Work Text:
- „Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra oraz do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: «Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono».”
Milcząca twarz figury była zimna nie tylko dlatego, że wykuto ją z marmuru. Zastygła w wyrazie niewypowiedzianej troski, która nie mogła znaleźć ujścia w najcięższych ze słów. Usta wyrzeźbiono jej zamknięte, nie miała jak krzyczeć. Nie chciano słuchać jej płaczu.
- „Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu.”
Nieforemnie wielka łza mogłaby spokojnie spłynąć po marmurowym policzku. Może gdyby bardzo się postarał? Przecież płakać można i z zamkniętymi ustami, ciasno zaciśniętymi, aż do bólu w całej twarzy. Wyglądał na tak bardzo nieszczęśliwego… na pewno zdołałby zapłakać, choćby nawet nie dano mu ust.
- „A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka.”
Plama czarnego kamienia zaczynała się niejednolicie, u samych stóp krzyża, rozlewając po posadzce niczym krew.
Tak przynajmniej sądził Chłopiec.
Nie widział jak dotąd wystarczająco wiele krwi w jednym miejscu, by móc w pełni wyobrazić sobie jej kałużę. Sądził jednak, że wyglądałaby właśnie tak, dziwnie nierównomiernie, gdzieniegdzie nie sięgając w pełni swych krańców, tworząc drobne, nieśmiałe prześwity jasnych kamieni, a gdzie indziej wgryzając się w ich biel. Zalewałaby wszystko swoją czernią. Krew nie powinna być czarna, na obrazach zwykle malowali ją jaskrawoczerwoną farbą. Jednak Chłopiec wiedział już, że tak jasna, krew bywała tylko z początku, gdy było jej niewiele.
Tak wielka kałuża, że sięgnęłaby jego stóp, rozlewając się po posadzce od krzyża aż do ławek, na pewno byłaby czarna jak noc.
- „Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych.”
Raptowne uniesienie łysawej głowy znad tabletu mównicy przykuło jego uwagę dostatecznie mocno, by stuknięcie w łokieć jedynie upewniło go, że nadszedł czas usiąść znów na krześle. Chłopiec nie podniósł wzroku na brata, gdy siadał. Nauczył się już dawno, że w kościele nie wolno im było na siebie patrzeć, a jedynie słuchać i powtarzać kwestie razem z tłumem. Raz jeden mógł spojrzeć na Michała, gdy podawali sobie dłonie na znak pokoju.
To był jedyny moment mszy, gdy czuł się w pełni obecny, zarówno ciałem, jak i duchem, o czym jednak nie wspominał nikomu dotąd. Nie chciał zabrzmieć jak natchniony wierszokleta dla Michała, ani zasłużyć na kolejną pogadankę o szacunku dla miejsca i obrządku od matki.
Choć właściwie, jak sobie postanowił w razie wypadku, jakie czasem mu się zdarzały, gdyby powiedział kilka słów za wiele, zawsze mógł matce powiedzieć, że tak żarliwie się modli, doświadczając stanu odłączenia się ducha od ciała. Ciekawe, czy by mu uwierzyła. Czasem wierzyła w rzeczy całkiem nieprawdopodobne, więc właściwie nie mógł tego wykluczyć…
- Dlaczego to mnie to spotkało, panie Boże? – głos z ambony dotarł do Chłopca z opóźnieniem, początkowych jego słów zupełnie nie zdołał pochwycić, jednak dramatyczne pytanie okazało się zbyt ciekawe.
Zwrócił baczniejsze spojrzenie na księdza, na krótką chwilę napotykając jego oczy, gdy ten potoczył wokoło wzrokiem, czekając, aż wszyscy dostatecznie zastanowią się nad tym, jak prawdziwie brzmiało jego pytanie.
- Często pytamy o to Boga, prawda? Czynimy mu wyrzuty. Nie rozumiemy go. Dlaczego? Panie Boże, dlaczego właśnie ja? Dlaczego to mnie dotyka taka straszna choroba? Dlaczego nie mogę ułożyć sobie życia? Panie Boże, dlaczego na próżno poszukuję miłości? Dlaczego umarł ktoś mi bliski? Dlaczego odszedł mąż, dlaczego odeszła żona? Dlaczego, panie Boże, dlaczego spotyka mnie cierpienie? Dlaczego cierpi niewinne dziecko…?
Chłopiec słuchał już uważnie, przestał zaciskać ukradkowo dłonie, by czymkolwiek zająć się podczas słuchania, jego palce nieruchomo leżały oparte na kolanach, których wiedział, że nie wolno mu było skrzyżować, póki siedział w kościele. Podobnie jak rąk. Gdy zapytał kiedyś matki, czy ten zakaz miał coś wspólnego z ukrzyżowaniem, kazała mu nie bluźnić. Michał nie umiał mu odpowiedzieć, ale obiecał, że popyta. Do tego czasu Chłopiec musiał zaakceptować zakaz bez rozumienia, czemu on istnieje. Nie był to pierwszy taki zakaz.
- Nie chcemy cierpieć… i pan Bóg też nie chce, żebyśmy cierpieli. Nigdy nie chciał. Pan Bóg za bardzo nas kocha, by zsyłać na nas cierpienie. Kocha nas tak bardzo, że oddał za nas swojego syna. Jak ktoś, kto tak nas kocha, mógłby kazać nam cierpieć?
Zdał sobie sprawę, że wyczekująco przysunął się bardziej na skraj krzesła, zasłuchany w niecodziennie pozbawiony monotonności głos księdza. Zwykle mówili długo, nudno i wciąż o tym samym. Tymczasem ten ksiądz właśnie zadawał pytania, za które Chłopcu rozkazywano milczeć na lekcjach religii lub wprost stwierdzano, że o takie rzeczy nie wolno Boga pytać, bo to grzech.
Boga nie można było zrozumieć. Księża stale to powtarzali. Mieli nawet nie próbować. Zbyt wiele pytań prowadziło do wątpliwości, a od wątpliwości do niewiary był już tylko jeden krok. Przynajmniej tak to Chłopiec zrozumiał. Czy właściwie, nie był pewien, podobnie jak tego, czy to akurat wolno mu było próbować zrozumieć.
- Bóg nas kocha… skąd więc zło na świecie?
Korciło go, by unieść wzrok na matkę, gdy to finalne pytanie przetoczyło się przez wszystkie trzy, milczące w skupieniu nawy kościoła. On takiego pytania zadać nie mógł, bo miałby grzech. Ale ksiądz najwyraźniej uważał inaczej. Może też się nad tym zastanawiał?
Może nikt w kościele tego nie wiedział i wszyscy się nad tym głowili, ale wszystkim im kiedyś matki wbiły do głów, że nie wolno o to pytać i tak sobie siedzieli teraz, nie wiedząc wszyscy tego samego? Zupełnie jak w klasie, gdy nauczycielka pyta, kto nie rozumie i nikt nie rozumie, ale wszyscy boją się być tą jedną osobą, która nie rozumie, więc nic nie mówią… i wszyscy nie rozumiejąc, wydają się wszyscy rozumieć. A potem sprawdzian to weryfikuje.
Szkoda, że nie było innych sprawdzianów z wiary, niż piekło.
A może były? Może i o tym ksiądz mógłby powiedzieć, pytając w imieniu ich wszystkich? Może i o to Chłopiec tak naprawdę mógłby spytać? Może ten jeden ksiądz umiałby mu wyjaśnić…
- Zło jest na świecie przez nas, bracie i siostro. Cierpimy przez grzech – odpowiedź przerwała jego rozmyślania i Chłopiec umilkł we własnej głowie, wpatrzony w bezwzględnie spokojny profil twarzy księdza na mównicy – Grzech nie jest sprawą indywidualną, wbrew temu, co próbuje się nam powiedzieć. Wbrew całej tej narracji, że każdy z nas może żyć, jak mu wygodniej, zajmując się własnymi sprawami. I nic nam do tego. To nieprawda. Grzech nie jest prywatny. Grzech jest wspólny…
Siedział już na samym skraju krzesła, gdyby przesunął się jeszcze odrobinę, spadłby na zakrwawione marmury posadzki.
- Grzech powoduje cierpienie. Mamy wolną wolę. Grzeszymy. I wystarczy, by jeden z nas, jak tu siedzimy razem, grzeszył, myśląc, że to tylko jego prywatna sprawa… i to powoduje zło. Grzech wywołuje cierpienie. Zatruwa nas. Zarażamy się cierpieniem. Wystarczy, by tylko jeden z nas… tylko jedna z nas… jeden grzech jednego z nas wystarcza, byśmy wszyscy zaczęli cierpieć.
Chłopiec słuchał w ciszy swego umysłu i serca, nie potrafiąc o nic spytać nawet samego siebie. Nie dostrzegł, że był obserwowany kątem oka przez siedzącego przy nim brata. Widział tylko pełne przekonania spojrzenie łysego księdza, który niczym nieomylny sędzia potoczył znów wzrokiem po zebranych.
