Actions

Work Header

Piękni i bestie

Summary:

Nie każda elfia panna marzy o księciu z bajki. Księżniczka Kruszyna wolałaby zajmować się czytaniem traktatów botanicznych, nauką wymarłych języków i obserwowaniem żuków. Poza tym w bajkach książęta zwykle nie mają rogów, kłów, pazurów czy ogonów. A tak właśnie prezentują się szczury - zmiennokształtni mieszkańcy Północnego Wschodu, kraju, który jeszcze do niedawna wiódł z elfim królestwem okrutną wojnę. Jednak podczas Bitwy Końca Świata władca elfów składa swojemu adwersarzowi straszliwą przysięgę, która pozwoli zakończyć lata nienawiści. A także zjednoczyć oba państwa. I tym sposobem Szakłak, szczurzy następca tronu, oświadcza się Kruszynie. Jakby w świecie dworskich intryg i pałacowych plotek, w dodatku nagle pozbawionym słońca, księżyca, świętych ksiąg i magii młoda elfka nie miała innych kłopotów!

Chapter 1: Bańki na mleko

Chapter Text

Od wielu dni słońce nie wschodziło nad królestwem elfów ani księżyc nie rozjaśniał go swym blaskiem. Kolejne godziny upływały w szarym nurcie codzienności przetykanej jedynie połyskliwymi drobinami. Ratuszowy zegar na Wieży Kumaka właśnie wskazywałby koniec ostatniej nocnej warty – gdyby nie to, że wieża legła w gruzach. Trąbki nadchodzącego wojska zagrały pobudkę. Ale tej nocy Wirydarium nie spało.

Nad elfią stolicą pojawiły się smoki – smoki, które były siostrami naszych szczurzych gości, potomków Tojada Mordownika, tyrana Północnego Wschodu, którego nasz ojciec Ligustr II pozbawił korony. Razem z głową. Teraz, gdy armia zmierzała do miasta, staliśmy – my, dzieci elfiego króla – ramię w ramię z naszymi śmiertelnymi niegdyś wrogami, a dziś towarzyszami wspólnej rozterki, i zastanawialiśmy się, co i jak powiedzieć otaczającym nas rycerzom.

Chyba nie wypadało zaczynać od „To skomplikowane”…?

Dracena i Monstera schowały się za mnie, choć były niższe zaledwie o głowę i nie powinny liczyć, że stanowię najpewniejszą linię obrony. Z dwojga złego lepiej jednak, że żadna z nich nie postanowiła zmienić się w pięciometrowego gada. Bałam się jednak o Piołuna, który stanął przed nami, próbując chyba osłonić swoje siostry przed nadchodzącym zagrożeniem, i który coraz wyraźniej szczerzył coraz bardziej wilcze kły.

– Tylko spokojnie – szepnęłam.

Królewna Konwalia wychyliła się przed Szaleja, sycząc coś ostrzegawczo. Bardziej zgadłam, niż usłyszałam jej poddenerwowane: „Jakby co, to ja będę z nimi gadać”.

Kroton stanął przed Szakłakiem, twarzą zwrócony ku wychodzącym z lasu rycerzom. A Pokrzywa, która jeszcze przed chwilą perorowała przed szczurzym następcą tronu, co myśli o jego planach matrymonialnych wobec naszej trójki, podniosła w górę lewą dłoń. Był to gest pozdrowienia w kierunku nadchodzącej armii. Wiedziałam jednak, że tym samym nakazuje nam cieszę. Jej wyprostowane plecy i hardo zadarta głowa mówiły „Zostawcie to mnie”. Wiedzieliśmy, że jako kadetka Różanej Akademii, a przez pół roku również towarzyszka broni elfów walczących na Północnym Wschodzie, ma z nas wszystkich największe szanse porozumieć się z wojskowymi.

Ale „największe” nie musiały oznaczać dużych.

Widziałam, jak wychodzący z lasu żołnierze zaczynają otaczać nas szerokim kręgiem. Zauważyłam również, że próbują zachować dystans. Połyskujących srebrem pełnych zbroi naliczyłam ledwie kilka. Było trochę prostszych kolczug, a więcej skórzanych tunik wzmocnionych żelaznymi płytkami, najlżejszych i najtańszych. A więc piechota, pomyślałam. Zwiadowcy. A co najważniejsze – nie oni. Nie oddział naszych braci królewiczów, Anemona i Oleandra. Niebiosom dzięki!

Wojownicy wpatrywali się w nas z napięciem. Z tej odległości nie powinnam widzieć ich twarzy. A jednak zauważyłam te rozbiegane spojrzenia. Rozszerzone źrenice. Obłoczki pary wydobywające się ust w ten zimny jesienny poranek. I kroplę potu jakby na przekór chłodowi formującą się nad górną wargą jednego z wojaków, między nieśmiało sypiącym się wąsikiem.

Mieli tu być dopiero jutro. Musieli przybyć w wielkim pośpiechu. Zdałam sobie sprawę, że najpewniej dobiegły ich wieści o smokach. Więc rezygnując z ostatniego postoju, śpieszyli stolicy na ratunek. Na krętych leśnych ścieżkach, pod baldachimem gałęzi splecionych niekiedy bardzo nisko, piechota poruszała się najszybciej. Ale tętent kopyt też słyszałam. I nie musiałam czekać długo na potwierdzenie swoich wniosków.

Z lasu wynurzył się biały rumak – strzygący uchem, z rozdętymi nozdrzami i pianą opadającą z pyska zwartymi płatami. Jego zapadnięte boki unosiły się i opadały rwanym tempem. Na grzbiecie wierzchowca siedział jeździec w czarnej opończy. Jednym spojrzeniem objął łąkę, na której staliśmy, a potem zeskoczył z konia. Odrzucony w tył kaptur odkrył grzywę loków w kolorze leśnego miodu. Wysoki, postawny, barczysty – gdyby nie opis pana Lulka, w którym wyraźnie pojawiały się czarne włosy, byłabym pewna, że zbliża się do nas słynny generał Bez.

