Work Text:
Kiedyś nie rozumiał tego zupełnie. Wydawało mu się to dziwne w ten zabawny sposób. Michał często biegał po domu, a Chłopiec często biegał za nim. Właściwie odkąd nauczył się chodzić.
Wbiegali obaj do swojego pokoju z różnych powodów. Biegli się bawić, biegli uciekając podczas zabawy, biegli po obiedzie kończyć zadania domowe, biegli wieczorem, zbierając się do spania. Biegali czasem zmęczeni po szkole. Czasem biegali śmiejąc się, czasem któryś z nich wybiegał do pokoju, kryjąc łzy.
Przynajmniej Chłopiec tak sądził, że czasem biegali tak obaj… wiedział, że on sam tak biegał. Jednak Michał nigdy przy nim nie płakał. Michał nie uciekał.
Dlatego przez wiele lat Chłopiec nie potrafił zrozumieć, co się działo.
Lubił, gdy starszy brat wbiegał do pokoju niespodziewanie. To zwykle zwiastowało zabawę. Michał wymyślał najlepsze zabawy, od skomplikowanych historii dziejących się na morzu, gdy pozwalał Chłopcu zostawać kapitanem okrętu, przez polowania na dzikich krańcach świata, aż po loty w kosmos. Zbudowali kiedyś rakietę z kartonu, a z durszlaka Michał uczynił najlepszy hełm kosmonauty na świecie.
Czasem jednak się nie bawili, choć Michał wbiegał do pokoju i witał go uśmiechem. Czasami się uczyli, Michał odrabiał z nim zadania, przesiadując cierpliwie nad zeszytami młodszego brata, jakby sam wcale nie miał własnych zadań, obowiązków czy widma nadchodzącej matury i tabliczka mnożenia była w tamtej chwili pilniejsza niż jego nauka.
Czasami jednak również się nie uczyli.
Michał wbiegał wtedy do pokoju, zupełnie spokojny, uśmiechnięty kątem ust. Czasem rzucał do niego jakimś żartem, ale zwykle w takich chwilach nie mówił nic. Kiwał na Chłopca dłonią i ten zaraz posłusznie wchodził na górę łóżka piętrowego, wiedząc, że teraz będą słuchali muzyki.
Gdy był bardzo mały, naprawdę sądził, że słuchali jej obaj, choć tylko jemu Michał zakładał słuchawki.
Słuchawki Michała były duże, aż za duże na Chłopca. Musiał je doregulować, a i tak chowała się w nich cała głowa Chłopca. Do ręki Michał wsuwał mu malutkie pudełeczko, niemal wielkości pudełka zapałek, z którego, jak Chłopiec wiedział od maleńkości, płynęła muzyka do słuchawek, jak woda rurami do kranu.
Siedząc na górnym łóżku, Chłopiec kulił się zaraz przy poduszce, oparty plecami o róg ściany. Chował się w kącie, wsłuchany w muzykę szumiącą tuż przy jego uszach. Śpiewać mu wtedy nie było wolno, to były chwile na słuchanie muzyki. Słuchał więc. Zachwycony słuchawkami, czasami zakopany w kocu, często tak właśnie zasypiał, bo muzyki najlepiej słuchało się z zamkniętymi oczami.
Czasami patrzył na Michała, słuchając. Jakoś jednak nigdy nie zastanowił się nad tym, co ten wtedy robił. Często bawili się na podłodze, to nie było nic dziwnego, że Michał siadał właśnie na niej. Opierał się plecami o zamknięte drzwi do pokoju, by było mu wygodnie i uśmiechał się, dopóki widział, że Chłopiec na niego patrzył.
Uspokojony muzyką i uśmiechem brata, Chłopiec prędzej czy później zasypiał.
I wtedy Michał na moment sam zamykał oczy, zaciskając mocno pięści. Z całą siłą, jaka mogła zmieścić się w ledwie czternastoletnim chłopcu, hamował łzy napływające mu do oczu, gdy zza ściany słyszał na przemian podniesione głosy, płacz lub brzdęk tłuczonych talerzy.
Odważył się wmieszać dopiero mając osiemnaście lat.
To wtedy była jedna z nocy, gdy Chłopiec patrzył na niego wielkimi, przerażonymi oczami, pytając go, co się stało. Michał nie kazał mu wyjść z łazienki. Zamknął drzwi do niej, przekręcając zamek. Usadził sobie Chłopca w ramionach i wyjaśniwszy, że po prostu uderzył się wargą o kant szafki, bo szedł po ciemku napić się wody, zmył z twarzy resztę krwi.
Czy mu wtedy Chłopiec uwierzył, tego Michał nie wiedział. Może uwierzył choć w opowiedzianą mu wtedy przez brata bajkę o odległej krainie, gdzie świerki zamiast szyszek miały truskawkowe sople między igłami. Na nic lepszego Michał wtedy nie umiał wpaść.
Nigdy więcej nie wrócił do kuchni na wołanie o pomoc.
Zamykając za sobą pokój i wkładając Chłopcu słuchawki, opierał się o drzwi i starając się wyglądać zupełnie spokojnie, uśmiechał się do coraz senniejszych oczu, które patrzyły na niego tak ufnie. Robił, co potrafił, by jak najrzadziej widzieć w nich przerażenie.
* * *
Gdy pierwszy raz Michał trzymał w ramionach cudze życie, miał wrażenie, że dziecko jest tak malutkie, że gdyby je upuścił, nawet nikt by nie zauważył. Być może wrażenie to było wynikiem słów, które posłyszał zza ściany i których wtedy nie zrozumiał w pełni, a po latach nie mógł sobie przypomnieć. Może nawet nie słyszał całości.
Jego uwagę pochłonęła drobniutka, zaciśnięta w piąstkę rączka, którą powoli pogłaskał palcem. Była mniejsza od jego ręki, tak bardzo mniejsza. Mógł schować ją na dobre. Gdyby się bardzo postarał, schowałby całe dziecko pod klapy swojej bluzy.
Spojrzawszy pierwszy raz w duże, szare oczy, Michał sam nie wiedział, czy czuł się starszym bratem malucha, którego trzymał, jego strażnikiem, jego rodzicem, jego przyjacielem, czy nauczycielem. Może nie czuł się niczym z tych rzeczy. Może wszystkimi. A może sam był jeszcze wówczas za mały, by rozumieć, co się kiedy czuło.
Wiedział tylko, że nigdy wcześniej strach nie wydawał mu się taki piękny, jak w chwili, gdy powolutku siadając na kanapie, przytulił do siebie drobne maleństwo, tak łatwe do zapomnienia i tak kruche, tak bezbronne, że czuł się panem świata, trzymając je. Panem jego świata. Wpatrzone w niego oczy podziwiały go niemo, a on podziwiał ich ufność. Przesiedział godzinę z malcem na rękach, nim matka sobie o nich przypomniała i skończyła kłótnię.
Nawet wtedy Michał nie odsunął się od dziecka. Musiał je oddać jego matce, jednak nigdzie nie poszedł. Został już przy nim na zawsze.
Jeśli można było pokochać kogoś po jednym tylko spojrzeniu, to Michał naprawdę nie potrzebował drugiego. Jeśli się nie dało, nie dbał o to. Postanowienie, że choćby cały świat zrobił inaczej, on jeden nigdy nie upuści tego malutkiego, niewinnego życia na ziemię, zrodziło się w jego sercu właśnie wtedy, nieświadomie jeszcze, bez szumnych słów i wielkich przysiąg.
Po prostu nie mógł przestać patrzeć na to, jak malutka była jego rączka…
Świadomą obietnicę złożył mu ledwie trzy lata później. Ściskając jego rękę, gdy szli przez park i słuchali, jak matka opowiada o jakimś fascynującym filmie, który ostatnio widziała, Michał po raz pierwszy w pełni zrozumiał, jak bardzo jej nienawidził.
Opuchnięte od łez oczy umiejętnie zamaskowała. Gdy nie krzyczała, wydawała się całkiem miła z twarzy. Nic dziwnego, że ludzie w pracy ją lubili. Nic dziwnego, że nikt z ludzi wokoło nie przypuszczałby nawet…
Zimno lodów koiło ból, ale nie mógł przyłożyć ich sobie do policzka. Jeśli ktoś coś zauważył, nie zwrócił uwagi. Chłopcy często chodzili z siniakami. Michał miał czyste ubranie, dobre stopnie w szkole i na trening ojciec woził go autem. Nikt nie patrzył na niego, zastanawiając się, czy siniaki na rękach ma po upadku z drzewa, czy rozmowie z nieswoją matką o tym, że był po szkole za głośno. Często bywał za głośno. Tego, że nie on rozbił tamtą szklankę nie powiedział jej tamtego dnia. Nie pytała nawet. Michał był głośnym, ruchliwym dzieckiem, które nie mogło usiedzieć na miejscu. Nikogo w szkole nie zastanawiał siniak na twarzy.
Jego mama… gdyby jego mama tu była, ona na pewno by zauważyła. Z tą myślą, Michał patrzył na roześmianą twarz kobiety, którą żałował, że kiedykolwiek z ojcem poznali. A raczej żałowałby z całego serca, gdyby nie malutka ta dłoń, którą trzymał w swojej ręce.
Myślał więc jedynie, jak bardzo tej kobiety nienawidził. Jak bardzo pogardzał ojcem, którego poza świętym spokojem obchodziło tylko to, by ktoś za niego przygotował obiad i wysłał jego dziecko do szkoły, by nie musiał się nad tym zastanawiać. Myślał nad tym, jak bardzo porzucony czuł się za każdym razem, gdy wróciwszy z pracy, ojciec omijał wzrokiem jego siniaki i opuchnięte oczy, i wychodził do swojego pokoju, bo był zmęczony i chciał odpocząć.
Wtedy też złożył obietnicę malcowi, którego dłoń trzymał, jako jedyny. Patrzył na roześmianą twarz umazaną lodami i postanowił sobie, że jeśli kiedykolwiek zobaczy na niej siniaki, jakie miał sam, wyjdzie wraz z nim z domu i nigdy do niego nie wrócą. Pojadą gdzieś, daleko, najdalej jak to możliwe. Kupi bilet, gdzie się da najdalej i nie wrócą już nigdy.
Mając piętnaście lat, złamał tę obietnicę.
Pierwszy cios wymierzony w malca nie mógł go boleć. Bardziej go wystraszył, połączony z hałasem zbijanej szklanki z mlekiem. Cios otwartą dłonią w plecy rzadko bolał. Dzieciak po prostu nigdy wcześniej nie otrzymał żadnego.
Mimo to Michał właśnie wtedy ten jeden raz rzucił się na jego matkę z pięściami.
Dzieciak schował się w pokoju. Michał zobaczył go dopiero następnego dnia, co bolało go znacznie bardziej niż którekolwiek z szarpnięć za włosy czy ciosów. Kobieta rozumiała, co zrani go najbardziej i każąc mu zamknąć się w gabinecie ojca, odebrała Michałowi jedyną drogę ucieczki. Nie płakał wtedy. Wtedy coś się w nim zablokowało.
Może dlatego, że wróciwszy do domu, jego ojciec po raz pierwszy okazał jakieś emocje. To powinno go przerażać. Powinien bać się jego krzyku, jego podniesionej ręki, która równie dobrze mogła opaść w dalszej kolejności też na niego lub na dziecko, znacznie silniej, niż mogła to zrobić jego druga żona. Jednak tamtego wieczora Michał z zimną złością wpatrywał się w lęk wypełniający jej oczy.
Nigdy wcześniej i nigdy później już ojciec nie stanął po jego stronie. Jednak ten jeden raz Michałowi wystarczał, by miał problem go nienawidzić. Słowa wyryły mu się w sercu na długie lata.
- Nigdy więcej nie tkniesz mojego syna.
Nie tknęła.
Może dlatego, że bała się męża, a może wkrótce zaczęła bać się także Michała. Szybko wyrósł, od trenowania rozrosły mu się barki, a wraz z siłą, wzrósł tylko jego spokój, który widocznie kobietę przerażał. Michał nie kulił się pod jej słowami, nie płakał, gdy krzyczała. Patrzył na nią, jakby chciał wyrwać jej serce. Tak to kiedyś ujęła. Zapamiętał to.
Zapamiętał też poczucie bezsilności, jakie ogarnęło go kilka dni później. Ojciec odbył z nim rozmowę o szacunku i posłuszeństwie wobec matki. Łudząc się, że stanowili wspólny front, Michał odpowiedział mu wtedy, że jego matka nie żyje.
Pierwszy i ostatni raz.
Podbite oko wytłumaczyć można było jedną z licznych wycieczek i karkołomnych pomysłów nastoletniego rozrabiaki, którym był w oczach nauczycieli. Kto by mu zresztą uwierzył, że ktoś z pozycją społeczną jego ojca miałby wychowywać dzieci w ten sposób.
Nie zdołał go jednak jeszcze wtedy znienawidzić. Skrycie winił się za to do czasu, jak połączył to z faktem, że mimo wszystkiego, co robiła, chory malec wciąż wołał matkę przez sen, by do niego przyszła. Więzy krwi trudno było uciszyć.
Przechodząc ospę w wieku sześciu lat, dzieciak nie wołał już matki. Siedzący przy nim Michał wydawał się być jedynym człowiekiem, którego dzieciak obchodził i gdzieś między jednym stanem podgorączkowym a drugim, on sam musiał to zrozumieć. Za wcześnie. Zdecydowanie za wcześnie to zrozumiał.
Choć to bolało, Michał wolał już patrzeć na jego zapał w opowiadaniu matce, co działo się w szkole, choć ta go nie słuchała. Wolał słyszeć, jak to o nią pytał, gdy źle się czuł. Wolał słyszeć, jak mówił o niej „mamo”, choć nigdy nie była dla niego mamą.
Michał wiedział, że nie była. Dzieciak nie. Dzieciak miał tylko ją.
Michał miał kiedyś mamę, miłą i kochaną, pachnącą lawendą. Miała duże, brązowe oczy, które uśmiechały się do niego, ledwie na nie popatrzył. Jej włosy kręciły się jeszcze bardziej, niż jego własne. Zabierała go na huśtawki w parku i huśtała najwyżej jak się dało, aż czuł, że zaraz doleci do chmur. Pozwalała mu spać, przytulonym do pluszowych maskotek i robiła najwspanialsze naleśniki z truskawkami na świecie.
A potem umarła, w szpitalu, na chorobę, której nazwy mu nie powiedziano. Właściwie nie miało znaczenia, czemu umarła. Zniknęła i tylko to się ostatecznie liczyło.
On jednak nie zniknął. Został i potem dostał od losu maleństwo do opieki. Zupełnie niczyje, jak on po śmierci mamy, drobne i kochane maleństwo, które stało się tylko jego.
I zasłaniał je sobą, ilekroć starczało mu sił. Gdyby tylko mógł, zabrałby od niego wszystko, co złe. Czasem mu się udawało. Wymyślił setki zabaw i gier, które przygotowały malucha na najgorsze. Mieli swój tajny alfabet, mieli skrytkę w zagajniku za domem, mieli swój system ostrzegania się, gdy nie byli w domu sami. I mieli jego słuchawki i odtwarzacz muzyki, który dostał od ojca na któreś urodziny.
