Actions

Work Header

Pogrzeb Boga

Summary:

bóg umiera w środę, z samego rana

Work Text:

Bóg umiera w środę, z samego rana.

Nie nadążam z przelaniem wrzątku do wiórek herbacianych, więc muszę wytrzeć bałagan zanim, ach, no tak, Bóg nie żyje... To trochę krzyżuje mi plany i zastanawiam się, czy Bóg nie mógł poczekać ze Swoją śmiercią – ósma wieczorem byłaby dużo bardziej odpowiednią porą, jeśli kiedykolwiek przeczytałby notatki, które zostawiałem mu na kuchence mikrofalowej. Gdyby umarł w dzień bardziej odpowiedni, chociażby w sobotę, wtedy nawet bym zapłakał. A w takiej sytuacji muszę opuścić mieszkanie z pustym żołądkiem, aby podpisać papiery o akcie zgonu. I myślę: przecież widzą, że Bóg nie żyje, więc po co to całe zamieszanie.

W czwartek idę na pogrzeb Boga, minęło dwadzieścia siedem godzin od Jego śmierci, to jakby wczoraj, myślę; Cmentarz jest owinięty przez tłumy ludzi w czarnych szlafrokach. Płaczą naziści i młodzi socjaliści. Widzę płaczącego pijaka, prostytutkę i księdza. Sam też trochę płaczę, gdy wszyscy tak razem stoimy, bo jednak wszyscy jesteśmy ludźmi. I kiedyś również przyjdzie moment naszego pogrzebu.
I nagle nie jestem pewien, co tak naprawdę przyniosła nam śmierć Boga. Jestem pełny zmieszania i nie wiem, co należy poczynić w żałobie. Czy w ogóle zasłużyłem sobie na profanację tego żalu i smutku, przecież nigdy nie byłem zbyt dobrym katolikiem. Kłamałem, kradłem..., wyliczam w myślach, gdy udaję się na basen publiczny. Nie minęła nawet godzina od pogrzebu, a ja dalej nie wiem o co chodzi z tą całą rozpaczą po śmierci Boga. Każda twarz, którą mijam wygląda tak samo ludzko. Dziecko dalej jest dzieckiem, gdy zabiera mi z portfela dwa ostatnie grosze. Oboje grzeszymy na swój własny sposób.

Na basenie jestem po głowę zanurzony w wodzie, ale nie umieram. Balansuję na drabince, łykam chlor, którym się dławię. Uśmiecham się sam do siebie, ponieważ to jednak piękny dzień – słoneczny, senny. A mój grzech jest zabawniejszy od grzechów innych i wcale nie tęsknię za Bogiem... Kłamałem, kradłem... i co! Ha. Myślę sobie wtedy, że Bóg wcale nie był mi aż tak potrzebny. Przecież bez Niego też potrafię pływać.
I potrafię się utopić.

Gdy wracam z basenu, nachodzi mnie zachcianka na modlitwę, ale nie byłem wiernym katolikiem od tylu lat, że język mi się plącze i tak naprawdę nie wiem o co mógłbym się pomodlić. Przecież Bóg nie żyje, no tak. Rozważam życzenie Mu przyjemnej podróży w życiu pozagrobowym, ale nie wiem, czy takowe istnieje. Bóg może być jedynym tam wysoko, a ludzka świadomość po śmierci po prostu znika. I puf, zostaje tylko Bóg i rozkładana kanapa z czerwonej skóry, którą ustawił Sobie w holu Nieba. Nagle zazdroszczę Mu tego kapitalistycznego stylu życia, nie ważne, iż prawdopodobnie powróci jeszcze na brudną Ziemię, aby przeżyć tę gehennę od początku – nauczyć nas wielkiej lekcji. Czy coś w tym rytmie... Nieważne, ponieważ w momencie mojej modlitwy, On siedzi tam wysoko i macha palcem w powietrzu. Co za gnojek, myślę sobie. Gdyby nie był już martwy, sam bym się rozprawił z Całym Tym Bogiem.

Series this work belongs to: