Work Text:
Andrew rozrywa plastikowe opakowanie papierosów i zgniata je, by rzucić nim w Aarona. Folia upada, dryfując powoli w dół na długo, rzecz jasna zanim zbliży się do jego brata.
Tego brata, który wpatruje się w Andrew spojrzeniem, które ten zna zbyt dobrze. Ta myśl z nim zostaje, leki w jego krwioobiegu zabierają ją ze sobą i przeszukują i Andrew się śmieje.
Śmieje się i nie jest w stanie znieść tego dźwięku. To leki podchodzą mu do gardła, rozrywają je i łamią zęby, wydostając się na zewnątrz.
Andrew wkłada papierosa do ust, ignorując nienaturalne unoszenie się ich kącików. Zapala, zaciąga się i wydmuchuje Aaronowi dym w twarz.
— Przestań — obrusza się Aaron, rozpędzając kłęby. Nie kaszle, nie jak Kevin, nie odwraca głowy i nie udaje, że nic się nie stało, jak Nicky.
Andrew woli tę reakcję. Aaron jest prostolinijny, łatwy do zrozumienia. Są bardziej podobni niż wszystkim się wydaje, myśli, patrząc, jak Aaron stoi przed nim nieruchomo.
To jest interwencja, przypuszcza Andrew. Konfrontacja.
…
Andrew jest nieznośnie świadomy, jak długo już siedzi w tym pokoju. Może sobie przypomnieć wszystko, minutę po minucie — pamięć doskonała.
Zaczęło się od koszmaru, takiego wzmocnionego przez jebane leki, sięgającego głęboko w pamięć. Nie do Drake'a, nie, do tego, co było wcześniej. Kiedy było gorzej.
Pamięć doskonała. Ten koszmar też może sobie przypomnieć, minutę po minucie.
Od tamtego momentu wyszedł ze swojego małego pokoju w Kolumbii dwa razy. Siedzi na podłodze przy szafie, olewając zniszczony materac i paląc jednego papierosa po drugim, aż kończy mu się paczka.
Tak znajduje go Aaron, po dwóch dniach, pozbawionego zamiaru wychodzenia.
…
Brat siada przed nim po turecku, prostując plecy.
Turek myśli, goście przyszli, śpiewają leki, Turek myśli, Turek myśli.
Andrew ignoruje je i ignoruje ciągły ból wbijanych w kąciki ust paznokci. Zerwie ten uśmiech, jeśli będzie musiał, rozerwie sobie usta do żywego, do krwi i obojętności.
— Andrew — powtarza Aaron, powodując, że zachrypnięty Andrew krztusi się śmiechem. To prawie tak, jakby jego odbicie z nim rozmawiało, jakby uciekło zza lustra i przyszło go dręczyć.
Mówi to Aaronowi, nie mogąc nic zrobić z tym, jak ostre i błyszczące te słowa wydostają się na zewnątrz. Kaleczą jego usta, rozrywają i rozkrwawiają i chce po prostu przestać. Przestać mówić, przestać się śmiać, przestać się uśmiechać. Nigdy więcej leków i nigdy więcej ich rozgrzanych do białości łańcuchów, pętających go.
Aaron nie śmieje się, ale wyraz jego twarzy łagodnieje, gdy wydycha ciężko.
— Kto tu jest odbiciem? Może to ja jestem oryginałem.
— Nie — mówi Andrew, całkowicie pewien, pomimo braku jakichkolwiek dowodów. — Jestem starszy. Tym samym ja jestem oryginałem.
— Nie ma na to żadnego dowodu — Aaron oburza się; to znajomy refren kłótni, która już dawno przebrzmiała. Chłopak nie kłóci się jednak dalej, zamiast tego osuwa w dół, by oprzeć się o ścianę.
Andrew patrzy, jak jego wzrok przemyka po pokoju, szybko, ale dokładnie. Kataloguje i zapamiętuje w ten sam sposób, co Andrew. Na tę myśli coś drga w chłopaku mocno i głośno niczym dzwon.
Może jednak nie są sobie tacy obcy. Może jest w nich coś podobnego, coś więcej niż twarz.
Aaron kończy swoją inspekcję, a papieros w dłoni Andrew dopala się. Zaciąga się ostatni raz, patrząc, jak szlug spala się aż do filtra. Wrzuca go do popielniczki i zapala kolejnego; pierwszy wdech wypełnia mu płuca gryzącym dymem.
Przypomina sobie, krótko, żywo, że dmuchnął dymem w twarz Aaronowi, kiedy ten po raz pierwszy usiadł, co wydaje się teraz być godziny temu. Czas jest dziwny w jego odurzonym umyśle, powolny i płynący jak stopiona stal, płonąco plastyczny.
Zamiast tego powoli wydycha dym, pozwalając mu wznieść się w szybko znikającym obłoku nad jego głową.
Andrew wyciąga papierosa w stronę Aarona, coś w jego odurzonym umyśle wyciąga na wierzch drwiny i słowa o ukrytych ostrych krawędziach. Aaron patrzy na używkę, na rękę Andrew, która trwa między nimi niewzruszenie.
