Chapter Text
Gdyby zapytać Jacka Taliszewskiego jak wspomina czasy licealne, prawdopodobnie zamilkłby, a potem zaniósłby się śmiechem. Następnie przestałby się śmiać i poważniejąc, patrząc swojemu rozmówcy prosto w oczy, odpowiedziałby, „nie wspominam.” Co byłoby dużym wyolbrzymieniem, ale Jacek Taliszewski lubił czasami wyolbrzymiać. Nie chciał jednak za nic wracać do budynku, który przez cztery lat nazywał szkołą. Liceum do którego uczęszczał było stare, jak większość szkół, które miał do wyboru, zbudowane na ułudzie, którą karmili naiwnych ósmoklasistów i składające się z grona pedagogicznego, które głęboko w poważaniu miało co dzieje się z ich uczniami. Dodatkowo klasa matematyczno-fizyczna, do której przynależał siłą rzeczy Jacek, nie była specjalnie zgrana, więc nie, mimo kilku naprawdę dobrych wspomnień – wolał o tym czasie pełnym frustracji i pogrążenia w nieszczęściu nie myśleć. Za to całkiem podobało mu się miejsce, w którym wylądował. Zaczynał właśnie trzeci rok nanoinżynierii na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej i musiał przyznać, że pierwsze dwa lata upłynęły mu całkiem miło. Oprócz kilku, omówmy się, niezapomnianych przeżyć, które Jacek wolałby wymazać z pamięci, po raz pierwszy naprawdę czuł, że jest tam, gdzie być powinien.
Nie zmieniłby niczego.
No może oprócz faktu, że drugie łóżko w jego pokoju wciąż stało puste. I miało puste pozostać przez jeszcze dwa miesiące. Jacek nie był pewien, jak ten okres przeżyje.
Właśnie skończył rozpakowywać walizki, które przytargał ze sobą z rodzinnego domu. Nie do końca wiedział jakim cudem za każdym razem przydzielano mu miejsce w akademiku, bo punktów za odległość na pewno nie nazbierał, ale nie narzekał. Lubił atmosferę miasteczka studenckiego, mimo że wciąż zdarzało mu się tęsknić za znajomym fotelem i kuchnią, z której dochodziły go zawsze niebiańskie zapachy. Razem z mamą stwierdzili jednak już na pierwszym roku, że skoro ma możliwość, to powinien się trochę usamodzielnić, tak więc od trzech lat, z przerwami na wakacje, Jacek rezydował w budynkach należących do uczelni.
To był pierwszy rok, który zaczynał bez współlokatora. Jacek wiedział, że nie powinien narzekać, bo przecież wielu zabiłoby za taką prywatność – przecież to już prawie jak w luksusowym apartamencie, jeszcze po taniości. Ale jakoś tak… nie mógł się przekonać. Było mu co najmniej dziwnie, kiedy słyszał raz po raz kroki zjeżdżających się powoli studentów, wiedząc, że żadne z nich nie ucichną pod jego drzwiami. Nikt do nich nie zapuka. Nie będzie wysłuchiwał codziennie rano, że chrapał, nie będzie mieć z kim dzielić się pomysłami na projekty czy opowiadać z frustracją o głupich procedurach kół naukowych albo wiecznie czegoś chcących wykładowcach.
Ten semestr nie zaczynał się najlepiej. I tak, może mógł do byłego-przyszłego-obecnego współlokatora wciąż napisać, ale prawda była taka, że teraz był sam. I to mogło go w końcu zgubić. Westchnął ciężko, wkładając ostatnią koszulę na wieszak i zamknął walizkę. Wcześniej zdążył już rozłożyć się w łazience i kuchni, posiedzieć na łóżku i gapiąc się w ścianę, rozmyślać o tym, jak bardzo mu się nie chce. Nie chciał myśleć o tym, że to już ostatnia prosta, że zaraz otrzyma tytuł inżyniera, a więc powinien za chwilę myśleć już o magisterce i zaczynać całą przejażdżkę od nowa. Dlatego, przerażony z lekka upływem czasu, postanowił wykorzystać nadchodzące półtora roku, jak najlepiej potrafił.
Tak więc postanowił zacząć od socjalizowania się.
