Actions

Work Header

Do baru wchodzi dama

Summary:

Nudne życie skromnego mężczyzny. Nic nie jest w stanie przełamać monotonii i rutyny, które wiążą się z byciem światowej klasy, wysoce odznaczonym i szanowanym aurorem.
Nic poza nią.
Kiedy Draco budzi się po nocy z tą pociągającą wiedźmą, po niej nie ma ani śladu. Ale on i jej groźny, koci przestępca sczezną w piekle, jeśli odejdzie na dobre.

Notes:

  • A translation of [Restricted Work] by (Log in to access.)

Miniaturka oparta jest na wspaniałej grafice incendiosketches, którą możecie znaleźć tu
Autorką tego dzieła jest LadyUrsa, ja tylko tłumaczę, a betowała niezastąpiona niuniul89.

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

Draco wpatrywał się beznamiętnie w swoją szklankę – jego oczy były całkowicie skupione na niej, jakby był w stanie dostrzec ciecz, nie mówiąc już o jej identyfikacji w ciemności, która wypełniała pomieszczenie. Jasne błyski świateł odważyły się zaakcentować mrok, udając, że w ogóle miały prawo się tam znajdować. Nikt inny nie wydawał się być niepokojony światłami – rozentuzjazmowany tłum odurzony alkoholem był odporny na wszelkie negatywne emocje wywołane widokiem życia pełnego nędzy rozświetlanego światłem.

Zakręcił leniwie drinkiem w swoich dłoniach, a jego myśli znajdowały się milion mil od głośnego, spoconego parkietu za nim, gdy on desperacko próbował uciec od okropności swojego życia na dnie szklanki.

Kolejny tydzień, kolejny Nundu ujarzmiony. Kolejni trzej czarnoksiężnicy sprzątnięci z ulic. Morderca złapany. Nielegalny klub walki wilkołaków zamknięty. Trzy pojedynki wygrane. Siatka przemytu ludzkich organów rozbita. Mantykora zniszczona w walce na śmierć i życie.

Gdzie była ta ekscytacja ? Gdzie była akcja ? Dlaczego każda chwila była wypełniona tylko grozą nudnego życia pozbawionego wszystkiego poza monotonią?

Westchnął, podnosząc szklankę do ust, żeby dopić resztkę trunku. Ogień który rozprzestrzenił się w jego gardle przypomniał mu o kuli ognia, której ledwo uniknął tego ranka.

Co miał zrobić człowiek, kiedy nawet alkohol nie wystarczał, żeby trzymać demony zniechęcenia na wodzy?

Draco rozmyślał nad popełnieniem przestępstwa samemu, tylko po to, by doświadczyć czegoś interesującego, ale powiedziano mu, że najwyraźniej było to nieetyczne i że próbował angażować się w przestępstwa, które przysięgał zwalczać , cokolwiek miało to znaczyć.

Puste szkło uderzyło w bar z cichym szczękiem, tak cichym, jak tylko to było możliwe z powodu ogłuszającej muzyki, o której mógł tylko marzyć, żeby była jeszcze głośniejsza. Cisza zmuszała go do myślenia o bezsensowności tego wszystkiego. Mężczyzna z jego umiejętnościami potrzebował wyzwania , a tu nie było nic dla niego.

Zaciągnął się papierosem trzymanym między palcami, pieczenie rozgościło się w jego gardle, dotrzymując towarzystwa Ognistej Whisky i przypominało mu, że w tym wszystkim może był jednak jakiś sens. Palenie przynajmniej przynosiło znaczenie jego życiu – sprawiało, że wyglądał świetnie, i bogowie, potrzebował pomocy w walce z własną nijakością.

Dym opuścił jego usta, formując się w chmurę równie bezcelową jak on sam, a jego wzrok błądził po ciemnym pomieszczeniu, nie skupiając się na niczym. Co mogło jeszcze przykuwać jego uwagę, skoro walki na śmierć i życie nie robiły już na nim wrażenia?

A wtedy weszła ona i przypomniało mu się dokładnie, gdzie podziała się ekscytacja.

Ta cholerna wiedźma. Była jedyną rzeczą, którą każda szanująca się ptaszyna, wiedziała lepiej, by nie być – była kobietą, którą Draco Malfoy uważał za atrakcyjną.

Miała te nogi, które po prostu nie wiedziały, kiedy się skończyć. Ten genialny umysł, który sprawiał, że człowiek czuł się w jakiś sposób mniej inteligentny od Pottera. Te cycki, które zawsze sprawiały, że mężczyzna chciał więcej. Tą niewiarygodną znajomość zaklęć i zdolności pojedynkowania, które zmuszały myśli do wędrowania w miejsca, w które rzeczywistość też desperacko chciała się udać.

W żałosnej próbie, aby wyglądać na niezainteresowanego (nie nieinteresującego , oczywiście, ponieważ ten statek już dawno odpłynął), skierował swoją uwagę z powrotem na bar w geście dla barmana, który chwilę później włożył nowego drinka w jego dłoń. Właściwie w tym samym momencie, w którym papieros został zabrany z jego palców, a te cholerne loki musnęły jego ramię.

— Postawisz dziewczynie drinka?

Bogowie, jak mógłby jej odmówić?

Draco spojrzał na wiedźmę, która potrafiła grać nim jak na kontrabasie. Uśmiechała się złośliwie. Sykle opadły na ladę, tak cicho jak dzień był długi, szklanka znalazła jej dłoń chwilę po tym, jak chmura dymu opuściła jej usta. Chciał zjeść ten dym.

Albo ją. Nie był wybredny.

— Niezła robota z tą z Mantykorą dzisiaj — powiedziała, prawie krzycząc, podnosząc szklankę do ust. Ognista Whisky zniknęła za tymi czerwonymi ustami, o których dotknięciu Draco mógł tylko marzyć.

— To nic takiego — powiedział, machając lekceważąco dłonią, nawet jego przerośnięte ego nie było zdolne do przyjęcia komplementu za coś tak nudnego, jak zabicie Mantykory.

Granger wzruszyła ramionami.

— To przyjemne zobaczyć czarodzieja, który odcina głowę bestii mieczem, który jest niemal tak długi jak ja. — Jej spojrzenie zamieniło się w żar, a brew uniosła się na wysokość, która pasowała do tej, na którą uniósł się penis Draco. — To sprawia, że dziewczyna zastanawia się, do czego jeszcze mógłby być użyty.

Uśmiechnął się szyderczo, jego język desperacko chciał przebiegnąć wzdłuż jej ust i po tej wiśniowej szmince, o której wiedział, że będzie smakowała jak grzech i złe decyzje. A może po prostu jak szminka. Wszystko mogło się wydarzyć

— Może zostać użyty, do czego tylko zechcesz, złotko.