Gdy jego oczy dosięgły i ich rzędu krzeseł, Chłopiec zadrżał. Czy mu się zdawało, czy może to przenikliwe, wszechwiedzące spojrzenie zatrzymało się na nim na sekundę dłużej niż na pozostałych?
Czy grzech widać było po kimś, kto tylko siedział i słuchał?
- Grzesząc, wywołujemy zło na świecie. I dlatego cierpimy. I dlatego tak nam w życiu źle. Dlatego tak wiele zła jest wokół nas… wszystko to, czego nie chcemy, wszystkie straszne rzeczy… Bóg nam tego nie zesłał. Bóg nas kocha. Wszystko to robimy sobie nawzajem, bracie i siostro. Grzesząc, zsyłamy cierpienie na cały świat. I dlatego jest on taki zły. Dlatego Bóg musiał umrzeć, by nas ocalić… dlatego wszystko dzieje się tak źle.
Czy będąc tyle lat księdzem, umiał wskazać pośród zebranych największego winowajcę, którego grzechy najbardziej zniszczyły świat?
A może mówił o mordercach? O ludziach, którzy wywoływali wojny? O złych, bardzo złych ludziach, którzy nieśli śmierć i zniszczenie? Może to sprawiało, że miał rację… przecież tamci ludzie naprawdę przynosili światu zło.
- Grzeszymy wszyscy. Każdy z nas dokłada się do cierpienia świata. Chcemy za to pana Boga przepraszać. Chcemy błagać go: panie Boże, ratuj mnie. Ratuj świat. Ratuj nas wszystkich, twoje dzieci, które tak bardzo kochasz, że sam się za nas oddajesz. Ratuj… bo to nasza wina, że tak bardzo cierpimy. Ratuj nas, panie Boże!
Czy żal za grzechy sprawiał, że czyniło się mniej zła?
Czy mogło mu to wystarczyć?
- Tak chcemy krzyczeć, prawda? Ale czasem naszego głosu nie słychać… to świat nas zakrzykuje, ten zły, zniszczony przez nas świat. Próbują nam wmówić, że jesteśmy panami swojego losu. Powinniśmy żyć tak, by nam było wygodniej. Powinniśmy nie przejmować się słowami pana Boga, słowami ludzi, którzy mu służą, powinniśmy odrzucić jego przykazania… oddawać się grzechowi, nieczystości… zatruwać świat, żyjąc, jak tylko nam się podoba. Bo to przecież tylko nasza sprawa. Nasze życie, nasz wybór. Do tego zachęca nas świat. Tylu jest krzykaczy, tylu apostołów grzechu… tyle osób przyciąga cywilizacja grzechu, cywilizacja występku… cywilizacja cierpienia. Słyszymy, że nie ma już rzeczy świętych. Kościół się myli, pan Bóg się myli… tylko JA mogę decydować, kim jestem! Tylko ja wiem, czego chcę! Ja wiem, co dla mnie dobre! Na co mi pan Bóg?!
Echo krzyku szybko rozniosło się po pełnym kościele i zamilkło.
W jego głowie jednak nie chciało zniknąć.
- Czy nie tak czasem myślimy?
I znów spojrzenie księdza zatrzymało się na moment na nim, Chłopiec czuł to wyraźnie.
Patrzyło tylko na niego, jakby wokoło wcale nie było ludzi, którzy jak sam ksiądz powiedział, wszyscy też grzeszyli. Nie było wokół niego ludzi, którzy przeklinali, bili swoje dzieci i żony, zadawali ból i wywoływali rozpacz. Nie było nikogo na całym świecie, kto w tej chwili przykuwałby spojrzenie księdza bardziej niż on. Nie było zbrodniarzy, wodzów wielkich armii, morderców i gwałcicieli.
Był tylko on, Chłopiec siedzący na skraju krzesła, z pochylonymi ramionami i zaciśniętymi mocno dłońmi, które dociskał do ud, aż bolało.
Może to dlatego, że założył na mszę spodnie? Ale przecież to matka kazała, gdy zobaczyła, że przez noc spadł śnieg i zapowiadali deszcz na popołudnie. Może się garbił? Może skrzywił wrednie twarz, jak mu mówili, że czasem czyni? Może patrzył się w dziwny sposób?
Coś zrobić musiał. Ksiądz patrzył na niego, jakby skądś wiedział. Do niego tylko skierował kolejne słowa. Chłopiec nie umiał w to wątpić.
- Tak myślimy, tak mówimy Bogu. A potem przychodzi cierpienie… konsekwencja naszych grzechów, a my co wtedy robimy? Nawet nie prosimy o ratunek, nie. Nie korzymy się, nie przepraszamy. Nie bijemy się w piersi, nie robimy rachunku sumienia. Pytamy się… dlaczego, panie Boże? Dlaczego ja? Przecież ja na to nie zasługuję, są inni… są gorsi ode mnie ludzie… to nie ja, panie Boże, przecież to nie mogę być ja. A cierpienie trwa…
Chłopiec pierwszy raz od początku kazania odwrócił wzrok od ambony, jeszcze nim ksiądz uczynił dłuższą pauzę, dla odpowiednio dramatycznego efektu. Dalej już go nie słuchał, łowiąc jedynie mimochodem słowa o tym, że za grzechy przeprosić można tylko spowiedzią, błagając o zmiłowanie, a samych ludzi od dalszego grzeszenia ocalić może pokora, którą nabyć można było jedynie modlitwą. Dalej ksiądz mówił coś jeszcze pod kątem wszystkich czytań, łącząc poszczególne ich elementy ze swoim kazaniem.
I tego także Chłopiec już nie słuchał.
Powstał na wezwanie do wyznania wiary. Michał nie musiał stukać go w ramię, Chłopiec podniósł się jeszcze przed nim.
Mimo to dłoń Michała i tak na moment spoczęła na jego łokciu, ledwie na mgnienie oka, wystarczająco długo jednak, by Chłopiec zauważył. Nie ośmielił się podnieść spojrzenia na brata, wierzył jednak, że gdyby to zrobił, napotkałby zupełnie inny wzrok, niż ten księdza.
Nie pozostało mu nic poza tą wiarą.
Resztę mszy przetrwał według automatycznego dostosowania się do ruchów otaczających go ludzi. Niejedną już tak przeczekiwał. Stąd pewnie Michał wyrobił sobie nawyk stukania go w łokieć w ramach przypomnienia, że ma się ruszyć. Korzystając z tego, że przerastał matkę o ponad głowę, odgradzał ją od Chłopca i mógł ukradkiem dotknąć jego łokcia, nie ryzykując zwrócenia jej uwagi. Ojciec Michała nie dostrzegał ich nie tylko w kościele. Przed jego oczami był bezpieczny zarówno Michał, jak i Chłopiec.
Jednak matka zdawała się widzieć wszystko. Zwłaszcza to, czego nie chcieli jej pokazywać.
Chłopiec nie łudził się, by mogła przeoczyć i tę mszę…
W kościele nie mogła nic zrobić, jednak kiedyś i z kościoła trzeba było wyjść. Nie ociągał się, świadomy, że odwróci się to przeciwko niemu. Nie wyszedł też pierwszy z kościoła. To byłoby jeszcze gorsze. Pierwsza zawsze wychodziła matka, kiwnięciem głowy dając do zrozumienia, że uznała pożegnalną modlitwę za wystarczającą i mogą wszyscy wyjść.
Zwróciła spojrzenie na Chłopca, gdy jeszcze schodzili po schodkach przed głównym wejściem.
- Nie byłaś do komunii.
Nie było to pytanie, lecz matka jawnie oczekiwała odpowiedzi. Odkąd Chłopiec mógł w pełni uczestniczyć w mszy, jego podejścia i niepodejścia do komunii były pod stałą obserwacją i dobrze wiedział, że ściągnie na siebie jej uwagę.
Przez moment patrzył jej prosto w oczy i bawiło go – w ten gorzki, rozżalony sposób, w jaki ludzi coś bawi, gdy nie wolno im płakać – że tak mało wiedziała o nim kobieta, która wydała go na ten świat. Tak łatwo mu było kłamać jej prosto w oczy, mówiąc rzeczy, które chciała usłyszeć.
- Mówiłaś, że jeśli nie skupię się na mszy dostatecznie, to nie mogę iść. Kazanie pochłonęło mnie za bardzo. Wciąż o nim myślę… przepraszam.
Ostatnie słowo dodał dopiero, gdy upewnił się, że przysłuchujący się ich rozmowie, Michał stał ledwie krok od niego. Kulenie głowy przed matką wydawało się bezpieczne tylko wtedy.
Gdyby się rozzłościła i uznała, że zamiast drewnianej łyżki spokojnie nada się pasek od torebki, Michał na pewno przypomniałby jej, że są wciąż na terenie kościoła. Może nawet złapałby w locie jej rękę. Michał był diabelnie szybki, gdy się na czymś skupił. Chłopiec chciałby kiedyś choć w maleńkim stopniu być równie szybkim.