Przez ostatnie tygodnie nie wychodził zbyt często, pomagając mamie z remontem. Przemalowali ściany salonu na kolor przypominający niebo o południu, pozbyli się starego, złamanego stolika, złożyli nowy. Jacek naprawił stary zegar, który znaleźli na strychu, zamontował dla mamy kilka półeczek, by nie narzekała więcej, że nie ma w tym domu miejsca na książki. Oporządzili wreszcie ganek, przesadzili roślinki do nowych doniczek i wymienili rozbitą płytę na schodach. Uprzątnęli zakurzone pudła, walające się po piwnicy i strychu. Wieczorami, zmęczeni oglądali niewymagające filmy. Jacek słuchał uważnie, gdy mama opowiadała mu o nowej książce, którą czytała, a Jacek starał się przełożyć jej na ludzki, nad czym pracował. Sporadycznie widział się z Kaśką i pisał ze wsparciem do Mel, która starała się przetrwać wtedy rodzinny wyjazd na Majorkę. Oczywiście, czekał też na wiadomości od Wiktora. Ale do tego wolał się nie przyznawać przed resztą, bo szybko stałoby się to obiektem docinek Kaśki i Wioli.
Dlatego teraz w mieszkaniu dziewczyn, trójka studentów wznosiła toasty za nowy rok akademicki. Następnego dnia była przewidziana inauguracja, więc zajęcia nie zaczynały się aż do środy, co dawało studentom jeszcze trochę czasu na cieszenie się wolnością, zanim znów rzucą się w wir nieustających projektów, kolosów i wiecznego stresu. A co innego mogli z uciekającą powoli wolnością zrobić studenci, jak spotkać się i dotrwać do końca wspólnie.
- Wiktor już wrócił? – Zapytała wreszcie Kaśka, otwierając nową paczkę czipsów. Wzięła sobie garść i podała siedzącej obok Wioli.
Jacek westchnął na pokaz i odpowiedział niechętnie, że nie, nie wrócił.
- Ma być z powrotem na początku grudnia. – Poinformował naburmuszony.
Nie chciał z nimi o tym rozmawiać. Z wiadomych powodów.
- Co, stęskniłeś się? – Zaśmiała się Wiola, za co otrzymała kuksańca od Kaśki. O właśnie. To miał na myśli. – No co?
- Nic. – Pokręciła głową. – No spójrz na niego. Wygląda jakby miał przed sobą najcięższy rok w życiu.
Jacek spojrzał na śmiejące się dziewczyny z dezaprobatą wymalowaną na twarzy.
- Zdążyłem już zostać starostą na najbliższy rok.
Kaśka skrzywiła się ze współczuciem.
- Znowu? Mówiłeś w czerwcu, że tym razem się nie dasz.
Jacek pokiwał głową i wybąkał marne wytłumaczenie. W istocie, dopóki nie chciano od niego zbyt wielu rzeczy, bycie starostą za bardzo mu nie przeszkadzało. Problem zaczynał się, gdy kazano mu chodzić po dziekanatach, które zdawały się być zawsze zamknięte, albo gdy potrzebował dogadać się z resztą roku na jakikolwiek temat, który wymagał napisania tak lub nie na czacie. Wtedy wszyscy magicznie milkli. Gdy wreszcie podejmował decyzję samodzielnie, zbierał tylko skargi niezadowolonych kolegów, którzy wcześniej nie raczyli się wypowiedzieć.
Wtedy zazwyczaj miał ochotę sięgnąć po skrajne rozwiązania. Na szczęście do tej pory obył się bez takowych.
- Musisz być bardziej asertywny. – Stwierdziła wreszcie Wiolka, poważnie patrząc mu w oczy.
- Dziękuję ci za tą niebywale przydatną radę. – Odpowiedział z sarkazmem wylewającym się z jego tonu. – Co ja bym bez ciebie zrobił.
- Twoja ulubiona pani z żabki zawsze do usług. - Wiola uśmiechnęła się szeroko i mrugnęła do kolegi.