Tak właśnie pomyślałam w pierwszej chwili, widząc, że na twarzy Pokrzywy zawzięta obawa ustępuje zdumieniu, a to momentalnie przechodzi w pełną ulgi radość. Ale włosy były za jasne. Rzęsy za długie. I usta zbyt wyraźnie podkreślone malinową szminką.

– Będzie dobrze, znamy się – zdążyłam szepnąć dziewczynkom, które wpatrywały się w nadchodzącą postać z mieszaniną obawy, niedowierzania i zachwytu. – To przecież…

– Rokietta!

Pokrzywa ruszyła naprzód, a Rokietta podbiegła, porwała ją w ramiona i przytuliła do szerokiej piersi. Elfie rycerstwie przypatrywało się im z konsternacją. Zdaje się, że tylko przez wzgląd na swoich podkomendnych Rokietta nie chwyciła Pokrzywy i nie podrzuciła w górę tak, jak Szalej swoje odnalezione siostrzyczki. Wiedziałam, że nasza kompanka jest wylewna, jednak nawet ja nie spodziewałam się takiej demonstracji uczuć.

Od czasu, gdy zaledwie piętnastoletnia Rokietta postanowiła – w ramach pewnego idiotycznego zakładu z Oleandrem – przejechać na swoim rudym kucu po blankach zewnętrznego muru miasta, byłam pewna, że ta atletyczna elfka nie boi się nikogo i niczego. A jednak w sposobie, w jaki obejmowała Pokrzywę, widziałam obawę. Pokrzywie towarzyszył chyba podobny lęk. Lęk, który jeszcze nie wycofał się z jej gestów mimo ulgi, jaką przyniosło spotkanie z przyjazną duszą.

– Noż wściórności! – Rokietta odsunęła Pokrzywę na odległość wyprostowanych ramion, jakby wciąż nie dowierzała swojemu szczęściu. – Kogo moje piękne oczy widzą?! Pokrzywa, paskudo jedna! – I znów przytuliła ją ze wszystkich sił.

– Dobrze, że jesteś, stary miśku! – Pokrzywa poklepała ją po plecach. To Anemon kiedyś powiedział, że Rokietta zachowuje się przy Pokrzywie jak tresowany niedźwiedź. „Uważaj, mój piękny książę, żebym przy tobie nie zachowała się jak taki nietresowany!” było jedyną odpowiedzią na tę uszczypliwą uwagę. Potem żartowała z moją siostrą, że faktycznie mogłaby być miśkiem, ale takim starym, który z niejednej barci miód wyjadał. Nie zmieniało to jednak faktu, ze wobec elfów, których lubiła, zachowywała się jak spragniony pieszczot niedźwiadek. I swoje uczucia okazywała z podobną gracją.

Nim zdążyłam się zorientować, porwała mnie w ramiona i uniosła w górę. Nie, raczej nie chciała przypomnieć, jaka jestem niska i jaka ona jest silna. Po prostu tak było jej wygodniej. Trochę bałam się o swoje żebra.

– Jest i nasz Okruszek! – ucieszyła się. – I Pyza! – Kolejne potężne klepnięcie, chyba w plecy, było zarezerwowane dla Konwalii, która zdążyła tylko pisnąć.

Pomachała Kokoryczce, a z Kurzyśladem i panem Lulkiem wymieniła uścisk dłoni (kapitan skrzywił się nieznacznie, na mój przyboczny tak, jakby właśnie zgruchotano mu palce). Dopiero po dopełnieniu tych formalności i nieformalności przyjrzała się naszym gościom. W ruchu jej głowy widziałam pewien pośpiech, niemal celową zdawkowość. Jakby nie chciała patrzeć zbyt długo na istoty tak niepodobne do elfów.

– To oni? – spytała, nieznacznie ściszając głos.

Pokrzywa przytaknęła.

– Wszystko ci opowiem – obiecała. – Ale nie masz się czego obawiać.

– Obawiać? Ja? To oni mieliby powody do obaw, gdyby choć włos spadł wam z głowy.

W tego typu deklaracjach była równie pochopna jak Oleander, lecz wiedziałam, że życzy nam jak najlepiej. A choć jej słowa kryły groźbę pod adresem szczurów, Szakłak przywitał je z szerokim uśmiechem. Piołun wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że dyskusja ani go obchodzi, ani dotyczy, choć widziałam, że wciąż czujnie obserwuje naszą towarzyszkę. Dracena i Monstera wymieniały się jakimiś uwagami. A Szalej merdał ogonem, jakby sam miał ochotę się przytulić.

– No dobra…. – Wzrok Rokietty spoczął na porzuconym w trawach ostrzu. – Widzę, że macie i braciszkowe fanty… A smoki gdzie? Nie widzieliśmy, żeby odlatywały.

Otaczający nas żołnierze podeszli bliżej. Więc faktycznie to obecność smoków sprawiła, że przyśpieszyli marsz. Czyżby zauważyli wielkie gady miotające ognie i pioruny nad miastem?

– Spopielone! – oświadczyła Pokrzywa głośno i wyraźnie. – Dzięki Konwalii i… I… – I aż się zachwiała pod spojrzeniem Rokietty.

Siedem lat temu próbowałyśmy zorganizować Rokietcie przyjęcie urodzinowe – niespodziankę. Z powodu niesnasek na dworze stosunki rodziny królewskiej z niektórymi baronostwami uległy w pewnym momencie ochłodzeniu, jednak Pokrzywa i Rokietta wciąż wymieniały się zwyczajowymi upominkami na zakończenie roku i miałam wrażenie, że chciały odnowić tę relację. Wejście w pierwszą dorosłość było naturalnie okazją celebrowaną przez rodzinę Kaparów bardzo hucznie, ale wiedziałyśmy, że Rokietta nie przepada za swoimi krewniakami, których nazywała bandą gogusiów, i nie będzie się dobrze bawić na oficjalnym przyjęciu.

Większość przygotowań Pokrzywa wzięła na siebie. Ja miałam wtedy jedenaście lat i jedną, ale bardzo odpowiedzialną misję – przeniesienie tortu kajmakowego z orzechami, który wyprosiłyśmy od pani Hortensji, do altanki w Ogrodzie Malinowym.