I tak rozpoczął się taniec, jak zwykle, dwoje partnerów, którzy wiedzieli, że lepiej nie wdawać się w dyskusje na temat długości miecza i jego zastosowania.

Ale tej nocy było w tym coś… innego. Iskra unosiła się w powietrzu i oboje zdawali sobie sprawę z jej niebezpieczeństwa, ze względu na suche lato i wysokie prawdopodobieństwo pożaru. Ramię jego partnerki przycisnęło się do jego, szklanka w jej dłoni opróżniła się i została ponownie napełniona chwilę później, tylko po to, aby opróżnić się znowu, gdy Draco spotkał ten sam los. Niekończące się pchanie i przyciąganie ich nieszczęsnego pożądania, które mogło zakończyć się jedynie wizytą w kadrach i u Głównego Aurora.

Granger odwróciła się, aby obserwować masę tancerzy oświetlonych przez migające światła. Oparła się o bar i położyła łokcie ladzie. Jej cycki wręcz błagały, by się na nie gapić.

Być może na zewnątrz była pełnia księżyca, zmuszająca przypływy do podpływania dalej i jeszcze dalej, a fale uderzały o brzeg tylko po to by wycofać się zanim ponownie ruszą do przodu, rozbijając się o ścianę, która desperacko próbowała utrzymać je w ryzach. Ścianę, która była napięta do granic swoich możliwości, ale wciąż stabilna na tyle, że pozostała niezniszczalna.

Ściana jednak nie uwzględniała Ognistej Whisky.

Draco nie był pewny, kiedy stanął przed nią. Jednak dlaczego stanął przed nią było lepszym pytaniem. Takim, które wymagało śledztwa.

Odpowiedź prawdopodobnie kryła się w tych cholernie długich nogach, tej cholernej wiedźmie i być może odrobinie alkoholu.

Jego przedramiona przycisnęły się do baru, zamykając ją z obu stron, gdy spojrzał z góry na kobietę swojego życia.

— Twoje mieszkanie, czy moje?

Jej spojrzenie powędrowało w górę, żeby spotkać jego oczy, a jej brew uniosła się.

— Myślałam, że zgodziliśmy się co do tego, że wystawienie się na krzyki Harry’ego nie znajduje się wysoko na naszej liście priorytetów.

W mgle wywołanej alkoholem Draco pochylił się, a jego usta przyciskały się do jej szyi. Jego język błagał o dotknięcie każdej części jej ciała, którą mógł znaleźć.

— Wiesz, jestem niesamowicie wytrzymały — powiedział głosem, który nie był głośniejszy od niemal wykrzyczanego pomruku w jej uchu. — Ale nawet ja robię się nieco zmęczony tym tańcem.

Dłoń Granger przycisnęła się do jego klatki piersiowej, zmuszając jego usta do odsunięcia od miejsca, w którym bardzo chciały być. Te zachwycające oczy spotkały jego, a błysk w nich sugerował, że decyzja już została podjęta.

— Moje — odpowiedziała.

Tylko chwilę zajęło Draco zrozumienie, że mówiła o swoim mieszkaniu, a nie po prostu rościła sobie do niego prawa. Niewątpliwie powinna była wyrazić się trochę jaśniej, biorąc pod uwagę całą wcześniej wypitą Ognistą Whisky.

Chociaż, jeśli naprawdę miał szczęście, może miała na myśli obie te rzeczy.


Draco obudziła jasność, która kazała mu rozważyć oślepienie samego siebie. Czy to przy użyciu tymczasowego zaklęcia, czy trwałego, nie był jeszcze do końca pewny. Dojdzie do odpowiedniego wniosku, po zapoznaniu się ze wszystkimi dowodami. Życie bez kaców potęgowanych światłem było kuszące. Może mógłby też wypróbować Muffliato, biorąc pod uwagę dudnienie w jego głowie, które sprawiło, że chciał całkowicie zrezygnować z nadużywania alkoholu.

To był całkiem zachęcający pomysł do czasu aż zdał sobie sprawę, że to oznaczało całkowitą rezygnację z alkoholu.

Spędził długą chwilę z zamkniętymi oczami, a dudnienie stawało się coraz głośniejsze i głośniejsze, aż przypomniał sobie, że głowy nie dudniły, nawet jeśli ta głowa była boleśnie skacowana. Zamrugał, próbując przyzwyczaić się do światła, które było zdecydowane sprawić, by pożałował każdego wyboru w swoim życiu – nie żeby było to coś nowego, biorąc pod uwagę, ilu rzeczy już żałował – i odkrył, że jego głowy dotyka puszysta pomarańczowa bestia , zajmująca co najmniej dwukrotnie więcej miejsca niż powinno to być dozwolone.

Draco podniósł zmęczone ramię i szturchnął to, niepewny, czym to było, kim było, lub dlaczego było. Szturchanie nie doprowadziło do niczego poza tym, że dudnienie przybierało na sile aż zaczęło brzmieć jak mugolski samolot. Z jękiem rezygnacji ustąpił żądaniom swojej nienasyconej ciekawości, która uczyniła go pierwszorzędnym aurorem, i usiadł, odkrywając, że znajduje się sam w łóżku, którego nie rozpoznaje, w pokoju, który jest mu obcy, w czymś, co jak zakładał, było nieznanym mu domem, z bestią, której nie potrafił zidentyfikować.

Bestią, która patrzyła na niego mordą podobną do kota, która jednak była spłaszczona jakby w coś wbiegł. A może to rzeczywiście był kot?

Draco potrząsnął głową, odganiając ten głupi pomysł. Nie tańczył tanga ze Śmiercią i nie wyszedł z tego bez szwanku, tylko po to by spotkać kota, który wyglądał… tak .

Nie mogąc zidentyfikować bestii, jego umysł zamiast tego skupił się na ocenie sytuacji, rozpoczynając dedukcję, by zawęzić swoje położenie.

Znajdował się na łóżku, co wskazywało na to, że był w sypialni. Dobry początek, choć nieco bezużyteczny.

Ściany były białe, podłoga pusta i wolna od nieposkładanego prania czy smrodu zaniedbania. Szuflady sekretarzyka były zamknięte, bez wystających z nich ubrań, na ścianach nie znajdowało się nic poza rozsądną i gustowną sztuką, a regały biegnące wzdłuż dwóch ścian były wypełnione obsceniczną ilością książek, schludnie poukładanych i kompletnie pozbawionych kurzu.

Widział już wcześniej pokój tego rodzaju.

To była sypialnia psychopaty albo kobiety. Może obu.

Była tam też ta kreatura przypominająca kota, która wymagała dalszego śledztwa. Założył, że ktoś był odpowiedzialny za karmienie bestii, żeby nie umarła z głodu, nawet jeśli Draco nie mógł sobie wyobrazić człowieka, który z własnej woli spojrzałby w twarz tego pokracznego potwora.

