Actions

Work Header

Gdy uderzy piorun

Summary:

ostatnie chwile zege moimi słowami

Notes:

nie oglądam pov multiego więc coś może się nie zgadzać ale starałam się żeby było jak najlepiej, moze będę poprawiała

miłego czytania

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

“Pójdziesz ze mną? Potrzebuję pomocy z przeniesieniem rzeczy”

 

… 

 

Multi dotknął swojej skroni. Nie wiedział czy mógł to zatrzymać. Ale myślenie o całej tej sytuacji przyprawiała go jedynie o ból głowy. 

 

- Jutro ma być ważny gość na serwerze;

 

- Co? - powiedział z lekkim niedowierzaniem w jego głosie.

 

- Noo, i ma być koncert. Yeti Kotleti. 

 

Na te słowa zaśmiał się nerwowo, już powoli wypuszczając emocje na wierzch. 

 

- No to co, idziemy jutro we trójkę na koncert, hm?

 

On już wtedy wiedział, że to się nie wydarzy. Że nawet nie ma takiej możliwości. Nie chciał dopuszczać do siebie wiadomości że to będzie przez niego. Wyszli przez mury okalające miasto.

 

Multi spojrzał nerwowo na prawo, gdzie znajdował się otoczony niskim murkiem cmentarz. Nie chciał nawet myśleć o tym co się za niedługo stanie, co nastąpi z jego rąk.

 

Słońce świeciło wysoko, nie chciał więc wchodzić do podziemi, do metra, które było tak ważne dla jego przyjaciela. Z przyprawionych jesiennymi kolorami drzew spadały im pod nogi liście, kiedy przemierzali drogą las i polany do terenu ich gildii.

 

Wymienili kilka zdań, śmiejąc się, uśmiechając się do siebie. Ciężkie zbroje i tarcze noszone przez nich dzień w dzień nie niszczyły im humoru ich ciężarem. Jedynie w przypadku Multiego, który przypuszczał że gdyby teraz jego serce było na wierzchu, waliło by o jego popiersie niczym dzwony zwiastujące ostateczną apokalipsę. Niczym dzwony które dzwonią w katedrze przy cmentarzu, ogłaszając ostatnią podróż zmarłego.

 

- Ale ja ci powiem Zege - zwrócił się do przyjaciela - Ja doceniam to twoje metro. Mam z nim dobre wspomnienia i jestem ci za nie wdzięczne. 

 

W tym momencie nie wiedział już czy mówi to dla swojego towarzysza, czy dla siebie by podeprzeć się na duchy, by ulżyć swoim emocjom.

 

- Ja też, ja też! - Dodał spokojnym głosem Mati. Złapał Zege za ramię i bratersko go przytulił.

 

- Przejedziemy się nim jak już będzie gotowe. - Jeśli. Jeśli będzie gotowe.

 

Na horyzoncie pojawił się zamek ich gildii. Jedna z komnat - właśnie jego, Multiego, była otoczona korupcją. Nie zwrócił na to uwagi w tym momencie, miał ważniejsze zadanie, niż jakaś tam korupcja.

 

Zege i Mati go wyprzedzili, ten się na chwile zatrzymał. Na jego twarzy pojawił się grymas, wiedział że już zaraz, za niedługo, Zege już nie wróci. Szybkim ruchem otarł pot z czoła, udał że strzepuje z popiersia kurz, poprawił tarczę w swojej lewej dłoni i wyruszył naprzód doganiając chłopaków.

 

 

Wróbel wzleciał powietrze niosąc wiadomość “Zege, gdzie jesteś? ~Lord M” i w tym momencie na niebie pojawiły się pioruny.

 

… 

 

- Wezmę rzeczy i już do ciebie idę, Zege.

 

Multi odszedł i wspiął się na górę zamku. Odłożył swoją tarczę, obok stojaka z błyszczącą zbroją. Przejrzał się w niej. 