Mieli siebie i Michał wiedział, że jeśli kiedyś miałby za coś umrzeć, to tylko za nich.
Ani się obejrzał, malec wyrósł na tyle, by iść do szkoły. Jego matce łatwiej było go wtedy ignorować, a i dla nich obu było bezpieczniej, gdy przesiadywali całe dnie poza domem. Dzieciak uparł się trenować, jak on i po kilku strategicznie poprowadzonych rozmowach, Michał zdołał przekonać ojca do zapisania i jego na możliwie tanie zajęcia.
Do koszykówki jednak go nie przyjęli, był zbyt drobny. Drużyna siatkówki była dziewczęca i choć wtedy jeszcze Michał nie rozumiał, czemu, od początku widział, że dzieciakowi się to straszliwie nie podobało. Ostatecznie zdołali wpakować go do mieszanych treningów piłki nożnej. Musieli dojeżdżać tramwajem po szkole, ale Michałowi to nie przeszkadzało. Zawsze to dodatkowy czas poza domem. Zaś uczenie się w terenie opanował już całe lata wcześniej.
Dobrze wiedział, że prędzej czy później, matka dziecka się o to rozgniewa, jednak wynegocjował przynajmniej jeden semestr samoobrony dla malucha, który naprawdę szybko przestawał być maluchem. Gdy wpojono mu podstawy, Michał mógł ukradkiem uczyć go, czego sam się zdążył nauczyć.
To, że czas tych treningów pokrył się z jednym z większych kryzysów w domu, wywołanym dłuższym konfliktem między rodzicami, mogło być jedynie przypadkiem, ale nie było. Michał coraz bardziej obawiał się, co któregoś dnia strzeli do głowy niejego matce, odreagowującej zdenerwowanie na otoczeniu. Uparł się na samoobronę dla dzieciaka, gdy któregoś dnia powstrzymał ją przed ciosem łyżką kuchenną w jego dłoń. Przestraszyła się. Dzieciak też. To były te złe konsekwencje.
Choć potem niezwykle rzadko ponosiło ją na tyle, by go faktycznie uderzyć, dzieciak wyraźnie obawiał się tej właśnie reakcji, gdy się na niego złościła. Michał zwykle przychodził wtedy do nich i po prostu stał obok, patrząc na nią spokojnie, bezwzględnie i spokojnie zarazem. Wiedziała, że się nie zawaha… i najczęściej pod wpływem jego spojrzenia puszczała rękaw dziecka, przestawała na niego krzyczeć, czy odkładała, co właśnie trzymała w dłoni.
Lecz Michał i tak uparł się nauczyć dzieciaka walczyć. Jego odejście z domu zbliżało się nieubłaganie i choć bardzo nie chciał znikać, wiedział również, że jeśli przy jakiejś kłótni kiedyś zareaguje zbyt gwałtownie, to po osiągnięciu pełnoletności, ojca nic już nie powstrzyma przed wyrzuceniem go z domu.
A wtedy dzieciak zostałby sam…
Michał musiał więc działać ostrożnie. Pomagał w domu, nie komentując tego, że mając czas na życie towarzyskie po pracy, matka traktowała obiad dla swojego dziecka jako sprawę drugorzędną. Odrabiał lekcje z dzieciakiem, zabierał go na treningi. Robił zakupy, gdy wróciwszy do domu, zastawał pustą lodówkę. Nawet przychodził na świąteczne, rodzinne obiady i słuchał wszystkiego, czego nie chciał słyszeć.
Nie wyniósł się na czas studiów. Nie przestał chodzić do kościoła.
Nienawidząc tej kobiety z całego serca, rok w rok ściskał jej dłoń i dzielił się z nią opłatkiem, w duchu życząc, by się nim udławiła. Gardząc obojętnością ojca, za niego naprawiał w kuchni zlew, za niego chodził na pocztę i uśmiechając się, odsyłał do niego znajomych, gdy pytali o dobrego chirurga miękkiego. Szczerze mówiąc, nie znał lepszego. To jednak była drugorzędna kwestia co do powodów, dla których go polecał ludziom, którzy najpierw poznali jego…
Siniaków na twarzy nie miał już od dawna. Nie miał dowodów, gdyby ktoś spytał go o cokolwiek. Jako dziecko nie wiedział, jak do tego podejść. Zakładał kiedyś, że ocali się własnymi siłami. Teraz, gdy mógłby się ocalić, zostawał tam dla dzieciaka. Dzieciak miał tylko jego na świecie i obaj to wiedzieli.
Michał obiecał i jemu, i sobie, że nie zniknie nigdy.
I dlatego też pękło mu serce, gdy któregoś popołudnia, po powrocie ze szkoły, dzieciak spojrzał na niego z tamtym przerażeniem w oczach, które pamiętał tak dobrze. Nie wiedział, co usłyszy za moment. Jednak już na sam ich widok był pewien, że jeśli trzeba będzie, puści z dymem cały świat, by chronić malucha.
- Chcę ci coś powiedzieć… tylko obiecaj, że nie będziesz zły… - powiedział mu szeptem dzieciak.
Nigdy nie bywał. Dzieciak musiał to wiedzieć. Musiał bardzo się czegoś bać, skoro tak zaczął rozmowę. Michał obiecał mu więc, że na pewno się nie będzie gniewał, cokolwiek miałby usłyszeć.
Niespełna kwadrans później, trzymając w ramionach Chłopca, nad którym emocje wzięły górę, Michał naprawdę się nie złościł.
Tylko zaczął się cholernie martwić, co będzie teraz.
Bywało różnie.
Tydzień próby zamienił się w miesiąc, po którym nadszedł kolejny. I Chłopiec nigdzie się nie wybierał. Michał widział go coraz wyraźniej, gdy patrzył na dzieciaka i wkrótce przyłapał się na tym, że nie potrafił już przestać go dostrzegać.
Chłopiec mieszkał z nimi od zawsze. Dotychczas po prostu wszyscy udawali, że go nie widzą, ignorując sygnały, które do nich wysyłał, nie słysząc krzyku, który wydawał się nie mieć sensu. Dzieciak wpadł na to pierwszy, ale to Michał jako pierwszy był pewien, że ten „okres próbny” na jaki się umówili, nie będzie wcale na próbę. W chwili, gdy dowiedział się o Chłopcu, dotarło do niego, że tak naprawdę nie dowiedział się o niczym nowym. Chłopiec zawsze był przy nim. Nie był wymysłem, jak obawiał się tego dzieciak. Nie pojawił się znikąd. Nie był próbą zwrócenia na siebie uwagi.
I nie był też złem, choć tak Chłopcu próbował wmówić świat.
Był dzieciakiem, a dzieciak był nim. Ledwie to zrozumiał, Michał pojął także, że okres ich mieszkania u tych ludzi był już na samym swym finiszu. Być może była to kwestia lat, może tylko miesięcy. Nie wiedział i nie miał skąd wiedzieć. Zaczął jednak przygotowywać się na najgorsze.
Pracę udało mu się znaleźć całkiem szybko, połączyć ją ze studiami był problem, ale Michała na uczelni lubiło dość dużo osób, by umiał sobie poradzić za pośrednictwem kontaktów, gdy musiał opuszczać wykłady. Gotowego do wynajęcia lokum też szukał po znajomości, wśród bliższych i dalszych przyjaciół, których nie obawiał się wtajemniczyć częściowo w swoją sytuację.
Gdyby chodziło jedynie o niego, wyniósłby się w przeciągu dnia. Nie miał nawet wiele rzeczy do spakowania, większość już ukradkiem poprzewoził właśnie do swoich najbliższych przyjaciół.
Jednak on sam był tutaj sprawą drugorzędną, a zmuszenie Chłopca do porzucenia jakichkolwiek złudzeń o posiadaniu domu wydawało się Michałowi zbyt drastycznym krokiem, by mógł o nim zadecydować, bo on czuł się na to gotowy.
Chłopiec nie był. Był ledwie dzieckiem. Potrzebował domu, takiego prawdziwego, takiego z dorosłymi i odpowiedzialnymi ludźmi.
Choćby nawet ich rodzice takimi nie byli, to jakaś cząstka Michała trzymała się desperacko wrażenia, że mimo wszystko on sam sobie z wychowaniem brata nie poradzi. Co innego zapełniać lukę po matce i ojcu, opiekując się nim, a co innego wziąć na siebie… wszystko.
- Mój drogi chłopcze… - matka jego dobrej znajomej wzięła go w ramiona, gdy powiedział jej o tym kilka lat później, całkowicie rozpadając się na kawałki po dniu, który był końcem i początkiem w jednym.
Michał miał wtedy dwadzieścia cztery lata i świat właśnie przestał udawać, że nie chce go zniszczyć.
- Michał… dziecko drogie, przecież ty już dawno to wszystko na sobie dźwigasz – wyszeptała, choć nie powiedział jej jeszcze wtedy wszystkiego.
Powiedział tylko, że się boi i czuje tak strasznie słaby wobec wszystkiego, co teraz nadejdzie. Powiedział, czego tak strasznie się bał. Powiedział, że nie wie, czy da radę. Nie wie, jak miałby dać.
A musiał. Wiedział, że musiał.
Dla Chłopca, który już wtedy miał imię.
Swoje imię jego brat odnalazł mając lat dwanaście. Przynajmniej wtedy mu o nim powiedział. Michał początkowo zakładał, że to wyjątkowo mroczny żart, jednak po powadze w oczach Chłopca, zrozumiał swój błąd. Na szczęście szybciej myślał niż mówił. Zamyślił się wówczas nad imieniem, które usłyszał i już po krótkiej chwili uśmiechnął się szczerze.
- Podoba mi się. Pasuje ci. Ale mogę mówić do ciebie zdrobniale?
Z „Jankiem” nie było problemu. Ostatecznie wynegocjował jeszcze „Jaśka”, ale pod warunkiem, że będzie zarezerwowane tylko dla Michała.
To mu się akurat bardzo podobało. Choć Janek od lat już okazywał, jak wyjątkowy status w jego życiu ma starszy brat, to jednak przyznanie mu prywatnej formy jego imienia szczerze Michała podniosło na duchu. Janek ufał mu naprawdę cholernie mocno.
Długo jeszcze nie zaufali nikomu innemu. On nie wydawał się kompetentny do decydowania za Janka, komu mogli, ale jednocześnie on też był świadomy, że prędzej czy później będą musieli.
Jak to zwykle bywa z trudnymi rzeczami, nastąpiło to prędzej.
Którejś nocy, gdy Michał wyjechał na praktyki z uczelni, Janek obciął sobie samodzielnie włosy na krótko, co skończyło się awanturą i to o tyle większą, że parę dni wcześniej wypłynął temat jego sprzeciwu wobec uczęszczania dalej na religię w szkole i uczestniczenia w przygotowaniach do bierzmowania. Matka szalała z wściekłości i bez tego, że któregoś dnia Janek poszedł do szkoły, obcięty krzywo i naprawdę krótko.
Michał pluł sobie w brodę, że tego nie przewidział. Wraz z wkroczeniem w wiek nastoletni, Janek przestał się bać, a zaczął niecierpliwić. Każdy dzień zwłoki musiał być dla niego męką, Michał starał się to sobie wyobrazić i niezmiennie do takiego wniosku docierał. Jednak powiedzenie rodzicom mogło skończyć się tylko źle albo bardzo źle, w zależności od tego, jak by im o tym powiedzieli. I o tym Janek nie myślał tak wiele, co on. Za młody był, zbyt rozgoryczony.
Michał pamiętał siebie w jego wieku i swoje plany ucieczki pociągiem z trzyletnim dzieckiem pod pachą i dwustuzłotowym majątkiem w kieszeni. Niestety wyglądało na to, że temperament dzieciak też miał bardzo podobny do jego własnego. Świadomy, jak wiele na siebie przez to wówczas ściągał ryzyka i bólu, Michał desperacko uczepił się chronienia Janka na każdym kroku.
I jednocześnie musiał dogadać się z nim, co on sam zamierza z tym zrobić… i zadbać o to, by rodzice się nie zorientowali. Kwestię ściętych włosów udało mu się załagodzić, gdy wrócił.
Sam Janek jego obawy niby rozumiał, ale ich nie podzielał.
- Nie lepiej będzie, jak mnie już wyrzucą z domu?
Dla niego byłoby lepiej, tak. Jednak w wieku trzynastu lat takie wyjście wydawać się mogło całkiem zrozumiale cudownie dramatycznym huknięciem za sobą drzwiami i zaczęciem nowego życia.
Michała z kolei przerażała kwestia sądu rodzinnego i znalezienia adwokata, który uzna za wartą ryzyka sprawę uwolnienia spod praw rodzicielskich transpłciowego chłopca bez diagnozy psychiatrycznej i wcześniejszych notowań przemocy domowej. Na tym tle zrozumieć siebie nawzajem mieli problem. Nie było im łatwo ustalić tutaj termin, do którego maksymalnie zaczekają z przedsięwzięciem czegoś, co jeszcze nawet nie zostało oficjalnie przez nich uznane za ostateczny plan działania.
Szczerze mówiąc, Michał nie miał pojęcia, co robić.
Rozeznanie tematu co do podejścia ich rodziców wypadło koszmarnie. Choć prowadził je Michał, nawiązując do polityki, danych naukowych i najnowszych opinii psychologicznych i tak doprowadziło to jedynie do dwugodzinnej pogadanki o grzesznikach i zboczeńcach. Janek nie odezwał się do matki przez kolejne kilka dni. Nie zauważyła.
Liczyć na zrozumienie nie było co. Musiał zabrać brata z domu jak najszybciej. Co pozostawało mu czynić później, Michał także wiedział. I wiedział, że go to przerośnie.
Któregoś razu dał to do zrozumienia Jankowi, zapominając się. Później odwołał te słowa, przeprosił i zapewnił, że ze wszystkim dadzą sobie radę.
Jednak do Janka wówczas dotarł już pełen obraz sytuacji. Więcej nie naciskał. Zgodził się poczekać jeszcze jakiś czas.
Czekanie musiało być dla niego straszne. Michał z przerażeniem wypytywał go co rusz o samopoczucie i zapewniał, że opuszczenie domu to kwestia już jedynie dni. Bał się. Bał się okropnie.
Statystyki prób samobójczych transpłciowych nastolatków śniły mu się po nocach, wraz z cenami zatrudnienia adwokata.
Ostatecznie postanowił rzucić studia, nie mówiąc o tym Jankowi. Promotor namówił go na wzięcie dziekanki, gdy Michał wyjaśnił mu, że musi iść do pracy i nie od niego jest ta decyzja zależna. Znajomym ze studiów nakłamał coś o chorobie w domu. Janka outować nie zamierzał nikomu bez jego wyraźnej chęci. Został sam wobec wszystkiego, co mogło i musiało się wydarzyć.
I w ten sposób przetrwali obaj niespełna rok, od dnia do dnia, od kancelarii do konsultacji, pogadanek psychologicznych i poszukiwań kogoś, kto pomógłby mu za mniej niż cenę sprzedanej nerki. Choć w chwilach desperacji i tego Michał nie mógł wykluczyć.
Właściwie po co komu dwie nerki?