Rokietta była tam zaproszona oficjalnie na partyjkę szachów. Pech chciał, że przyszła nieco przed czasem i mało nie zderzyłam się z nią na krużgankach. I, jak to ona, natychmiast chciała mi pomóc. Spytała też, dla kogo jest to ciasto. „Bo wygląda na słodkie jak ulepek!”, dorzuciła, a oczy zalśniły jej łakomie.

„Dla Anemona!”, wypaliłam, żeby odsunąć wszelkie podejrzenia. Nie wiem, czemu akurat jego imię pierwsze przyszło mi na myśl, ale ledwie opuściło moje usta, zorientowałam się, że nie zabrzmiałam zbyt wiarygodnie. Rokietta popatrzyła na mnie przez chwilę, lekko przesuwając dolną szczękę w prawą stronę.

Tak jak teraz.

Znałyśmy dobrze tę minę. „Bujać to my, panowie szlachta”.

Przez długą jak cała wieczność sekundę Rokietta mierzyła Pokrzywę wzrokiem. Siostra odpowiedziała jej proszącym spojrzeniem. Długo prosić nie musiała.

– Spopielone! –powtórzyła Rokietta. – Pokonane! Niebiosom dzięki. I naszej pyzie, królewnie Konwalii!

– Nie jestem żadną pyzą – rozeźliła się domniemana bohaterka. – Skończ z tymi dziecinnymi wyzwiskami!

A każdy, kto znał moje siostry i baronównę Rokiettę, musiał przyznać, ze brzmiało to nad wyraz wiarygodnie. Złość Konwalii na pewno nie była udawana.

Rokietta schyliła się ku Pokrzywie, a ta szeptała jej coś gorączkowo do ucha. Co jakiś czas nasza kompanka spoglądała ukradkiem ku Dracenie i Monsterze z miną poważniejszą i bardziej skupioną niż wcześniej. Nie znałam postawnej elfki tak dobrze jak moja siostra wojowniczka, miałam jednak przekonanie, że ze wszystkich wojskowych to jej najprędzej możemy zaufać. Gdybyśmy trafili na Anemona i Oleandra, nasza sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia. Cieszyło mnie, że mamy nową sojuszniczkę, ale z drugiej strony doświadczenie podpowiadało, że przy zbyt dużej liczbie wtajemniczonych żaden sekret nie wytrzyma próby czasu.

Oddział zwiadowczy nie zaopatrzył się w kaganki czy pochodnie. Przy wiecznej szarówce, która zastąpiła tak błękit dnia, jak i czerń nocy, dodatkowe oświetlenie nie było niezbędne, a mogłoby zdradzić ich nadejście. I przyciągnąć wzrok smoków, które chcieli przecież zaskoczyć. Ten szczegół działał na naszą korzyść. Szalej przezornie zarzucił kaptur na rogi (widać nawet kontrola praksy nie pozwalała mu się pozbyć ich tak łatwo), Szakłak postawił wysoko kołnierz tuniki, Dracena i Monstera trzymały się za nami. Przy Piołunie z jego urodą elfiego szlachcica – czyli zmęczonego nocnymi ekscesami utracjusza – wystarczyło, by nie szczerzył kłów.

Kroton przywitał się z Rokiettą dopiero teraz, grzecznie, choć raczej dość oficjalnie, a ja ze zdumieniem obserwowałam, że właśnie przy nim żwawa baronówna wydawała się najbardziej onieśmielona. Czasami zapominałam, że nieugięty spokój mojego najstarszego brata znaczy więcej niż królewski płaszcz na ramionach.

Wymienili kilka słów, po czym Rokietta zakomenderowała powrót do stolicy – „bez awantur i zbędnego rozgardiaszu”. Zdawało się jednak, ze jedynym potencjalnym źródłem rozgardiaszu była tylko ona i jej wybuch radości przy spotkaniu z przyjaciółką. Blade, napięte twarze, zapadnięte policzki i podkrążone oczy żołnierzy zdradzały jedynie bezgraniczne zmęczenie, któremu płytka ulga pozwoliła nareszcie dojść do głosu. Może nie są tutejsi, myślałam. I przybycie do stolicy jeszcze nie oznacza dla nich końca powojennej tułaczki, jest tylko kolejnym przystankiem w drodze do domu. Może dlatego się nie cieszą.

Gdy Rokietta posyłała dwójkę elfów – opaloną blondynkę z upiętą wysoko kitką i łukiem przewieszonym przez ramię oraz jej śniadego kompana – z wieściami dla pozostałej części armii, pan Lulek i Kurzyślad nie niepokojeni przez nikogo zniknęli w podziemnym przejściu. Mogłabym przysiąc, że słyszę szczęk zamykanego włazu.

O tej porze bramy Szafranna, Bławatna i Mirtowa powinny już stać otworem, jednak klucznicy, tak jak zapewne i reszta miasta, wciąż czekali w piwnicach i schronach na rozwój wypadków. Podeszliśmy więc pod bramę Oliwną, tę, której używają zbrojni.

Rokietta sięgnęła po przewieszony przez ramię i szyję róg. Zadęła raz, drugi, trzeci. Krótka, raźna melodia, tyle razy rozpoczynająca turnieje strzeleckie i zawody szachowe, teraz, niesiona echem pobliskiego lasu, brzmiała niemal posępnie. Nawet najweselsze partie przypomniały skomlenie psa, którego pan nie wraca na noc do domu. Wiedziałam coś o tym, w końcu nie raz, nie dwa musiałam przekupywać Harcika kiełbasą, aby nie warował przed bramą w słocie, tylko wszedł z nami do Wieży Południowej, dał się wysuszyć ręcznikiem, a potem zaczekał na Oleandra w ciepłym kojcu, który ja i Kokoryczka zawsze miałyśmy przygotowany na wypadek psiej biedy.

A jeśli on już nie wróci?, pomyślałam nagle. Jeśli Oleandra i Anemona nie będzie w szeregach nadchodzącej armii? Jeśli coś im się stało, a Rokietta nie ma serca nam tego powiedzieć?