Opierając się na solidnych dowodach, które znalazł, Draco zdecydował, że znajduje się w zamieszkałym miejscu. Życie spędzone na rozwiązywaniu zagadek kryminalnych oznaczało, że wiedział, że prawdopodobnie będą tam zdjęcia, które na pewno zdradzą tożsamość właściciela mieszkania. Rozprawi się z tą sprawą błyskawicznie.

Gdy Draco zaczął zsuwać się z łóżka, odkrył, że jest nieobciążony ciężarem ubrań.

Interesujące.

Czy ktoś pozbawił go jego aurorskich szat i reszty ubrań? Dodał to do swojej listy dowodów i odłożył tę myśl na później, znajdując swoje rzeczy porozrzucane po podłodze – bezceremionialnie i bez względu na kosztowność delikatnych tkanin.

Niech szlag trafi tego, kto dopuścił się tej zniewagi.

Kiedy zapoznawał się od nowa z koncepcją ubrania, bestia zeskoczyła  z łóżka i podążyła za nim, owijając się wokół jego nóg i grożąc umieszczeniem na jego akcie zgonu informacji o śmierci poprzez upadek spowodowany przez stworzenie przypominające kota z każdym krokiem i próbą założenia spodni.

— Sio — warknął Draco na bestię.

Kocia kreatura miauknęła na niego.

Hmm. Może to rzeczywiście był kot, który wdał się w złe towarzystwo i jego przeznaczeniem było już na zawsze wyglądać, jakby jego pysk był przyciśnięty do szyby. Pech.

— No sio! — powtórzył.

Bestia znowu miauknęła.

Draco wykrzywił się, wkurzony próbami wykolejenia jego śledztwa. Bestia po prostu miauknęła po raz trzeci, zamiast zwyczajnie przyznać, że przerywa śledztwo prowadzone przez człowieka, który nigdy nie zawiódł w rozwiązywaniu spraw. Z westchnieniem zaprzestał wysiłków i podszedł do regałów z książkami, sięgając palcami do kieszeni po swojego wiecznego towarzysza – papierosy.

Po raz pierwszy w jego karierze aurora cały koncept palenia zniknął z jego umysłu bez śladu, gdy jego oczy zatrzymały się na fotografiach ustawionych na półkach przed niekończącym się morzem książek.

Z każdym zdjęciem oczy Draco rozszerzały się coraz bardziej. A potem jeszcze bardziej. I jeszcze. A potem nawet jeszcze bardziej, aż był pewny, że osiągnął granice swoich możliwości. A potem rozszerzyły się jeszcze trochę bez względu na to.

Draco nigdy w swoim życiu nie był zaskoczony. Był spokojny jak ogórek. Niewzruszony jak Świergotnik. Nic go nie ruszało. Nic, oprócz tych zdjęć wypełnionych Granger, jej przyjaciółmi i rodziną, które wywołały w nim szok, sprawiając wrażenie, jakby trafił go piorun.

Słaby sposób na śmierć.

Kolonia wampirów nie była w stanie go załatwić. Próby zabicia go podczas nalotów na nielegalną operację przemytu smoków spełzły na niczym. Ale te skrawki papieru z poruszającymi się ludźmi potwierdziły, że jego dni były policzone.

Nie był jeszcze pewny, czy to dlatego, że osiągnął szczyt człowieczeństwa i stamtąd było już tylko z górki, czy też z powodu wrzasków, które z pewnością wydobędą się z Pottera i morderczych spojrzeń Irmy z kadr, gdyby ktoś dowiedział się o jego igraszkach z Granger.

Ale to były problemy dla jego przyszłego ja.

Ten drań nie będzie wiedział, co go trafiło.

Gdy Draco wpatrywał się w obrazy jej uśmiechniętej i roześmianej i na te przeklęte nogi, które zrujnowały mu każdą inną wiedźmę, coś z tyłu głowy nie dawało mu spokoju. To było jedno z tych uczuć, które sprawiały, że marszczył brwi, pewien, że przeoczył coś oczywistego. Coś, co było tuż przed nim.

Uśmiechnięta Granger na jednym ze zdjęć pokazała mu prawdę, która desperacko próbowała pozostać ukryta – Granger nie było w domu.

Gdzie mogłaby się podziać taka kobieta, kiedy miała w łóżku gorącego czarodzieja? Draco miał za sobą mnóstwo przelotnych romansów i rzadko budził się sam w łóżku. Cholera, kilka razy nawet zasypiał sam, ale budził się z czarownicą.

Lata temu uznał, że to zasługa jego magnetycznej osobowości.

I nawet jeśli Granger postanowiła złamać schemat i zniknąć po dobrym numerku, mogłaby przynajmniej mieć na tyle przyzwoitości, żeby wyrzucić swojego partnera na jedną noc. Najwyraźniej nigdy nie nauczyła się etykiety poranka po.

Draco postanowił ponownie uwieść czarownicę, żeby móc ją tego nauczyć.

Wyruszył do kuchni i salonu, co o mało nie skończyło się upadkiem ze schodów i wizytą w kostnicy przez tego cholernego kota plączącego mu się pod nogami. Szybki rzut okiem po pomieszczeniach potwierdził, że kobiety, która z pewnością mogłaby złamać tysiąc serc zaledwie jednym spojrzeniem, nigdzie nie było.

— Hmm — mruknął Draco, szperając w kuchni w poszukiwaniu jakichkolwiek dowodów, które mogłyby go doprowadzić do jej kryjówki. Zauważył, że czajnik jest wciąż ciepły, co wskazywało na to, że ucieczka nastąpiła niedawno.

Z prawie stłumionym sapnięciem dostrzegł jej kubek nadal stojący na blacie, w połowie opróżniony i ledwie letni. Istniał tylko jeden możliwy wniosek, jaki można było wyciągnąć z tego dowodu.

Granger została porwana.

Dłoń Draco powędrowała w kierunku brody, jego oczy były szeroko otwarte, a myśli natychmiast zaczęły szaleć. Zaczął szybko chodzić, próbując nadążyć za myślami, które szaleńczo galopowały, podczas gdy ten cholerny kot próbował go przewrócić przy każdym kroku.

Kto mógł ja porwać? Dlaczego? Pracowali nad sprawą Feindlera, ale to było utrzymywane w tajemnicy. Poza nim, Granger i Potterem nikt o tym nie wiedział. Może Weasley też wiedział.

Czy Cudowne Bliźniaki ich sprzedały?

Nie, to nie było możliwe. Potter i Weasley wydaliby Draco w mgnieniu oka, i wszyscy o tym wiedzieli, ale nie zadzieraliby z Granger.

Może Granger sfingowała swoje porwanie? Czy ona próbowała go wrobić? Kurwa, czy ona upozorowała swoją śmierć i uciekła z miasta, żeby spróbować wrobić go w morderstwo ? Czy to wszystko było fałszem? Czy ona próbowała wysłać go do Azkabanu na całe życie?