Janek oburzył się na niego za ten żart i kazał obiecać, że Michał niczego sobie wyciąć nie da. Przyrzekł mu, że wcale nie jest tak źle, jak Michał zakładał i naprawdę nie pali im się grunt pod nogami. Zdeklarował nawet gotowość poczekania z wyprowadzką do osiągnięcia pełnoletności.
Na to mu jednak Michał nie chciał pozwolić.
W najgorszym wypadku dopuszczał do siebie myśl o pozostawieniu brata tam do szesnastego roku życia, żeby inaczej wyglądało to w oczach sądu. Tego jednak mu nie powiedział. To była najstraszliwsza ewentualność, a te Michał zachowywał dla siebie.
Naprawdę wierzył, że uda mu się to rozegrać inaczej.
Udawało się. Przez jakiś rok od ścięcia przez Janka włosów.
Przez ten czas wypracowali obaj sposoby ukrywania przed rodzicami Chłopca, którym było mieszkające z nimi dziecko. Hasłowanie telefonu Janka stało się normą, usuwanie wszelkich śladów po jego konwersacjach z Michałem także. Bluzy Michała, które nosił, chował na dnie pudła schowanego pod ubraniami w szafie. Z binderem był największy problem, ale ostatecznie Michał znalazł kilka sposobów w sieci, doszukując się na forach historii innych osób, którym groziło w najlepszym wypadku wyrzucenie z domu, gdyby rodzice dowiedzieli się prawdy.
Janek chodził po szkole na wszystkie dodatkowe zajęcia, jakie się dało. Obiady jadł na stołówce, zadania odrabiał na korytarzach, czekając na zajęcia pozalekcyjne, dzięki czemu udawało mu się wracać do domu właściwie na wieczór. Jednocześnie zmuszony był znosić każdy dzień, każdą listę obecności z obcym imieniem zamiast swojego i każdą noc w obawie, że rodzice czegoś się domyślą.
Michał zwrócił się o pomoc do wolontariuszy – aktywistów, by choć nakierowali go, jak może pomagać Jankowi, nie dysponując jeszcze diagnozami i skierowaniami. Prawnie wciąż miał związane ręce. Dziekanka mu się zaczęła kończyć, o czym nikt nie wiedział.
Znajomi zaoferowali się, że przyjmą ich choćby z marszu, wystarczy, że da znać i nie zostawią go na lodzie. Jego i dzieciaka, jak zawsze podkreślał. O siebie się nie martwił.
I właśnie dlatego cały ich plan polubownego rozwiązania sprawy i rozegrania tego w miarę na korzyść dla nich, jasny szlag trafił.
Michał zapomniał o sobie.
To jego telefon trzymał w dłoni ojciec, gdy tamtego późnego wieczoru Michał wyszedł spod prysznica po całym dniu pracy i zahaczywszy o kuchnię przed udaniem się spać, zerknął na stojącą w dziwnie sztywny sposób postać. Sam z siebie nawet nie zwrócił na to uwagi.
Dopiero pytanie ojca go uświadomiło.
- Kim jest „Janek”?
Michał zastygł w pół kroku do pokoju i pytająco uniósł brwi. W pierwszej chwili był pewien, że się przesłyszał.
- Kto?
- Janek. W twoim telefonie. Kto to?
- Znajomy z uczelni – odpowiedział może zbyt szybko.
Zawsze uważał się za bardzo dobrego kłamcę. Jednak jeszcze jedno spojrzenie na telefon w dłoni ojca wystarczyło, by zrozumiał, w jak beznadziejnym był położeniu.
- Sprawdzasz mi telefon? – spytał niedowierzająco.
Ojciec posłał mu ciężkie, pozbawione emocji spojrzenie.
- Ja płacę za niego abonament. Właściwie nie jest twój.
Michał nie skrzyżował na piersi ramion, choć bardzo korciło go, by przynajmniej tak mizernie ukryć drżenie rąk. Zamiast tego wskazał ojcu głową duży pokój.
- Zaraz przyjdę i porozmawiamy. Daj mi założyć bluzę. Zimno tu.
Nie czekając na pozwolenie, wszedł do ich pokoju.
Janek jeszcze nie zdążył się położyć. Ta myśl była jedyną pozytywną.
Dopadł brata jednym susem i nachyliwszy się do jego ucha, wyszeptał w tak spokojny sposób, że aż sam był pod wrażeniem:
- Ubieraj się. Weź plecak. Czekaj w bazie. Załóż słuchawki.
Nie musiał go ponaglać. Janek tylko otworzył szeroko oczy. Nie zdążyło wypełnić ich przerażenie. Michał wcisnął mu w dłoń swój portfel i klucze od domu. Założył bluzę i wyszedł z ich pokoju, zostawiając uchylone drzwi.
Zaś te do dużego pokoju zamknął za sobą. Spojrzał spokojnie na siedzącego na kanapie ojca.
Ręce już mu się nie trzęsły.
- Dlaczego sprawdziłeś mi telefon?
- A dlaczego nie? – ojciec przyglądał mu się ze swoją zwyczajną obojętnością, co Michałowi odrobinę dodało nadziei, że jeszcze nie połączył faktów.
Inaczej na pewno już by się wściekł. Może więc pospieszył się z tym alarmem i kryzysowym trybem opuszczenia przez Janka domu?
- Mam hasło na telefonie. Jak go odblokowałeś? – spytał Michał, krzyżując ramiona na piersi i uniósł brwi z udawanym niezrozumieniem.
Ojciec posłał mu spojrzenie na tyle pogardliwe, by nie pozostała najmniejsza wątpliwość, że pochwycił przynętę. Czasami Michał sam siebie podziwiał za biegłość w prowadzeniu rozmów z korzyścią dla siebie.
- Znam datę urodzin twojej matki, Michale.
- Kto by pomyślał – skrzywienie ust w uśmiechu, który zwykle ludzi irytował było całkowicie zamierzone.
- Słucham?
- No nie sądziłem, że na to wpadniesz. I że pamiętasz – patrząc mu prosto w oczy, Michał wzruszył ramionami, jak tylko umiał najbardziej lekceważąco – Może powiedz jeszcze, że pamiętasz, gdzie jest jej grób… nie przypominam sobie, byś był tam od pogrzebu.
Oczy ojca pozostały obojętne, jak zawsze, gdy patrzył na ludzi, którzy śmieli przebywać w jego otoczeniu. Jednak rysy jego twarzy pogłębiły się, gdy zacisnął mocniej szczękę. Michał obserwował to spokojnie, nawet dźwięk zębów trących o zęby go nie przeraził.
Kończąc ostatnie słowa wychwycił za sobą ciche pyknięcie zamykanych drzwi na klatkę schodową. Janek wyszedł z mieszkania.
Cokolwiek teraz zrobiłby ojciec, Michał już zwyciężył.
- Jestem pod wrażeniem twojego opanowania… i wysiłków – ojciec nie powstał wciąż z kanapy, nie pozwolił także wzburzeniu silniej odbić się na jego twarzy. Gdyby był zdolny do wyrażania podstawowych emocji, Michał założyłby, że jego ton stał się wręcz drwiący wraz z kolejnymi słowami – Jednak tak łatwo nie odwrócisz mojej uwagi od pytania. Kim jest Janek?
- Już wyjaśniłem. To znajomy z uczelni. Czemu cię to interesuje? Przepytasz mnie z każdej osoby z listy kontaktów w telefonie?
- Nie. Tylko z ludzi, do których piszesz w godzinach zajęć… i zwracasz się do nich per „braciszku”.
Michał przewrócił oczami całkiem udanie.
- Nie zrozumiesz. Kiedyś mówiliście do ludzi „druhu”, czy coś.
- I piszesz im szczegółowe informacje o swoim grafiku. Aha, i pytasz… pozwolę sobie na cytat „jak cyrk w domu” i „czy matka mocno się darła”.
- Sprawa prywatna.
- Twoja czy znajomego?
- Nas obu. Mam prawo do prywatności, wiesz? Jestem dorosłym człowiekiem i wolno mi pisać SMS-y do kogo mi się żywnie podoba – Michał zacisnął szczęki tylko na chwilę, nic to jednak nie dało, słowa płynęły dalej, a on ledwo rejestrował, jak szybko i silnie padały, każde z nich pełne rozgoryczenia, część przesycona gniewem… nie było w nich już smutku. Michał nie czuł już żalu nad sobą i swoim życiem – Nie chcesz, to nie płać mi za abonament. Poradzę sobie. W ogóle nie musisz złotówki na mnie wydawać. Czynsz mam ci płacić? Spoko. Dorzucę się tak, jakbym sypiał na stancji. Nie chcesz wynajmować mi miejsca w pokoju? Nie ma problemu, jutro mnie tu nie będzie. Daj mi się tylko spakować. Albo nie dawaj, wyrzuć mnie. Wszystko mi jedno już. Jestem ci winien pieniądze za wychowanie mnie…? Podaj mi cenę. Nie żebyś mnie próbował wychowywać… ale nie bądźmy czepliwi. Miałeś tego pecha ścierpieć mnie przez te lata. W porządku. Podaj mi cenę… i daj mi święty spokój raz na zawsze.
Milknąc, spodziewał się wybuchu gniewu. Ojciec nie powiedział jednak nic przez długą chwilę, jedynie mu się przyglądał, bezemocjonalnie śledząc kolejne słowa wyrzutu.
Spokojne uniesienie dłoni było gestem tak pełnym łaski, że Michał poczuł niespodziewaną chęć złamania mu tej ręki w co najmniej trzech miejscach. Tak, żeby nie mógł sam się poskładać.
- Już skończyłeś? – spytał ojciec cicho, bez gniewu i bez współczucia.
Poczekał, aż napięcie wywołane jego obojętnością objawi się w nerwowym wzruszeniu ramionami przez syna. Nie było po nim widać nawet odrobiny satysfakcji, którą bez wątpienia musiał poczuć, gdy patrząc Michałowi prosto w oczy, wybrał numer w jego telefonie i nacisnął, by na niego zadzwonić.
Istniał jeszcze cień nadziei. Ostatni, malutki… drobina wręcz, niedostrzegalna gołym okiem…
Jednak odkąd tylko otrzymał telefon, Jankowi nie wolno było chować go na noc do ich pokoju. Podobnie jak wyciszać dzwonków, w razie gdyby zamiast się uczyć, wypisywał do kogoś.
Drżenie telefonu na komodzie, raptem dwa kroki od kanapy zabrzmiało zaraz potem. Domyślny dzwonek zabrzmiał cicho, ale wyraźnie.
Ojciec Michała uniósł brwi w zdumieniu, nie siląc się nawet, by gest ten wypadł naturalnie.
- Czy to nie telefon twojej siostry? – spytał powoli, delektując się zgrozą, która coraz jawniej wypełniała zwrócone na niego spojrzenie syna.
- Może zamieniły mi się nazwy… albo źle kliknąłeś.
- Tak sądzisz? To który kontakt to ona? Chodź, pokaż mi.
Może zdążyłby wyrwać mu telefon i wybiec z pokoju?
- Albo weź jej telefon i zadzwoń do siebie. Zobaczymy, co?
Michał milczał i nie ruszył się z miejsca. Wobec tego ojciec mówił dalej, obserwując go z ledwo wyczuwalnym tryumfem, ukrytym głęboko pod nieprzebraną obojętnością na cały świat.
- Jeszcze lepszy pomysł… zawołaj ją. Idź po siostrę, Michał. Może ona będzie wiedziała, o co tu chodzi?
Uczucie strachu nie było mu obce, także takie zmieszane z bezsilnością, dławiące za gardło, słabnące gdzieś w mięśniach, które nie chciały go słuchać i wpadały w dygot. Ukryte w łomotaniu serca, które słyszał we własnej głowie niczym huk wielkiego dzwonu.
Wszystko to czuł już wcześniej. I ojciec musiał po prostu wiedzieć, jak wyglądał, gdy dopadał go lęk, w pełni uzasadniony i obezwładniający. Musiał wiedzieć, na co w tej chwili patrzył.
- To pseudonim… od ulubionej postaci. W ramach zabawy – Michał stał wciąż wyprostowany, tylko dłonie opuścił wzdłuż ciała.
Jeśli można było poszarzeć na twarzy, to właśnie tak w tej chwili wyglądał. Nie zacisnął nawet pięści. Hardość zniknęła z jego spojrzenia, gdy zamiast gniewu, krótkiego i dobrze znanego w tym domu, otrzymał lodowaty spokój, przed którym nie miał jak uciec.
- To co ostatecznie? Zabawa czy pomyłka?
- Zabawa. Durna zabawa, o którą wiedziałem, że będziecie świrować, jakby cholera wie, co to niby było! Co za różnica, jak mam kogo w telefonie zapisanego? Mój telefon, moja sprawa! Nigdy nie spotkałeś się z pseudonimami?
- Założyłeś więc, że będziemy świrować o pseudonim? – ojciec zdawał się ledwo opanowywać zadowolony uśmiech, gdy patrzył na coraz większe poruszenie Michała, którego każde kolejne, wymierzone starannie słowo odpychało dalej od granicy zachowania spokoju i kontroli nad sytuacją – Czy może o to, co piszesz do siostry? Czy to, co ona do ciebie pisze? Rozumiem, że ta zabawa obejmuje też wcielanie się w postać transwestyty, tak? Czy może to tylko… wczuwanie się w pseudonim?
Parę lat wcześniej Michał zrozumiał, że przegrał z ojcem dopiero, gdy ten huknął go otwartą dłonią w bok twarzy, ogłuszając tak silnym uderzeniem w ucho. Musiał się zachwiać. Oczy zaszły mu łzami z bólu, w głowie mu zawirowało. Musiał niemal paść na kolana, by to pojąć.
Teraz wystarczała mu tylko rozmowa. Ton ojca, w którym nie było miejsca na wahanie, nie było ani jednej straconej sekundy na namysł nad jego odpowiedziami. Ojciec od samego początku doskonale wiedział, co się działo. Czekał jedynie, aż Michał sam mu to powie.
- Co cię to właściwie obchodzi? Co cię którekolwiek z nas obchodzi? – spytał niespodziewanie, zaciskając mocno szczęki – Daruj sobie! Póki nie zawracamy ci głowy, masz na nas całkowicie wyjebane i jest ci z tym wspaniale. Po co pytasz? Co cię to w ogóle interesuje?
- Mieszkacie w moim domu – zauważył ojciec, wciąż nieporuszony.
- Wyniesiemy się więc. Nie udawaj, że by cię to obeszło.
- Jeszcze tu jesteście… pod moim dachem i moim nazwiskiem. Póki możesz je hańbić, odpowiadasz przede mną za swoje czyny. Powiedz mi zatem…
- Nie hańbię cię – Michałowi odrobinę zadygotała broda, gdy zaciskał silnie zęby – Ani ja, ani…
- Janek? – podsunął mu ojciec i dopiero wtedy uśmiechnął się, jeśli grymas, który wykrzywił jego twarz można tak było nazwać.
Michałowi nasuwał on na myśl bardziej szczerzenie zębów przed ostatecznym ciosem drapieżnika. Nie odpowiedział mu. Wszystko, co by teraz powiedział mogło już im jedynie zaszkodzić.