Aaron spogląda na ślady rozsypane na jego własnych gołych ramionach. Nie ślady po wkłuciach, jego problemem były tabletki, a na cienkie srebrzyste blizny pozostawione przez Tildę.
Słońce zachodzi. Zasłony, nieodwracalnie poszarpane, wpuszczają do środka złote światło. Rozlewa się po łóżku, rozświetlając ślady na skórze Aarona jak boski reflektor.
Andrew przychodzą na myśl ichor [1], dni spędzone w bibliotece, będącej bezpieczną przystanią. Przypomina sobie czytanie o bogach, którzy krwawią złotem, o tym, jak wylewa się ono po równo z gardeł królów i wieśniaków. O nieczułych czynach boga, który jest zbyt blisko, by pomóc i zbyt daleko, by się przejmować.
Aaron bierze papierosa. Patrzą, jak dym i światło ukazują ruchy powietrza, tę nieustannie kłębiącą się obecność, jednocześnie nową i znajomą.
Andrew zdejmuje swoje opaski, powoli. Spadają mu na kolano, są zbitką materiału i metalu o ciężarze zbroi.
Blizny Andrew też rozświetlają się w złotym zmierzchu i układają się w jedno słowo. Przetrwanie.
…
Aaron porusza się, gdy Nicky wraca do domu, czemu towarzyszy znajomy dźwięk otwierania drzwi wejściowych i brzęczenia kluczy o ich tandetną, zdobyczną tacę.
Andrew podnosi wzrok, oparłszy się o ścianę; jego umysł i usta ucichły. Nie uśmiecha się, choć raz, i chwilę mu zajmuje zarejestrowanie, jak mięśnie wokół jego ust rozluźniają się, zapominając o niewygodnym napięciu.
— Przyniosę ci na górę kolację — mówi Aaron. Andrew nie odpowiada, tylko dalej patrzy, co Aaron przyjmuje jako milczącą aprobatę, tak, jak Andrew chciał.
Brat wychodzi, a stos niedopałków i długi znikający cień zastępują go na jego miejscu. Chłopak delikatnie zamyka za sobą drzwi. Andrew patrzy, i coś w jego prawie trzeźwym mózgu się podrywa.
Nigdy wcześniej nie miał kogoś, kto zaakceptowałby jego milczenie. Bywały dni,
kiedy nie mógł mówić, kiedy słowa były zakrwawionymi żyletkami, a usta miał wypełnione poruszającym się, parzącym piaskiem.
W takie dni Cass próbowała wymusić na nim mówienie. Wisiała nad nim, zmartwiona, dopóki się do tego nie zmusił, musząc rozerwać się po to do samych wnętrzności. Wtedy odpuszczała, zadowolona, zostawiając Andrew, by sam się pozszywał z powrotem w całość zniszczoną cienką nicią i stępionymi igłami.
Aaron traktuje jego milczenie jako jego własny rodzaj mowy, a Nicky też się uczy. To prawie więcej trudu, niż ktokolwiek, może poza Trenerem i zdecydowanie Bee, zadał sobie, by z nim porozmawiać.
Andrew odkłada zapalniczkę na szafkę nocną i zaczyna rozkładać pustą paczkę po papierosach, starannie rozrywając małe kartonowe prostokąty tam, gdzie były złożone. Rozkłada przed sobą fragmenty, układając je jak wykres.
Teraz jest ciemno, słońce zaszło, a światło na niebie blaknie. Andrew obraca ramiona, obserwując, jak złoto zmienia się w srebro, które zmienia się w gładką, pobliźnioną skórę. Śledzi podniesione linie własnymi szorstkim i zrogowaciałymi palcami po bladej skórze.
Jego leki teraz już przestały działać, resztka ich rwącego nacisku zniknęła z jego ust i głowy.
Powinien je znowu wziąć. Czas na następną dawkę.
Nie sięga po butelkę. Chce być chwilę uziemiony, poczuć grunt pod nogami zamiast latać wciąż zbyt wysoko, zamiast wciąż oddychać zbyt rzadkim powietrzem.
Przeciągnie następną dawkę o godzinę. Tylko tyle może znieść, nim głód powróci, nim jego usta zaczną swędzieć i ręce zaczną się trząść.
— Andrew — woła Nicky, tak samo, jak co wieczór. Jest uparty, jak nic innego. — Kolacja!
Andrew patrzy na swój pokój, na jego puste ściany i na porwane zasłony. Pojedynczy regał, pełen książek w kolejności, która tylko dla niego ma sens. Pufa w rogu, bezwładna i sflaczała, taka, jak Aarona.
Wstaje i, zostawiając opaski na łóżku, otwiera drzwi oddzielające go od rodziny.
Aaron jednak nie będzie musiał przynosić mu kolacji.
[1] ichor mit. gr. «eteryczna ciecz płynąca w żyłach bogów zamiast krwi» [Źródło: sjp.pwn.pl]