O bogowie, jak głęboko wpadła Alicja w tę króliczą norę? Gdzie kończą się kłamstwa?

A może ona próbowała go zamordować, używając tego swojego cholernego kota? Czy ona, nawet teraz, była z Potterem, zapewniając sobie idealne alibi, podczas gdy zostawiła Draco z bestią, która nie pragnęła niczego bardziej, niż aby jego szyja spotkała się boleśnie z blatem?

Czy powinien uprzedzić kota i unieszkodliwić go, zanim on go wykończy?

Nie, nie. Pokręcił głową. To byłoby zbyt zuchwałe. Nie miał jeszcze wystarczających dowodów na to, że ona próbuje użyć tego stworzenia, aby go zamordować. Gdyby Granger została porwana, był cholernie pewien, że wkurzyłaby się, gdyby wróciła do domu i odkryła, że jej kot został zamordowany. Draco zakładał, że gorący numerek nie wydarzy się ponownie, jeśli zabije jej bestię.

Nie, po prostu musiał dojść do sedna sprawy. Musiał po prostu ustalić, dlaczego Granger nie ma, gdzie zniknęła, a następnie wykorzystać tę informację do podjęcia decyzji, czy zabić tego cholernego kota.

Draco zatrzymał się gwałtownie, gdy przyszła mu do głowy pewna myśl, drażniąc kota, który ponownie wszedł mu w drogę.

Nie miał innego wyboru, jak tylko wciągnąć Pottera w całą sprawę. Tak, dostanie niepożądanego, krzyczącego kompana, ale nie było innego wyjścia. Draco był genialnym facetem, ale to Granger zaginęła. Musieli ustalić przyczynę jej ucieczki, wymuszonej czy nie, zanim będzie dla niej za późno.

Wypuścił z siebie bolesne westchnięcie, godząc się na zrobienie jednej rzeczy, której nienawidził bardziej niż czegokolwiek innego – proszenie Pottera o pomoc – i rozpalił ogień w kominku, zanim chwycił pojemnik z proszkiem Fiuu i wrzucił szczyptę w płomienie. Wsunął głowę w ogień i powiedział: — Rezydencja Potterów! — Krzywiąc się z obrzydzenia gdy Fiuu sprawiło, że jego głowa kręciła się dookoła i nagle zamarzył, aby zamiast tego po prostu się teleportować.

Ale był cholernie zakochany w tej kobiecie i jej cudownych nogach i zrobiłby wszystko, aby mieć tę czarownicę ponownie w łóżku.

— POTTER! — ryknął Draco, gdy jego głowa wylądowała w zasięgu wzroku przytulnego pokoju dziennego, bez oznak Wybrańca afiszującego się bogactwem. Nie żeby Draco był zaskoczony. Potter już dawno odwrócił się plecami do bogatych rówieśników.

— CO! — ryknął w odpowiedzi bezcielesny głos Pottera.

— PRZYJDŹ TUTAJ!

— UGH. — Odgłos kroków niósł się w korytarzu, aż w dresach i koszulce pojawił się sam Pan Odpychający. Bogowie. Bogaci ludzie, którzy odmawiali bycia bogatymi ludźmi, byli najgorsi. — Co? — zapytał beznamiętnie.

— Granger zniknęła.

Potter uniósł brew, a jego zainteresowanie wzrosło, ale jego przeklęta potrzeba posiadania więcej informacji nadal była w grze.

— Zniknęła? Co masz na myśli mówiąc, że zniknęła ?

— Nie ma jej w pobliżu — powiedział Draco. Czy ten facet potrzebował specjalnego zaproszenia?

— Jest sobota rano, Malfoy — odpowiedział Potter, przewracając oczami, najwyraźniej uparcie nie chcąc zrozumieć powagi sytuacji. — Prawdopodobnie jest nadal w łóżku.

— Nie jest.

Irytacja Pottera nagle przerodziła się w podejrzenie. Cholera, ten facet miał niesamowitą zdolność dostrzegania prawdy za każdym stwierdzeniem, bez względu na to, jak ostrożny był Draco.

— A skąd to wiesz? — zapytał.

— Sprawdziłem.

— A dlaczego sprawdzałeś?

Może Draco mógłby wykorzystać swoje doskonale opanowane umiejętności oszustwa. Tygodnie nauki, miesiące praktyki, lata doskonalenia się, aż w końcu mógł podejść do samego Snape’a i powiedzieć mu, że nigdy w swoim życiu nie widział bardziej imponującej czupryny.

— Mieliśmy się spotkać, żeby omówić sprawę — odparł Draco bez wahania. Jego kłamstwo było tak samo przekonujące, jak dzień przed nim był długi. Dzień, który nie będzie dalej długi, jeśli nadal będą krążyć wokół oczywistości, zamiast zająć się śledztwem.

Potter spojrzał na zegarek, ten parszywy kawałek metalu, który miał za zadanie wykryć dziury w szczelnej historii Draco.

— Jest siódma rano w sobotę . Chcesz mi powiedzieć, że dobrowolnie wstałeś, żeby pracować w weekendowy poranek?

Draco przeklął swój nawyk późnego wstawania i oczywisty brak zainteresowania pracą

— Tak.

Potter westchnął.

— Czy wy dwoje się pieprzyliście?

Kolejne przekleństwo nad niesamowitymi umiejętnościami dedukcyjnymi tego mężczyzny. Nie został przecież Szefem Aurorów tylko dlatego, że fatalnie szło mu umieranie.

— Nie, nie pieprzyliśmy się.

— Kurwa, Malfoy! — wykrzyknął Potter, wyraźnie wychwytując prawie niewykrywalne kłamstwo. — Jesteście partnerami! Macie razem rozwiązywać przestępstwa, a nie się pieprzyć!

Typowe dla Pottera, żeby zwracać uwagę na oczywistości.

— Oszczędź mi wykładu, Potter — prychnął Draco. — Musimy znaleźć Granger.

Nadzwyczajnie Cudowny Chłopiec przewrócił oczami, zdeterminowany, by dać przestępcom więcej czasu na ucieczkę w ciemności. Albo, w tym przypadku, na zniknięcie w jasnym świetle weekendowego poranka.

— Jestem pewien, że po prostu wyszła z jakiegoś powodu.

— Zostawiła na blacie filiżankę z niedopitą herbatą.

I to był sposób, by zwrócić uwagę czarodzieja, jeśli chodziło o Granger.

Brwi Pottera wystrzeliły w górę. 

— Naprawdę? Hmm. — Jego brwi znów się opuściły, dając znak, że teraz traktuje sytuację poważnie. — Nigdy nie zostawia brudnych naczyń. — Stuknął palcem w brodę, a jego umysł już przetwarzał ten solidny dowód porwania Granger, zanim spojrzał z powrotem na Draco. — Wezmę Rona. Będziemy tam wkrótce.