Ojciec czekał na odpowiedź przez kilka chwil, które jemu wydawały się zwyczajne, zaś Michałowi niemal fizycznie zadawały ból.
- Wyobraź sobie tylko minę jej matki – zwyczajne opanowanie starło uśmiech z jego twarzy, gdy wyczekująco zawiesił głos.
Spodziewał się, że to ostatecznie Michała pokona. Syn złamie się przed nim jak wielokrotnie uderzane drzewo, pewne swoich korzeni, butnie twierdzące, że przetrwa każdą wichurę i każde ostrze siekiery. Czekał na rozpacz, może na łzy, może na histeryczny wybuch złości, który dowiódłby w ostateczny sposób, że Michał nie jest w stanie już nawet wymyślić jakiejkolwiek wymówki i odpowiedzi, i może się tylko załamać.
Schylenie przed nim na moment głowy było jakieś spokojne, zbyt spokojne jak na moment porażki. Michał głęboko odetchnął, a gdy znów spojrzał na ojca, w jego oczach pojawił się tylko gniew, zimny i silniejszy od lęku. Na taki upór to nie liczył właściwie żaden z nich.
- Czego chcesz ode mnie? Nie musisz jej tego mówić. Powiedz, czego ode mnie chcesz… by jej tego nie mówić…?
- Bo zrobisz wszystko, by chronić biedną siostrzyczkę, której nikt poza tobą nie kocha? – ojciec znów się uśmiechnął, tak drwiąco, jak zapewne co rusz uśmiechał się w duchu, szydząc z żałosnych, głupich i uczuciowych ludzi, którzy go otaczali.
- Czego chcesz? – przez zawarte kurczowo szczęki ledwo przedarły się słowa, bliższy warknięciu niż krzykowi głos zabrzmiał mimo wszystko obiecująco blisko rozpaczy.
- Czego miałbym chcieć?
- Tato… - Michał odetchnął raz jeszcze, tak silnie, że być może faktycznie dygotało nim jedynie od oddechu – Wiem, że ty zawsze czegoś chcesz, gdy coś robisz. Powiedz mi. Nie musisz mnie do tego szantażować. Powiedz mi po prostu… i zostawmy tę sprawę w spokoju.
- Nazwij ją po imieniu.
- Kogo? – przez moment jeszcze się łudził.
- Twoją siostrę. Zawołaj ją po imieniu. Zobaczymy, czy do ciebie przyjdzie – wzruszenie ramionami przez ojca wypadło znacznie żywiej niż większość jego ruchów przez ostatnie lata – Czy może złamiesz jej serce… gdy zawołasz ją w ten sposób? Hm? No ja nie wiem, Michał. I tak, jak mówisz… nic mnie to nie obchodzi.
I wtedy właśnie Michał ostatecznie swojego ojca znienawidził. Nie wybaczał mu wcześniej, nie wierzył już, że między nimi cokolwiek zmieni się na lepsze. Upierał się, że już nawet nie bolało go, jaki był. Przestał życzyć sobie, by zostać wreszcie sierotą także w oczach świata i prawa, ledwie zrozumiał, z czym by się to łączyło.
Ojciec był, jaki był, ale przynajmniej wciąż był. Czasem Michał wolałby go nie mieć, czasem uznawał, że bardziej opłacalnym było wciąż go posiadać. Przez ostatnie lata uważał, że jedynym dobrem, jakie mu ojciec kiedykolwiek w życie wprowadził, było poślubienie tej kobiety, matki Janka, dzięki czemu Michał miał teraz kogokolwiek na tym świecie.
Jednak w tamtej chwili, widząc jego rozbawienie sprawą, z której przerażającej wagi ojciec doskonale zdawał sobie sprawę… jego satysfakcję z rozpaczy, jaką wywołał… pierwotny tryumf zwycięzcy nad pokonanym… w tamtej chwili nienawidził go tak bardzo, że gdyby tylko mógł zadać mu ból, zrobiłby mu bez wahania.
Nie miał jednak takiej możliwości.
Problem polegał na tym, że jego ojciec niczego i nikogo nie kochał. Nic go nie obchodziło, poza nim samym. Michał nie miał jak zranić kogoś, kto nie dbał o nic.
Mógł tylko unieść głowę ze stanowczością, na którą niespodziewanie wystarczało mu sił. Bał się wciąż. Przestało go to po prostu obchodzić.
- Nie mogę – rzekł ze spokojem, w którym niespodziewanie znalazł podobieństwo do bezwzględnego nieporuszenia ojca, jednak nie porzucił tego tonu – Nie mam siostry. Mam brata, którego od was zabieram. I nie powstrzymasz mnie przed tym.
- Czemu miałbym próbować? Jak mówiłeś… nic mnie nie obchodzisz ani ty… ani twoja siostra.
- To po co ta gadka? Czego chcesz ode mnie? Czego oczekujesz niby? Mam cię błagać o litość, przepraszać cię? Czego chcesz niby?!
- Wszystko, czego chciałem, już zapewniłeś – ojciec przyjął jego gniew z tak zadowolonym z siebie uśmiechem, że najwyraźniej bardziej na rękę już mu Michał nie mógł pójść – Niczego już od ciebie nie chcę – zawiesił głos niespodziewanie, zerkając na zegarek tak ostentacyjnie i złowieszczo, że w ciszy, która zapadła, nie zabrzmiał nawet najlżejszy szmer oddechu – No może jeszcze jedno… na odchodnym. Idź, otwórz drzwi. Matka twojej siostry właśnie wróciła z pracy. Może będzie chciała pożegnać się z córką, nim ją zabierzesz…?
Ledwie jego słowa opadły, nie zdążywszy jeszcze w pełni ugodzić w Michała, dobiegł ich dźwięk domofonu otwieranego na dole kodem.
Matka Janka nigdy nie dzwoniła, by ją wpuszczono. To uprzedziłoby ich, że wraca. Nigdy nie uprzedzała. Skoro ojciec wiedział, kiedy wróci…
- Ona już o wszystkim wie… już dałeś jej znać, prawda? – Michałowi głosu nie zniekształcił strach, choć z jego twarzy zniknął ślad spokoju.
Zastąpiła go odraza.
Spojrzał na ojca z pogardą, na jaką nikomu nie starczało odwagi. Zniknęła nawet nienawiść. Byłaby zbyt silnym, zbyt bliskim uczuciem, by zasługiwał na nie ktoś taki…
- Mam nadzieję, że będziesz w życiu cierpiał – pożegnał się, odwracając od ojca ze szczerą chęcią nieujrzenia go nigdy ponownie.
Wyszedł do przedpokoju, niepowstrzymywany przez nikogo. Ojca nic nie obchodziły jego nadzieje, lęki i cierpienia. Nawet się nie oburzył. Michał odprowadził spokojny zupełnie głos:
- Obudź siostrę.
Klucz w zamku obrócił się po raz pierwszy. Michał zdążył przez ten czas założyć buty. Drugi zgrzyt zabrzmiał zaraz potem. Spieszyła się. Nie musiał jej drażnić, już była wściekła.
On zaś był gotowy.
Tamtej nocy Michał na dobre przestał się bać bólu.
* * *
Tamta noc była chłodna, choć wiosenna. Jankowi wydawała się być lodowatą, choć zdążył zabrać ze sobą kilka bluz, wciskając je do plecaka. Najpierw czekał, aż Michał lada chwila wyjdzie z domu i zjawi się po kilku minutach. Gdy od zimna zdrętwiały mu ręce i twarz, ubrał się cieplej, nie wychodząc z kryjówki pod pochylonymi gałęziami drzew.
Znaleźli to miejsce dawno temu. Michał mu je pokazał, jeszcze jako małemu dziecku i przykazał nigdy nikomu nie wspominać o ich tajnej bazie, jak to wówczas nazwał. Przejęty samym faktem posiadania sekretnej kryjówki, Chłopiec przysiągł mu na wszystkie świętości, jakie wówczas wyznawał. Równie silnie przejmowało go, że Michał, niedoścignienie mądry, uznał, że dzieciak był godny takiego zaufania, by powierzać mu tajemnicę tajnej bazy.
Nikomu nigdy o niej nie powiedział.
Kilka lat później, spędziwszy w niej jedne z najdłuższych godzin w swym życiu, Janek zaczynał właśnie rozumieć, jaki cel przyświecał Michałowi podczas urządzania tej bazy.
Gałęzie drzew były podwiązane sznurkiem tak umiejętnie, że z daleka nie wzbudzały najmniejszych podejrzeń. Rozsypane chaotycznie szyszki przed zagajnikiem, które zmieniali co roku, układając najbardziej suche i chrupiące pod butami szyszki, stanowiły jedną z metod ostrzegania o nadchodzących intruzach. Luka między gałęziami kryła się tak wspaniale za rozcapierzonymi igłami, że tylko schowany w ciemnościach pod drzewami, Janek widział prześwit na pozbawiony ścieżki trawnik biegnący za największymi chaszczami na osiedlu, gdzie panowie z kosiarkami nie mieli jak dojechać, bo przeszkadzały im płoty ogródków działkowych, niemal nieużywanych, lecz tak przydatnych do ukrywania bazy. Właściciele ogródków także tutaj nie chodzili. Wysiewanie pokrzyw i ostów skutecznie ich odstraszało od trawiastego zejścia w stronę drzew.
Kilka kroków od kryjówki wznosił się płot strzeżonego osiedla. Jako Chłopca, bawiły go pomysły Michała, by w razie ataku nieprzyjaciela, włazić po tym płocie na drugą stronę i tam się chować. Podobnie nauki przechodzenia przez ogrodzenie wydawały mu się szalenie ciekawe i zabawne, tak, ale nigdy jakoś nie wypadły podejrzanie.
Nawet te słuchawki… te nieszczęsne słuchawki, których tamtej nocy nie założył mimo polecenia Michała… one też zawsze go cieszyły, wiązała się z nimi cała masa miłych wspomnień. Zasypiał, wsłuchany w muzykę z nich, bawił się z nimi na głowie, gdy akurat Michał czynił go radiotelegrafistą w ich bazie. Czasem biegał w nich po domu, jakby miał hełmofon. Czasami nosił je, idąc do szkoły.
Michał właściwie oddał mu je już lata temu.
I jakoś nigdy wcześniej Janek nie uzmysłowił sobie, po co.
Tamtej nocy dotarło do niego, jak przerażającą moc zawierały w sobie. Pamiętał tak wiele wieczorów z nimi na uszach, tyle sennych, miłych od muzyki chwil, tyle radości mu przynosiły. Nie pamiętał niczego, przed czym go chroniły. Nie usłyszał. Nie zapamiętał.
Ukryty pod drzewami, wpatrywał się w wysłużone, czarne słuchawki, oklejone kolorowymi naklejkami z książeczek dla dzieci, z sypiącą się ze starości gąbkową podkładką na czubek głowy. Nigdy wcześniej nie trzymał w dłoniach niczego potężniejszego.
Czy Michał chciał i tę noc zmienić w jego pamięci na miłą, każąc mu je założyć? Czy zapomniał, że Janek nie był już małym dzieckiem? Po co mu je dał tamtego konkretnego wieczoru?
Może nie chciał, by Janek coś usłyszał, a może chciał jedynie podnieść go na duchu dobrze znanym szczegółem. Może uznał, że Jankowi nudno będzie czekać na niego w kryjówce przez resztę nocy…?
Jednak niemożliwym było, by Michał zostawił go tam aż do rana. Janek w to nie wierzył. Michał na pewno by mu tego nie zrobił. Zwykle nie chciał go zostawiać tu samego nawet na godzinę… za bardzo się o niego martwił. Zawsze wracał, jak tylko mógł najszybciej.
A teraz nie było go już bardzo długo… chyba… nie był pewien, nie miał przy sobie ani zegarka, ani telefonu.
Wziął jedynie plecak, gdzie poza rzeczami do szkoły zawsze pakował kilka sztuk odzieży, jako „strój do ćwiczeń”. Matka przestała interesować się jego plecakiem, odkąd miała pod kontrolą telefon Janka. Chował w nim czasem trochę suchego prowiantu, jak lubił to nazywać. Michał kiedyś tak to nazywał. Jakby szykowali się na jakąś ekspedycję. Jankowi zostało to w myślach na długo.
Szybko zaczął żałować, że nie miał, jak mierzyć mijającego czasu. Nie wiedział, ile przyjdzie mu czekać. Miał jednak pełną pewność, że nigdzie mu iść nie wolno. Gdyby Michał chciał pomocy, powiedziałby. Gdyby chciał go gdzieś wysłać, wysłałby. Kazał czekać, więc należało zrobić tylko to. Janek czekał.
Nieświadomy charakteru rozmowy, która toczyła się wówczas w mieszkaniu, szybko popadł w rozmyślania, co też mogło tak długo brata zatrzymać. Był środek tygodnia. Wygonienie go z domu na noc było dość dziwnym pomysłem. Przebiegło szybko, nerwowo… Michał zdecydowanie czegoś się obawiał. Czego, nie powiedział. Nie zdążył, czy nie chciał go straszyć?
Michał zawsze traktował go jak małe, wystraszone dziecko. Jeśli sam się czegoś bał, na pewno tego Jankowi nie powiedziałby, choćby miał całe godziny na rozmowę z nim. Czasami go to drażniło… jednak tamtej nocy czuł jedynie strach, gdy wraz z mijającymi minutami, po Michale wciąż nie było najmniejszego śladu.
Nie miał założonych słuchawek. Gdyby Michał go zawołał, usłyszałby. Wokoło wciąż jednak trwała cisza. Część okien w blokach wciąż się świeciło, jednak z kryjówki nie było widać ich bloku, a co dopiero ich okna. Tamtej nocy Janek zaczął podejrzewać, że Michał zadbał i o to.
Wydawał się o wszystkim już pomyśleć…
Odsyłając go do kryjówki, zachował się tak spokojnie, jakby robił to przynajmniej dwa razy dziennie, bez żadnego niepokojącego motywu. Tak po prostu go tam wysłał. Brzmiał tak pewnie, patrzył z takim przekonaniem. Musiał wiedzieć, co robił.
Michał zawsze wiedział, co robić. Zawsze był gotowy.
Dlaczego więc nie było go tak długo?
Jeszcze parę lat temu Janek założyłby, że po prostu o nim zapomniano. Tamtej nocy wiedział już jednak, że Michał nigdy by nie zapomniał. Michał nie mógł zniknąć. Nigdzie by bez niego nie odszedł.
Musiał w końcu po niego przyjść. Janek czekał zatem, schowany i coraz bardziej martwiąc się, wyglądał przez szczelinę między gałęziami, z nadzieją, że za kolejnym zerknięciem zauważy znajomą postać przemykającą w ciemnościach zapadającej już na dobre nocy. Za każdym razem cofał twarz od igieł z rozczarowaniem.
Michał nie przychodził.
Nie widział księżyca z kryjówki. Może gdyby udało mu się zobaczyć, jak wysoko wisiał na niebie, jakoś wywnioskowałby, która była godzina? Czytał o tym w kilku książkach, widział takie sceny w filmach. Poradziłby sobie, pamiętał bardzo dużo survivalowych lekcji. Od Michała. Wszystko to podsuwał, tłumaczył, pokazywał i opowiadał mu Michał.
