Work Text:
Co było najgorszym możliwym dźwiękiem na świecie?
Cóż, dla Pantalona było to bezsensowne pieprzenie Dottora o czymkolwiek i jego okropny śmiech. Był on dość denerwujący gdy za pierwszym razem go usłyszał, ale po latach pracowania z tym klonem jego niepokój zmienił się w irytację i frustrację.
Na szczęście tylko ten konkretny klon śmiał się w tak obrzydliwy sposób, a przy dobrych wiatrach bankier był w stanie go unikać. Wszystkie klony łączyło jedno - nie wydawały żadnych dziwnych dźwięków i ubierały się praktycznie tak samo. Może i były upierdliwe i wywyższały się, ale przynajmniej nie tak bardzo jak ten klon. Ten, który jako jedyny ubierał się inaczej i wyglądał jak klaun.
Bankier się czasem szczerze zastanawiał co jest kurwa nie tak z tym klonem, bo inne w porównaniu do niego można było nazwać normalnymi. Prawie. Ale nadal można było. Jednocześnie Pantalone nie interesował się tym na tyle, aby faktycznie się spytać Doktora o chuj chodzi z tym klonem. Miał ważniejsze sprawy na głowie, na przykład nasłanie komorników na wszystkich, którzy mieli u niego długi.
Jego rozmyślania zostały przerwane przez cichy, maniakalny śmiech. Pantalone zacisnął palce na piórze, kiedy odgłos stawał się coraz głośniejszy i rozejrzał się szybko po swoim biurze. Był w nim bałagan, który chociaż raz mógł wykorzystać. W końcu schowanie się w zagraconym pokoju powinno być łatwe.
Pantalone wcisnął się między ścianę i kanapę, zakrywając wejście lampą i kołdrą, która z jakiegoś powodu była na podłodze. Być może było to spowodowane… jego problemem ze zbieraniem i pozbywaniem się rzeczy (syllogomania) . Ale co tam, to nic takiego, nawet jeśli jego terapeuta miał inne zdanie na ten temat.
Siedział cicho jak mysz pod miotłą, kiedy Dottore szarpał klamkę zamkniętych drzwi.
— Bogaczu! — jęknął Doktor — Wpuść mnie!
Jebany, zawsze to robił w piątki po południu. Bez przerwy. Czy on kiedykolwiek przestanie próbować wtargnąć się do biura Pantalona, żeby tylko błagać go o kasę której i tak nigdy nie dostanie? Prawdopodobnie nie, chociaż Dottore zazwyczaj nie był aż tak nieznośny. Czy on serio musiał się śmiać w tak chory i dziwny sposób? Pantalone zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć gdzie dokładnie były inne klony. Był pewien, że jego najmniej lubiany klon został wysłany gdzieś daleko od Śnieżnai, a tymczasem zza drzwi dochodził odgłos, aż zbyt podobny do tego od klona klauna, więc o chuj chodziło?
Czy on naprawdę zrobił kolejnego klona?!
Pantalone zacisnął zęby, zastanawiając się ile hajsu by poszło na wynajęcie kogoś, kto by zabił to coś zwane klonem, albo w sumie klaunem. Pewnie dużo, ale dla bankiera to nie był problem.
— No weź, chyba nie chcesz żebym znowu rozwalił ci drzwi — narzekał Dottore, jednocześnie nawalając w drzwi — Wydawało mi się, że te akurat ci się podobały?
Bo tak właśnie było, lubił te drzwi, ale to nie miało żadnego znaczenia. Niespecjalnie miał ochotę słuchać pierdolenia Dottora o tym, jak to on zasługuje na wyższe fundusze na jego cudowne projekty, ale też nie miał ochoty słuchać jego narzekania gdyby Pantalone mu odmówił. Miał lepsze rzeczy do roboty, na przykład rozmyślanie nad tym, komu powinien połamać nogi aby długi zostały spłacone, bo komornik to mogło być za mało.
Mamrotanie i walenie stopniowo ucichły. Pantalone wstrzymał oddech.
Usłyszał charakterystyczny dźwięk rozwalającego się drewna i westchnął w duchu. Kolejny dzień, kolejne drzwi…
— Bogaczu? Co jest kurwa, serio cię tu nie ma? Ja pierdole, o chuj chodzi. Zawsze tu jesteś. Chowasz się gdzieś? Ranisz mnie.
Pantalone wywrócił oczami, kiedy słyszał jak Doktor przekopuje się po jego pokoju. Jebany miętowy skurwysyn specjalnie wykuł na pamięć jego harmonogram, aby móc go wkurwiać kiedy tylko się da.
— Czyli serio cię nie ma? Gdzieś ty kurwa polazł? Nawet nie zostawiłeś żadnej kasy, ani trochę. No ja pierdole… — Dottore po kilku minutach wydał z siebie niezadowolony dźwięk.
Coś jeszcze spadło na podłogę z wielkim trzaskiem, a serce Pantalona podskoczyło z ekscytacji na samą myśl o odjęciu ogromnych kwot mory z wypłaty Dottora, aby pokryć spowodowane szkody. To było jego ulubione hobby, zabieranie mory jego współpracownikom. Zajebiste! Chociaż tak naprawdę to ogólnie kochał wszystkim zabierać morę, ale to było jeszcze bardziej ekscytujące gdy dotyczyło ludzi z władzą.
Pantalone dopiero po dłuższej chwili odważył się spojrzeć ze swojej kryjówki i zobaczyć, co się dzieje aktualnie. Jego biedne drzwi leżały na ziemi, całe połamane na kawałki.
A Doktor nadal był w pokoju.