Jeden z najbłyskotliwszych umysłów w Wielkiej Brytanii (plus Potter i Weasley) poszukujący Granger. Ta wiedźma była już praktycznie odnaleziona.


Kominek zabłysnął jasną zielenią, chwilę potem pojawił się Weasley, zupełnie jakby został wypluty z piekła. Albo czymkolwiek był zamiennik piekła dla idiotów.

— AGH! — krzyknął, gdy kot rzucił się na niego, sycząc, plując i drapiąc.

Biedny głupek nawiązał kontakt wzrokowy z bestią. Jeśli była jedna rzecz, której Draco nauczył się o tym kocie, to żeby nigdy nie zakładać, że jesteś bezpieczny.

Pottera, który wyszedł z kominka, jako następnego spotkał podobny los. Zasłużony, zdaniem Draco.

— AŁA! ŁOTRZE! *

Podejrzenia Draco się potwierdziły. Bestia wpadła w złe towarzystwo.

Gdzie kończy się przemoc? Nawet kot nie był w stanie powstrzymać się przed pokusą życia pełnego występków i stania się przestępcą. Bogowie, to miasto naprawdę daje się we znaki człowiekowi.

Albo kotu.

— HEJ! — krzyknął Potter, gdy kot rzucił się do przodu, rzucając mu się na nogi, jakby był trochę za mały, żeby rzucić się wprost do gardła.

Draco postanowił nie zniżać się do jego poziomu. W sensie dosłownym lub przenośnym.

Weasley wyciągnął różdżkę, tworząc tarczę pomiędzy sobą a wściekłą bestią, gdy ta ponownie zwróciła na niego swoją uwagę.

— Dlaczego do cholery ona nadal ma tego potwora? — warknął.

Chociaż kto z nich nie był tak naprawdę potworem? To był świat rodzaju zabij, albo zostań zabity, a wszyscy trzej robili to, co było konieczne w takim czy innym momencie.

Weasley patrzył na kota z nachmurzoną miną.

— Jaki do diabła jest twój problem, Łotrze?

Ten przeklęty kot posunął się za daleko, jeśli zwracano się do niego po jego kryminalnej profesji.

Łotr podjął kilka prób zniszczenia tarczy pazurami, zanim zdecydował, że to nie jest dzień, w którym uda mu się zakończyć czyjeś życie krwawą śmiercią. Może jutro.

Z piorunującym wzrokiem i ostatnim syknięciem odwrócił się i potruchtał z powrotem do Draco, by ponownie owinąć się wokół jego nóg. Weasley i Potter patrzyli na niego w niekończącym się zdziwieniu. Nawet większym niż zwykle.

Działo się coś podejrzanego, chociaż Draco nie mógł tego dokładnie uchwycić.

— Dlaczego Dźgający Łotr cię nie atakuje? — zapytał go Potter.

Bogowie, ten kot grzązł coraz głębiej, Oszust z zamiłowaniem do dźgania? Widział coś takiego tylko raz wcześniej – chimera z włócznią, która zostawiła Draco bliznę i historię do opowiedzenia każdemu, kto chciał słuchać.

— Nie wiem. Ciągle próbuje mnie przewrócić — odpowiedział Draco.

Potter zmarszczył brwi na kota. Kot odwzajemnił się mściwym spojrzeniem. Spróbował zrobić krok naprzód. Kot syknął. Zrobił kolejny krok. Kot również.

Ten głupek powinien wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny, że nie tańczy się z diabłem, o ile nie chce się zostać spalonym.

— Nie jestem pewien, czy możemy prowadzić śledztwo z nim tutaj — powiedział w końcu Potter.

— Łotr chyba cię lubi, Malfoy. Z jakiegoś zapomnianego przez bogów powodu — dodał Weasley. Ten facet zawsze lubił trochę za dużo gadać. — Zamknij go gdzieś, żebyśmy mogli się rozejrzeć.

Draco przewrócił oczami. Ten tchórz był hańbą dla zawodu aurora, jeśli kiedykolwiek takiego widział.

— Dobra.

Genialny pomysł, ale nie do zrealizowania.

Draco pochylił się, aby go podnieść, nie zdając sobie sprawy, że kot postanowił, że prędzej zostanie przeklęty, nim pozwoli wysoko wyszkolonemuaAurorowi ze smykałką do zabijania dyktować sobie warunki. Spojrzał w górę z takim morderczym błyskiem w oczach, że Draco postanowił z powrotem się wyprostować.

Podejmował w życiu głupie decyzje, ale widział na dyżurach wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, jak się to skończy.

— Racja, nie zamierzam tego robić — powiedział.

Kot zgodził się z tym wyborem. Muppety – nie.

— Po prostu go podnieś! — warknął na niego Potter.

I tak zaczęło się trwanie w impasie. W pokoju panowało takie napięcie, jak podczas konfrontacji w Leeds, a tamto starcie skończyło się trzema workami na zwłoki i ilością krwi dorównującą szpitalowi.

— Nie — powiedział Draco.

Kot zamruczał.

— Kurwa mać — mruknął Potter. — W takim razie będziesz musiał przeprowadzić to śledztwo sam.

Może tak było najlepiej. Były granice, których nie chcieli przekroczyć. Draco posunął się tak daleko poza granice moralności, że nie był pewien, czy rozpoznałby jedną, gdyby podeszła i pocałowała go w usta.

Trudno było powiedzieć, w jaką sytuację wkraczali po zniknięciu Granger, a on nie mógł pozwolić, by etyka czy prawo go powstrzymywały.

— Dobra. Skontaktuję się z wami, jeśli będę was potrzebował — powiedział Draco.

Szybciej nastąpi zimny dzień w piekle, zanim pozwolił Potterowi i Weasleyowi wkroczyć i ukraść mu zasługi, gdy już rozpracuje tę sprawę.

— Zobaczymy, czego uda nam się dowiedzieć po naszej stronie — powiedział Potter.

A potem zniknęli, a Draco został sam z włochatym oszustem.


Draco westchnął i oparł się o krzesło, paczka papierosów w kieszeni szybko zbliżała się do końca. Każdy papieros z odrobiną instynktu samozachowawczego wiedział, że lepiej nie wchodzić mu w drogę, gdy miał problem.

Ściana w jego gabinecie była pokryta wycinkami z gazet, fotografiami i czerwonymi liniami, które mieniły się w porannym słońcu wpadającym przez okno, gdy wpatrywał się w nie, niepewny od czego zacząć. Było zbyt wiele możliwości, zbyt wielu przestępców na świecie, których wsadził za kratki niepowstrzymany duet Draco i Granger.

Nie było żywego delikwenta, który nie oddałby wszystkiego, aby zobaczyć jak kończą marnie. Najlepiej w jakiś brutalny sposób.