Okute żelazem podwoje skrzypnęły, a był to odgłos przypominający pojękiwania steranego życiem reumatyka. Czekaliśmy pół wieczności, nim oba skrzydła rozłożyły się, przylegając do zewnętrznego muru, bo dopiero wtedy można było spuścić most zwodzony. Drugie pół wieczności wypełniło grzechotanie rozwijanych łańcuchów. Fosa była płytka, a o tej porze roku wody zostało w niej tyle co kot napłakał – i to chyba kot pokroju Włóczydła, niewzruszony w swej pogardzie dla całego świata. Jednak zmęczony nocnym biegiem oddział nie zamierzał gramolić się przez bagnistą breję.

Widząc, jak ślamazarnie opada przęsło mostu, przypomniałam sobie, że Brama Oliwna nie była używana od wielu, wielu lat. Gdy oddział naszego ojca wracał do zamku, działo się to bez trąbek i wiwatów, pod osłoną nocy, poza wzrokiem ciekawskich. Wątpię, by skorzystali z bramy Perłowej, gdyż tę otwierano tylko przy uroczystych pochodach, była zresztą dość wąska i dla większej drużyny zwyczajnie niewygodna. Możliwe, że specjalnie dla nich nie zamknięto na noc jednej z bram zwykle używanych przez kupców, rzemieślników czy studentów przybywających spoza miasta.

Wtedy razem nimi zjawili się w Wirydarium nasi szczurzy towarzysze. Co myśleli o pogrążonej we śnie stolicy, do której mimo towarzystwa jej monarchy musieli przekradać się… właśnie, jak szczury? Jakie obawy i nadzieje wypełniały ich serca? Czy wtedy nie marzyli, by otwierające się przed nimi miasto zgorzało w smoczym ogniu z nami wszystkimi?

– Brama Oliwna… – Rokietta potupywała w miejscu, wyraźnie zziębnięta. – Piwna chyba, nie oliwna! Mogli wcześniej te łańcuchy łaskawie naoliwić, zamiast każdą wartę spędzać w tawernie!

Gdy wreszcie weszliśmy do miasta, oddział Rokietty ustawił się czwórkami i wyrównał krok. Tu i ówdzie nad naszymi głowami skrzypnęły okiennice albo między zasłonami mignęło czujne oko. Nie wiedziałam, czy byli to ci spośród mieszkańców, którzy zignorowali nakaz ewakuacji, czy może ci, którzy zdążyli już opuścić schrony. Nie wątpiłam jednak, że pan Lulek i Kurzyślad dotarli do wewnątrz dużo wcześniej niż my, by odwołać smoczy alarm. Gdy jednak okiennice zamykały się z raptownym trzaskiem, miałam poczucie, że jesteśmy intruzami, przed którymi lepiej udawać, że nikogo nie ma w domu. Najpierw smoki, a potem – zamiast rycerzy w lśniących zbrojach – jakiś żałosny pieszy oddzialik.

Zwiadowcy szli ze spuszczonymi głowami. Jedna Rokietta maszerowała raźno, prowadząc swojego konia za uzdę, a w jej wzroku widziałam wyzwanie rzucone stolicy, które nie chce świętować ich powrotu. Ale byłam pewna, że nie tylko to ją gryzie.

Czekałam, aż na wysokości Różanej Akademii jej podkomendni oddzielą się od nas i odmeldują w garnizonie. Czułam, że o Anemona i Oleandra będę mogła spytać dopiero wtedy, gdy w drodze do zamku zostaniemy sami. O ile zdołam. Pokrzywa milczała, Konwalia też. Nasi szczurzy goście starali się nie zwracać na siebie uwagi, a Kokoryczka posyłała mi co jakiś czas zdezorientowane spojrzenie z końca tego dziwnego pochodu. Najchętniej dołączyłabym do niej. Jednak wciąż liczyłam, że w końcu przełamię lęk i zagadam do Rokietty albo zwykłym fartem usłyszę coś użytecznego. Lecz gdy zwiadowcy doszli do szarych murów szkoły wojskowej, ich przywódczyni stwierdziła jedynie:

– Zobaczymy się jutro.

Pokrzywa skinęła głową z bladym uśmiechem.

– Albo na balu, jeśli jutro będzie za duża kołomyja – dopowiedziała Rokietta, klepiąc ją po ramieniu.

– Mówisz, jakby na balu kołomyja nam nie groziła.

Rokietta westchnęła ostentacyjnie. Wychyliła się w stronę przyjaciółki i szepnęła jej kilka słów do ucha. A na odchodne rzuciła tylko:

– Dobrze, że przynajmniej nasza Parówa się ucieszy.

– Tak – odpowiedziała Pokrzywa. – Oszaleje ze szczęścia.

Parówą Rokietta nazywała Harcika, najpiękniejszego i najsmuklejszego ze znanych mi psów. A jeśli Harcik ma powody do radości, to znaczy, że nasi bracia wracają cali i zdrowi. Odetchnęłabym z ulgą, gdyby bardziej nie zaniepokoiły mnie słowa, którymi Rokietta żegnała Pokrzywę, nim skierowała się do swoich podkomendnych.

– Skoro tak trzeba… Ale nie wiem, czy długo będziesz chciała ich bronić.

Powiedziała to z nagłą rezygnacją. I tak nasze drogi się rozeszły. Idąc na zamek analizowałam, czy Rokietcie mogło chodzić o pojawienie się Draceny i Monstery w ich smoczych postaciach. Nawet jeśli napędziły mieszkańcom stracha, ich przewinienie nie wydawało się szczególnie groźne, a do wiadomości publicznej zamierzaliśmy podać zupełnie inną wersję wydarzeń – taką, w której Konwalia i Szalej unicestwiają bestie. Tylko czy król i królowa się na to zgodzą?

Jeśli Szakłak miał pewne podejrzenia co do dwóch smoków nad stolicą, to pewnie podzielił się tym z Kątnikiem. Albo preceptor królewskich dzieci doszedł do podobnych wniosków pierwszy. Nasza eskapada poza mury miasta wymagała przyzwolenia ich wysokości. Przecież Szakłak nie narażałby nas samowolnie. Nie narażałby również swojego rodzeństwa na ewentualne konsekwencje tak podjętej decyzji… Tak myślałam, przypomniałam sobie jednak, że po rozmowie z nami nie miał czasu porozumieć się z Kątnikiem. Ani nikim innym.

