Work Text:
Aaron bierze papieros podany przez brata i trzyma go między palcami, czując, jak cienki papier owija tytoń w środku.
Spogląda na kampus, rozświetlony wyblakłym światłem dnia i myśli.
Andrew widzi wszystko w czerniach i bielach, w normach i porażkach. Jego świat jest bezlitosnym światem, jest się z nim lub przeciwko niemu, nie ma opcji pomiędzy. On angażuje się całym sobą, nie powstrzymuje się.
Świat Andrew jest światem czarno-białym, światem obietnic i umów.
Aaron żyje w szarej strefie pomiędzy. Rozkwita dzięki drobnostkom, prześlizgując się przez luki i interpretując znaczenia tak, by mu pasowały. Jest ekspertem w nieangażowaniu się, jest cieniem przechodzącym prawie bez namysłu.
To dziwne, myśli, patrząc, jak dym wije się na końca papierosa jego brata. Są braćmi, na pierwszy rzut oka prawie identycznymi, ale poza wyglądem zupełnie niepodobnymi.
Aaron bierze podany przez Andrew papieros i zaciąga się, krzywiąc się z powodu smaku, nim oddaje używkę z powrotem. On nie pali, nie tak jak Andrew, ale to jedynie wymówka, by uciec na dach na kilka minut. Wymówka, by zostać trochę dłużej, w tej ciszy i milczącej tolerancji, która nieczęsto się im przydarza.
Słońce zachodzi. Aaron myśli o nadchodzącej nocy i wszystkich gwiazdach na niebie, o tym, że noc jest stworzeniem rozdzierającym jego klatkę piersiową boleśnie tym wszystkim, co odstrasza światło dnia.
Słońce zachodzi. Andrew myśli o końcach i równych liniach na skórze, o równej granicy między nocą a dniem. Nie rusza się, gdy ciemność się nad nim zamyka, okrywając świat zasłoną utkaną ze wszystkich prawd, dla których krwawił i dla których płonął.
Słońce zachodzi i to nic nie znaczy. Słońce zachodzi i to znaczy wszystko.
…
Andrew i Neil siedzą na dachu, gdy Aaron do nich przychodzi, prowadząc Katelyn za rękę.
Andrew nie zaszczyca Katelyn nawet spojrzeniem, patrząc Aaronowi w oczy z cichym oczekiwaniem. Jego dłoń we włosach Neila zatrzymuje się, a Josten podnosi się, rozciągając się.
Aaron patrzy na Katelyn przepraszająco i całuje ją w policzek. Dziewczyna odwdzięcza się delikatnym uśmiechem i zachęcającym spojrzeniem, miękkim i pełnym światła, dzięki któremu w jego klatce piersiowej na nowo kwitnie ciepła zieleń. Katelyn podchodzi do czekającego na nią Jostena i, gdy wychodzą, zaczyna cichą rozmowę. Aaron siada, zajmując miejsce obok Andrew i opierając się na dłoniach wysuniętych do tyłu, spogląda w niebo.
Andrew obraca się do brata.
Coś jest między nimi, jednocześnie rozdrapane do żywego i gojące się. Jest czarno-białe i ociekające szarością — monochromatyczna krew i zupełna biel.
Aaron obraca się do brata.
Są niczym odbicia lustrzane bez oryginału, który mogliby winić. Są prostymi liniami z ich wszystkimi różnicami obrysowanymi w kółka i oznaczonymi gwiazdkami.
Ich rany się goją. Andrew nawleka igłę swoimi stabilnymi rękami i czarno-białą precyzją. Aaron zszywa rozcięcia, kreśląc małe staranne linie i oglądając wszystkie możliwe przyszłości, barwy blednące w szarość i czerń.
…
Aaron wypuszcza powietrze z płuc. Złote światło łapie dym w strużki szarości, malując linie i niemal tworząc kształty.
Gdy Andrew wypuszcza powietrze z płuc, sposób, w jaki porusza się dym wygląda na prawie mechaniczny. Jest sztywny i trzeszczący, jest stworzeniem złożonym z części i złącz i gwoździ, które trzymają to wszystko w całości. To mechaniczny ptak z wyrwanymi kablami, wspomnienie bycia czymś całym.
Obserwując to, Aaron nie czuje się materialny. Andrew jest metodyczny, jest dokładny we wszystkim, co robi. W porównaniu do niego Aaron czuje się niezdarny, jakby uwieszał się na nim jak zła imitacja.
Pamięta obserwowanie, jak Andrew patrzył na jego ręce w cichej prawie-fascynacji, gdy Aaron pokazywał Neilowi szew ćwiczeniowy, którego nauczył się na zajęciach — igła i nić przeprowadzone przez miękką, gumowatą powierzchnię sztucznej skóry. Porównywali z Beilem możliwe sposoby leczenia obrażeń i Aaron poprosił Neila, by ten mu pokazał, jak zwykł zszywać siebie i swoją matkę.
Andrew patrzył, jak chłopak szyje. Aaron przypomniał sobie, już po, patrzenie na jego ręce i zastanawianie się, dlaczego. Andrew też spróbował swoich sił na sztucznej skórze i jego ruchy były takie same — dokładne, metodyczne, wolne i opanowane.
Neil zaznaczył, że na prawdziwym, krwawiącym, ruszającym się człowieku sposób szycia Aarona (szybki, płynny, dostosowywalny) byłby dużo bardziej wydajny, lepszy do szybszego zatamowania krwawienia.
Myślał sobie wtedy, że wiedział. Byli różni, czarno-biali i szarzy, próbujący zrozumieć prawie-obcego zdecydowanie zbyt późno.
Aaron siedzi ze swoim bratem i zastanawia się, jakby mógł wyglądać świat, gdyby dorastali razem.
…
Słońce zachodzi za horyzont, pozostawiając oświetlone blaknącym światłem budynki i rzucane przez nie długie cienie.
Aaron podnosi paczkę i wystukuje palcem papieros. Zapala go na wolnym wdechu, przytrzymując płomień zapalniczki tylko trochę zbyt długo.
Trzyma go, patrząc, jak dym się kłębi, i myśli o ilustracjach w swoim podręczniku — zwiędłe płuca czarne jak smoła i bezosobowe szkice dziur w gardłach.
Rozumie, czemu Andrew zaczął palić. Powolna śmierć, quasi-obietnica życia długiego na tyle, by doczekać jego końca i gorzka wątpliwość, że rzeczywiście może mu się to udać.
To ostatni papieros w paczce. Andrew mówi mu, głosem bardziej biernym niż beznamiętnym, że to jego ostatni. Rzuca palenie.
I to Aaron też rozumie. Andrew znalazł sobie powody, dla których warto pożyć dłużej. Obaj znaleźli.
Andrew bierze papieros podany przez brata, namyślając się nad nim przez ten wiszący między nimi moment zwierzeń.
Zaciąga się po raz ostatni, bierze ostatniego długiego bucha. Potem gasi go i wyrzuca; prawie-cały papieros znika za skrajem dachu.
Aaron wstaje. Wyciąga rękę, raczej z nawyku niż jakiegokolwiek innego powodu i prawie ją zabiera.
Prawie.
Andrew bierze rękę brata i wstaje.