Wzrok Dracona przesunął się po przypiętych wycinkach z gazet, z których wrzeszczały do niego nagłówki – Czarnoksiężnicy unikają schwytania! i Feindler nadal na wolności!

Czy to była robota zwolenników Czarnego Pana, którzy zdołali nie rzucać się w oczy tak długo po zakończeniu wojny? Czy to byli wspólnicy Feindlera? Czy Śmierciożercy współpracowali z imperium przestępczym Feindlera? A może było coś jeszcze bardziej złowrogiego?

Bogowie, jak głęboko to sięga?

Draco zaciągnął się papierosem, który zwisał mu między palcami, a dym na chwilę przesłonił mu widok ściany, zanim rozwiał się w takie samo zapomnienie jak jego reputacja. Z westchnieniem jego wzrok padł na szkic kubka. Ten cholerny kubek był ostatnią rzeczą, której dotknęły usta Granger, kradnąc tym samym prawo Dracona do tego tytułu i resztkę jego chęci do życia.

Świat zewnętrzny był okrutny, a Draco sięgnął dna.

Łotr zamruczał, sprawiając, że Draco bez zastanowienia sięgnął, by pogłaskać go po głowie. Nawet pomimo potworności bestii, czuł się zbyt winny, by ją zostawić. Kto by ją karmił, gdyby Granger nie było?

Draco wpakował się za głęboko, by nie zauważyć, że wpadł prosto w jej pułapkę. Jeszcze jedna ofiara, która nie zdawała sobie sprawy z głupoty swoich decyzji, dopóki nie było za późno.

— Gdzie ona jest? — mruknął do siebie.

Kot miauknął.

Nie wiedział, dlaczego spodziewał się, że będzie pomocny. Raz kryminalista, zawsze kryminalista.

Bestia wykorzystała Draco i nie potrzebowała już Granger, skoro teraz ktoś inny miał ją karmić. Może to ona była mózgiem, stojącym za tym wszystkim.

Draco rzucił podejrzliwe spojrzenie na kota, zanim odrzucił ten pomysł. Był to niezdarny oszust, ale w przeciwieństwie do papierosów Dracona, miał instynkt samozachowawczy.

Westchnął ponownie, podnosząc szklankę ognistej whisky stojącą na stole obok niego, gdy wpatrywał się w tablicę. Na środku ściany wisiała fotografia tej przeklętej wiedźmy – uśmiechniętej, przypominającej mu o ważności jego zadania.

Była gdzieś tam. Musiał ją tylko znaleźć.


Draco próbował wyruszyć na ulice samotnie, ale ten przeklęty kot postanowił, że prędzej zrezygnuje ze swojej potrzeby przemocy, zanim spuści Draco z oczu. A jeśli Draco mógł coś powiedzieć o tym kocie, to wiedział, że nie cofnie się przed niczym, by z zimną krwią zabić człowieka. Przemoc była po prostu kolejną pozycją na jego niekończącej się liście osiągnięć przestępczych.

Było to niechętne przyznanie, ale Draco musiał podziwiać jego oddanie przestępczemu życiu.

Z gwałtownym obrotem na pięcie nicość powitała Draco jak starego przyjaciela, by zaraz potem wypluć go z powrotem do najbardziej agonizującego stanu istnienia – bycia jednocześnie żywym i trzeźwym.

Oszust wylegiwał się na jego szyi niczym morderczy, zły szalik, rzucając mu w podziękowaniu leniwe miauknięcie za to, że był jego królewskim powozem, gdy Draco kroczył podjazdem, a jego stopy stąpały po ścieżce tak automatycznie, jakby już tam wcześniej bywał.

To miało sens, bo był tam setki razy.

Mężczyzna, który zawsze miał odpowiedź, ale nigdy nie mógł się pofatygować, by się nią podzielić, otworzył drzwi po pełnej minucie, bez koszulki i ze szklanką ognistej whisky w ręku.

Pokrewna dusza Draco.

— Jest kurewsko wcześnie. Czemu do diabła tutaj jesteś? — zapytał Blaise z przymrużonymi oczami.

Ach, czego by Draco nie zrobił dla tego drania.

— Wiesz, byłbyś o wiele ładniejszy, gdybyś się uśmiechnął — odpowiedział Draco. Blaise skrzywił się jeszcze bardziej. — Szukam Granger — dodał.

Gdy tylko te słowa wydobyły się z jego ust, przeklął sam siebie za swój nieostrożny wybór. Nie wiedział, jak skomplikowany był cały ten plan. Czy Blaise mógł być jego częścią? Zginąłby dla tego idioty, ale Blaise sprzedałby go za w miarę przyzwoitą butelkę dojrzałego Blishena.

Nie żeby Draco mógł go winić. Sam sprzedałby swojego własnego ojca za kroplę XIX-wiecznego Białego Szczura.

— To dlatego masz tę… rzecz na ramionach? — zapytał Blaise, posyłając przestępcy spojrzenie pełne głębokiej nieufności, gdy ten na niego syknął.

Istniał powód, dla którego Blaise pozostał żywy tak długo. Zawsze pomijał tę część z zaufaniem z porzekadła ufaj, ale sprawdzaj . I Bogowie, jak Draco go za to szanował.

— To kot Granger — wyjaśnił Draco.

Kot ? — powtórzył Blaise niedowierzającym tonem. Łotr syknął ponownie. — Jesteś pewien?

— Ani ociupinkę. — Draco postanowił pominąć resztę uprzejmości, gdy życie Granger wciąż wisiało na włosku. — Widziałeś ją?

Blaise zignorował kota próbującego wysłać go rychle do grobu i wzruszył ramionami.

— Nie.

Draco zwykle szanował człowieka o niewielu słowach, ale nie dzisiaj.

— Jakiś pomysł, gdzie ona jest?

Blaise wzruszył ramionami ponownie.

Draco jeszcze nie spotkał faceta, którego nie potrafiłby złamać. Blaise był twardym orzechem, ale złamie go, bez względu na to, ile to zajmie.

— Czy dziewucha Weasleyów wie, gdzie ona jest? — naciskał go.

— Nie wiem. Miała dzisiaj rano trening.

W końcu jakieś odpowiedzi, nawet jeśli nie były to te, których Draco pragnął.

— Czy Granger tam poszła? — zapytał.

W całym swoim życiu tylko raz wcześniej spotkał się z tak niedowierzającym spojrzeniem, jakie rzucił mu Blaise.

— Mówimy o Quidditchu — powiedział Blaise, jakby Draco właśnie zaproponował użycie Księżycowej Rosy w Eliksirze Niewidzialności.

Może i podjął w życiu trochę kiepskich decyzji, ale jeszcze tak nisko nie upadł.

— Racja. To sprawdzę u Pansy w takim razie — powiedział Draco.