Jakby planował go tak zostawić…
Czy mieli tej nocy w ogóle wrócić do domu? Michał chciał uspokoić jakąś awanturę i potem zawołać Janka z kryjówki?
Czy może to była już ta noc, noc, gdy na dobre zamkną się za nimi te drzwi i odejdą w świat, oni dwaj tylko, on i Michał…? Czy to już się zaczęło? Już uciekł z domu? Już był wolny?
Czemu wobec tego Michał nie wyszedł razem z nim? Przecież mieli uciec razem… Michał nalegał i upierał się, że Janek nie może uciec samotnie, bo sobie nie poradzi i będzie go szukać policja. Mógł uciec tylko z Michałem. Michał wiedział, jak to urządzić, by ich nie szukano.
Gdzie wobec tego był Michał?
Siedział jeszcze w domu? Rozmawiał z nimi? Może im powiedział? Może chcieli, by został…? A może czekał, aż pójdą spać, by się wymknąć?
Równie dobrze mogło już go tam wcale nie być. Może pobiegł na dworzec po bilety? Może już zorganizował im mieszkanie albo transport?
A może coś mu się stało…?
Może wcale się nie zjawi?
Nie powiedział Jankowi, co powinien czynić, jeśli doczeka świtu, a Michała wciąż nie będzie. Czy miał wówczas wrócić do domu? Iść do szkoły? Schować się na uczelni Michała? Może iść na policję? Nie wiedział tylko, co miałby im powiedzieć, nie wiedząc, co się działo.
Michał wskazał mu kilka adresów jego znajomych. Kilka domów odwiedzili wspólnie i zawsze wracając Michał zwracał jego uwagę, jak może tam dotrzeć. Może to było także specjalnie? Może szkolił go właśnie do takiej sytuacji, na taką ewentualność?
Może Michał wiedział, że nie uciekną razem…?
Nie, nie okłamałby go tak. Nie kazałby mu czekać, gdyby miał nigdy nie przyjść. Michał nie zniknąłby tak, zostawiając go w oczekiwaniu.
Michał musiał przyjść. Obiecał. Nie zostawiłby go.
Nawet rozmyślając o tym po latach, pojęcia nie miał, czy czekał tamtej nocy na Michała kilkanaście minut, kilkadziesiąt, czy może nawet kilka godzin. Była to jednak pierwsza z dwóch najdłuższych nocy w jego życiu. Przesiedział ją skulony, ściszając oddech, ilekroć wydało mu się, że złowił jakikolwiek dźwięk z otoczenia. Próbował liczyć do stu, by jakkolwiek odmierzać upływający czas, jednak zbyt często się zamyślał, niepokojąc każdą kolejną odliczoną dziesiątką sekund i ostatecznie stracił rachubę, czy doliczył do tysiąca, czy do dwóch.
Zrobiło mu się zimno i ubrał jeszcze jedną bluzę. Ostatecznie martwił się już za bardzo, by się bać. Uznał, że musiał coś postanowić. Co zrobi, jeśli nastanie ranek, a Michała wciąż nie będzie?
Nie bardzo wiedział, jakie miał opcje. Na policję bał się iść. Do domu tym bardziej. Zostali mu znajomi Michała. Jeśli nastanie świt, a Michał wciąż się nie zjawi, pójdzie do najbliżej mieszkającego znajomego brata i powie, co się stało. Jeśli tego nie będzie, pójdzie dalej. W końcu jakiegoś znajdzie, Michał miał ich tak wielu…
A co jeśli on ruszy na poszukiwania, a Michał wtedy przyjdzie do kryjówki? Nie uzgadniali nigdy, co Janek miał robić, gdyby został sam. Nie było takiej opcji. Michał stale to powtarzał. Cokolwiek się stanie, Janek nigdy nie zostanie sam. Nie wiedział, jak mógłby w to wątpić. Nie wątpił nigdy. Aż do tamtej nocy.
I nie miał pojęcia, co robić powinien, póki więc trwała noc, czekał na Michała, jak mu przykazano.
Czekał, martwiąc się i wyglądając pomiędzy igłami, dbając o to, by nie dało się go zauważyć. Zerkał zza gałęzi tak często i tak bardzo chciał ujrzeć między nimi Michała, że gdy nareszcie go zobaczył, w pierwszej chwili nie uwierzył własnym oczom i cofnął głowę, jak poprzednio.
Dopiero za drugim, nerwowym zerknięciem upewnił się, co widział.
Michał szedł wolniej niż zwykle. Na ramionach miał swój plecak, a w dłoni trzymał kurtkę. Janek nie zdołał usiedzieć w kryjówce cierpliwie, aż dotarłby do niej. Wydostał się spod gałęzi i wybiegł bratu naprzeciw.
Jednak Michał nie gniewał się o to. Wydawał się wręcz ucieszyć.
I jeszcze przez wiele lat nie powiedział Jankowi, co zaszło tamtej nocy w ich domu, gdy on siedział schowany.
* * *
Czuł się tak słaby, że dziwiła go determinacja kolan, które wciąż utrzymywały go w stojącej pozycji. Był zbyt słaby, by pobiec do dzieciaka, który na pewno umierał ze strachu przez ten czas, nie mając pojęcia, co się działo. Zbyt słaby, by wywrócić się na ziemię i na chwilę odpocząć.
Zbyt słaby, by odczuwać ból.
Dobrnąwszy do drzew, skąd wylazł Janek, poczuł się jeszcze słabszy. Jakby cały świat spadł mu tamtej nocy na głowę i Michał mylił się straszliwie, sądząc kiedykolwiek, że zdoła go udźwignąć. Czuł się mizernym, skopanym przez życie prochem, który nie miał prawa samodzielnie istnieć, a co dopiero utrzymać przy życiu kogokolwiek innego.
Z tej słabości kręciło mu się w głowie. Świat oglądał zza mgły. Było tak ciemno, tak zimno i ciemno, a on ledwo szedł. I nie miał już nigdy mieć dokąd iść. Myślał, że będzie to wspaniałe uczucie, uwolnić się… tymczasem czuł, jakby cały świat chciał zniszczyć właśnie jego i nie było na świecie nikogo, kto zdołałby mu chociaż odrobinę pomóc.
Ugiął się pod ciężarem tej słabości.
Zachwiał się też na nogach, gdy z rozpędu zamknięto go w ramionach. Prawie się wywrócił. A jeszcze nawet godziny nie był wolnym człowiekiem. Chciał paść na kolana i wyć z tej słabości, zwinąć się w kłębek i czekać, aż świat sam wdepcze go w ziemię.
I wtedy usłyszał zdławiony szept tuż przy swoich żebrach, powtarzający tylko jedno słowo. Głos pełen strachu i nadziei, radości i niepokoju, słabości i pewności zarazem skandował jego imię na przemian z niedowierzaniem i zgrozą, to znów z największą ulgą, jaką kiedykolwiek Michał słyszał.
Drobne ręce obejmowały go z całą siłą, na jakie było je stać. Znajoma, czupryna trzęsła się przy jego sercu. Michał oparł na niej dłoń bardzo powoli, zmęczonym i słabym ruchem.
Dla ściskającego go Janka nie było jednak silniejszego gestu w tamtej chwili i w całym jego życiu. Nie było wspanialszego człowieka.
Michał objął go ramionami powoli, ostrożnie, bez sił i bez rezygnacji, w uldze i słabości zarazem schylając głowę na tyle, by zamknąć Janka całkowicie w swoim uścisku. Otaczał go, ochraniał, trzymał przy sobie.
I nigdy nie puścił, przez te wszystkie lata. Nigdy puszczony nie został.
Oparł policzek na jego głowie, nie mając siły zastanowić się, czy Janek wyczuje ciepło albo zapach krwi. Nad niczym nie zdołał się zamyślić. Zbyt słaby był, żeby myśleć. Zbyt słaby, by sobie poradzić.
- Michał… - blada w ciemnościach nocy twarz uniosła się na niego, gdy Janek już upewnił się, że trzymał go przy sobie. Smutny uśmiech wydał się tak Michałowi tak wspaniały i szczery, że prawie rozpłakał się ze szczęścia, widząc, że nie było lęku we wpatrzonych w niego oczach. Była tylko wiara, w niego, tylko w niego na całym świecie – Wiedziałem, że przyjdziesz.
Starał się odpowiedzieć uśmiechem, ale twarz za bardzo go bolała. Zamiast tego pogłaskał tylko delikatnie jego włosy na karku. Kręciły się, odkąd zaczęły odrastać. Nie tak bardzo, jak jego własne, ale wyraźnie.
Jego mała, czarna owieczka.
- No ba – odparł cicho, a jego głos zabrzmiał niemal zwyczajnie – Nie nudziłeś się zbytnio?
Nie otrzymał odpowiedzi. Janek spojrzał na niego ponownie i tym razem musiał dopatrzyć się czarnych zacieków krwi na twarzy brata. A może zdradził go mniej spokojny niż zazwyczaj, słabszy ton głosu?
- Co się stało…? – spytał szeptem.
Nim w oczach Janka zagościłby chociaż cień strachu, Michał pokręcił głową powoli, o tyle, o ile był w stanie.
- Cokolwiek się stało, nie ma to już znaczenia. To już koniec.
- Koniec…? – chyba nawet nie padło to słowo szeptem, wyczytał je tylko z drżenia jego ust i spojrzenia pełnego zlęknionej nadziei.
- Koniec. Już nigdy… już dość tego. Idziemy. Chodź, weź plecak.
Wypuścił jego rękę tylko na moment, gdy Janek wrócił do kryjówki po swój bagaż. Zaraz potem Michał wyciągnął do niego dłoń i zamknął w swojej. Posłał mu tak szczerze przekonany uśmiech, na jaki tylko umiał się zdobyć.
- Idziemy. Dziś śpimy u moich znajomych. Jutro też. A potem będziemy mieli własne mieszkanie. Wszystko mam zaplanowane. Nie będziemy mogli wbijać gwoździ w ściany i pewnie musimy kupić swoje garnki, ale poza tym wszystko będzie gotowe… i tylko nasze.
- A oni…? – jak Michał mu sam wyjaśnił kiedyś, nie dało się tak po prostu uciec z domu, huknąwszy drzwiami i cieszyć się wolnością.
On tak nie mógł zrobić, był dzieckiem.
- O nich się nie martw. Ja się zajmuję wszystkim. Jutro będziemy planować też. Nie martw się. Jutro powiem ci wszystko. Dziś jestem zmęczony… - Michał uśmiechnął się słabiej, zaraz skręcając chodnikiem z dala od ich bloku, na inne osiedle – Dziś liczy się tylko to, że jesteśmy wolni. I idziemy spać do najmilszych ludzi pod słońcem.
- Znam ich?
- Jeszcze nie, ale oni wiedzą o nas wystarczająco. Wiesz, poznałem ich przez te korki, co dawałem w parę lat temu… ich najstarsza córka zdawała geografię na maturze, musieliśmy nadgonić materiał, bo jej nauczyciele to banda baranów. Potem jej tata pomagał nam z jednym projektem. Inżynier, rozumiesz? I tak się jakoś poznaliśmy bliżej… i się zaprzyjaźniliśmy… i dziś idziemy do nich.
- Oni wiedzą, że będziemy? – Janek patrzył na brata ukradkiem z troską, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien go uświadomić, że wiedział o jego zwyczaju mówienia dużo i pozornie swobodnie, gdy Michał czymś się bardzo martwił.
Nie usłyszawszy nic w tym stylu, Michał nie podjął tematu sam z siebie.
- Powiedzieli mi, że mamy przyjść o każdej porze dnia i nocy, gdy trzeba będzie. Dziś trzeba. Obiecali nam pomóc. Pomogą. Nic się nie martw. To bardzo mili, porządni ludzie. Mają troje dzieci, w tym syna jakoś w twoim wieku… na pewno się polubicie.
Janek pokiwał głową bez przekonania co do tego, jednak wyraźnie niewiele go to obchodziło w tej chwili. Patrzył tylko na brata, nie przestając się martwić krwią na jego twarzy. Michałowi nie udało się tego zignorować.
Przy okazji mijania w parku kranu z wodą, zatrzymał się i wytarł twarz, jak tylko był w stanie dokładnie. Czujne i zarazem spłoszone spojrzenie nie ominęło żadnego z jego ruchów wycierania zmoczoną chusteczką rozciętej brwi, wargi i obitego policzka. Wypłukał też usta, dopiero wtedy odważając się policzyć końcem języka zęby.
Nic nie zagrażało jego życiu. Reszta mogła poczekać. Teraz miał na głowie jeszcze uspokojenie brata, który wciąż patrzył na Michał wstrząśnięty. Musiał coś z tym zrobić. Musieli przestać się bać.
- Nic, co się stało, nie odbierze nam wolności – zapewnił Janka, siadając przy nim na murku na chwilę, dla złapania tchu – Oni nic nam już nie zrobią…
- Nie żyją…? – wyszeptał chłopiec tak cicho, że Michał przez moment chciał udać, że nie słyszał.
Nie obruszył się. Uśmiechnął się zbolało, kręcąc głową od razu.
- Oczywiście, że żyją. Nie zrobiłem im nic. Po prostu nie stanowią już zagrożenia. Masz moje słowo, młody, jasne? Nic ci nie zrobią. Nic ci już nie grozi.
- A tobie?
Jakoś mniej go wszystko bolało przez to mgnienie oka, gdy spojrzawszy na brata, dostrzegł szczerą troskę tylko o jego osobę. Zmusił się znów do uśmiechu i ściskając jego dłoń, zapewnił:
- Mi też. Jesteśmy już bezpieczni. I zaraz odpoczniemy…
Naprawdę musiał odpocząć. Potrzebował ciepłej wody i kilku godzin snu w bezpiecznym miejscu. I wizyty u dentysty, ale to mniej pilnie. Póki co był w stanie mówić i oddychać, to było najważniejsze. I musiał odpocząć.
Nowiccy naprawdę spadli mu z nieba z tą ofertą pomocy.
- To chodźmy – Janek ściskając jego rękę, patrzył na niego i tylko na niego, gdy znów wstali.
Strach w jego oczach ustąpił miejsca bezgranicznej ufności. I choć w planach Michała z okazji opuszczenia tamtego mieszkania figurowało między innymi krzyczenie na cały głos i wypicie duszkiem lodowatego napoju gazowanego, w charakterze toastu, los pokrzyżowawszy mu te plany, nie zostawił mu sił nawet na dłuższą rozmowę.
Tylko rękę Janka trzymał pewnie, idąc z nim nocą przez park. Niedowierzające wciąż w prawdziwość tego wydarzenia spojrzenie wielkich, ufnych oczu co rusz unosiło się na niego.
Czując je na sobie, Michał wbrew ogromnej słabości, czuł się człowiekiem silniejszym niż którykolwiek z wielkich zwycięzców.
* * *
Nowiccy przyjęli ich bez pytania. Nawet powstrzymali emocje, gdy zobaczyli ich na swym progu, w okolicach północy, z plecakami w rękach.