Pal licho, pomyślałam z urażoną zawziętością. To była nasza decyzja. Pokrzywy, Krotona i moja. A Konwalia to już w ogóle poszła za nami nieproszona. Przecież to nie jest wina szczurów!
Jednak gdy dotarliśmy do schodów sali audiencyjnej, a Szakłak, widząc strome, wyślizgane stopnie pozbawione poręczy, zaoferował mi ramię, przypomniałam sobie, że jest jeszcze jedna kwestia, o której król i królowa powinni wiedzieć.

Chyba.

W sumie drobiazg. Być może nawet żart. Choć ubrany w bardzo uroczystą formułę, ale cóż innego niż żart?

Szczurzy następca tronu mi się oświadczył. Nie, nie tyle „mi”, co „nam”. Mnie, Pokrzywie i Krotonowi. Wszystkim naraz. Ot, tak. Po prostu.

Zdawałam sobie sprawę, że o szczurach wiem tyle co nic. Ale raczej nie dworowaliby sobie z tak poważnych kwestii. Czy ich obyczaje naprawdę dopuszczały wielożeństwo? Czy mam tę propozycję w ogóle rozpatrywać? A jeśli – co powinnam odpowiedzieć?

„Weź się nie wygłupiaj”, jak Pokrzywa?

Zbyć całą sprawę milczeniem, jak Kroton?

A może to tylko taki dworski komplement?, pomyślałam. Kiedy podczas turnieju rycerskiego Oleander zdobywał punkty, trafiając w środek tarczy z galopującego konia, kilka elfich szlachcianek zawsze piszczało „Ożeń się ze mną!”. A nie była to przecież deklaracja uczucia ani tym bardziej poważny plan matrymonialny. Ot, zwykły entuzjazm. Może sposób, w jaki nasza trójka zareagowała na obecność smoków, również zaskarbił sobie sympatię Szakłaka? Więc chciał ją wyrazić w elfiej manierze? Czyli gadając dużo za dużo i zupełnie bez pokrycia?

Nie, Szakłak taki nie jest. Ale jaki jest? Niekiedy odnosiłam wrażenie, że znam go już całkiem dobrze, innym razem był dla mnie zagadką. Nie tylko jako obcy z obcej ziemi, nie tylko jako następca tronu północnego mocarstwa. Nie wiedziałam, co mieszka w jego sercu. A teraz dowiadywałam się, że te serca były trzy.

Aż zakołowało mi się w głowie. Stopa nie trafiła na stopień. Zachwiałam się – i byłabym runęła, gdyby nie przytrzymały mnie czyjeś ramiona. Jedno twarde i szerokie jak skała, drugie szybkie i gibkie, trzecie raczej wątłe, ale nieustępliwe.

– Patrz, jak leziesz, chcesz się zabić?!

– Wszystko w porządku, Kuszynko?

– Ej, myszko, jesteś cała?

Przepraszając za moją nieuwagę, myślałam z rozbawieniem, co to by się stało, gdybym sama oświadczyła się całej tej trójce (i Szafirkowi na dokładkę). Ich troska, nawet wyrażana tak nieporadnie jak przez Piołuna, i tak sprawiała, że czułam, jakbyśmy byli rodziną.

A może to dziwne wrażenie miało również jakiś związek z moim pochodzeniem? Konwalia nazwała mnie mieszańcem. A więc płynęła we mnie szczurza krew, tak? Czy dotyczyło to również Krotona i Pokrzywy, całkiem przecież do mnie podobnych? A może wcale nie chodziło o cechy wyglądu? Czy mogłam o to zapytać ich wysokości, gdy już dojdziemy do sali audiencyjnej?

– Aj…!

– Mówiłem, żebyś uważała, ciamajdo!

– Myszko, co z tobą?

– Źle się czujesz?

Kroton i Pokrzywa wymienili zmartwione spojrzenia. Nawet w oczach Konwalii dostrzegłam niepokój.

– Może jednak wolałabyś wrócić do siebie? – spytał nasz brat. – Kokoryczka czeka na parterze, mogłaby cię odprowadzić.

– Och, nie… przepraszam… ja tylko… zamyśliłam się.

– Rozumiem. – Kroton pokiwał głową. – Na pewno masz wiele pytań…

Powstrzymałam się przed komentarzem, że ten akurat wniosek nie był odkrywczy. Ale i bez mojego malkontenctwa Kroton był świadom, jak wiele zamieszania wynikło z ukrywania przede mną różnych kwestii. A ten cień pod oczyma i w zapadniętych policzkach świadczył wymownie, że nasz brat czuł się za to odpowiedzialny. Nawet jeśli nie była to tylko jego decyzja.

– O, zdecydowanie. – Próbowałam nadać mojemu głosowi choć kilka wesołych nut. To nie była pora na robienie Krotonowi wyrzutów. – Jednak wiem, że te dotyczące przeszłości nie są tak pilne jak te o przyszłość – powiedziałam, by choć trochę ulżyć jego zmartwieniu. Lecz gdy dostrzegłam, że odwraca głowę, nie mogłam się powstrzymać, by nie rzucić: – Ale w tym momencie naprawdę zastanawia mnie jedno…

Przyznaję, że ja też bywam nieco złośliwa.

– Cóż takiego? – zapytał Kroton, choć słysząc mój lekki ton, tym razem nie przerwał wchodzenia po schodach.

– Że z całej naszej trójki ty jeden nie oponowałeś przeciw tym oświadczynom.

Kto zna Krotona, ten wie, że dzięki wielu godzinom w ciszy i odosobnieniu nasz najstarszy brat potrafi zachować spokój i równowagę w każdej sytuacji. Nie myślę jedynie o równowadze ducha. Lecz teraz…

– Ojoj? – zaniepokoił się Szalej.

– Ej no! – sarknął Piołun. – Chyba nie myślałeś, że będę cię łapać?! Jesteś ode mnie wyższy, wiesz? Niech sobie Szakłak łapie!

– No i złapałem – pochwalił się Szakłak.

… teraz niewiele brakowało, a i Kroton spadłby ze schodów. Mówiłam, że właśnie dlatego przydałyby się tu poręcze.