- Powinnaś się skupiać – matka nie złościła się jeszcze tak bardzo, zmarszczyła jednak brwi groźniej niż gdy tylko ich karciła – Jaki dziś dzień jest, co?
Przez moment Chłopiec nie rozumiał w pełni, jak straszny błąd popełnił. Zerknął na Michała odruchowo, choć wiedział, że na jego pomoc liczyć mógł tylko w ostateczności. W zwyczajnej rozmowie takie spojrzenia mogły tylko pogorszyć sprawę.
- Co dziś jest? – dłoń matki chwyciła jego przedramię gwałtownie, nie cofnął się jednak.
Wzdryganie się na własną matkę wywoływało gniew, który Chłopiec czasami nawet rozumiał. Musiał ją szanować. Musiał słuchać, gdy mówiła. Miał ją czcić i być jej posłusznym. To robiłby dobry syn.
Odpowiedział jej, nim zdążyłaby wezwać go po imieniu, rozkazując, by się na moment zastanowił. Podczas przerwy od szkoły robił wszystko, co było w jego mocy, by nie słyszeć tego imienia niemal wcale. Przychodził nim zdołałaby go zawołać, odpowiadał, nim by się zirytowała.
Tego dnia czekał go jeszcze rodzinny obiad… wtedy nie ocali go nic. Teraz mógł jeszcze coś zdziałać.
- Jest niedziela wielkanocna… przepraszam…
- Musisz dziś pójść do komunii. Nie wiem, jak zamierzasz, to zrobić. Ale wyraźnie jest powiedziane… musisz dziś.
- Właściwie, to powiedziane jest „w okresie Wielkanocy” – odezwał się niespodziewanie Michał, spoglądając na matkę z właściwym sobie spokojem – Czyli całe Triduum się w to wlicza. Także Wielki Piątek.
Sam z siebie Chłopiec nie powołałby się na to. Mądrzenie się w kwestiach wiary i jej zasad nigdy nie kończyło się dobrze. Jednak Michał był już przecież dorosły i to od kilku lat. Może i w mniemaniu matki miał prawo do własnego zdania na ten temat?
Bo własne zdanie to na pewno miał… Chłopiec znał je całkiem nieźle, co lubił sobie czasem przypominać. On jeden wiedział, że Michał wcale do kościoła nie chciał chodzić i robił to tylko dla świętego spokoju.
Jeszcze wtedy Chłopiec nie był świadomy, że tak naprawdę Michał chodził tam z nimi tylko i wyłącznie dla niego właśnie.
Wielu rzeczy jeszcze wtedy Chłopiec nie był świadomy. Jak mógłby? Miał ledwie jedenaście lat.
- Nieważne, że napisali „okres”. Tyczy się to niedzieli. To zawsze niedziela jest najważniejsza. Chodzi o niedzielę, o niedzielę wielkanocną, najważniejsze święto w roku! O rocznicę…
- Tak właściwie to…
- Symboliczną rocznicę, nie łap mnie za słówka!
- Dobrze już – Michał uniósł polubownie dłonie – Co zatem?
- Nie wiem, co zatem! – matka wyraźnie się już zirytowała, posłała mu ostre spojrzenie, a jej twarz wykrzywił zawzięty, chłodny grymas złości – Niech się martwi… trzeba się było nie zamyślać na mszy! Teraz się niech zastanawia!
Jeszcze kilka lat temu Chłopca zraniłoby, że matka mówi o nim, jakby wcale go obok nie było. Był to jednak już ten etap jego życia, gdy wolał, by czyniła w ten sposób, niż mówiła do niego z imienia. Najbardziej cieszyłby się, gdyby nie mówiła do niego wcale.
Czasami, gdy o tym myślał, robiło mu się przykro. Czasami nie czuł już niczego, temat wydawał się zbyt stary i oklepany, by wzbudzać jeszcze jakieś emocje.
- Pójdę jeszcze raz na mszę… - podsunął cicho.
- Ciekawe z kim? – ostre spojrzenie spoczęło teraz na nim.
Nie było jednak nawet w połowie tak potępiające, jak tamtego księdza.
- Ze mną – Michał wzruszył ramionami – Dla mnie nie ma problemu, chętnie się przejdę po obiedzie.
Chłopiec bardzo chciał spojrzeć na brata w tej chwili. Wiedział jednak, że zarzut zmowy przeciw matce do reszty zrujnuje wszelką namiastkę spokoju w tę świąteczną, najważniejszą w roku niedzielę i to całej rodzinie. I znów stanie się to z jego powodu.
Wytrzymał jej wzrok, nie patrząc jej jednak prosto w oczy. Nie lubiła tego. Gdy patrzył w ziemię, także nie lubiła. Czasem nieważne co zrobił, gniewała się. Pozostawało mu tylko nadzieję, że tym razem i jej nie będzie się chciało rozpoczynać awantury.
Obojętne spojrzenie ojczyma tylko na moment prześlizgnęło się między Chłopcem, a synem, nim w przestrzeń rzucił coś o herbacie i nie czekając na nich, pierwszy skierował się do wyjścia z terenu kościoła.
- W porządku – matka dokonała rachunku opłacalności i nie wynikło z niego, by kłótnia była potrzebna – Tylko ty pamiętaj, że możesz tylko raz dziennie podejść.
- Pamiętam – Michał bez namysłu skinął głową.
Nie ponaglił jej, pytając, czy też ruszą do domu. Poczekał, aż sama uznała chwilę ciszy za wystarczającą, nim skierowała się do bramy, nie oglądając się za siebie.
Dopiero wtedy Chłopiec podniósł wzrok na brata.
- Przepraszam – szepnął, bo nic innego nie przychodziło mu na myśl.
Michał objął jego łokieć dłonią i pokręcił tylko głową. Nie powiedział mu nic, póki nie wyszli na chodnik przed murami. W otoczeniu obcych, wychodzących z kościoła ludzi, zagrożenie było zbyt duże, choć Michał zawsze bardzo ostrożnie dobierał słowa.
- Nie zrobiłeś nic złego – odparł cicho, nachylając mu się do ucha, by na pewno nikt nie słyszał.
Chłopiec i tak nerwowo zerknął na boki. Były dni, gdy żałował, że kiedykolwiek powiedział bratu o sobie więcej niż wszystkim pozostałym. Nie z winy Michała. Czasem po prostu wolałby móc wierzyć, że z czasem i on sam zapomni… schowa to dość głęboko, by nie wyszło i przestało istnieć. Wszystko z czasem umiera, zapomniane.
To już nie było zapomniane. Choćby on sam udawał, że to nie istnieje, zawsze był jeszcze Michał. Czasem go to pocieszało, a czasem jeszcze bardziej martwiło, czego sam nie rozumiał.
- Nie martw się tym – szept wrócił nad jego głowę zaraz potem – Pogadamy coś, przejdziemy się. Będzie wymówka, by się urwać z tego cyrku – Michał uśmiechał się do niego całkiem szczerze, pokrzepiająco.
Chłopiec odpowiedział bladym uśmiechem, jednak w duchu poczuł się znacznie lepiej. Żałował już tylko tego, że był zbyt duży, by móc bez oporów wcisnąć się bratu pod ramię i schować przed ludźmi, którzy wciąż pojawiali się wokół nich na ulicy.
Musiał iść wyprostowany, choć tak bardzo chciał zwinąć się w kłębek. Musiał się uśmiechać, klękać, słuchać, kiwać głową i dziękować za wszystko, co otrzymywał. A lada chwila miał musieć przytulić ileś obcych mu właściwie osób.
Poranek ledwie się rozpoczął. Wiedział, że do obiadu usłyszy nieswoje imię przynajmniej kilkanaście razy. I każdy ten raz będzie musiał przyjąć z uśmiechem.
Nienawidził świąt z całego serca.
Kiedyś się z tego wyspowiadał, tylko raz. Usłyszawszy, że jest grzesznikiem i bardzo zasmuca Boga swoją butą, przestał to wspominać. Skoro nie przestawał nienawidzić i nie umiał szczerze obiecać poprawy, nie było sensu się z tego spowiadać. Podobnie jak modlić się o to, by matka go kochała, skoro to z jego winy w jej życiu pojawiło się cierpienie.
Nawet w młodym wieku Chłopiec lubił rozumować logicznie. Tutaj sensu nie znalazł, więc zaprzestał starań. I bardzo żałował, że nie dało się zawsze rozwiązać problemów w ten sposób…
* * *
- Jak się czujesz?
Rozmokły śnieg pryskał spod butów na wszystkie strony. Wystarczało tylko odpowiednio mocno odbić się podczas kroku, by lądująca podeszwa rozrzuciła go wszędzie wokół. Bardziej zlodowaciałe grudki toczyły się daleko, a podszyty wodą śnieg zamieniał się w przezroczysty, nieforemny kożuch na kostce brukowej chodnika.
- Mogło być gorzej – uznał po namyśle, którego większość poświęcił próbom skupienia się na słowach Michała.