 

Jego oczy były przekrwione, na policzkach ujawiły się żyłki które przybrały kolor jasnego fioletu. Takie same pojawiły się już rano na jego dłoniach - czy to przez kamień?

Otrząsnął się i wyszedł z komnaty. Powoli schodził po schodach, chcąc odwlec ten moment jak najdłużej. 

 

Jednak nie mógł pozwolić mu czekać, zapewne już się w słońcu gotował w swojej zbroi. Multi wyszedł na dziedziniec i rozejrzał się. Gdy spojrzał na lewo, zobaczył Zege, stojącego pod rzędem trzciny cukrowej. Podszedł do niego.

 

- Co robisz?

 

Chłopak z szerokim uśmiechem na ustach odpowiedział.

 

- Bawię się z pieskami.

 

Na usta Multiego cisnęły się słowa “Pożegnaj się z nimi”, jednak coś mu stanęło w gardle. Nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Poczuł jak zimny pot oblewa jego ciało. 

 

Zacisnął usta w wąską linię, przełknął ślinę, otarł zimny pot z czoła i po chwili w końcu zduszonym głosem udało mu się powiedzieć:

 

- Jestem gotowy, możemy iść. Musimy się udać tam gdzie jest to oko Saurona, widziałeś je prawda? - Wskazał lewą ręką w stronę gdzie mieli iść. - Potrzebuje twojej pomocy, bo musimy zanieść tam pewien przedmiot. Nie mogę iść sam po prostu.

 

Udali się poza mury gildii. Słońce powoli zaczęło zachodzić, wiatr się uspokoił jedynie lekko muskając ich twarze w orzeźwiającym powiewie. Zimny pot tym razem opanował całą twarz Multiego. Jego dłonie lekko się trzęsły, lecz starał się to zamaskować dzierżąc w jednej dłoni Totem, a drugą mocno zaciskając na rękojeści jego miecza. Zaciskał tak mocno, że jego dłonie były tak białe, że nawet nie było widać żyłek.

 

Przeszli przez łąkę, a kilkanaście metrów przed nimi ukazało się coś na wzór ołtarza. Multi przeklął w myślach. Przez to że światło świeciło centralnie na nich z grymasem na twarzy przymrużył oczy.

 

- Tamto?

 

- Tak, tak! - powiedział pewnie.

 

Chciał się w tym momencie zawrócić do gildii, może do karczmy. Iść z Zege na piwo, zamiast na jego ostatni marsz. Zbliżyli się do ołtarzu.

 

Altana była w ciemnym kolorze, otoczona lampionami w kolorze niebieskiego. Kolorze jakie miały kiedyś oczy Multiego. Teraz zaszły ciemną purpurą, taką jaką można było dostrzec na ołtarzu. W centrum ołtarza znajdował się podest, zrobiony ze szczerego złota, mienił się w barwach zachodzącego słońca odbijając się w ciemnych oczymach Zege. Multi pospiesznie odwrócił wzrok, skupiając go na zamkniętej księdze, połyskującej na małym kamieniu obok ołtarza.

 

Cisza dookoła nich była dobijająca. Już teraz, to już ten moment. Multi rozejrzał się.

 

- Co chcesz kłaść? - Zapytał Zege, opierając tarczę o jedną z kolumn ołtarza. Odwinął z papieru kawałek steka i zaczął jeść oczekując na odpowiedź Multiego.

 

Multi przełknął głośno ślinę. Zamknął oczy, wziął głęboki wdech i z lekko niepewnym głosem zaczął:

 

- Przyprowadziłem cię tutaj, ze względu na to że.. - Nie, nie zacznie tego w ten sposób - Pamiętasz naszą rozmowę? Tę na samym początku, na samym samym , początku.

 

- Tą, kiedy się spotkaliśmy? - Multi pokiwał głową - No oczywiście że pamiętam, super było.

 

- Ummm.. - zabrakło mu słów, zapanowała cisza - Ślubowałeś lojalność, swojemu Lordowi… Mi. Prawda?

 

- Oczywiście, tak jak każdy członek naszej Gildii - Odpowiedział jakby to była oczywista rzecz.