– Co wy wyprawiacie? – U szczytu schodów, kilka metrów przed rzeźbionymi w kwiaty lotosu i kraby drzwiami sali audiencyjnej, pojawił się Kątnik. Zlustrował nas umiarkowanie zainteresowanym wzrokiem. Westchnął. Jego głos był cierpki jak powidła z aronii. – Wasza wysokość, proszę się nie wygłupiać. Książę potrafi chodzić sam.

– Potrafię... sam… – potwierdził Kroton, czerwony jak śliwka na weselnym torcie. – Nie jestem ranny – dodał na wszelki wypadek – ani nic…

– I nie ugodziła cię złota strzała? – spytała Pokrzywa z błyskiem w oku.

Pomyślałam, że tym razem przesadziła. Złotymi strzałami godziła pierwsza miłość. Choć Szakłak mógł o tym nie wiedzieć, Kroton uczył się na kapłana i swoje życie chciał poświęcić Niebiosom. Czy to była jego decyzja?, zastanowiłam się kolejny raz. A może jedynie sposób, by ustąpić pola Anemonowi i Oleandrowi? Droga obrana z potrzeby serca czy linia obrony narzucona w skutek dworskich machlojek? Niezależnie od motywacji, Pokrzywa nie powinna kpić z wyboru naszego brata.

Znów pomyślałam o piaskowej pułapce, którą mrówkolew wykopuje, by łowić swoje ofiary – i o tym, jak obowiązek zawarcia strategicznego małżeństwa chciałam w myślach scedować na samą Konwalię, licząc, że w ten sposób mi się upiecze. Czy Pokrzywa choćby nieświadomie nie sięgnęła po podobną strategię? I próbowała rzucić naszego brata rekinom na żer? To do niej niepodobne, myślałam, rozpaczliwie wpatrując się w kolejne wyrastające przede mną stopnie.

Ale może nie działa racjonalnie? Może straciła z oczu dobro Krotona, bo wciąż wyglądała osoby, dla której zapuszczała włosy? A teraz dokładała wszelkich starań, by samej nie poślizgnąć się na tych zdradzieckich schodach?

– Szczury nie używają strzał – przypomniał Kroton i, już tylko przez chwilę wspierając się na ramieniu Szakłaka, stanął na schodach, a potem ruszył w górę.

+++

Na dół wracałam razem z pułkownik Wisterią. Asekuracyjnie otoczyła mnie ramieniem i prowadziła przed sobą, drugą ręką przytrzymując mój łokieć. Jej twarz, pocięta jeszcze głębiej zmarszczkami i zmartwieniami, przypominała wielokrotnie składany pergamin. Jedyne, co zdołałam z niego wyczytać, to nieudawana troska. Żebym się nie potknęła. Nie przewróciła. Nie runęła na schody i nie spadła aż do półpiętra, przetrącając sobie kark. I powodując kolejne dyplomatyczne komplikacje, pomyślałam ze złością, choć wiedziałam, że skupiona na swoim zadaniu pani pułkownik nie jest niczemu winna.

Ja też nie byłam.

Ani królowa.

Ani moja matka.

Pół życia czekałam na tę rozmowę, lecz gdy nastąpiła, nie miałam sił, by udźwignąć taką porcję informacji. Gorzki owoc z drzewa odpowiedzi pęczniał w moich ustach, nie potrafiłam go przełknąć, a co dopiero przetrawić, przyswoić. Królowa wiedziała, że nie dam rady dojść na parter sama. A jednocześnie – że potrzebuję w tym momencie spokoju i samotności.

Pułkownik Wisteria nic nie mówiła. O nic nie pytała. To była dobra odmiana. Wciąż jednak zastanawiałam się, czy nie odprawiono mnie pierwszej tylko dlatego, by zachować przede mną kolejne sekrety.
Nie, nie. Pokrzywa obiecała, że przekaże mi dalszy ciąg narady. Że powtórzy każde słowo, które padnie. Powiedziała to przy wszystkich zgromadzonych. Głośno. Wyraźnie. Patrząc prosto w oczy – nie mnie, a samej królowej, którą dotąd nazywałam naszą matką. Ta zaś jedynie zacisnęła usta i pochyliła głowę.

Tym razem nie będę wiedziała ostatnia.

Wbiłam wzrok w turkusową mozaikę, na której niebo, morze i las łączyły się w odwiecznym tańcu żywiołów. Drobne płytki wirowały mi przed oczyma. Zakłopotane, zatroskane i zaniepokojone spojrzenia Krotona, Pokrzywy, naszych szczurzych gości, może nawet Konwalii czułam na barkach jak kolejną ciężką, przemoczoną kapotę. Nie chciałam ich odwzajemniać. Nie chciałam się rozkleić.

Jestem elfią księżniczką, powtarzałam sobie z uporem.

Nadal nią byłam.

A moja matka naprawdę była żoną naszego ojca, choć w innych, lepszych czasach.

– Muszę z nią porozmawiać – szepnęłam gdzieś w połowie schodów. Do siebie i do nikogo. Uchwyt pułkownik Wisterii przybrał na sile. Wcześniej próbowała mnie podtrzymać, teraz najwyraźniej powstrzymać.

– Z kim, księżniczko? – spytała, choć nie było to prawdziwe pytanie. Trzymała mnie zbyt mocno, by mogła się nie domyślać.

– Z matką – odpowiedziałam.

– Bez wątpienia. – Wisteria ruszyła głową. – Ale dziś proszę nie opuszczać zamku. Nazajutrz zjawią się twoi bracia…

– Moi przyrodni bracia – dopowiedziałam z niską, podłą satysfakcją.

Już wiem i nie zamierzam dłużej udawać, że jest inaczej.

Pułkownik machinalnie skinęła głową i starała się podjąć dyskusję, jakbyśmy rozwartą pod naszymi stopami otchłań mogły pokonać, robiąc tylko nieco większy niż zwykle krok. Przejść nad czeluścią do porządku dziennego.

– Ich oddział zjawi się najpóźniej rano następnego dnia. Może w nocy. Albo nawet dziś wieczór.

– Cieszę się, że są cali – powiedziałam. – Ale nie czekam na nich, a oni nie czekają na mnie.