Choć nie mógł być nieświadomy jego rozproszenia w tej chwili, Michał nie kazał mu iść spokojnie, „normalnie” jak mawiała zirytowana matka, nie obruszył się o wahanie nad odpowiedzią i nawet zwlekał chwilę, nim doprecyzował swoje pytanie.
- Też prawda, ale jak się czujesz?
Chłopiec wzruszył ramionami, nie podnosząc na niego wzroku. Jeszcze przez krótki moment mógł spokojnie poświęcić pełną uwagę śnieżnym grudom na chodniku. Jednak i one się skończyły.
Wtedy zerknął na brata bez przekonania.
- No zwyczajnie.
Rozmawiać o świątecznym obiedzie nie miał najmniejszego zamiaru. Wszelkie myśli na jego temat wyrzucił z głowy w chwili, gdy zamknęły się za nimi drzwi i znów odetchnął dziwnie zimowym jak na tę porę roku powietrzem. Deszcz siąpił we wspaniale rozpraszający sposób i ani się obejrzał, Chłopiec zapomniał i o matce, i ciotce, nawet o ściskaniu i wołaniu po imieniu do stołu, o życzeniach przy dzieleniu się jajkiem na twardo i rozmowach przy stole. Śnieg pochłonął jego uwagę, bezpiecznie pozwalając na rozluźnienie się.
Michał zamyślił się, nim spytał inaczej:
- Chcesz iść znowu do tego kościoła?
- Nie mamy wyboru. Ja nie mam, znaczy się.
- Zależy jak patrzeć… - wyraźnie ostrożniej zawiesił głos Michał – Jeśli nie chcesz…
Chłopiec pokręcił głową, nim zdążyłby usłyszeć finał.
- A jak kogoś spyta?
- Kogo?
- Księdza, sąsiadki… kogoś.
- Czemu by miała?
- Nie chcę – uciął Chłopiec, znów przyglądając się śniegowi, topniejącemu na chodniku w sposób, który wydawał mu się dziwnie smętny – Ty iść nie musisz. Powiem, że byłeś, nie martw się.
- Nie o to mi chodzi. Przecież pójdę z tobą.
- Nie musisz.
- Wiem – głos Michała złagodniał wyraźnie – Nie o to mi chodziło. Chcę z tobą iść, jeśli ty chcesz.
- Nie chcę. Muszę.
- Poniekąd – przyznał dość cicho Michał, by Chłopiec mógł spokojnie udać, że wcale go nie słyszał – Jeśli nie chcesz, nie musisz mi odpowiadać – zaznaczył dość stanowczo, by Chłopiec podniósł na niego uważne spojrzenie – Ale naprawdę zamyśliłeś się z powodu kazania, czy… czy z jakiegoś innego powodu?
- Kazania – Chłopiec tylko przez chwilę wahał się, czy powiedzieć mu prawdę. Ostatecznie jednak zawsze mówił – Zaczęło się ciekawie, a potem… potem zrobiło się smutne.
- Typowo katolskie wzbudzanie winy w każdym poza hierarchami kościoła – Michał zmarszczył brwi, poniewczasie wstrząsając głową sam do siebie. Nie odwołał jednak swoich słów, być może zakładając, że Chłopiec jest za mały, by zrozumieć je w całości, a może wręcz przeciwnie, uważając, że powinien znać jego zdanie.
Wobec tego Chłopiec zamyślił się głęboko, porzucając zabawę śniegiem. Nie ruszyli jeszcze dalej, obaj ignorując, jak szybko zbliżała się granica, po której zabraknie im czasu, by zdążyć na kolejną mszę.
- Myślisz, że nie miał racji? – pożałował tego pytania, jeszcze nim w pełni opuściło jego usta.
Michał się nie gniewał i Chłopiec dobrze wiedział, że się nie rozgniewa. Jednak ubrana w słowa wątpliwość znów zawisła nad jego głową. Znów pytał za wiele. Za wiele chciał zrozumieć.
- Poniekąd – Michał często używał tego właśnie słowa, gdy go o coś pytano – Zgadzam się z tym, że ludzie robią krzywdę sobie nawzajem. Jednak nie podzielam podejścia z obwinianiem wszystkich tylko za to, że żyją, jak chcą żyć. I na koniec mocno polityką zajechało, jak się czepiać zaczął, co nam współczesny świat oferuje. Całokształt mi się nie podobał.
Chłopiec nie depcząc już śniegu, pierwszy ruszył chodnikiem, nijak się do jego słów nie odnosząc. Istniała szansa, że wcale nie będzie musiał nic mówić. Na ogół ludzi nie obchodziło, co miał do powiedzenia.
- A co ty sądzisz? – Michał był jednak wyjątkiem pod wieloma względami.
- Nie wiem.
- Podobało ci się? – spróbował inaczej.
Chłopiec milczał, gdy mijali bardziej ruchliwy róg ulicy. Nie lubił tędy chodzić, pobliskie centrum budziło w kierowcach dzikie bestie i poza hukiem silników, często brzmiały też klaksony, syreny, czasem pokrzykiwania przechodniów. Jednak w chwilach takich jak ta, gdy mówić nie chciał, przydawał się cały ten zgiełk.
- Było smutne – stwierdził wreszcie cicho.
- Nie podobało ci się.
- Nie wiem. Nie chciałem go już potem słuchać.
- Gadał głupoty.
- Jeśli to były głupoty, to dlaczego brzmiały, jakby miały sens?
- Bo muszą je tak formułować. Inaczej ludzie by nie wierzyli.
- Wierzą w gadającego węża – mruknął Chłopiec.
- Też prawda.
- I jednocześnie ksiądz zakazał nam oglądać „Harry’ego Pottera”. Tam też jest gadający wąż.
- Na religii wam o tym mówił?
- Mhm, mieliśmy lekcję o tym, czego dobry katolik nie może robić, oglądać, słuchać… – Chłopiec odruchowo złapał się Michała za łokieć, gdy zbliżyli się do przejścia – I jeśli dobrze pamiętam z notatki, masz satanistyczny dzwonek w telefonie.
- Ten, który też chciałeś, ale matka się zeźliła?
- Ten sam – uśmiechnął się słabo, słysząc nad sobą parsknięcie brata.
- Myślę, że AC/DC poczytałoby to bardziej jako komplement.
- Dlaczego?
- Nie byłby to pierwszy ksiądz, który tak uważa, pewnie przywykli…
- Nie – Chłopiec nie podnosząc wzroku, pokręcił głową – Dlaczego jedna muzyka jest satanistyczna, a inna święta, skoro obie są o piekle?
- Zabiorę cię na lody, jeśli zgłosisz się na mszy dla dzieci i zapytasz o to proboszcza – roześmiał się Michał i nie zabrał od niego łokcia, choć już przeszli przez ulicę.
- Nazwałby mnie głupią i odesłał do spowiedzi. Dlaczego mam spowiadać się z pytań?
- Bo im więcej pytasz, tym mniej sensu ma dla ciebie wiara. Nie chcą, żebyś pytał. Jak rządzić kimś, kto myśli samodzielnie?
- Wiara jest do rządzenia?
Michał zamyślił się na moment i Chłopiec uniósł na niego spojrzenie, gdy długo nie otrzymywał odpowiedzi. Starszy brat zerknął jeszcze na niego, nie otrząsając się z zadumy i wahanie wyraźnie odbiło się na jego twarzy.
Nie poprosił jednak Chłopca, by zachowali tę rozmowę w tajemnicy, bo zamierza powiedzieć mu o czymś, co nie chce, by dotarło do matki. Domyślnie tak właśnie podchodzili do swoich rozmów.
Michał ufał, że Chłopiec to rozumie i to napełniało Chłopca dumą.
- Tak. Po to jest wiara, gdy jest się na jej szczycie. Dla szefów kościoła, wiara jest właśnie po to. Dla zwykłych ludzi wiara bywa oparciem, pocieszeniem. Jest im łatwiej, wierzyć, że jest nad nimi ktoś, kto zawsze im wybaczy, pomoże, ma dla nich wspaniale mądry plan i na koniec wszystko będzie dobrze, muszą być tylko posłuszni i przestrzegać zasad. Wiara jest różna dla różnych ludzi, jednak do tego się sprowadza.
- A dla złych ludzi? – Chłopiec skinął głową na wyjaśnienie, jednak nie skupił się na nim za bardzo.
- To zależy, jak rozumiesz zło – Michał spojrzał na niego uważniej, z jakąś troską, której Chłopiec nie umiał nazwać – Kogo uważasz za złego?
- Grzeszników.
- To mówią ci w kościele. Co ty uważasz?
- Jak robi się komuś krzywdę.
- Tak. To jest zło.
- A co jeśli się jej nie chce robić? Co jeśli się po prostu żyje?
- I tym życiem kogoś krzywdzi? Nie ma takich ludzi. Zło czynisz świadomie.
- A co jeśli robisz je, bo żyjesz?
- Nie potrafię sobie tego wyobrazić – brwi starszego z braci ściągnął już jawny frasunek – Masz na myśli kogoś konkretnego? Podasz mi przykład?
- Ludzie, którzy grzeszą, bo są nie tacy, jak Bóg chciał.