Zdruzgotane spojrzenie zatrzymało się co prawda na moment na czerwonych, nie dość startych plamach na twarzy Michała i przyciśniętej do łuku brwiowego, zakrwawionej chusteczce, jednak zaraz potem spoczęło na Janku i pani Maria Nowicka nie powiedziała niczego pod wpływem poruszenia.
To Michał wyjaśnił, że nie miał przy sobie telefonu i dlatego nie zadzwonił, więc naprawdę bardzo przeprasza za najście. Zabroniono mu przepraszać i zaproszono ich obu do środka.
Mieszkanie Nowickich było nieco większe niż ich własne, a może tak się tylko Jankowi wydawało, bo jeden z pokoi nie był zarezerwowany pod gabinet pana domu. Właściwie nie było tu pana domu. Pan Nowicki już na pierwszy rzut oka wydawał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Ogromnym i zabawnie w swej ogromności łagodnym, ale zarazem zupełnie nieprzerażającym. Z kolei pani Nowicka patrzyła na zmianę na obu braci, jakby nie mogła się zdecydować, którego z nich jako pierwszego przytulić, co było tyleż niepokojące, co miłe.
Janek nie miał czasu zastanowić się, co o nich konkretnie sądził. Zmęczenie runęło na niego w chwili, gdy ciepło przytulnego, pachnącego w dziwnie słodki sposób domu otuliło go i przytłumiło wszelkie myśli, plączące mu się dotąd po głowie.
Właściwie nawet nie wiedział, kiedy został przekonany, by iść się umyć, przebrać i spać do pokoju wydzielonego dla niego i Michała. Cokolwiek Michał im powiedział, musiało być dość konkretne lub wiarygodne, by gospodarzy nie dziwiło absolutnie nic w wyglądzie, zachowaniu i sytuacji braci. Czemu w pokoju były już rzeczy Michała, Janek nie zdążył spytać, nim zasnął, ledwie okryło go przyjemnie miękkie ciepło koca.
Michał upewnił się, że brat zasnął, nim wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. W kuchni wciąż paliło się światło i zrozumiał to dopiero, gdy przymknął oczy, bo jasność za bardzo go piekła. Gospodarze czekali na niego przy stole.
- Powinieneś też się położyć – choć z racji różnicy wieku pan Nowicki równie dobrze mógłby być dla Michała ojcem, traktował go bardziej jak znajomego na równym sobie poziomie, co w tej sytuacji szczególnie było dla nich obu znacznie korzystniejsze.
Ostatnie, czego Michał chciał, to zastępstwa za ojca, z którym dopiero co przetrwał najtęższe starcie w życiu.
- Wiem… za chwilę… - usiadł przy stole powoli, ostrożnie opierając się łokciami o blat, nim jeszcze wolniej ułożył na dłoniach czoło.
Głowa ciążyła mu od zmęczenia i bólu. Nie zdążył zastanowić się nad tym, że może i jemu przydałoby się umyć. Szelest rozkładanej apteczki dobiegł do niego jakoś z oddali.
- No, pokaż mi to. I masz herbatę. Chciałbyś coś mocniejszego?
Pokręcił głową ociężale. Odezwać się zdołał dopiero po wypiciu herbaty, zupełnie jakby jej ciepło rozluźniło mu napięte dotąd nerwowo mięśnie. Przez ten czas pani Nowicka przyjrzała się jego brwi, ale z opatrunkiem zaczekała, aż oprzytomniał.
- Przepraszam, że tak z zaskoczenia przyszliśmy – mruknął wreszcie, unosząc krzywo spojrzenie na pochyloną nad nią kobietę, która równie dobrze mogłaby…
Nie, nie chciał o tym myśleć.
- Nie pleć. Powiedz mi… myślałeś, by z tym jechać na policję? Obdukcję zrobić. Zeznania nasze też byś miał. Jeśli zacznę to szyć, to będzie trudniej już. Trzeba by teraz jechać. Nie martw się niczym, ja zostanę z dziećmi, Adaś cię zawiezie i zostanie z tobą, a potem wrócicie.
Michał nie musiał się właściwie nad tym zastanawiać. Zaprzeczył minimalnym ruchem głowy, tym razem już czując się na tyle silniej, by zacząć mówić.
- Nie ma potrzeby. Dogadałem się z nimi. Nie sprawią kłopotu.
- Dogadałeś się? – pan Nowicki patrzył na niego z nieodgadnioną miną, jakby nie mógł zdecydować się na oburzenie albo troskę i ostatecznie wyrażał oba te stany, mieszając je ze sobą niejednorodnie.
- Ostatecznie… mój ojciec niewiele w życiu ceni. Nic w sumie. Prawie – Michał słabo uniósł dłoń, maskując ciężkie westchnienie gestem podkreślenia wagi swoich słów – Ale zależy mu na reputacji. Proces o przemoc domową by mu to rozwalił. Plus sporo jego pacjentów mnie zna. Ludzie z drużyny, z uczelni… sporej części go poleciłem. Specjalnie. Gdyby to się rozeszło, byłby skończony.
- Ale nie chcesz go wykańczać? – spytała go tak delikatnie, że Michał poczuł się zobowiązany zaprzeczyć.
- W każdej chwili i na każdy możliwy sposób. Po prostu…
- To nie wstyd bać się stawać przeciw…
- Nie bałem się – mruknął, trąc machinalnie siniec na prawej dłoni – Słowo ci daję, nie bałem się. Żeby to o mnie chodziło, dziś bym poszedł.
- Michał… na pewno nie chcesz jechać z tym?
- Nic mi nie będzie.
- Ale na policję?
- Nie. Obiecaliśmy sobie. Oni nigdy nie tkną dzieciaka. Nigdy go nie zobaczą już… ale nie będą problemów robić. A ja w zamian… nigdy, nikomu… choćby mnie w sądzie pytali, to póki oni słowa dotrzymają, ja będę trzymał gębę na kłódkę.
- Jezu, Michał… i ty żeś na to poszedł?!
Rozumiał oburzenie pana Adama. Sam by się oburzył, jakby ktoś mu o tym opowiedział. Jednak przeżywszy to, Michał widział sprawę inaczej.
- Ja to zaproponowałem – sprecyzował cicho i nawet nie podnosząc na nich oczu, wiedział, z jaką zgrozą na niego patrzyli – Nie mam… nie mogę wpakować się w proces o prawa rodzicielskie. Jankowi do pełnoletności zostały cztery lata… trzy i pół raczej. Już niedługo. Złotówki mi nie dadzą na niego. Sam wszystko ogarnę. Ale sądzić się nie dam… nie dam rady. Nie mam dowodów, że robili mu cokolwiek… i jeszcze ten kraj… ten jebany, katolski kraj nigdy nie odda mi opieki nad nim! Choćbym mu nawet ogarnął diagnozę… nie wiem, cokolwiek… żeby mi banda ludzi przysięgała, że to ja go od małego wychowuję… żeby mi psycholog potwierdził, psychiatra, seksuolog, każdy… Jakie są szanse, że mi się trafi sędzia, który odda mi Janka? A jakie, że trafię na zjeba, co go do piekła wyśle? – mówił cicho, może nawet go nie rozumieli, lecz nie dbał o to. W tej chwili Michał rozmawiał sam ze sobą, wyrzucając z siebie ciężar ostatnich dni, ostatnich lat nawet. Wszystkie swoje obawy, wszystko, co na niego runęło i czego czuł, że nie ma siły unieść – Kazałem mu czekać tyle lat, żeby choć włosy ściął… nie wiem, ile da radę znieść. Nie mogę od niego oczekiwać… to tak nie może wyglądać. Muszę się na nim skupić. Wysłać go po lekarzach, żeby to wszystko ruszyło. Odłożyć coś. Do szkoły go posłać później. Kupić mu, kurwa, kurtkę, bo ileż może w moich bluzach chodzić. Muszę się nim zająć, a nie go włóczyć po sądach, gdzie nikt go nawet na poważnie nie weźmie… póki nie ogarnę tego wszystkiego, nawet jako on nie będzie zeznawał… Nie mogę. Nie po to tyle lat go chroniłem. Nie pozwolę na to. Nie mogę… nie zgodziłem się. Oni nie wiedzą… nie powiedziałem, czemu tak robię. Mieliby coś przeciw mnie. Nie mają. Myślą, że się zlitowałem… zdychać by mogli przy mnie w męczarniach i bym się nie zlitował, niech zdychają, sadyści pierdoleni, jedno warte drugiego. Najlepiej by mi było, jakby się teraz między sobą pozabijali… tylko kto mi wtedy Janka odda…? Nie wiem, czy ja byłbym wtedy pierwszy na liście, czy bardziej system i… - nie dokończył, choć nikt mu nie przerywał.
Niespodziewana kropla na wierzchu ręki zupełnie go zaskoczyła. Przez moment patrzył na nią, zaskoczony, nim zrozumiał, skąd się wzięła. Otarł oczy nerwowo, zmuszając się do głębszego oddechu.
Przez chwilę nie podnosił spojrzenia, niepewien, jakie miny ujrzy. Wokół niego panowała zupełna cisza, słyszał jedynie tykanie starego zegara. Takiego z kukułką, ale bez kukułki, bo w nocy któregoś razu obudziła domowników i musiała się wyprowadzić z zegara na szafkę jako bibelot. Pamiętał, że mu tę historyjkę opowiedział Adaś, gdy pierwszy raz u nich był. Czemu akurat teraz mu się skojarzyła, nie miał pojęcia.
Może był po prostu strasznie zmęczony.
- Michał? – tak ostrożnie nie mówił chyba do niego jeszcze nikt.
Nie wiedząc, jak na to zareagować, Michał pokręcił tylko głową i ani się obejrzał, mówił dalej, wyostrzając wzrok na kwiecistym wzroku ceraty, którą wyłożony był blat stołu.
- Ja sobie to już przemyślałem. Jak zrozumiałem, że on już wie… i że jej powiedział. Miałem wybór… nie wiem… nie wiem, nie wiem, co ja mogłem inaczej zrobić. Może coś mogłem. Mogłem… może… nie pomyślałem. Bałem się, że zaraz ogarną sami, że już Janka w domu nie ma, znajdą go może. Musiałem wymyślić… cokolwiek wymyślić. Inaczej to chciałem rozegrać. Wszystko mi szlag trafił… bo nie pomyślałem. Nie pomyślałem, kurwa, jak ja mogłem o tym nie pomyśleć? Zapisałem go w telefonie… zapisałem jego numer pod właściwym imieniem i skojarzył… nie pomyślałem. I to hasło, nie zmieniłem tego hasła. Musiał pamiętać, w końcu to była jego żona, jak mogłem… jak mogłem założyć, że jestem bezpieczniejszy… bo co, bo dorosły? Jak mogłem, kurwa, zapomnieć, z kim mieszkam. Chronić Janka nie wystarczyło. Zapomniałem…
- Nie pomyślałeś o sobie samym – kiedy ciepła, dziwnie ciepła dłoń oparła się o jego plecy, nie miał pojęcia.
Wzdrygnął się pod jej dotykiem. Zacisnął mocno szczęki, gdy dotarło do niego, dlaczego. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz ktoś go w ten sposób dotknął, opiekuńczo opierając dłoń na łopatce.
Jego mama… to musiała być jego mama…
- To nic… stało się – zapanował nad palącym go w gardle ciężarem – Wygrałem i tak. Słowa dotrzymam, póki oni też. Mogło być gorzej. Nie znaleźli go… nie dali rady… dowiedzieli się… i nic mu nie mogli zrobić. Nie pozwoliłem im. Nawet go nie mogli okrzyczeć. Nie pozwoliłem… Może to było najgorsze, co było i już… już damy sobie radę. Nie wiem. Nie wiem, czy… nie wiem, nie mam skąd… czy ja sobie poradzę z tym? Czy ja w ogóle wiem, jak? Co ja mam zrobić, jak ja mam… ja pierdolę, jak ja mam sobie poradzić z wychowaniem, ze szkołą, z tym… z tym wszystkim…
- Michał… - dłoń na plecach głaskała go uspokajająco, a on nie potrafił opędzić się od wrażenia, że był to matczyny ruch.
Bardziej by go trzeba było Jankowi, nie jemu. On sobie radził. To Janek nie miał już żadnego z rodziców, Janek nie miał nigdy mamy…
- Muszę sobie poradzić. Jak, nie wiem. Ale lepiej niż oni. Ochronić go, wychować. Muszę jakoś… jak? Jak ja mam to wszystko…?
- Michał, Michał… popatrz na mnie…
- Może lepiej będzie, Maryś, poczekaj…
- Michał, dziecko… - nie dali mu mówić dalej, dłonie oparły się na jego barkach i odwróciły go delikatnie w bok, by dało się dosięgnąć do niego pełniej.
Odruchowo chciał zaprotestować. Nie osłonił twarzy tylko dlatego, że był zbyt świadomy, kto właśnie przysiadł się do niego na ławie. Jednak nie chciał, by go przytulała. Nie chciał rozpadać się całkowicie…
Miękkość, dziwnie ciepła, jak ciepli ludzie nie bywali, otuliła go ze wszystkich stron. I nagle to on był schowany. To on był chroniony. To jego ktoś sobą zasłaniał.
- Mój drogi chłopcze… Michał… dziecko drogie, przecież ty już dawno to wszystko na sobie dźwigasz – kojący szept kołysał mu się nad głową, gdy ledwo chwytając powietrze, walczył z uciskiem w gardle, który nijak nie chciał zniknąć – Ty od tak wielu lat wszystko to już masz na głowie. To, co mówisz. Michał… czemu ty do nas nie zadzwoniłeś od razu? Nie zostałbyś sam, nie musiałbyś…
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz był dla kogoś nieironicznie dzieckiem, a co dopiero drogim. Może dlatego tak ciężko było mu uciec od tego głosu i jego ciepła. Może był tylko tak strasznie zmęczony, a może czuł się zbyt słaby… a może przez ten jeden moment znów był tamtym niczyim, samotnym chłopcem sprzed kilkunastu lat, którego zniknięcie nikogo by nie obeszło…
- Zawsze byłem sam – mruknął cicho, nie myśląc nad własnymi słowami – I trudno. Do diabła ze mną. Zawsze radzę sobie sam.
Opamiętał się z opóźnieniem i cofnął zaraz od obejmujących go ramion. Spojrzał na nich z nagłym przestrachem, którego właściwie sam nie był jeszcze wtedy świadomy.
- To znaczy… jestem wam naprawdę cholernie wdzięczny za pomoc i gdyby nie wy, to bym dosłownie nie miał gdzie dziś pójść z Jankiem… nie wiem, jak mam wam…
- Michał, powoli. Rozumiemy. Naprawdę. Nie musisz nam za nic dziękować. I rozumiemy, co miałeś na myśli. Właśnie o tym mówiłam też… radzisz sobie od tak dawna… sam. Byłeś z tym wszystkim tak długo sam. Jesteś wykończony. I już nie jesteś z tym sam. Ja wiem… - ciepło delikatnych, gładkich dłoni złapało jego dłoń w tak czuły sposób, że zapomniał, co chciał powiedzieć, skupił się tylko na tym, jak opiekuńczo pani Nowicka trzymała jego rękę w swoich – Ja wiem, że teraz nie masz jak mi w to uwierzyć. Ale nie jesteś już sam, naprawdę. Nie jesteś i nie zostaniesz z tym sam. Wszystko, czego się obawiasz… tego jest tak niewyobrażalnie wiele na jedną osobę. Tak wiele zależy od jednego ciebie. Musiałeś tyle zrobić… tyle poświęciłeś… już wystarczy, Michał, posłuchaj teraz… nie czynimy ci wyrzutów, że nie przyszedłeś do nas dawno temu. Jak mógłbyś? Ani nas nie znałeś, ani nam nie ufałeś. To już się zdarzyło. Najważniejsze jest teraz. Teraz jesteś tutaj, ty i twój brat. I nie myśl sobie, że was za drzwi wyrzucimy skoro świt. Nie myśl, że wam ktokolwiek pozwoli zostać samym na świecie. Nie jesteś sam z tym. Nie zostawimy cię samego, rozumiesz?
