistolet do kabury i wyszedł z pomieszczenia. Cronin wystawił rękę, a obiekt znów podał mu swoją. Doktor krótko skinął głową badanemu, owijając opaskę uciskową wokół jego ramienia.
– A pan? – zapytał kapitana. – Ma pan jakieś plany na weekend?
Kapitan pokręcił głową.
– Nie-e. Jestem jutro na służbie. Pewnie pójdę na mecz w niedzielę.
Cronin działał szybko, wsuwając wenflon do żyły obiektu i zdejmując opaskę uciskową.
Przyklejając dreny poczuł, że obiekt na coś zareagował. Nastąpiło spięcie mięśni pod jego palcami, silne naprężenie, i spojrzał na twarz badanego. Obiekt patrzył w stronę wejścia, marszcząc czoło i mrużąc oczy. Doktor usłyszał otwierające się za nim drzwi i Rumlowa mówiącego:
– Doktor Refield jest gotowy, sir.
Cronin wziął do rąk butelkę lorazepanu i strzykawkę. Trzymając je na wysokości twarzy odwrócił butelkę do góry nogami, ściągnął jedną dawkę do strzykawki i wystukał z niej bąbelki powietrza. Obiekt był tuż za butelką, a twarz miał zwróconą ku drzwiom.
– Spokojnie, żołnierzu – powiedział łagodnie. Ujął łokieć obiektu w rękę i wprowadził strzykawkę do cewnika. – To nie potrwa długo, no już.
Puszczając ramię obiektu zerknął na zegar i następnie odepchnął się na kilka metrów, szukając znaków wskazujących na to, że lek zadziałał.
– Jaki mecz? – zapytał.
– Hm? – mruknął kapitan.
– Na jaki mecz pan pójdzie? – doprecyzował Cronin.
– Giants[1]. Grają z Broncos[2] – odpowiedział kapitan.
– Aha. Zapowiada się dobry mecz?
– Powinien. Oba zespoły mają dobre sezony.
Cronin pokiwał głową.
– Miałem na lekarskim współlokatora z Bostonu. Patrioci[3] to. Patrioci tamto. – Cronin przewrócił oczami, patrząc na swojego rozmówcę.
Kapitan się zaśmiał.
– Bostońscy fani są zwyczajnie szaleni – zgodził się.
Już się zaczęło, tak. Cronin spostrzegł, że napięcie wokół oczu obiektu zmniejszyło się lekko, a jego ramiona rozluźniły. Przesunął się na stołku wprzód i podpiął torbę z kroplówką, podając ją obiektowi, a potem wstał. Dotknął obiekt w ramię i ten spojrzał na niego.
– Czas iść – powiedział. – Chodź ze mną.
Obiekt wstał i trzymał się przy Croninie, gdy opuszczali gabinet. Strażnicy otoczyli ich, kiedy szli korytarzem.
Kapitan przytknął swój identyfikator przy drzwiach; weszli. Cronin poczuł, jak obiekt przez chwilkę się zawahał, gdy zobaczył pomieszczenie i to, co się w nim znajdowało.
– W porządku – zachęcił go cicho. – Idź dalej – rzekł, kładąc dłoń na plecach obiektu, który wznowił ruch i podszedł do krzesła bez żadnych kolejnych ponagleń.
Gdy usiadł, włączył się cały rząd wskaźników: pulsu, poziomów tlenu, ciśnienia krwi, diagnostyki implantów, skanów układu nerwowego w czasie rzeczywistym… Lista ciągnęła się i ciągnęła.
Prawdę powiedziawszy, właśnie dlatego Cronin został na tym stanowisku. Mógł dostać posadę w Merke lub Biogenie, albo jakiejkolwiek innej dużej firmie farmaceutycznej, ale nikt nie miał tego, co miała Hydra. To tu dział się prawdziwy postęp. Dlatego został, mimo gównianej rządowej pensji i całej reszty. Automatycznie przeleciał oczami po odczytach, sprawdzając, czy niczego nie pominął.
Obiekt wystawił torbę z kroplówką, a Cronin zawiesił ją na stojaku. Redfield stał za rzędem urządzeń, majstrując przy czymś. Spojrzał w górę.
– Gotowi?
Cronin skinął głową.
– Wszystko przygotowane.
– Czy czekamy na sprawozdanie?