 

- Dlatego dzisiaj, dzisiaj jest twój specjalny dzień

 

Zege krzyknął radośnie.

 

- Super! Będę miał w końcu zadanie! - podskoczył w górę cały w skowronkach. Zege wcale nie ułatwiał mu tego zadania.

 

- Taak, dzięki twojemu zadaniu osiągniemy taką moc jaka nam się nie śniła, o jakiej nie myśleliśmy że jest w naszym zasięgu. Będziemy niepowstrzymani! - Poczuł się jakby obiecywał mu szklane domy, ale jednak. Wierzył że to się uda.

Zege uśmiechnął się szeroko. Złapał Multiego za ramię.

 

- Kurwa, dzięki mnie? - Był taki dumny. Jego uśmiech był taki szczery.

 

Z lekkim popłochem w głosie Multi powiedział:

 

- Tak, tak, dzięki tobie! - poklepał Zege po ramieniu - Zdejmij swoją zbroję, złóż ją tam, obok swojej tarczy.

 

Zege w ogóle nie oponował i radośnie zaczął odpinać klamry swojego pancerza. Zdejmował kolejno hełm, popiersie, spodnie. Zdjął kolczugę i położył ją na popiersiu. Pomimo licznych śladów bitew jego oczy odbiły się od połyskującej powierzchni popiersia.

 

- Patrzyłeś? - lekko się zaśmiał, a Multi w pośpiechu się odwrócił - Już już, odwróć się.

 

Multi przepuścił powietrze przez usta. To był już ten moment. Nie chciał żeby nadchodził. Jego oczy nie były już zdolne do płakania, lecz gdyby dalej mogły, na pewno w tym momencie byłyby zaszkliwione. Poczuł zimny pot na karku, nie będąc w stanie go zetrzeć, przez obecność swojej zbroi.

 

- Widzisz ten podest, ten ołtarz? - zacisnął dłoń na rękojeści miecza, a drugą ręką zaczął bawić się mankietem swojego odzienia - Zaraz odczytam tekst - wskazał na księgę - I od ciebie potrzebuję tylko jednego. Musisz stanąć na tym podeście. 

 

Nastała chwila ciszy.

 

- Kiedy odczytam ten tekst, zdobędziemy siłę, moc, energię, która nigdy nie była w naszym zasięgu, ale teraz jest. Dzięki tobie, Zege.

 

Zege bez trudu i wdrapał się na podest. Spojrzał w górę, centralnie nad nim świecił księżyc. Multi powolnym ruchem podszedł do kamienia na którym leżała księga. Przewertował jej puste kartki aż natrafił na leniwie nabazgrane litery. Nie chciał wiedzieć czy to był zwykły tusz, czy krew.

 

Przełknął ślinę i zaczął odczytywać słowa.

 

- Przynoszę ci Panie, mojego wiernego sługę - ukradkiem spojrzał na podest, Zege stanął i założył na siebie ręce krzyżując je - który ślubował swojemu Lordowi, swojej gildii lojalność.

 

Multi zamknął oczy. Nie chciał czytać następnych słów. Powoli wysunął miecz z pochwy, ale tylko lekko, praktycznie niezauważalnie. Wziął głęboki wdech i zduszonym głosem wypowiedział:

 

- W ostatnich minutach swojego życia.. 

 

W tym momencie zimny pot który atakował Multiego przez ostatnie minuty, zalał Zege. Wyprostował się a jego ręce ze skrzyżowanych samoistnie opadły obok niego. Nogi się pod nim ugięły jednak ze wszystkich sił utrzymał się w miejscu. Na dachu altany pojawiła się postać - Szara Eminencja, która obserwowała każdy ruch Multiego. W tym momencie musiał dobrze ważyć swoje każde słowo i każdy swój ruch.

 

- Jego poświęcenie otworzy nam drogę, do mocy jakiej nigdy sobie nie wyobrażaliśmy, o jakiej nam się nie śniło.