– To ważny dzień dla naszego królestwa.

– A trzy dni później będzie Święto Plonów, następny ważny dzień – przypomniałam. – Tydzień po nim kolejny, uroczysta inauguracja roku akademickiego. Pani pułkownik, znam swoje obowiązki. Wiem, w których wydarzeniach muszę uczestniczyć. – Wszystkie nadwątlone siły włożyłam w to jedno słowo „muszę”. – I wiem, w których nie muszę.

– Byłabyś jednak mile widziana, księżniczko.

– Przez kogo? – zapytałam, próbując się nie rozpłakać.

– Przeze mnie.

Podniosłam na nią czujny wzrok.

– Nie mogę mówić w imieniu ich wysokości – dodała. – Nie znam tajników cudzego serca. Zdajesz sobie sprawę, księżniczko, że twoja rodzina, przyszywana czy nie, jest bardzo skryta. Dlatego mówię za siebie. Ale jestem też przekonana, że nie byłabym jedyną, którą ucieszy twój widok.

– To nie zajmie całego dnia – wymamrotałam z narastającym zakłopotaniem.

– Zajmie, bo masz za sobą nieprzespaną noc i najpierw powinnaś wypocząć. A droga przez las może być niebezpieczna.

– Pani pułkownik myśli o skrytobójcach? – spytałam, bo przyboczna królowej była akurat wtajemniczona w zajście pod Wielkim Dębem. Wiedziała, że ktoś czyha na nasze życie. Ale czy miałoby to znaczyć, że już nigdy nie opuszczę stolicy? Nonsens! – W takim razie zabiorę ze sobą kilku zbrojnych – zapowiedziałam. A widząc powątpiewający grymas na jej twarzy, dodałam pospiesznie: – I księcia Szakłaka.

– Ta wycieczka to naprawdę nie jest dobry pomysł, księżniczko. – Pułkownik Wisteria wciąż kręciła głową. – Towarzystwo księcia Szakłaka tym bardziej.

– A to czemu?

– Bo nasza armia wraca do stolicy. Część idzie zwartymi oddziałami, część zawrze szyki dopiero pod bramami grodu.

– Mam się bać kwiatu naszego rycerstwa? – spytałam z udaną nonszalancją.

– Z kwiatu naszego rycerstwa też potrafią być niezłe ziółka. – Kobieta uśmiechnęła się niewesoło. Otwartą lewą dłonią potarła prawa, zaciśniętą w pięść. – A ja miałam nimi do czynienia częściej niż ty, księżniczko.

– Zaczekam więc – obiecałam wbrew sobie. – Może w istocie przyda mi się nieco czasu do namysłu… – dodałam, czując, z jakim niepokojem wpatruje się w moją twarz.

– A przede wszystkim długi, dobry sen – powiedziała.

Zwiesiłam głowę. Nie mogłam znieść jej pełnego troski spojrzenia.

– Nie wiem, czy będzie długi. Nie wiem, czy będzie dobry… Ani czy w ogóle zdołam zasnąć…

Pamiętałam jednak, że już nie raz, nie dwa najsilniejsze emocje ustępowały pod wpływem zmęczenia. Zapach pierza, delikatny chłód prześcieradła i miękkość pościeli mówiły przecież, że wszystkim, co mnie martwi, mogę pomartwić się później. A teraz, choć na chwilę, jestem bezpieczna w objęciach Makowej Panny. To był delikatny, siostrzany uścisk, który puści nad ranem. Kiedyś chwyci mnie mocniej, jak prawdziwą oblubienicę. Wbije się ustami w moje usta, pożre serce i już na wieki zamieszkamy w świecie pod Skalistym Niebem. Ale tej nocy nic mi nie grozi, myślałam, zasypiając.

Zapomniałam, że noc skończyła się już dawno.

Jak z najdalszego brzegu wracały słowa królowej.

– Wstyd mi za Konwalię. Nawet jeśli potrafię zrozumieć te jej przedwczesne zrywy, to pragnienie wykazania się… Nie miała prawa mówić ci tego.

– Ktoś w końcu musiał – odpowiedziałam wtedy.

– Nie. Nie musiał.

Dobrze, że królowa przerwała naszą naradę. Że wyszła ze mną na taras. Że zdążyłyśmy odejść dość daleko, by głosy dolatujące z sali audiencyjnej stały się cichsze niż stuk naszych kroków na marmurowych płytkach. Mogłam zaczerpnąć świeżego porannego powietrza. Otrzeźwiło mnie. Choć wraz z przytomnością wróciła i złość.

– Wasza wysokość wolałaby, abym całe życia przeżyła w kłamstwie?

– Nie zamierzałam taić przed tobą prawdy.

– Tailiście, wasza wysokość.

– Nie dłużej, niż było to absolutnie konieczne.

– Chyba jednak długo za długo.

Królowa przypatrywała mi się chwilę. Szare niebo wisiało nad szarym miastem. Między zamkiem a dalszymi budynkami stolicy ciągnęły się pasma ogrodów, których przygasła zieleń dawała oczom wytchnienie, ale nie radość. Władczyni tych ziem, piękna, dumna i bardzo tym wszystkim zmęczona, przypominała rzeźbę, która na wieki stała się częścią zakurzonego krajobrazu u naszych stóp.

– Jakbym słyszała Pokrzywę – powiedziała wreszcie ze słabym uśmiechem. Już raz tak mówiła. Chyba naprawdę nauczyłam się pyskować.

– Pokrzywa… Kroton… oni wszystko wiedzą. Tylko ja…

– Oni są pełnoletni. I już wybrali swoją drogę. Nie zapominaj też, Kruszyno, że ich sytuacja była inna.

Wkrótce rozumiałam, co królowa miała na myśli. I nie mogłabym się z nią nie zgodzić. Mój brat i siostra – rodzony brat, rodzona siostra – nie byli dziećmi z nieprawego łoża. Nie byli owocem zdrady.

Nawet jeśli o nich również starano się jak najprędzej zapomnieć.

– Winnaś też pamiętać, że jest prawda i prawda.