- To znaczy? Jeśli są źli, bo zabijają, to czynią zło. Sama egzystencja nie jest złem.
- A jeśli jest?
- Czyja wobec tego? – Michał przystanął, choć ulica jeszcze się nie skończyła.
Chłopiec nie patrzył na niego, nie opuścił też wzroku na śnieg, zebrany w rozmokłe grudy przy krawędzi chodnika, przechodzącej w trawnik. Michał zawsze odgradzał go sobą od ulicy, gdy szli wzdłuż niej. Gdyby spróbował to zrobić ktokolwiek inny, Chłopiec na pewno by się oburzył.
- Hm? Dzieciaku… - nie użył imienia i Chłopiec był mu za to wdzięczny, uniósł nawet na niego wzrok na krótko, otrząsając się z zadumy.
Później znów spojrzał w stronę wieżyczki kościoła, przebijającej się nad dachami budynków. Byli już całkiem blisko. Michał chodził szybko… może kiedyś Chłopiec też tak szybko będzie chodził?
- Kto taki grzeszy, żyjąc?
- Grzesznicy.
- Co ich czyni grzesznikami? Nawet trzymając się tego, co mówią w kościele… Bóg dał nam życie, chciał, byśmy żyli. Żyjąc, robimy, czego chciał. Jak to mogłoby być złe?
- Co jeśli nie żyje się tak, jak Bóg chciał?
- Czyli? O czym mówisz?
Chłopiec nie miał, gdzie patrzeć, by uciec od tej rozmowy. Przed nim wznosił się kościół, do którego musiał iść. Obok niego stał brat, który zachowywał się, jakby naprawdę nie rozumiał, o czym rozmawiali. Za nim nie było zaś niczego, do czego mógłby wrócić, uciec z krzykiem i schować się przed pytaniami, na które nie chciał znać odpowiedzi.
Chciał powiedzieć, że nie wie i nie ma to dla niego sensu, podobnie jak dla Michała. Powiedział już jednak dość, by samemu wiedzieć, że byłoby to kłamstwo. Spojrzał na brata powoli, próbując zachować przy tym spokój, jaki podziwiał w Michale.
- Wiesz – rzekł jedynie i odwrócił wzrok.
Ulicą przejechał duży samochód dostawczy, któremu coś dziwnie dudniło przy kołach. Chłopiec odprowadził go spojrzeniem aż na skrzyżowanie, słuchając dudnienia, którego źródła nie rozumiał. Za skrzyżowaniem był kościół. I znów patrzył na jego wieżę.
- Czym jest grzech, dzieciaku? – spytał niespodziewanie Michał i nie ruszył się z miejsca, choć znów zwlekali do granicy bezpieczeństwa.
Chłopiec spojrzał na niego z niezrozumieniem, jednak wyczekujące spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości. Zamyślił się wobec tego.
- Gdy robimy coś złego.
- Rozwiń to… co to jest „coś złego”.
- Gdy robimy komuś krzywdę…
- Mhm. Stąd grzechem będzie mordowanie, pobicie kogoś, okradzenie go, zniszczenie mu życia… tak?
- Tak.
- A komu dzieje się krzywda, gdy po prostu istniejemy i żyjemy, jak chcieliśmy żyć? Kto wtedy cierpi?
- Jeśli żyjąc po swojemu, robimy krzywdę…
- Komu robisz krzywdę tym, że istniejesz, dzieciaku? – spytał go niespodziewanie prosto Michał, obserwując uważnie, jak Chłopiec uniósł na niego wzrok, zaskoczony dosłownym poruszeniem tematu i zaraz go opuścił, przyglądając się bryłom śniegu na chodniku – Czy komuś dzieje się wtedy coś złego?
- Jeśli ksiądz ma rację…
- W zbyt wielu rzeczach nie ma. Zakładamy, że i w tym. Pomyśl samodzielnie, nie powtarzaj słów kogoś, kto wierzy w gadające węże i satanistyczne dzwonki w telefonie. Czy komukolwiek robisz krzywdę, będąc, jaki jesteś? Zabijasz tym kogoś, zabierasz mu dom, zadajesz ból? Spaliłeś kiedyś jakiś dom, wywołałeś wojnę? Zrobiłeś cokolwiek złego innym ludziom? – Michał pytał dalej, choć na żadne z tych pytań nie otrzymał odpowiedzi – Czy jesteś po prostu dzieckiem, któremu wmawiają, że powinno przepraszać za to, że żyje? Za co Bóg miałby ci wybaczać? Co zrobiłeś? Nie masz nawet piosenki o piekle w telefonie…
Chłopiec uśmiechnął się bardzo smutno, słysząc ostatnie słowa. W skrytości ducha dawno już powziął postanowienie, że gdy matka przestanie sprawdzać mu telefon, będzie to pierwsza rzecz, jaką w nim ustawi.
- Gdy to mówisz, brzmi to sensownie – przyznał cicho.
Michał odpowiedział jakimś ponurym uśmiechem, jakby wcale go to nie radowało, ale zaraz potem nasunął Chłopcu bardziej czapkę na czoło i posępny wyraz jego twarzy zniknął, ustępując temu wspaniałemu spokojowi, który tak bardzo się Chłopcu podobał.
- Cieszę się. I jednocześnie mam chęć podpalić im tę budę za sam fakt, że muszę ci to tłumaczyć, bo wbijają ci do głowy co innego.
Dopiero po namyśle Chłopiec zrozumiał, że brat miał na myśli kościół. Uniósł na niego zdruzgotane spojrzenie. Nic jednak nie powiedział.
Ruszyli dalej po krótkiej chwili milczenia. Chłopiec znów złapał się ręki brata, choć do przejścia mieli jeszcze daleko. Raźniej szło się nawet w największym huku i tłumie, nawet pod naporem najstraszniejszych myśli i pytań, gdy Michał szedł obok. Michał wszystko już wiedział i wszystko rozumiał. Chłopiec mógł pytać go o wszystko i nigdy nie słyszał za to nagan ani drwin.
- Michał? – pytający pomruk i spojrzenie zwrócone na niego, upewniły Chłopca, że i tym razem może po prostu powiedzieć, co chodzi mu po głowie – Nie wierzysz w Boga?
- To trudne pytanie…
- Czy ja wiem? – jego zdaniem to zabrzmiało bardziej jak wykręt od odpowiedzi.
- A ty umiesz powiedzieć „tak” albo „nie”?
Chłopiec zawahał się, nim wzruszył ramionami i odrobinę pochylił głowę. Michał nie spytał go ponownie, po krótkim namyśle, odparł zupełnie spokojnym tonem, w którego pewność nie dało się zwątpić:
- Uważam, że wszystko od czegoś się zaczęło. Nie mówię, że nie ma Boga. Nie mówię, że jest jeden, nie mówię, że jest wielu. Nie wiem. Wiem jedynie, że kościół nie ma już z nim nic wspólnego. To moja opinia i w to wierzę. Jednak nie próbuję ci tego narzucać. Nigdy nie spróbuję. Twoja wiara jest twoją sprawą, moja moją. Narzucanie jej ogniem i mieczem, jakiejkolwiek, to właśnie robienie ludziom krzywdy. Każdy powinien wierzyć w co chce, o ile nie czyni tym zła.
- Właśnie nazwałeś grzechem wszystkie krucjaty – zauważył cicho Chłopiec, marszcząc brwi w zadumie, na wzór starszego brata – I wojny religijne… i właściwie… właściwie wszystko, co… - nie dokończył.
Mina Michała nie pozostawiała wątpliwości, że zrozumiał, co przyszło mu na myśl. Także wzruszył ramionami.
- Jeśli spojrzymy na to przez pryzmat pytania, czym jest grzech, to nie były one niczym innym. Wybicie w pień każdego, kto nie wierzy w tego samego boga, co dany rycerz, ksiądz, odkrywca, król… jakbyś to inaczej nazwał, jeśli nie złem?
Chłopiec myślał chwilę w milczeniu, nim skinął powoli głową.
- Za to proboszcz już nie odesłałby mnie do spowiedzi. Kazałby mnie spalić.
Michał rozmyślił się w połowie odpowiedzi, zamykając usta, nim uszedłby z nich jakiś dźwięk. Wyraźnie niepewien, mruknął coś pod nosem. Chłopiec uśmiechnął się do niego w ten sposób, jaki matka nazywała wrednym krzywieniem się. Michał uważał inaczej, do niego więc Chłopiec czasem się tak uśmiechał.
- No dobra, nie tylko za to… - dorzucił.
- Na szczęście czasy stosów minęły – Michał tak jawnie nie wiedział, jak na to zareagować, że Chłopca szczerze zaczynało to bawić.
- Kto wie…
- Przynajmniej miałbym towarzystwo.
Chłopiec spojrzał na brata ze źle skrywanym oburzeniem.
- Ty byś nie spłonął.
- Ponieważ? – Michał przekrzywił głowę, uśmiechając się równie wrednie, co przed chwilą Chłopiec.