Blaise wycelował w niego palec.

— Następnym razem, jak się tu pojawisz tak wcześnie bez Ognistej Whisky albo chociażby ciastek, zabronię ci wstępu do dworu.

— Ja ciebie też kocham — rzucił Draco przez ramię odwracając się, a oszust owinięty wokół jego szyi syknął zjadliwie na dupka, który odważyłby się podejść do samej Śmierci i splunąć jej w oko.

Jeszcze jeden obrót na pięcie i krótki przelot przez nicość i Draco został wypluty z powrotem do rzeczywistości przed domem. Takim, który był bardziej gustownego, ludzkiego rozmiaru.

Obrzydliwość.

— Dzień dobry, Malfoy!

Czarodziej, który otworzył drzwi, gdy szedł chodnikiem, był jak zawsze przyjazny, a uśmiech na jego twarzy komponował się z jego ciepłym powitaniem, nawet gdy oszust głośno na niego syknął.

Draco nie ufał czarodziejowi nawet w połowie na tyle, na ile mógł nim rzucić.

— Dzień dobry, Longbottom — powitał go Draco w odpowiedzi.

Każdy miał coś do ukrycia.

Longbottom miał więcej.

Draco jeszcze go nie rozgryzł, ale to była tylko kwestia czasu, aż pozna wszystkie jego mroczne sekrety. Już wiedział, że będą czarne jak dusza Czarnego Pana. Jego przyjazne zachowanie musiało ukrywać coś ważnego .

— Och, mam coś dla ciebie! — oznajmił Longbottom, odwracając się do holu i wracając chwilę później z koszem pełnym produktów, żeby mu je przekazać.

Zatrute. Draco był tego pewien.

Prawdopodobnie i tak by je zjadł.

Niech szlag trafi zdolność tego faceta do hodowania doskonałych owoców i warzyw.

— Dzięki. Jeszcze mam twój kosz z ostatniego razu — powiedział Draco, a na te słowa natychmiast poczuł na języku smak żalu.

Jaka była sekretna moc Longbottoma? Draco nigdy nie przyznawał się do winy. A oto był, swobodnie przyznając się do przestępstw, jakby był jakimś kapusiem próbującym wyśpiewać sobie drogę do wyjścia z więzienia.

— Och, nie martw się — powiedział Longbottom z lekceważącym machnięciem. — W czym mogę ci pomóc?

Przejście od razu do sedna. Draco mógł to wykorzystać.

— Widziałeś Granger?

— Och, nie dzisiaj. Pansy wybrała się na trening Ginny wcześnie rano i Hermiona nie poszła z nimi.

Cholera. Kolejna przeszkoda stojąca mu na drodze. Wszechświat musiał być w zmowie z demonem, który przysiągł zniszczyć życie Draco.

— Dlaczego masz Łotra na ramionach? — zapytał Longbottom, zmuszając oszusta we własnej osobie do syknięcia na niego za to, że miał odwagę istnieć.

Czy wszyscy wiedzieli o skłonności tej bestii do przestępstw?

Draco wzruszył ramionami, przesuwając kota i sprawiając, że zamruczał.

— Granger nie było w domu. Wyglądał na osamotnionego.

— Och. Hmm. Jestem zaskoczony, że pozwala ci się dotykać. Łotr nienawidzi wszystkich oprócz Hermiony.

O bogowie, w co się Draco wpakował? Ten kot grał nim jak na skrzypcach.

Może kupi mu jakieś przysmaki w drodze do domu. Nie szanował jego życia przestępczego, ale bogowie, szanował jego taktykę.

— Czy zrobiłeś coś, żeby cię polubił? — zapytał Longbottom.

— Nie. — Draco nie był donosicielem. Zabierze swoje nieistniejące sekrety dotyczące kota do grobu. — W każdym razie, czy masz jakiś pomysł, gdzie jest Granger?

— Nie, przykro mi. Wątpię, żeby poszła na trening. Ale możesz zajrzeć na stadion Harpii i sprawdzić u Ginny i Pansy. Jeśli ktoś będzie wiedział, to one.

Ten człowiek nie wiedział, jak nie odkrywać kart. Draco lubił, gdy jego praca była łatwa, ale gdzie w tym było wyzwanie?

Może to wszystko było tylko podstępem?

Zanotował sobie, żeby wrócić i połamać mu kilka palców, jeśli Longbottom wyprowadził go w dziki pościg za niuchaczem.

— Racja, tak zrobię. Dzięki za informacje i prezent — powiedział Draco.

Kurwa. Kolejny dług życia. Wiedział, że tryton lada dzień upomni się o przysługę, a on właśnie dorzucił do listy kolejną z nich. Będzie musiał się pozbyć Longbottoma przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Przez krótką chwilę Draco flirtował z zapierającą dech w piersiach nicością, zanim pojawił się ponownie na skraju stadionu Quidditcha. W środku słychać było krzyki, trwał ożywiony trening.

Kot na jego ramionach przeciągnął się i ziewnął, gdy wszedł do środka, głową wtulając się w szczękę Draco, oceniając jego słabe punkty przed atakiem. To była tylko kwestia czasu, zanim jeden z nich spróbuje zabić.

Draco byłby przeklęty, gdyby pozwolił kotu na pierwszy cios.

— Draco? Co ty tu robisz?

Podniósł wzrok i ujrzał czarownicę, która była tak samo kusząca jak Granger, ale bez jej uroku. Wiedział, kogo by wybrał.

— Dzień dobry, Pansy — przywitał się z nią, wchodząc do niemal pustej loży. Przed nimi na boisku latał zespół czarownic na miotłach. — Widziałaś Granger?

— Nie? A powinnam? Poczekaj. Dlaczego nie śpisz? Poczekaj. Nie. Lepsze pytanie. Czemu do diabła masz Łotra na ramionach? — zapytała, gdy kot na nią syknął.

Jak to się stało, że ten kot tak długo umknął uwadze Draco, skoro wszyscy inni wiedzieli o jego mrocznej przeszłości?

— Nieważne. — Draco unikał odpowiedzi na te pytania. — Masz jakiś pomysł, gdzie może być Hermiona? Albo jakie przysmaki lubi to stworzenie? — dodał.

Cholera, ten kot mocno mu namieszał w głowie.

Pansy gapiła się na niego tępo przez chwilę, zanim pokręciła głową.

— Może jeszcze śpię — westchnęła do siebie z nutą nadziei w głosie. Bogowie, to jest ich dwoje. — Nie, nie wiem, gdzie ona jest. A on lubi przysmaki puszków pigmejskich.

Draco gapił się z przerażeniem. Najpierw próby morderstwa poprzez potknięcie, a teraz to ? Gdzie Granger znalazła tego małego kryminalistę? Jak wkręcił się w to zbrodnicze życie?