Cronin spojrzał na kapitana, który pokręcił głową.
– Więc go usadź.
Cronin podniósł ochraniacz na zęby i wsunął go obiektowi do ust. Przyłożył rękę do barku obiektu, popychając go w tył. Jak zwykle, obiekt usiadł. Dopiero gdy klamry zamknęły się wokół niego, rozpoczął się atak paniki. Cronin obserwował go z przymrużonymi oczami, ale metal wytrzymał. Nawet po tej cholernej końskiej dawce lorazepanu, którą doktor mu podał, obiekt wciąż zdołał przebić się przez działanie leku przed rozpoczęciem zabiegu.
Redfield uruchomił maszynę. Cronin podszedł i stanął obok niego, oczami skanując monitory. Obserwował, jak zmieniały się obraz mózgu, gdy połączenia, które obiekt stworzył w czasie misji były resetowane.
– Tu – rzucił, wskazując punkt na skanie mózgu, który jeszcze się nie oczyścił.
Redfield pokiwał głową i dostroił kontrolki.
Kiedy skończyli, Cronin dotknął nadgarstka obiektu, teraz spoconego i lepkiego, i wybadał tętno. Było szybkie i nitkowate. Rozwarł jego oczy i zaświecił w nie latarką. Spojrzał w górę, na zegar.
– Kiedy ma się pojawić zespół od krio? – zapytał.
Redfield trzymał śrubokręt między wargami, na normalnych okularach miał szkła powiększające i pracował nad czymś z tyłu krzesła. Wyjął narzędzie z ust i podniósł szkła.s
– Za godzinę, tak mi się wydaje. Czemu pytasz? Spieszysz się dokądś?
Cronin znów spojrzał na zegar. Może, gdyby nie było kroków… Skinął głową.
– Firma mojej narzeczonej wyprawia imprezę bożonarodzeniową.
– Aha.
– To ważna sprawa. Garnitury i te tam.
Redfield roześmiał się.
– Ty? W garniturze?
Cronin wzruszył ramionami, uśmiechając się nieśmiało.
– Ona mi mówi, że wyglądam całkiem nieźle.
Redfield wyszczerzył zęby, a potem zerknął na monitory.
– Wszystko w normie?
Cronin pokiwał głową.
– Tak.
– Okej – powiedział Redfield. – Słuchaj. Daj mu jeszcze jeden zastrzyk lorazepanu, żeby mu nie dobiło, kiedy się obudzi i potem zmykaj. Zajmę się resztą.
– Serio?
– Serio. Idź. Zabaw się.
Cronin wyjął lek z szafki, napełnił strzykawkę.
– Jestem ci dłużny, Stan.
Redfield machnął ręką.
– Nie masz za co.
Cronin wpuścił lek do kroplówki, sprawdzając tempo skapywania.
– To powinno go utrzymać.
Redfield przytaknął.
– Wesołych Świąt, Ben.
Cronin spojrzał na niego.
– Och, no tak. Nie ma cię w przyszłym tygodniu.
– Jadę do Cleveland. Takie to ekscytujące.
Cronin, wrzucając strzykawkę do reszty ostry narzędzi, zachichotał i odwrócił się z powrotem do Redfielda.
– No, Wesołych Świąt, Stan. Będę mieć pager, gdyby coś…
Redfield pokręcił głową.
– Idź do domu, Ben. Poradzę sobie.
Cronin uśmiechnął się szeroko.
– Miłego weekendu wszystkim! – krzyknął, wychodząc przez drzwi i już myśląc o kawiorze.
[1] Zapewne chodzi o New York Giants, zawodowy zespół futbolu amerykańskiego z siedzibą w East Rutherford (stan New Jersey). Giants to z ang. giganci. Informacje pochodzą z Wikipedii.
[2] Chodzi tu o Denver Broncos, czyli zawodowy zespół futbolu amerykańskiego z siedzibą w Denver, w stanie Kolorado. Bronocos to dzikie konie z zachodnich terenów USA. Informacje pochodzą z Wikipedii.
[3] Ben Cronin odwołuje się tu do powszechnie znanej animozji między zespołami Denver Broncos i New England Patriots (do ’71 Boston Patriots). Oba zespoły grają w lidze NFL, czyli najważniejszej lidze amerykańskiego futbolu. Patriots to z ang. patrioci. Informacje pochodzą z Wikipedii.