Bankier z powrotem schował się pod kołdrą, przełykając przekleństwo. Co prawda drugi mężczyzna był do niego, na szczęście, odwrócony tyłem, no ale i tak. Na co on kurwa czekał? No bo chyba nie na Pantalona?
Och, zapowiadała się długa noc. Świetnie.
Pantalone znowu wyjrzał, marszcząc brwi.
Och, ty pierdolony chuju, naprawdę zrobiłeś kolejnego durnego klona , pomyślał Pantalone kiedy tylko zauważył brak nietypowego ubrania. Segment wyglądał jak każdy inny, ale zachowywał się jak tamten klaun. O Caryco, jebać tego człowieka, on naprawdę działał Pantalonowi na nerwy.
Klon jeszcze raz rozejrzał się po pokoju, zanim wyszedł przez drzwi - a raczej framugę, wewnątrz której powinny być drzwi. Biedne, jebane drzwi. Jak następnym razem znowu je rozwali, to on będzie za nie płacić, więcej niż powinien.
Poczekał aż kroki ucichną po czym wyczołgał się zza ściany i kanapy, oglądając wyrządzone szkody.
Czas odjąć tysiące mory, ba, setki tysięcy mory nawet, z wypłaty Dottora , pomyślał radośnie, zacierając ręce.
***
— CO TO MA BYĆ — Dottore żądał wyjaśnień, kopiąc drzwi Pantalona.
Bankier tylko patrzył jak jego nowe, dębowe drzwi spadają na ziemię, przy okazji popijając herbatę, żeby powstrzymać się od chęci zajebania drugiemu harbingerowi.
— To twoja wypłata.
— To chyba jakaś pomyłka, no bo co do chuja? Czemu taka mała jest? I czemu jest tyle podatków? Podatek na ubezpieczenie, na szczura, na klona, na drzwi- PODATEK NA DRZWI? CO TO KURWA JEST PODATEK NA DRZWI?
— Czekaj, daj mi to na chwilę — Pantalone odłożył filiżankę i wyciągnął dłoń.
Dottore, z niezadowoleniem, wręcz wepchnął mu prosto do rąk kartkę i skrzyżował ramiona, kiedy Pantalone wyciągnął długopis.
— Pomyliłem się tu — powiedział, skreślając cyfrę — Dałem o jedno zero za dużo.
— TY CHUJU — warknął Dottore, chcąc zabrać papier.
— PRZESTAŃ WPIERDALAĆ SIĘ DO MOJEGO BIURA. PUKAJ JAK NORMALNY CZŁOWIEK. — wydarł się, przy okazji się schylając kiedy Dottore się zamachnął.
— CHUJ CI W DUPĘ, JAKBYM ZAPUKAŁ TO I TAK BYŚ MNIE OLAŁ.
Pantalone szarpnięciem otworzył szafkę w biurku i wyjął z niej laczek, po czym gwałtownie wstał i go podniósł. Groźnie podniósł. Dottore natomiast się wycofał i uniósł ręce do góry w geście obronnym, zapominając o swojej wypłacie.
— No już, już, Bogaczu — powiedział spokojnie Dottore — Przecież to nie musi s-
Bankier rzucił laczkiem, który wylądował gdzieś na korytarzu, bo Dottore z wrzaskiem uniknął tego jakże i pięknego rzutu. Zaraz po tym wyprostował się i posłał wredny uśmieszek w stronę czarnowłosego.
— Coś ci to nie wy-
Za to następny już go trafił, prosto w twarz.
— Zacznij spierdalać — powiedział Pantalone, otwierając kolejną szafkę. Syllogomania (patologiczne zbieranie wielu rzeczy), czyż nie? Czasem się serio przydawała, na przykład wtedy kiedy miał zamiar komuś napierdolić kapciem. Jego terapeuta by się z tym nie zgodził i uznałby za złe, ale chuj tam z terapeutą, musiał coś zrobić gdy ktoś się zachowywał jak wredny chujek.
Dottore zawahał się, jedną ręką obejmował swój zbity od lacza ryj, a drugą się opierał o framugę drzwi, ale odwrócił się by spierdolić, kiedy tylko zobaczył Pantalona wychodzącego zza biurka.
Pantalone machał sobie kapciem, stwierdzając że jest on zajebisty i nada się idealnie do rzucania.
Minęła dobra minuta zanim wyszedł z biura.
***
— Scaramouche? Dziecko, co się stało, dlaczego się chowasz w szafie? I co to jest za nieludzki odgłos? — zapytał Pulcinella, kucając obok skulonego Harbingera. — Kogoś aresztowano za zdradę?
Panicz poklepał go po głowie. Normalnie Scaramouche zagryzłby go za to, ale nie tym razem. Jego oczy były szeroko otwarte, a rękami zakrywał uszy, przeżywając znowu jakieś traumatyczne przeżycia z przeszłości. Dalekiej przeszłości.
— To od PTSD — powiedział Panicz.
Cała trójka się odwróciła, kiedy usłyszała jak coś głośno trzasnęło o drzwi.
— JUŻ DOSTAŁEM NAUCZKĘ, BOGACZU, PRZEPRASZAM NO! — wrzasnął Dottore — JUŻ NIGDY WIĘCEJ NIE ROZPIERDOLĘ ŻADNYCH DRZWI. NO WEŹ-
Błagania Dottora nagle ucichły, dźwięk uderzającego laczka o ciało odbił się echem po korytarzu. Drzwi trzasnęły, kiedy skrzeczenia i wrzaski znowu się zaczęły.
— Nie laczek — Scaramouche jęknął żałośnie, skulając się jeszcze bardziej — TYLKO NIE LACZEK! MAMO, PRZEPRASZAM! CIOCIU YAE, POMOCY!
— O Caryco.