Królowa zwróciła się twarzą ku miastu. Stolica wciąż spała po niespokojnej nocy. Tylko skowronki nawoływały się w ogrodzie perlistymi głosami. Rześkie powietrze niosło również, choć z daleka, terkot i skrzypienie drewnianych kółek. Stukot chodaków. Rozpoznałam nieustępliwy wózek mleczarza. Półtora miesiąca po końcu świata, dzień po nalocie smoków na miasto, żwawy staruszek wciąż tachał blaszane bańki z mlekiem i ustawiał je na progach kamienic – dla tych, którzy uiścili stosowną opłatę w wysokości dwóch srebrnych monet na miesiąc, oczywiście.

Mimo dzielącej nas odległości z zamkowego tarasu widziałam, jak zatrzymuje się pod oknem wdowy po kaletniku, rozgląda na boki, nurkuje w krzakach, wyciąga z nich dwa puste baniaki i na ich miejsce wkłada dwa pełne. Znałam ten proceder dzięki opowieściom Kokoryczki, która podrzucała tam wypieki pani Hortensji. Matki z czwórką dzieci i masą długów nie było stać na „uiszczenie stosownej opłaty”. Ale maluchy potrzebowały mleka i stary mleczarz o tym wiedział.

– Prawda jest jedna, wasza wysokość – powiedziałam. – Jak bolesna by ona nie była.

– Prawda podana tymi słowami przestaje nią być – odparła królowa. – Prawda uzdrawia i wyzwala. Nawet jeśli to bolesna kuracja. Jeśli jednak tego nie czyni, nie może być prawdą. Tak jak mandragora podana w cynowym naczyniu traci swoje lecznicze właściwości.

– Nie wiedziałam, że wasza wysokość interesuje się ziołami – powiedziałam ze słabym uśmiechem. A jednak ten przykład do mnie przemówił.

– Wielu rzeczy o sobie nie wiemy, Kruszyno.

– Chcę poznać prawdę o sobie. O swoich rodzicach. i… i o was również, wasza wysokość.

– A ja chciałabym powiedzieć ci tę prawdę. O tobie, dziecku, które w niczym nie zawiniło. O twoich rodzicach, których rozdzieliły złe czasy. Nawet o sobie, naiwnej młódce, której przypadła taka żałosna rola w budowaniu dumnego elfiego imperium. Ale to będzie długa historia. I raczej przykra.

– Chcę jej wysłuchać.

– Pytanie brzmi, czy ode mnie. Czy nie od matki.

– Ta historia jest również historią jej wysokości – odpowiedziałam.

– Chłodno tu. – Królowa zawróciła w połowie kroku. – A to naprawdę długa historia. Chodźmy do pokoju herbacianego.

Była w sukni z wysokim kołnierzem, a przed wyjściem na taras dążyła jeszcze zarzucić płaszczyk z grubej barwionej wełny. To ja miałam na sobie tunikę z obdartym rękawem i przemoczone rosą (choć nadal idealnie zawiązane) botki.

W obitym jedwabiem saloniku czekały na nas parująca herbata i ciasteczka z rodzynkami. Byłam pewna, że nie przełknę ani kęsa, ale nawet w takim nastroju pomyślałam z dziecinnym smutkiem „szkoda, że się zmarnują”. To, co w chwilach rozdrażnienia nazywałam swoją głupotą, też było jakąś mądrością ciała – które domagało się snu, ciepła, jedzenia, które chciało, by o nie zadbać, bo dzięki temu mogliśmy dbać również o sprawy większe i ważniejsze.

Herbata wystygła, a długa historia dobiegła końca, którego nikt nie nazwałby szczęśliwym. Była to jednak część naszego życia. A życie trwało nadal. Królowa wiedziała o tym, gdy w milczeniu pakowała mi nietknięte ciasteczka. Zdziwiłam się lekko, że robi to sama, że nie woła służki. Może jednak chciała jeszcze przez moment zachować ten nastrój bliskości między nami – jeśli bliskością można nazwać spotkanie dwóch samotności i dwóch rozczarowań. Albo wolała, by jej pokojówki się wyspały. Wszyscy mieliśmy za sobą długą noc.

Jednak gdy drzwi salonu herbacianego otworzyły się, na korytarzu ujrzałam pułkownik Wisterię. Ona czuwała. Czekała, by mnie odprowadzić na dół, być może też pilnowała, by nikt nie zakłócił naszej rozmowy. Nim skierowałyśmy się ku schodom, królowa powiedziała jeszcze:

– Chcę, żebyś po tych wszystkich słowach, które padły, wiedziała jeszcze jedno. Próbowałam.

Nie czuć nienawiści? Nie żywić pogardy?

Miałam przed sobą dumną królową o przygasłych oczach oszukanej kobiety.

– I dla Konwalii, i dla ciebie starałam się być dobrą matką.

– A ja dobrą córką – powiedziałam cichutko.

– I myślę, że udało ci się lepiej niż mnie – powiedziała królowa.

Złą i smutną rolę przyszło mi odegrać w tej długiej historii. Zasypiałam, myśląc, że moi rodzice postąpili nieodpowiedzialnie i samolubnie, powołując mnie na ten świat. Wtedy jednak przypomniałam sobie, co Szakłak mówił o ratowaniu skatowanego przez elfów Szaleja. Przekazał mu wówczas jakąś część siebie, coś, co nazwał płomieniem. Płomieniem, który dziecko słyszy, śpiąc pod sercem swojej matki, i który połyka, budząc się do życia poza nią.

Był to, jak zrozumiałam, rodzaj energii. Gdy spytałam, czy da się go nazwać wolą życia, Szakłak odpowiedział „Być może. Ale to wola Trzech, nie nasza”.
Wola Niebios. Wola trzech obcych bogiń o strasznych obliczach. I wola moich rodziców, która napytała wszystkim tyle biedy. A jednak – gdzieś pod wszystkimi smutkami, bolączkami, wyrzutami sumienia i troskami o jutro – czułam wdzięczność. Byłam chciana. Byłam kochana. Miałam, doprawdy, tyle szczęścia!

I jak zwykle, gdy nadmiar emocji nie pozwalał zasnąć, zaczęłam układać w myślach list. Tym razem mogłam go zacząć: „Kochana Mamo!”…