Work Text:
- Znakomicie, są panowie na czas. - Doktor Harris wyjrzała ze swojego gabinetu i przywitała ich uśmiechem aprobaty. Siedzący po dwóch stronach małej poczekalni Steve i Tony najpierw odwzajemnili jej uśmiech, a potem skrzywili się, patrząc na siebie. Terapeutka udała, że tego nie widzi, gdy zaprosiła ich do środka.
- Od naszego ostatniego spotkania poczyniliśmy znaczne postępy – zauważyła z zadowoleniem. - Dziś zaś, nim zaczniemy, chciałabym czegoś spróbować. Zasady są proste: ja podaję wam słowo, a wy mówicie, z czym wam się ono kojarzy. Tu nie ma złych odpowiedzi.
- Dobrych pewnie też nie – mruknął Tony. - On powie nietoperz, a ja Batman i jeden z nas się dowie, że lubi wciągać kokę i bić kijem małe zwierzątka.
- Panie Stark…
- Nic nie mówię. Zaczynajmy i miejmy to już za sobą. To, że Fury twierdzi, że mamy problem z komunikacją i zmusza nas do uczestnictwa w tej szopce dwa razy na miesiąc, nie znaczy, że nie wolałbym być w tym czasie gdzie indziej. Bez urazy, doktorku.
Doktor Harris zachowała neutralny wyraz twarzy.
- Wieniec – powiedziała zamiast jakiegokolwiek komentarza i uśmiechnęła się zachęcająco. - Powiedzcie, z czym wam się kojarzy.
Przez chwilę panowała cisza.
- Ze świętami? - zasugerował w końcu Steve niepewnie. - Taki wielki, pachnący igliwiem wieniec, który się wiesza na drzwiach w Święta Bożego Narodzenia.
- Znakomicie. A panu, panie Stark?
- Wieniec pogrzebowy – wypalił Tony i Steve spojrzał na niego z konsternacją. - Taki, jaki się kładzie na trumnę.
- Tony! Robisz to specjalnie – oskarżył go Steve i Tony wywrócił oczami.
- Przykro mi – powiedział sucho – że nawet moje skojarzenia śmią cię obrażać, kapitanie.
- Przejdźmy dalej, panowie. - Doktor Harris zapobiegła eskalacji kłótni. - Mam dla was kolejne słowo: lody.
- Śmietankowe – uśmiechnął się Steve. - Klasyka, najlepsze. Choć niektórzy – zerknął z ukosa na Tony’ego – powiedzieliby zapewne, że jak klasyka, to nudne.
- Nigdy nie obraziłbym lodów – zaprzeczył Tony. - Chociaż często boli mnie po nich gardło.
- Może za szybko je jesz. Zimne lody…
- Kto mówił, że lubię jeść lody? Lubię je robić. - Tony mrugnął do niego, a Steve spłonął krwistym rumieńcem. Doktor Harris odchrząknęła.
- Ciasteczka?
- Waniliowe.
- Pliki tekstowe w przeglądarce…
Doktor Harris skinęła głową, zapisując coś w swoim notesie. Sprawa była boleśnie oczywista: Steve Rogers i Tony Stark byli jak dwie strony tej samej, superbohaterskiej monety. Jeden był znakomitą prezentacją przeszłości, drugi – futurystycznym uosobieniem przyszłości. Pomijając to, stop monety był ten sam w obu przypadkach: duże ego, wygórowane ambicje, nieustanna potrzeba samodoskonalenia i niechęć do pozwalania, by o tym doskonaleniu zapominał ktokolwiek. Była pewna, że są w stanie współpracować i dojść do porozumienia, a być może nawet do stanu stabilnego koleżeństwa, które kiedyś może ewoluować w zażyłą przyjaźń – ale by mogli w ogóle dojść do tego etapu, byłoby wskazane, gdyby uprzednio udało im się nie wykończyć nawzajem nerwowo.
Oczywiście, był też Bucky Barnes. Najlepszy przyjaciel Kapitana Ameryki i sterowane odgórnie nemezis Iron Mana. To niejako Zimowy Żołnierz stał się przyczyną tego, że dwustronna, ale z jednego stopu zrobiona moneta, pękła kiedyś na pół. Steve Rogers był w stanie oddać za niego życie, rodzice Tony’ego Starka z jego rąk życie stracili. Tu nie było łatwych rozwiązań, ale terapeutka liczyła, że potrafią wypracować kompromis i znaleźć satysfakcjonujący dla wszystkich rezultat. Ale najpierw musieli w ogóle podjąć ten ciężki zapewne temat…
- James Barnes – powiedziała zatem, szykując się mentalnie do trudnej przeprawy. I zanim zdążyła dodać coś więcej…
- To mój brat – zapewnił Steve z dumą w głosie, pewny, że kontynuują grę w skojarzenia.
- Lody – odparł Tony z rozmarzeniem.
A potem uświadomił sobie, co powiedział i odmówił dalszych wyjaśnień.
Patrząc na początkowo zdezorientowaną, a potem coraz bardziej czerwoną twarz Kapitana Ameryki, doktor Harris pojęła, że dotyczący Bucky’ego Barnesa problem w sprawie „Stark kontra Rogers” może być odmiennej zgoła natury, niż zakładała...