Rozumiał, co mówiła, bo chłonął każde jej słowo z uwagą, jakby miało być ostatnim do niego skierowanym. Rozumiał, że ona mogła szczerze mieć na myśli wszystko, co powiedziała. Rozumiał, że tak uważała.
Jednak uwierzyć, że taka była teraz prawda i tak już mogłoby wyglądać jego życie, jeszcze w tamtej chwili Michał nie był w stanie.
Pokiwał mimo wszystko głową, przyznając cicho, niedosłyszalnym dla nikogo głosem, że zrozumiał, co powiedziała.
- Nie będziemy u was siedzieć tak o… bez niczego… nawet te kilka dni. Mam pracę i szukam kolejnej – z miejsca zaznaczył, bo choć o nic go jeszcze nie spytali, był pewien, że muszą ostatecznie dotrzeć i do tego tematu – Mam na oku kilka pokoi do wynajęcia. Znajdę coś, w miarę blisko szkoły Janka, żeby na dojazdach oszczędzać i…
- Michał, nikt was stąd nie wygoni, naprawdę.
- Ja wiem… ja… dziękuję wam, naprawdę, ale ja tak nie mogę… tak na krzywy ryj u kogoś siedzieć… - uśmiechnął się gorzko, kręcąc głową stanowczo – Nie wiem jeszcze, jak ja to wszystko ogarnę, ale…
- To może zacznijmy od małych rzeczy – pan Adam uśmiechnął się do niego pokrzepiająco i z jakimś poruszeniem, jakby siłą woli tylko opanowywał chęć złapania go za ramię w ojcowski sposób. Chyba tak właśnie robili ojcowie, którym zależało… może? – Zacznijmy od jutrzejszego dnia – ciągnął dalej i Michał skupił się z wysiłkiem na jego słowach – Teraz idziesz spać. Musisz się wyspać. Jutrem się nie ma co martwić, bo i tak nie ma szkoły.
- Nie ma? – był pewien, że nadąża za dniami tygodnia.
- Jest Wielki Czwartek…
- Och. Jutro już? – sam nie wiedział, czemu go to jakkolwiek obeszło, a jednak ta data jakoś go dotknęła w osobisty, niezrozumiały sposób.
- Będzie kilka dni wolnego od szkoły. Ty weźmiesz sobie L4. Nie martw się pracą, naprawdę. Jak się doczepią, znajdziesz nową. Nie martw się. Nie jesteś już sam z martwieniem się. Weźmiemy trochę z twojej działki, dobrze?
Uśmiechnął się blado, kiwając głową na znak, że się o to nie pogniewa. Kiedy zrobili mu drugą herbatę, nie wiedział, ale był wdzięczny i za to.
- Przez święta odpoczniecie coś, ty i Janek. Spędzicie je u nas. Jankowi będzie raźniej, a ty odpoczniesz. Musisz odpocząć, naprawdę. Poza tym myślę… myślę, że wam obu trzeba by…
- Maryś – szczerze mówiąc nie rozumiał, czemu ten ton był upominający, ale najwyraźniej Nowiccy zrozumieli się między sobą, bo poruszona, pani Maria zamilkła, odwracając tylko na bok wzrok.
Planowanie przejął pan Adam, który wciąż się uśmiechał w ten pocieszający sposób, ale już lepiej panował nad sobą.
- Nie martw się miejscem do mieszkania. Karolka siedzi na te święta u rodziny swojej dziewczyny, jej pokój jak wolny stał, tak stoi. Zostaniecie w nim, chociaż na początek. Łatwiej wam na starcie będzie. Bezpieczniej też, niż tak do obcych iść, wynajmować. Kto wie, może i do wakacji zostaniecie? W wakacje studenci wyjeżdżać będą, pokoje się pozwalniają, to coś znajdziesz, co będzie pasowało…
- Właśnie, Michał! Twoje studia?
Uśmiechnął się już bez goryczy. Pogodził się z tym jakiś czas temu.
- Kiedyś wrócę na nie. Nigdzie mi nie uciekną. Kształcą geologów od wieków, to może i za parę lat im się nie odwidzi. Teraz muszę znaleźć pracę na stałe.
Jego odpowiedź wyraźnie się Nowickim nie podobała, patrzyli na niego jedno z żalem, drugie z ciężkim, pochmurnym pogodzeniem się z losem. Michał jednak szczerze nie miał siły dyskutować teraz z nimi o jego wyborach życiowych co do kariery i wykształcenia. Chyba to zrozumieli, bo tamtej nocy już nie drążyli sprawy.
- Poszukamy wspólnie przez święta. Znajdziemy. Popytamy. Nic się nie przejmuj.
- Na budowie zawsze kogoś trzeba, prawda? – zerknął na pana Adama, u niego mając nadzieję na szybsze dostosowanie się do wizji nawet najcięższej pracy, byle możliwej do utrzymania ich obu.
Otrzymał jednak pełne zastanowienia mruknięcie i bardziej wymijające przytaknięcie, złagodzone zaraz uwagą:
- Jak i w wielu firmach. Sporo wiesz, sporo umiesz. Znajdziemy. Nie martw się. A jakby ci wybitnie nigdzie nie pasowało, mi się zawsze majster przyda i uczeń do zawodu…
- Tak bez wykształcenia? No niby ja z matematyki na maturze… co ja miałem…? – musiał zdawać, nie pamiętał tylko teraz za bardzo, z jakim rezultatem. Ciężko mu się było skupić na myśleniu.
Tym razem to pan Nowicki oparł mu dłoń na ramieniu, w pokrzepiający sposób poklepując go, zapewnił, ucinając temat:
- Pomówimy o tym rano. Teraz musisz odpocząć.
Musiał, tak. Był tak strasznie zmęczony. Jednak ryzyko…
- Bardzo wam dziękuję, nie wiem, czy…
- Wszystko jest już pod kontrolą. Dom jest zamknięty. My nigdzie nie idziemy. Dostaniesz też klucz do pokoju twojego i Janka. Idź, przebierz się. Masz jakieś ubranie na zmianę?
- Mam, ja… ja nie wiem tylko… - wstał od stołu i nie zdążył się zachwiać, nim go złapali za ramiona.
- Czego nie wiesz, Michał, co się dzieje?
- Jak ja mam wam… kiedykolwiek…
- Już dobrze, synu. Za nic dziękować nie musisz – pan Nowicki przytrzymał go pod ramię i otoczywszy ramieniem, stanowczo uciął temat – Musisz się położyć i odpocząć. Jesteście bezpieczni. Już się nie martwisz niczym. Już wystarczy. Już dość, mój chłopcze, zrobiłeś już wszystko, co należało. Teraz możesz odpocząć.
Michał bardzo chciał mu wówczas podziękować jeszcze za te słowa. Tylko nie miał już siły. Nawet się chyba już do nich nie odezwał. Nie umiał sobie przypomnieć.
Tylko te słowa powracały strzępami w jego myśli, aż dotarł do pokoju.
Leżąc skulony na tapczanie, niemal nieprzytomnym spojrzeniem wpatrywał się jeszcze chwilę w rozluźnioną snem twarz brata. Był tak straszliwie zmęczony, że nie miał nawet siły dosięgnąć do niej ręką i sprawdzić, czy nie trawiła go gorączka. Janek spał jednak spokojnie, kamiennym snem wyczerpanego obawami dziecka, które wreszcie uwierzyło, że jest już w bezpiecznym miejscu.
Michał objął się ciasno ramionami i na moment skumulował wszystkie siły na tej jednej myśli. Już koniec. Już dość. Zrobił już wszystko. Już wygrali. Już mogło być tylko lepiej. Już dość… już dał sobie radę.
Zbyt zmęczony, by się choć uśmiechnąć na tę myśl, zasnął i on, zasłuchany w uspokajający głos, który wciąż kołował mu nad pozbywającym się wpływu stresu umysłem.
Przebudziwszy się nad ranem, Janek w półmroku patrzył przez moment na poszarzałą od sińców i troski twarz brata, który przez sen nie miał jak ukryć własnego znużenia. Obawiał się go obudzić bólem lub zbyt nagłym ruchem, więc nie dotknął opuchniętego policzka i tylko patrzył, jak równo Michał oddychał przez sen.
Bardzo ostrożnie przykrył go kocem, pod którym Michał nawet nie zdążył się schować. Później sam znów zasnął, po raz pierwszy od dawien dawna bez strachu o to, co zastanie po przebudzeniu.
* * *
Mała istotka wytrzeszczyła na niego oczy z ogromnym zaintrygowaniem, odkąd pojawił się w progu kuchni, zamykając za sobą drzwi do pokoju, w którym spali. Na wpół jeszcze śpiąc, Michał w ostatniej chwili zdusił kilka przekleństw cisnących mu się na usta, gdy nierozważnym ruchem przetarł oczy i zaraz sobie przypomniał o rozwalonym łuku brwiowym i obitej twarzy.
Wyostrzywszy wzrok, zdołał zerknąć pod nogi, ale istotki już nie było. Na jej miejscu za to pojawił się chłopiec, który choć zdecydowanie był młodszy od Janka, to wysoki jak na swój wiek, nie musiał się martwić, że go rozdepczą niezapowiedziani goście w jego mieszkaniu.
- Dlaczego zawsze zrywacie się jakbyście mieli kury pasać, jak akurat macie wolne? – to chyba nie było do niego, ale też się obejrzał na kuchnię.
Istotka, którą wystraszył przez momentem, właśnie wpakowała się na kuchenny blat. Okazała się być małą dziewczynką o pszenicznych warkoczykach, które sterczały w każdą stronę świata. Miała może sześć lat i ewidentnie przyszła na śniadanie.
Michał zmusił się do wyostrzenia wzroku na zegar bezkukułkowy i z lekkim zaskoczeniem wyłapał na nim ledwie szóstą rano. Pospał kilka godzin, ale zawsze. Nie mogąc opędzić się od poczucia bycia obserwowanym, obejrzał się za chłopcem i pomachał mu minimalnie dłonią. Przywitać się nie miał jak, ziewając.
- Tramwaj – usłyszał, nim zdążył się przemóc, by coś powiedzieć.
Pytająco uniósł brwi, za co znów niemal zwyzywał świat.
- Hm? – pomruk musiał im wystarczyć.
- Obudził pana tramwaj. Jeżdżą za pięć szósta. Przed szkołą jakoś ich nie słychać. W wolne zawsze – pełne wyrzutu spojrzenie chłopca spoczęło na oknie, w poszukiwaniu w tramwajów hałaśliwych w złośliwy, wybiórczy sposób.
Michał obudził się na tyle, by zrozumieć.
- Najgorzej – przyznał, bo coś w tej złośliwości rzeczywiście być musiało.
- Nie – uniesione na niego spojrzenie było bardzo stanowcze – Najgorsze to są kosiarki w lecie.
No dobrze. I tu się musiał zgodzić. Dalsze dywagacje o najmniej humanitarnych formach pobudki przerwała im pani Nowicka, zaganiająca dzieci do powrotu do spania.
Chłopiec spojrzał na Michała raz jeszcze, nim wzruszywszy ramionami, uświadomił go konspiracyjnie, że czekoladowych jajek jeszcze nie dostanie, choćby nawet udało mu się zostać w kuchni, bo mama zawsze chowa je aż do soboty, żeby nie psuć niespodzianki. Michał podziękował uprzejmie za tę informację i odprowadził ich wzrokiem, gdy wymieniwszy kilka uwag o tym, czemu czekoladowe jajka powinny być daniem śniadaniowym na porządku dziennym, oboje nieletni Nowiccy podreptali do pokoju.
Dopiero zmywając z twarzy resztki senności, co przyniosło też ulgę od jej bólu, Michał zdał sobie sprawę, że tak raczej średnio wypadło mu zapoznanie się z dziećmi znajomych, skoro nawet się nie przedstawił. Gdy wyszedł z łazienki, już ich nie było, zanotował więc sobie w pamięci, by później poznać się z nimi, jak należy.
- Dzień dobry – nieco niepewnie mruknął, zaglądając do kuchni.
Pani Nowicka nie podskoczyła na dźwięk jego głosu, nie wydawała się też ani zdziwiona, ani zmartwiona tym, że już wstał. Powitała go serdecznym uśmiechem. Nigdzie się też chyba nie spieszyła, ku początkowemu niezrozumieniu Michała. Wychodziło na to, że naprawdę zawróciła dzieci do pokoju, by jeszcze coś pospały, skoro zaczęły dzień wolny i nie musiały nigdzie iść. Nie przeszkadzały jej w niczym. Po prostu mogły się wyspać…
Nie chcąc sprawiać wrażenia wyciągniętego z totalnej dziczy, bez śladu rozeznania z ludzkimi zwyczajami, Michał nic na ten temat ostatecznie nie powiedział. Tylko ze zmieszaniem spojrzał na podsunięty mu talerz i kubek ze świeżo zaparzoną kawą.
- To budzić na śniadanie wszystkich?
- Nie ma potrzeby. Adasia rano wywiało, ale wróci przed obiadem. Dzieci zaraz przysną znów i pewnie koło ósmej zaczniemy się wszyscy zbierać. A Janek niech śpi do oporu, nikt go budzić nie będzie – łagodny uśmiech zamarł na jej twarzy, gdy Michał z wyraźnym niezrozumieniem znów zerknął na stół – To dla ciebie. Tak sądziłam, że wstaniesz wcześnie. Nie spytałam wczoraj, czy w ogóle coś jadłeś… no i zaryzykowałam… lubisz pomidory? Bo jaką kawę pijesz, to wiem, ale tutaj tak trochę ryzyk-fizyk – mówiła coś dalej, tłumacząc, że właściwie to chyba wszyscy lubią pomidory na kanapce, ale z kolei zna kogoś, kogo taka kanapka prawie na tamten świat wyprawiła i tak oto dowiedzieli się wszyscy, że jej kuzyn ma uczulenie na pomidory, łącznie z rzeczonym kuzynem na pierwszym miejscu.
Michał uczulenia na pomidory nie miał, właściwie na nic nigdy mu lekarze nie stwierdzili. Odnieść się do tej anegdoty nie miał więc za bardzo jak. Skorzystał jednak na niej na tyle, że otrzymał czas, by zaakceptować fakt, że przyszykowane z wyprzedzeniem śniadanie było dla niego, tylko dla niego i pani Nowicka naprawdę nie widziała w tym nic wyjątkowego.