— Nie, idioto — powiedziała Pansy, poprawnie odczytując przerażenie w oczach Draco. — Mam na myśli, że lubi przysmaki, które jedzą puszki pigmejskie. To pudełka z pająkami i robakami. Chryste, jak udało ci się przeżyć tak długo? — dodała pod nosem do siebie, nadal na tyle głośno, by Draco mógł ją usłyszeć.

Wyglądało na to, że ta ścieżka jego śledztwa utknęła w ślepej uliczce, zupełnie tak jak jego życie. Będzie musiał wrócić do tablicy. Przeanalizować wszystkie dowody. Zaplanować następne ruchy. I nakarmić tego małego przestępcę kilkoma pająkami.


Kolejny papieros przedwcześnie spotkał swój koniec na czubkach palców Draco, gdy jego życie uniosło się w kłębie dymu. Kolejna godzina gapienia się, godzina obserwowania jak ten oszust biega po jego gabinecie, goni za robakami, zatłucze je na śmierć a potem zjada z zimną krwią.

Draco nie był pewien, czy jego żądza krwi kiedykolwiek zostanie zaspokojona. Zanotował sobie w głowie, żeby zawsze mieć pod ręką przysmaki, żeby bestia mogła wyładować na nich swoją potrzebę przemocy, zamiast myśleć o tym, jak kusząco wygląda jego krtań.

Jego wzrok przesunął się po tablicy, próbując wyznaczyć następny punkt orientacyjny. Może pora na wycieczkę do Azkabanu. Sprawdzić co u jego starego znajomego, którego twarz od jakiegoś czasu nie zaznała kontaktu z jego pięścią.

Dołohow prawdopodobnie byłby zachwycony, widząc go.

Draco wziął kolejny łyk, gotów zrobić wszystko, by znaleźć tę kujonowatą damę, za którą zabiłby człowieka.

— Co do kurwy?

Głowa Draco poderwała się do góry, a w drzwiach zobaczył kujonowatą damę w pełnej krasie.

— Granger?! — krzyknął, wystrzelając do pionu, całkowicie tracąc swój opanowany, nonszalancki styl. — Dlaczego nie jesteś martwa? Jak uciekłaś?

— O czym ty do diabła mówisz? Dlaczego miałabym umrzeć? I jaka ucieczka? I dlaczego przyprowadziłeś tu Łotra?

Nawet Granger nazywała swojego kota jego profesją?

— Bo zaginęłaś. I wyglądał na samotnego — wyjaśnił Draco.

Granger mrugnęła kilka razy, patrząc na niego. O bogowie, czy ona dostała szoku? Może powinna usiąść. Czy powinien wyczarować koc? Co powinien zrobić dla kogoś, kto jest w szoku?

— Nie zaginęłam, idioto. Poszłam na śniadanie z przyjaciółką, której dawno nie widziałam, a potem poszłyśmy do parku — jęknęła. — Ja pierdolę, Malfoy, ty naprawdę nie pamiętasz naszej rozmowy?

Kurwa, wiedział to. To już koniec. Zamierzała wrzucić go pod buchorożca. Obwinić go o swoje zniknięcie i wsadzić do Azkabanu. O bogowie, czy zamierzała sprawić, by dzielił celę z Dołohowem? Sam Minister musiałby to zatwierdzić.

Do licha z tym wszystkim. Ta sprawa dotarła aż na sam szczyt.

— Obudziłam cię i powiedziałam, że wychodzę i wrócę za kilka godzin, żebyśmy mogli zjeść lunch po moim powrocie — powiedziała.

Kłamstwo? Czy ta kobieta była równie fałszywa, co sam Czarny Pan? Jaki był jej plan?

Chociaż może… mówiła prawdę? Czy straciła swoją przewagę? Stała się kanarkiem, który sam się wyda?

Ale jeśli przyznawała się do winy, to oznaczało, że naprawdę rozmawiali, a stalowa pułapka umysłu Draco o tym zapomniała. Może w grę wchodziło coś bardziej złowieszczego. Może Confundus? Wymazanie pamięci? Niemożliwe do ustalenia.

— Ale zostawiłaś kubek na blacie — zauważył Draco.

— Tak, bo się spóźniłam. Dlatego poprosiłam cię, żebyś nakarmił Łotra.

Ten cholerny kot bawił się Draco jak płytą Fatalnych Jędz, zaczarowaną tak, by nigdy nie przestawała grać. Przysmaki zamiast śniadania. Bogowie, przebiegłość przestępców nie zna granic.

— Och… — wydusił Draco, nie chcąc przyznać się do jakichkolwiek pozorów złego postępowania. Gdyby przyznał, że nie pamięta ich rozmowy, wiedziałaby, że jest niekompetentny. Gdyby skłamał i powiedział, że pamięta, martwiłaby się o jego zdrowie psychiczne. Nie mógł ryzykować. — Rozumiem — powiedział, zamiast przyznać się do czegokolwiek.

— Przypomnij mi jeszcze raz, dlaczego zdecydowałam się z tobą przespać — westchnęła.

Podchwytliwe pytanie?

Nie, na to była tylko jedna poprawna odpowiedź. Odpowiedź, którą oboje znali, na pytanie, którego nigdy nie trzeba było zadawać.

— Moja niewiarygodna wiedza na temat prawidłowego posługiwania się mieczem — odpowiedział Draco z uśmieszkiem.

Granger przewróciła oczami, z ust wyrwał się jej śmiech.

— Coś w tym stylu. Chodź, Łotrze — rozkazała, odwracając się na pięcie, a kot natychmiast ustawił się w szeregu. O bogowie, czy Granger była szefem tego kota? Brnęła w to jeszcze głębiej niż Draco. — Ty też, idioto. Chodźmy na lunch.

Draco potrzebował tylko chwili, aby rozwikłać zagadkę, do kogo się zwracała, biorąc pod uwagę, że w pobliżu nie było nikogo innego, kto mógłby to być.

Będzie musiał mieć oko na Granger, skoro potrafi kontrolować tego przestępcę, pomyślał Draco, wychodząc za nią z gabinetu, pozostawiając za sobą ścianę wskazówek. Jeszcze bardziej musiałby uważać na kocią bestię, oczywiście, żeby mieć pewność, że nie poderżnie mu gardła podczas snu.

Uśmiech rozpełzł się po jego twarzy, gdy weszli do Fiuu.

W końcu życie rzuciło mu wyzwanie prosto na jego kolana. I być może do krtani.

FIN

Notes:

* Crooks dosłownie oznacza łotra, kanciarza, oszusta.
W wersji oryginalnej Crooks jest skrótem od Crookshanks, co jest angielskim odpowiednikiem imienia Krzywołapa. W polskim fandomie imię Krzywołapa zdrabniane jest czasem jako Krzywek. W tym przypadku jednak zupełnie nie pasuje do kontekstu ;)