Jacek zaśmiał się przypominając sobie początki tej wyboistej przyjaźni. Zaraz po wypadku na pierwszym roku wylądował w żabce. Był zbyt przejęty i zdenerwowany, żeby zjeść cokolwiek porządnego, więc wziął jakiegoś batona i soczek. Gdy stał tak w kolejce ze zwieszoną głową, a musiał wyglądać jak siedem nieszczęść, po tym jak opisywała go później Wiola, zaczęła go zagadywać pani stojąca akurat na kasie. Nie był w nastroju na żarty, ale Wiola powiedziała wtedy coś tak głupiego, że po prostu wybuchnął śmiechem, a następnie opowiedział pół historii swojego życia. W odpowiedzi dostał marne pocieszenie, ale nie przeszkadzało mu to. Przynajmniej na chwilę poczuł się lepiej.
W trakcie roku zatrzymywał się w sklepie rutynowo kupując ulubionego blacka mojito i urządzając pogaduszki z kojarzącą go już bardzo dobrze panią kasjerką. I tak mniej więcej zaprzyjaźnił się z Wiolą.
Brakowało mu czasów, gdy wszystko wydawało się prostsze. Chociaż pierwszy rok wcale taki nie był, kiedy faktycznie trwał. To kwestia perspektywy, zdawał sobie z tego sprawę. Pamięć była złudna i umilała lata, w których czuł się naprawdę nieszczęśliwy. Za rok przecież spojrzy na ten okres i wspomni go z sentymentem.
Pierwszy rok był… Ciężki.
Jacek nie narzekał na samotność czy nowe miasto, bo miał dobrych znajomych, a w Krakowie mieszkał od dziecka, więc nie, to nie były problemy, które go zajmowały. Najgorzej jednak było z samym studiowaniem. Przez dobre dwa semestry czuł się tak… dziwnie. Zupełnie inaczej niż w liceum, w którym zawsze jakimś cudem szło mu ponadprzeciętnie. Nauczyciele go uwielbiali, był przewodniczącym klasy cztery lata z rzędu, chodził na wszystkie konkursy z matematyki i fizyki, na które można było go wysłać i zawsze reprezentował szkołę godnie, jakby to powiedziała pani dyrektor. A potem dostał się na studia i nagle przestał wyrabiać się z materiałem, spał po 3 godziny dziennie, a co najgorsze – był tu kompletnie obcy. Żaden wykładowca nie znał jego nazwiska, nikt nie mówił już Taliszewskiego wyślij, nie miał tu żadnej reputacji. Nie ważne, że pół roku temu kończył liceum z najwyższą średnią i laureatem z olimpiady. To wszystko gwałtownie przestało się liczyć i Jacek startował z kompletnego dna, zupełnego zera. Od nowa.
Nie wspominając o tym jak zaczął laboratoria z przytupem.
A może raczej hukiem.
Tak więc pierwszy rok minął i dostarczył Jackowi wielu przydatnych doświadczeń. Na pewno go ubogacił. Sporo nauczył. Zmusił do odrobiny pokory. Ale za nic w świecie, nigdy nie dał mu znać, że jest na złym miejscu. Z tego Jacek cieszył się chyba najbardziej. Przeżył już dwa lata i nawet w najgorszych momentach zmiana kierunku nie przeszła mu przez myśl.
Nie zazdrościł tego wahania Kaśce, która już raz zmieniła kierunek i wciąż zastanawiała się nad słusznością swojej decyzji. Miała jeszcze czas, pocieszał ją zawsze w momentach załamań. Nic by się nie stało, gdyby doszła do wniosku, że stosunki międzynarodowe to jednak nie to. Sam jednak cieszył się samolubnie, że jego największym problemem było zawsze zdanie sesji, a nie zdecydowanie czy w ogóle warto do niej podchodzić.
Tak więc całkiem lubił swoje studia. Całkiem, choć nie zawsze, lubił swoją uczelnie. Lubił brać udział w spotkaniach kół naukowych, lubił pomagać przy organizacji konferencji, lubił się rozwijać, w dziedzinie, która go fascynowała. Lubił też swojego współlokatora.
Współlokatora, który wyjechał niedawno na Erasmusa i miał zamiar zostawić Jacka na studiach samemu przez kolejne miesiące. To w nadchodzącym roku mierzwiło go najbardziej.
Prychnął cicho sam do siebie. Dziewczyny nie zwróciły uwagi, zajęte rozmową. Przez to wszystko zaczynał myśleć o ubiegłym roku.
Zastanowił się głębiej i cóż.
Miał co wspominać.