- Jesteś dobrym człowiekiem.
- A ty to nie?
- Nie według kościoła.
- W dupie mam zdanie kościoła.
Przez moment panowała cisza, nim Chłopiec jako pierwszy uśmiechnął się szerzej. Zmieszana mina Michała nie przestawała go bawić od lat. Próbował nie mówić przy nim, jak czasem mówili dorośli, naprawdę się bardzo starał. To już matka mniej się starała, gdy była wściekła, mówiła, co myślała, przez co Chłopiec zakładał, że znał już wszystkie słowa, których brat nie chciał go póki co uczyć.
Jednak Michał naprawdę się starał.
- No dobrze – stwierdził Chłopiec, ubawionym tonem – Nie spłonąłbyś, bo spaliłbyś ich pierwszy.
- O! – Michał z zadowoleniem pokiwał głową – Tak możemy się umówić.
- Bardzo ciekawa rozmowa przed mszą – Chłopiec przestał się śmiać, gdy dotarli do skrzyżowania i wieżyczka kościoła była już znacznie większa. Pozostało im jeszcze tylko kilkanaście minut drogi.
Michał musiał wyraźnie pomyśleć o tym samym, bo raz jeszcze zerknął na Chłopca z powagą, ostrożniej nawet niż poprzednio próbując skłonić go do szczerej opinii:
- To chcesz tam iść?
- Wolę tak, niż kłamać. Nie chcę problemów.
- W porządku. Zresztą i tak robi się paskudna pogoda, wszystko wyzamykane, bo święta. Tam przynajmniej będzie ciepło – Michał uśmiechnął się do niego na znak, że bez względu na pobudki, zamierzał uszanować jego zdanie i więcej już go o to nie pytać.
Chłopiec odetchnął z ulgą, choć sam nie umiał powiedzieć, czemu.
Jeśli ksiądz miał rację, żadna modlitwa i msza nie mogła ocalić go od piekła. Nieważne, z ilu by uciekł, by plątać się po rynku. Nieważne też, ile godzin by przeklęczał. Jeśli w kościele mieli rację, jego los i tak był już przesądzony. Czasem naprawdę czuł smutek, myśląc o tym. Czasem zobojętnienie. Nie miało już znaczenia, jak żarliwie się będzie modlił. Mógł zrezygnować w każdej chwili. Formalnie już płonął.
- Czy mogę cię pytać o Biblię?
- Pytaj, o co tylko chcesz – jeśli Michał widział, jak desperacką próbą wyrwania się z natłoku myśli było to pytanie, nie dał tego po sobie poznać – Sporo o tym wiem, siłą rzeczy, siedzę w tym dłużej niż żyjesz. A jak nie wiem, doczytam.
To ostatnie zawsze mówił, gdy Chłopiec wahał się, czy zaczynać z nim jakiś temat. Nie były to jedynie puste słowa jako zabezpieczenie, gdyby się pomylił. Jak dotąd Michał doczytywał już o wielu kwestiach, gdy nie uważał się w czymś za eksperta, a i tak chciał pomóc bratu.
Dlatego też nie używał imienia, gdy do niego mówił. Zastępował je czasem żartobliwymi zwrotami, czasem nazywał go po prostu bratem… czasem dzieckiem… czasem, gdy był pewien, że ich nie słyszał, mówił do niego „chłopcze” i to pomagało im obu tak o nim myśleć.
Jednocześnie Chłopiec obiecał Michałowi, że gdy odnajdzie swoje imię, powie mu o tym od razu. Jak dotąd nie pasowało mu jednak żadne, ale wiedział, że Michał zaczeka, ile trzeba będzie.
- Dlaczego tylko jednego ucznia Jezus kochał?
Michał zastanowił się, wyraźnie zaskoczony.
- Dlaczego tylko jednego? – powtórzył, nie bardzo rozumiejąc chyba samo pytanie, jednak nim Chłopiec zdążyłby wyjaśnić, Michał strzelił palcami na znak, że pojął już w czym rzecz – Nie wiemy, czy kochał tylko jednego. Jednego tak określa ewangelia, tak. Może kochał ich wszystkich, ale w różny sposób, a może wszystkich jednakowo. Nie wiadomo.
- To czemu tylko o tym jednym tak piszą?
- To znaczy, to on sam pisze – Michał uśmiechnął się, widząc zagubienie w minie brata – Jeśli wierzyć tradycji, autor ewangelii to ten uczeń właśnie. Święty Jan, ewangelista. Ten od apokalipsy, słowa co stało się ciałem i smoka.
Chłopiec namyślał się przez chwilę, znacznie dłużej niż poprzednio. Gdy wreszcie się odezwał, brzmiał dość sceptycznie, by Michał sam zaczął się zastanawiać.
- Czyli to nie tak, że oni wszyscy tak uważali, tak? To jego opinia?
- Na to by wychodziło… nie wiemy. Zresztą i tak to tłumaczenie tłumaczenia, trzeba by w oryginale znaleźć, jak to brzmiało.
- Czemu pisze tak o sobie? Skąd wiedział, że Jezus go kocha?
- Może spytał o to Jezusa?
- To czemu nie napisał, że go spytał?
- Może napisał, ale kościół wyciął ten fragment, bo im się nie podobało?
- Ale zostawił ten, gdzie Jezus pyta się Piotra?
- Zostawili gadającego węża…
- No tak – Chłopiec po namyśle skinął głową, nie mogąc się kłócić z takim argumentem – Czyli mógł w to nie wierzyć… mógł to po prostu wiedzieć?
- Mhm. Cóż… miałoby to sens. Jeśli oprzemy się tylko na ewangelii świętego Jana, jest tam kilka fragmentów, które to popierają.
- Jezus oddał mu swoją matkę.
- No to też…
- Myślę, że to mogło mu wystarczyć – Chłopiec zawyrokował po jeszcze chwili namysłu – Ale skoro wszyscy wiemy, że to on pisał tę ewangelię i to o smoku… to czemu nie pisze o sobie z imienia? Byłoby ciekawiej, jakby pisał, że tam był i to widział. Brzmiałoby to, jakby to opowiadał.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – przyznał Michał powoli – Może nie chciał, byśmy wiedzieli od razu?
- To skąd wiemy? Ktoś musiał wiedzieć.
- Też prawda. Może… nie wiem, może nie chciał wypaść tak, że się popisuje, że tam był?
- Ale jako jedyny tam był, to niech pisze, co widział.
- No prawda… hm… może nie lubił swojego imienia? – bardziej już tonem zbywania kwestii podsunął Michał.
- Czemu? – jeśli rzeczywiście miał zamiar skończyć tym samym rozmowę, to nie mógł obrać gorszej taktyki.
Spojrzał na Chłopca z konsternacją, której ten najwyraźniej zupełnie nie rozumiał, bo jeszcze uniósł pytająco brwi.
- No czasem ludzie nie lubią swoich imion – zauważył, nie chcąc powoływać się na argument, że co jak co, ale dzieciak powinien wiedzieć to najlepiej.
- Czasem tak, gdy jest dziwne. Albo nie jest ich.
- Może jemu wydawało się dziwne?
- Ale ono nie jest dziwne…
- Może… nie wiem, może on uważał inaczej? A może po prostu miał taki zamysł artystyczny, by ukryć, że to on jest i narratorem, i jednym z bohaterów? – indywidualnego podejścia do dziwności i niedziwności Michał nie chciał Chłopcu w tej chwili tłumaczyć.
I tutaj niewiele wskórał, Chłopiec wyraźnie zamyślił się nad tym wyjaśnieniem, odrzucając kwestię zabiegów artystycznych. Gdy znów uniósł wzrok na brata, ten uśmiechnął się zachęcająco.
Zupełnie jakby wiedział, o co zostanie zapytany.
- A tobie wydaje się dziwne? To imię?
- Moja opinia jest nieco spaczona… osobiście kiedyś go nie znosiłem, ale teraz właściwie nie mam do niego stosunku emocjonalnego – uśmiechnął się, widząc skoncentrowaną minę Chłopca i już prościej ujął swoje zdanie – Nie lubiłem go jako dziecko, bo mi je wciśnięto na siłę. Wystarczy mi archanioł na pierwsze, po co mi jeszcze ewangelista na drugie?
Chłopiec nieco szerzej otworzył oczy, nim pokiwał głową ze zrozumieniem. Czasem zapominał, że Michał miał jakiekolwiek imię więcej poza Michałem. Zmarszczył brwi, przyglądając się bratu uważnie.
- Nie pasuje ci – orzekł wreszcie sentencjonalnie, na co Michał parsknął cicho, rozbawiony.
- Cieszę się, że podzielasz moje zdanie.
- Nie umiem sobie ciebie wyobrazić inaczej, niż Michała.
- O nie, a co się stało z Mi-jał? – osłupiała mina młodszego brata ubawiła go jeszcze bardziej – Nie pamiętasz? Mówiłeś tak do mnie, jak byłeś mały… Mi-jał – powtórzył, a jego uśmiech stał się cieplejszy.
- Tak jakby… miau?