Słuchając jej opowiadania o groźbach rzucania w niego pomidorami – czasem w całości, a czasem takimi z puszki – gdy ów kuzyn coś tam komuś podpadł w rodzinie, Michał kilkukrotnie zdążył podziękować i zapewnić, że nie trzeba było mu niczego szykować. W odpowiedzi na każde takie zapewnienie, słyszał równie pewne swego stwierdzenie, że dla pani Nowickiej nie był to żaden problem.
Nie chciał znów jej smucić swoją opowieścią, zachował więc dla siebie fakt, czemu tak się tego śniadania uczepił. Nie musiała wiedzieć, że Michałowi po prostu przez ostatnie niemal dwadzieścia lat nikt nie zrobił śniadania.
Nie powiedział jej również tego, że gdy mu opowiadała o swojej rodzinie, Michał nie potrafił odgonić sprzed oczu obrazu innego uśmiechu i innej twarzy, równie miłej, uśmiechniętej, kobiecej twarzy, ale okolonej lokami innego koloru, ciemnymi jak gorzka czekolada… różniły się wszystkim… kolorem oczu, tonem głosu, kolorem włosów, wzrostem… tylko ten uśmiech wydawał mu się identyczny.
I podobnie jak jego mama, pani Nowicka kroiła pomidory w plastry tak starannie, że nie wypływał z nich miąższ. Jemu nigdy się to nie udało, pomidor zawsze wyglądał, jakby go zmasakrowano piłą mechaniczną i pewnie dlatego i sobie, i Jankowi, zawsze kroił je w cząstki.
Tamtego dnia nie musiał.
* * *
- Umiem ja jeszcze odróżnić lamę od alpaki, dzięki wielkie.
- Ale kiedy to konstruktywna krytyka jest…
- To moja lama. Alpako-lama, niech wam będzie.
- I jest śliczna.
- Bardzo włochata!
- Bo to lama w ciuchach zimowych.
- Zwyczajna, tylko kudłata.
- To lamowa lama, no błagam.
- Która z pyska na myśl nasuwa alpakę.
- Znawca się znalazł.
- Ale to w dobrym znaczeniu przecież! Masz piękną, alpakową lamę w kolorze… co to jest za kolor?
- To jest niebieski.
- Właściwie to…
- To nie jest taki niebiesko niebieski…
- Czy wy możecie dać spokój mojej niebieskiej, alpakowej lamie rodem z pisanki? – Michał potoczył wokoło teatralnie urażonym spojrzeniem, na co śmiechy przy stole jeszcze się nasiliły.
Znalazło się grono eksperckie. Lubił lamy dłużej niż oni żyli, dobrze wiedział, jak wygląda lama, a jak alpaka. A niebieski pisak był najlepiej widoczny na skorupce pisanki. To był jeden z niebieskich pisaków i Michał naprawdę nie miał zamiaru wnikać, jak się ten konkretny odcień nazywał. Malarskich aspiracji nie miał. Jego lama to potwierdzała.
- Przynajmniej nie wygląda jak pies – przyznał na głos samemu sobie ślad docenienia.
- Jest śliczna! Naprawdę!
- Popieram, lamowa lama i to bardzo fajna.
- Bardzo kochana lama panu wyszła. Tobie wyszła! – zapewnił go zaraz Tadziu, z zapałem się poprawiając, wyraźnie dumny z mówienia po imieniu znajomemu swoich rodziców.
Michała nie bał się ani trochę. Nawet obiecał, że podzieli się z nim swoim cukrowym barankiem, ale ten zrzekł się szybko swojej działki, uznając, że on już szczerze to wolałby ten niechciany przez nikogo kompot i nie ma aspiracji wylizywać cukrowej figurki. Tadek nie poczytał tego za obrazę, wręcz przeciwnie, ucieszył się, że wobec tego będzie miał kto wypić ów niechciany kompot z suszu. On zaś zajmie się barankiem. Mogli uznać to za początek sojuszu.
Najmłodsza latorośl rodziny Nowickich z kolei obserwowała Michała szeroko otwartymi oczami tylko przez czwartek, gdy wciąż był nowym człowiekiem w okolicy. Zachowanie Janka przy Michale, a zaraz potem jej starszego brata, musiało jednak wystarczyć i jej za przekonanie się, że nie trzeba przed nim uciekać. Ostatecznie przekonał ją do siebie właśnie lamami na pisance. Największą znawczynią tematu, jak wspaniałą lamą jest ta narysowana przez niego, okazała się właśnie Emi.
Samego Janka dzieci zaakceptowały bardzo szybko. Już w czwartek na śniadanie przyszedł obudzony przez Tadka, który zapomniawszy o nieobecności starszej siostry, zajrzał do jej pokoju, budzić ją, gdy wszyscy wstali już ostatecznie. Janek już nie spał tak twardo, jak w nocy, kroki na podłodze obudziły go natychmiast. Jednak sądząc po tym, że się nie pobili, chyba nie zareagował zbyt nerwowo. Dodatkowo Tadek patrzył na niego zaciekawiony, odkąd tylko z dumą wyprowadził gościa z pokoju. Zaś Janek nie łypał na niego wrogo i nawet coś do siebie szeptali przy stole, więc Michał postanowił być dobrej myśli co do ich relacji. Z Emi Janek wymienił się spojrzeniami, przedstawili się sobie oboje bez większego zapału do wygłaszania autoprezentacji i w tejże niechęci do gadania o sobie, zawiązali porozumienie.
Państwo Nowiccy umieli do siebie przekonywać ludzi, to im Michał musiał przyznać. Nieszczególnie społeczny już od maleńkości, Janek przestał nieufnie śledzić każdy ich krok jakoś pod wieczór pierwszego dnia siedzenia w ich mieszkaniu. Na wyjaśnienia, że będą tu mieszkać przynajmniej do końca świąt, a kto wie, czy i nie dłużej, zareagował z całkiem spontanicznym uśmiechem, uznając, że nie ma nic przeciwko temu. I to na dobrą sprawę przesądzało tę kwestię.
Przynajmniej tymczasowo. Michał wrócił do martwienia się o pracę, na jakiś czas darując sobie problem mieszkania. Nawet o pracę nie dali mu się jednak martwić. Przez czwartek nie zrobił niemal niczego, poza zaznajamianiem się z domownikami, rozmowami i szykowaniem obiadu, w czym pani Maria pozwoliła sobie pomóc, gdy kręcił się dość niezręcznie po kuchni, odkąd wzięła się za gotowanie. W piątek rano pan Adam na chwilę zabrał go do siebie, do biura i przez raptem kilkunastominutową rozmowę podał tak wiele opcji znalezienia teraz bezpiecznie stałej pracy, przy każdej oferując swoją pomoc, że Michał dopiero przy okazji obiadu przypomniał sobie, że miał się martwić. Nie dali mu.
W sobotę na poważnie wynikła kwestia świąt i ponieważ już wcześniej domyślał się, że może powstać lekki zamęt, ustalili z Jankiem, że dostosują się do Nowickich, choćby znaczyło to wyprawę do kościoła. Janek przyjął to spokojnie, zapewniając, że nie jest to aż tak wielki problem. Michał naprawdę chciał mu wierzyć…
- Nie będziemy szli na mszę. Pójdziemy z koszykiem, bo dzieci to bardzo lubią – rozwiązała za niego zupełnie niespodziewanie właśnie ten, nie aż tak wielki problem, pani Nowicka, gdy spróbował ostrożnie podpytać o plany świąteczne – Nie czujcie się w żaden sposób do tego namawiani też. Tak samo dekorowanie pisanek i babeczek, jeśli chcecie, to zapraszamy, ale jeśli nie, w żadnym wypadku nie musicie.
Dekorowanie było nowością dla obu braci.
Matka Janka wolała kupować cokolwiek, co miało wyglądać ładnie. Michał, widziany przez nią przez pryzmat drugiego mężczyzny w domu, dekorować i piec nie mógł właściwie nigdy, zaś Janek skutecznie rujnował każdą próbę zmuszenia go do zrobienia czegoś „estetycznie” i szybko przestano go namawiać nawet do rysowania laurek. Co nie znaczy, że tego nie lubił. Po prostu polecenie w stylu „ale wysil się i namaluj coś ładnie” uruchamiało w nim żądzę destrukcji wszelkich oczekiwań i nadziei matki, co do ładnego, poprawnego wyglądu sztuki.
Pani Nowicka popatrzyła na niego z jakimś smutkiem, gdy jej to opowiedział, choć akurat wtedy Michał naprawdę chciał wspomnieć to bardziej jako śmieszną historyjkę. Przez ostatnie dni usłyszał ich na pęczki od całej rodziny Nowickich, łącznie z Karolą, z którą połączyli się w piątek videochatem, bo Tadziu uparł się ich przedstawić też starszej siostrze.
Oni z Jankiem nie mieli zbyt wiele śmiesznych historii do opowiedzenia. Starał się wyciągnąć z ich życia cokolwiek w miarę podobnego do żartobliwych wspominek.
To jednak jakoś się nie wpasowało.
Wtedy jeszcze nie do końca zrozumiał, czemu, ale zaraz uznał, że jak najbardziej włączenie Janka do zabawy w dekorowanie było bardzo dobrym pomysłem. On sam wytrwał w swej dorosłej powadze całe kilka minut, przyglądając się zamieszaniu przy stole i ostatecznie dostał własny talerzyk z jajkami do pokolorowania i miejsce przy stole.
I czepili się jego lamy, cholera, a była taka pocieszna w swojej topornej nielamowości. Była jego własnym zegarem bezkukułkowym. Chciał niebieską lamę i taką właśnie namalował, za nic mając opinię publiczną co do niebieskich lam.
Dzieciaki przyznały mu koniec końców rację, że lama jest lamą i zapewniły, że jest najbardziej uroczą ze wszystkich nawiedzających pisanki niebieskich lam. Wobec tak zgodnej oceny krytyków, jego lamowe jajko dumnie wylądowało na półmisku gotowych pisanek i Michał dopiero wtedy ukradkiem zerknął bratu przez ramię, co ten rysował.
Początkowo obawiał się, że zobaczy rzędy krzyży, bo czasem bardzo dosłownie rozumiejący powiązania symboli, Janek połączy Wielkanoc jedynie z tym… Kolorowe plamy wymieszane w nieokreślony sposób wydawały mu się pocieszająco radosne. Malując, Janek z wielkim skupieniem marszczył brwi, całkowicie pochłonięty zajęciem. Przegapił nawet zaglądającego do niego Michała.
Tadek próbował nie złamać na swojej pisance już kolejnej z rzędu kredki i jednocześnie uzyskać pożądany efekt odpowiednio jaskrawych gwiazdek. Emi wszystkie swoje pisanki wysmarowała pastelami, łącznie z fragmentami samej siebie, a potem wyłamała się z dalszej zabawy, uznając, że ona woli sypać posypki i lać polewę na mazurka.
Bitwa o to, kto będzie lał który lukier, w dezorientujący dla Michała sposób wciągnęła też Janka, w na poły tylko poważny sposób, ale dość zajmująco, by w pewnej chwili dobiegł go niekontrolowany śmiech brata.
Tak szczerze, dziecięco śmiejącego się Janka nie słyszał już od dawna.
Malując fioletową lamę na pisance, Michał z uśmiechem patrzył, jak troje dzieci otacza wianuszkiem panią Marię, przenoszącą blachę z ciastem na stół. Chwilę później Janek z autentycznym skupieniem wymierzał z paczki do trzech kubków posypkę w kształcie kolorowych gwiazdek. Praktycznie oparty na jego barku, Tadek najwyraźniej mu nie przeszkadzał. Zbyt zajęty był. Do podjadania posypki dołączył dopiero za przykładem pozostałych, ale pełne entuzjazmu spojrzenie było zupełnie prawdziwe… tak niewinne i tak zaskakująco nowe w swojej radości…
Michał zapisał je sobie starannie we wspomnieniach. Podobnie jak cały ten dzień, tak nowy i tak zwyczajny. Zwyczajnie wspaniały. Nie pamiętał, by kiedykolwiek tak się wspólnie krzątali po kuchni.
Nigdy wcześniej nie spędzał tak żadnych świąt.
Nie wiedział, gdzie spędzi kolejne i póki co postanowił nad tym nie rozmyślać. Zachwycał się tymi, kolorowymi, miłymi i pełnymi śmiechu, którego nie mógł przestać słuchać z rozczuleniem i ciepłem, które dygotało mu gdzieś koło serca.
Nie wiedział, czy przyjdą dla nich jeszcze jakieś inne, lepsze dni, ten jeden jednak w pełni zasługiwał jego zdaniem na miano najlepszego jak dotąd. Był godną celebracją zwycięstwa nad tym, co już ich nie dotyczyło.
Nigdy wcześniej nie świętował niczego tak bardzo…
Nie wiedział też, czy kiedykolwiek będzie miał własną kuchnię i dzieci, które będą się pchały do tego, kto sypie które gwiazdki na mazurek. Jednak patrząc na nich wtedy, Michał jeszcze nieświadomie, nie kreując z tego słów nawet w swoich myślach, postanowił sobie, że już każda jego kolejna Wielkanoc będzie tak kolorowa, jak ta.
Nigdy już nie będzie rzędów krzyży, nie będzie klęczenia, strachu i żalu za grzechy. Nigdy już żadne dziecko pod jego opieką nie położy się do snu, przełykając łzy. Nie będzie siniaków, tajnych baz i ukrywania za słuchawkami tego, jak okropny bywa świat. Nigdy już nie będzie tego wszystkiego, przed czym uciekli. Nigdy więcej. Zrobił już wszystko, co trzeba było i wydostał ich z tamtej nory. Wyszli na światło.
Czuł się właśnie wtedy, w tamtą sobotę, zwaną Wielką, jakby wyszedł wreszcie z ciemności i mógł spojrzeć wokół siebie. Spojrzał i zachwycił się niespodziewanym pięknem, w jakie nie wierzył, że istniało.
Świat wydał mu się w tamtej chwili tak bardzo żywszy i weselszy, że zabrakło mu słów, by wyrazić swoją pomyłkę. Świat nie był mu wrogi. Świat jawił się wspaniałą tajemnicą. Jakby wcale się nie skończył. Jakby wciąż było na nim miejsce na uśmiech, cukrowe baranki, posypkę na mazurku i kolorowe lamy. Bardzo mu się ta myśl spodobała.
Może i ten świat mógłby mu się spodobać, kto wie.
Michał postanowił odrobinę nieśmiało, że da mu na to szansę. Po jakimś czasie zwierzył się ze swojego postanowienia Nowickim. Zrozumieli go, choć sam wtedy nie rozumiał w pełni tego, co czuł. Tym jednak martwić się już nie musiał, jak i wieloma innymi rzeczami, jak choćby domem dla niego i dla jego brata.
I jakoś nie zdziwiło nikogo, że tamtego roku pod choinkę Michał dostał pluszową lamę, za co wszyscy, cała piątka Nowickich i Janek, zgodnie obwinili świętego Mikołaja.
Jakby to był zupełnie zwyczajny gest. Jakby tak właśnie robiło się w rodzinie. Jakby nie trzeba było niczego więcej.
Tak po prostu.