- Jak kot, ale dłużej, tak. A na siebie mówiłeś jo-jo.
- W to nie uwierzę.
- Taki jesteś? – Michał śmiał się już całkiem jawnie – Dziękuję za zaufanie, zapamiętam to sobie.
- A ty na siebie jak mówiłeś, co? – Chłopiec z godnością uniósł brwi.
- Nie pamiętam – usprawiedliwiony rozłożył ręce – Ty swoich też. Szczęśliwie ja pamiętam twoje i będę ci to wypominał. Miałeś kilka śmiesznych słów na coś… nie pamiętam wszystkich już…
- Alleluja.
- Ale bagum-pa to na pewno był kangur.
Teraz Chłopiec też się roześmiał, bardziej z zaskoczenia. Szeroko otwartymi oczami przyglądał się bratu, próbując wyczytać z jego miny i tonu, czy nie padał czasem ofiarą żartów.
- Nieprawda – mruknął bez przekonania.
- Prawda, prawda. To pamiętam. Miałeś fazę na zwierzątka jeszcze nim zacząłeś mówić inaczej niż w swoim języku. Każde dostało swoją nazwę. Udawałeś też ich odgłosy… byłeś uroczym berbeciem, który udawał lwa, nim nauczył się chodzić. Wierz lub nie, tak było.
Chłopiec niby to z oburzeniem prychnął pod nosem, jednak z przejęciem przyglądał się wciąż Michałowi. Nie pamiętał wiele z wczesnych lat swojego życia. Nawet mgliste wspomnienia były wątpliwe, o ile nie istniała w nich osoba Michała.
Michał czynił jego przeżycia prawdziwymi, bo był przy nich. Nawet jeśli Chłopiec sam nie pamiętał, zawsze mógł posłuchać. Ktoś pamiętał jego. Michał pamiętał wszystko.
Pamiętałby go też, gdyby Chłopiec któregoś dnia zniknął… pamiętałby go jako Chłopca, w odróżnieniu od wszystkich innych.
- Miałeś takie kręcone włosy, jak baranek, gdy byłeś mały – ciągnął Michał z uśmiechem, zerkając na niego co rusz, gdy szli dalej – Taka mała owieczka…
- Czarna owieczka.
- Wciąż owieczka.
Chłopiec nie kłócił się o to, a samo określenie przestało mu się wydawać negatywne. Zamyślił się nad loczkami, których nie pamiętał i czarna owieczka odpłynęła na bok.
- Myślisz, że gdybym miał krótkie włosy, to znów by mi się kręciły?
- Możliwe – Michał uśmiechnął się w zadumie, ledwie wyłapał, że Chłopiec także rozmyślał nad tym bardziej radośnie, niż gorzko – Kiedy obetniesz włosy, przekonamy się.
- Matka się nie zgodzi.
- Póki co nie… za parę lat albo się zgodzi, albo nie będziemy jej pytać. Nawet jeśli będzie się czepiać, obetniemy włosy, gdy będziesz tego chciał. A poza tym… wiesz, że ona nie będzie dyktować ci życia cały czas? – bardziej upewnił się Michał, czekając na jego skinienie, nim dodał – I to już znacznie szybciej, niż myślisz… i będziesz mógł robić, co chcesz. Mieć krótkie włosy, nosić piracki kapelusz i ustawiać dzwonki, jakie ci się podobają.
- I nadać sobie imię.
- I nadać sobie imię – powtórzył za nim Michał, uśmiechając się już nieco mniej żywo, ostrożniej mu się przyglądając – Do tego nie musisz nawet jej pytać o zdanie. Nikogo. Najważniejsze, by tobie się podobało. To właścicielowi imienia ma się ono podobać i koniec.
- A jakbym sobie wybrał takie, którego ty nie lubisz?
Kolejny raz spojrzenie, które na nim spoczęło, wydało się Chłopcu sięgać pod jego czaszkę i dostrzegać wszystkie jego myśli. Jednak Michał nie czynił tego w natarczywy, atakujący go sposób. Po prostu próbował zrozumieć… Michał zawsze robił wszystko, by go zrozumieć.
- Na pewno bym się przyzwyczaił. Poza tym tak jak mówię… to tobie ma się ono podobać, nikomu innemu.
- Dlatego ludzie zmieniają imiona?
- Tak myślę.
- A jak się komuś zmienia jego imię?
- Przekręcając je, czy tworząc pseudonim, o to ci chodzi?
- Też… ale… ale w Biblii Bóg kilka razy zmienia komuś imię. Nigdy nie pyta, czy tego się chce. Ten w Starym Testamencie ma to gdzieś, okay. Ale Jezus też się nie spytał Szymona, czy ten chce być Piotrem. Po prostu mu zmienił imię… jakby było jego, a nie było.
Michał zamyślił się głęboko, nim powoli wzruszył ramionami.
- A może go spytał? Tylko tego też nie ma w ewangelii?
- Wycięli?
- Może? Gdyby w ewangelii była scena, gdzie Jezus pyta się kogoś, jak chciałby mieć na imię, może kościół obawiałby się, że ludzie przestaną to widzieć jako cokolwiek dziwnego? A chcą, by było, jak jest…
- Ale księża też sobie zmieniają imiona, jak się stają księżmi. I siostry zakonne. I papieże. Im wolno. Czemu mi nie?
Teraz to Michał wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć. Chłopiec tymczasem mówił dalej, zamotany we własnych myślach, dyskutując już bardziej sam ze sobą niż z bratem.
- Nawet gdyby się uparli, że to tak, że chłopcy nie mogą nosić imion dla dziewczyn… to też by zmieniali zdanie. Mój dziadek miał na drugie imię Maria. Maria! To imię dla dziewczyny. I nikt mu nie zabronił. Potem sobie zmienili, że nie wolno…
- A nie ma to sensu – zgodził się z nim Michał, wyrywając Chłopca z zadumy łagodnym tonem – I dlatego takie zasady można wywalić do śmieci. Co cię one obchodzą? Niech sobie kościół mówi, co mu się podoba… przecież i tak możesz robić, co chcesz.
- Wtedy uznają, że to przeze mnie są wojny i cierpienie.
Chłopiec przystanął, widząc, jak twarz brata przestała wyrażać zadumę. Rzadko widywał jego złość, jednak za każdym razem wydawała mu się przerażająca. Michał nie krzyczał, gdy się gniewał. Nie krzywił się i nie pluł, wyrzucając z siebie potoki wściekłych słów, jak matka. Nie spoglądał z pogardą na ludzi, jak ojczym. Nigdy nawet nie zaciskał pięści, nie mówiąc o jej podnoszeniu na kogoś.
Michał kamieniał, stawał się jak marmurowy posąg z ołtarza, przy czym zamiast żałości, jego twarz wyrażała tylko spokój, lodowaty, przerażający i nieunikniony spokój. Gdyby miał urwać komuś głowę, pewnie nawet nie drgnęłaby mu powieka. Nie złapałby zadyszki, nie pogubiłby słów, nie załamałby mu się głos.
Chłopiec czuł się bezpieczny wobec jego gniewu. Cały świat nie mógł się równać z jego bratem. Gdyby ktokolwiek chciał go rzeczywiście spalić, musiałby się zmierzyć z Michałem.
To brzmiało bardzo pocieszająco.
- I właśnie dlatego uważam, że są źli – orzekł Michał cicho i groźnie, jego ton brzmiał, jakby sam był świadomy, że nie istnieje siła na tym świecie, zdolna go pokonać.
Nikt nie mógł równać się z Michałem. Chłopiec był pewien, że wszyscy prędzej czy później by się go przestraszyli, gdyby mieli z nim się mierzyć. Zupełnie jakby miał swojego własnego, mitycznego smoka.
Uśmiechnął się słabo, spoglądając na brata z podziwem. Nie był pewien, czy na porównanie do smoka, Michał by się obraził. Pewnie tylko by się śmiał. Wobec tego Chłopiec nie wykluczał, że kiedyś mu o tym powie. Póki co jedynie zacisnął mocno dłoń na jego ręce, gdy zbliżyli się do ostatniej przecznicy przed kościołem.
Choć byli już całkiem blisko, przestał spoglądać w tamtą stronę z niewyjaśnioną obawą, jaką wcześniej czuł. Kazanie pewnie będzie miał już ktoś inny. Nie usłyszy już drugi raz, że zło na świecie to jego wina, jego i jego grzechów. A może usłyszy? Nie pierwszy raz tamtego dnia tak powiedziano w kościele… Chłopiec już od dawna wiedział, co kościół o nim sądził. Nie mówiono tego konkretnie do niego tylko dlatego, że jeszcze jawnie im nie pokazał, że mieli powód. Ale kiedyś… kiedyś pewnie powiedzą to prosto do niego.
Może przestanie tam chodzić, jak Michał? Wtedy matka na pewno się rozgniewa, ale czy i nie bez tego go znienawidzi, podobnie jak kościół skazując go na piekło?
O tym Chłopiec myślał coraz częściej z rezygnacją, bez żalu. Przynajmniej przed sobą nie chciał się przyznawać, że było mu z tym źle. Nic mu to nie mogło pomóc. Chwila, gdy kościół obróci się przeciw niemu, a matka raz na zawsze przestanie uważać za swoje dziecko, musiała kiedyś nadejść. Jeszcze jakiś czas temu miał wątłą nadzieję, że nigdy się tak nie stanie. Że mu przejdzie. Teraz już przestawał się łudzić.
Co miało odejść, nie odeszło. Mijało już pół roku, odkąd Michał nazywał go swoim bratem, zgodnie z prośbą Chłopca. Mijał rok, odkąd on sam przestał udawać, że tak o sobie nie myśli. I przez ten ostatni rok nic nie odeszło. Nie wiedział, czy chciał, by odeszło. Teraz nie miało to już znaczenia, bo nie odeszło nic a nic, a jeśli było to możliwe, przyszło jeszcze więcej…
Chłopiec nie mógł opędzić się od wrażenia, że czas uciekał mu między palcami i wraz z każdym dniem w coraz mniejszym stopniu był osobą, za którą uważał go świat, a coraz bardziej sobą samym… cokolwiek to ostatecznie znaczyło. Jeszcze nie był pewien, co znaczyło.
Czuł coraz mocniej, że lada dzień będzie musiał zrozumieć i podjąć decyzję, która ostatecznie uśmierci jedno z nich… dziecko, które w nim widziano, niewinne i dobre, obdarzone imieniem, które sprawiało mu ból… lub Chłopca, który zasługiwał na piekło za samo swoje istnienie, lecz był bardziej nim, niż tamto dziecko kiedykolwiek zdołało.
Jeśli można było bać się własnego osądu, to właśnie to czuł Chłopiec, myśląc o dniu, gdy nadejdzie czas wyboru. Michał mówił, że nie musi się spieszyć, ale jednocześnie uwierzył mu, gdy Chłopiec pół roku temu powiedział mu, co czuje.
Czy ktoś tak mądry jak Michał uwierzyłby, gdyby to nie miało sensu? Gdyby Chłopiec nigdy nie istniał i to wszystko było jedynie wymysłem?
Skoro jednak mogli mylić się ludzie starsi od Michała, uważający się za mądrzejszych od niego…
- To banda głupoli – szepnął Michał niespodziewanie, wyrywając go z zadumy, choć przekroczyli już bramy kościelnego parkingu – Nie mają pojęcia, co mówią. Ta religia jest religią miłości. A kocha się kogoś bezwarunkowo, jakim ten ktoś jest. Wszelkie „ale” do tego są wymysłem kogoś, kto sam nie rozumie, czego naucza. A jeśli myli się przy tak podstawowej rzeczy, jak to… to czemu miałby mieć w czymkolwiek rację?
Może Michał naprawdę umiał zaglądać mu do myśli?
- No tak – Chłopiec skinął powoli głową, podnosząc na brata nie do końca przekonany wzrok.
Michał musiał dostrzec to zwątpienie, bo zaraz spróbował jeszcze inaczej, nachylając się do niego z wyczekującym spojrzeniem.
- Pomyśl tylko, młody… kochałbyś mnie dalej, gdybym zmienił imię?
- Tak – nie musiał myśleć nad tym ani sekundy.
- A gdybym miał włosy innego koloru? Albo zapuścił ohydną brodę po pas? Jadł czosnek pęczkami? Miał siedem nóg i fioletowe uszy?
- No tak! – przestał kiwać głową i ostatecznie zdecydowanie potwierdził na głos, próbując opanować mimowolny uśmiech.
- No właśnie. A jeśli czepić się jedynie tekstów Biblii, to Bóg kocha nas miliony razy bardziej, niż my umiemy siebie nawzajem… naprawdę sądzisz, że obeszłoby go, jakiej długości masz włosy i jakie imię w paszporcie?
- Nie… - Chłopiec zastanawiał się ledwie mgnienie oka – Nie, bo to wciąż ja.
- No właśnie. Więc albo się kogoś kocha… albo się ma warunki, zasady i swoje racje, jakie ktoś musi spełniać, by być twoim kolegą. Oni sami nie wiedzą, co mówią…
Gdy to mówił, Michał brzmiał znacznie sensowniej niż którykolwiek z księży. I choć Chłopiec nie umiał sam sobie obiecać, że będzie wierzył w Boga kiedyś, za rok, czy za dziesięć lat, to w tamtej chwili czuł, że mógł sobie w niego wierzyć według tego, co mu Michał powiedział. W takiego Boga chciał wtedy wierzyć.
Może kościół miał swojego?
Jeśli tak, to i Chłopiec mógł mieć swojego. Gdyby nie mógł, Michał by mu to powiedział.
Pokiwał głową powoli, z rosnącą pewnością wraz z kolejnymi ruchami. Michał obserwował jego kiwanie uważnie, uśmiechnął się nawet pytająco, czekając na poważne potwierdzenie na koniec. Dopiero wtedy ujął jego dłoń pewniej, wskazując wejście do kościoła.
- To chodź… przekonamy się, czy lektor, który teraz będzie śpiewał, też tak makabrycznie fałszuje.
Chłopiec uśmiechał się wciąż, gdy wchodzili powoli po schodach. Jeszcze w progu pociągnął brata za rękę i ściszywszy ton, spytał:
- Michał… a gdybym ja miał fioletowe uszy…?
Zwrócone na niego spojrzenie było początkowo znużone pytaniem, wyraźnie niezachwycone jego poczuciem humoru w tej kwestii, lecz trwało to jedynie mgnienie oka. Potem Michał uśmiechnął się do Chłopca ciepło i ściągając mu czapkę, gdy sam zdejmował swoją, zapewnił cicho, patrząc na niego tak łagodnie i miło, jak nikt inny nie patrzył:
- Zawsze i bez względu na wszystko.
Jeśli Bóg był choć odrobinę podobny do Michała, to Chłopiec mógł w niego wierzyć. I nie dbał o to, czy nazwano by to bluźnierstwem. I tak nikomu nie miał zamiaru o tym mówić.
To było tylko dla niego, by przetrwać tamte lata.
Tamtego dnia Chłopiec siedząc w kościele obok brata, wstawał, gdy należało i klękał, gdy zadzwoniły dzwonki nawołujące do tego. Poszedł do komunii, obawiając się, że matka skądś dowie się, jeśli tego nie zrobi.
Podobnie uczynił na tamtoroczne Święta Bożego Narodzenia i na kolejną Wielkanoc. Jeszcze przez jakiś czas szczerze wierzył w Boga.
To, co matka nazwała jego buntem antyreligijnym, nadeszło dopiero wraz z przygotowaniami do bierzmowania. Chłopiec już dawno podjął wówczas decyzję o tym, kim jest, a kim nie. Jego wiara zniknęła, zastąpiona słusznym gniewem i poczuciem zagubienia, które przerodziłoby się w osamotnienie, gdyby nie Michał.
Jednak nawet Michał nie zdołał uchronić go przed wszystkimi momentami zwątpienia.
Kolejne kilka lat później, jako niemal dorosły człowiek, winił tamtego Chłopca za naiwność, której się dopuszczał. Znienawidził jego determinację w chęciach, by zasługiwać na miłość Boga, którego apostołowie już dawno skazali go na śmierć i męczarnie po wieczność. Nienawidził uczucia, które wtedy go przepełniało, tamtego poczucia winy, tamtego wstydu przed samym sobą. Przez pewien czas winił nawet Michała za to, że ten nie wybił mu z głowy tych wszystkich religijnych myśli.
Nie porzucił jednak imienia, które wybrał tamten Chłopiec. Na to jedno nie umiał się zdobyć mimo całej pogardy, jaką czuł wówczas do tamtego siebie.
Kolejne parę lat później, jako zdeklarowany ateista, wolny i przeklęty, przestał czuć tamte wyrzuty. Nie umiał się już gniewać na Chłopca, jakim kiedyś był. Wybaczył mu wszystko, tamtą wiarę w Boga, tamto niezrozumienie i strach przed zrozumieniem, a nawet to imię, które sobie wybrał. Wybaczył także tamtemu nastoletniemu sobie tamtą pogardę.
Cokolwiek czuł, wciąż pozostawał sobą.
Michał nauczył go, że kocha się kogoś właśnie za to i pomimo wszystkich innych zmiennych. W oczach dorosłego Jana Smugi, Chłopiec zasługiwał na to, by kochać go choć w ułamku tak mocno, jak kochał go jedyny człowiek, który nie pozwolił, by Chłopiec zniknął.
Jako dorosły człowiek, uważał, że zasługiwało na to każde dziecko. I między innymi właśnie dlatego nawet w Wielkanoc omijał kościół, według którego ośmioletnie dzieci były złoczyńcami, zatruwającymi swoimi grzechami świat.
Jeśli czegoś żałował, to innych Chłopców, Dziewczynek i Osób, takich jak on kiedyś.
Nie każdy miał szczęście mieć swojego Michała.