 

- Multi, kurwa. Co ty gadasz - Zege ledwo z siebie wydusił. Spojrzał Multiemu prosto w oczy. 

 

Ten odwrócił wzork i spojrzał na Szarą Eminencję a potem na księgę. Zapadła cisza, w której chłopak ledwo już stojący na ołtarzu wyczekiwał odpowiedzi.

 

- Zege.. - chciał powiedzieć Przyjacielu, lecz wiedział że tylko by sobie tym utrudnił zadanie - Zabrałem cię tutaj, ponieważ dzięki tobie, osiągniemy coś więcej niż byśmy osiągnęli sami. Jesteś ważnym elementem całej układanki i bez ciebie by nam się nie udało.

 

- Czemu ja, kurwa, czemu Multi - zająknął się, czując jak gula staje mu w gardle - Czemu?

 

Multi wyszedł i stanął przed nim. Wyciągnął miecz z pochwy. Nie wiedział co odpowiedzieć. Migrena zaatakowała jego skroń sprawiając że gdyby nie adrenalina, prawdopodobnie zarazby sam padł pod ołtarzem. Serce waliło mu o pierś, próbując wydostać się najpierw z klatki otulonej skórą a potem pancerzem.

 

- Muszę to zrobić - zaczął od szeptu, gdy zobaczył jak Szara Eminencja się niecierpliwi przeszedł do panicznego krzyku - Muszę to kurwa zrobić, dla wielkości. Dla wielkości kurwa mać!

 

- Dla wielkości, tak? - zapytał łamiącym się głosem Zege. Spojrzał w ziemię, nie będąc pewnym czy chce jeszcze patrzeć na Multiego - Jebie cie moje metro, ta? 

 

Multi wewnętrznie się wkurwił. Nie wiedział czy na Zege, czy na siebie, czy na Eminencję. Może nie na siebie ale na swoje działania, bo to cholerne metro było jedynym zadaniem jakie Zege otrzymał. Odwrócił się od niego nie chcąc uczyniać dla siebie tego trudniejszym niż było.

 

- Nie, nie, nie! Nie mów tak kurwa mać! - Zaczął krążyć po ołtarzu wymachując mieczem, ze zrezygnowaniem.

 

Szara Eminencja przemówił.

 

- ͯJͯͯuͯż ͯcͯͯzͯͯaͯͯsͯ. ͯPͯͯoͯͯsͯͯpͯͯiͯͯeͯͯsͯͯzͯ ͯsͯͯiͯę śͯmͯͯiͯͯeͯͯrͯͯtͯͯeͯͯlͯͯnͯͯiͯͯkͯͯuͯ. ͯZͯͯaͯͯbͯͯiͯͯjͯ - Multi był już pewny że to nie zwykła migrena, teraz gorączka zajęła pole bitwy o jego skroń, o jego myśli.

 

- Zege, ja ci obiecuję - powiedział błagalnym głosem, brzmiąc jakby miał się zaraz tam na miejscu rozpłakać - Obiecałeś lojalność lordowi, pamiętasz?

 

Chłopak zrezygnowany pokiwał głową. W kącikach jego ciemnych niczym orzech oczu pojawiły się szklane krople mieniące się w świetle księżyca. Multi zbliżył się do ołtarzu.

 

- Przepraszam…

 

Multi zamachnął się mieczem.

 

- …rób co musisz… - powiedział Zege, zrezygnowany. 

 

- ͯZͯͯaͯͯbͯͯiͯͯjͯ! - Krzyknęła Eminencja patrząc na Multiego z góry.

 

 

“To dla wielkości”

 

 

Następne sekundy ciągnęły się. Dla Multiego były jak minuty w ciasnym więzieniu jego głowy. Jego myśli same go atakowały, a ciało obróciło się przeciw niemu atakując go migreną, gorączką i zimnym jak lodowce potem. Przez chwile jego oczy zabłysnęły niebieską barwą by szybko wrócić do purpury.

 

Jego miecz opadł. A wraz z mieczem opadło bezwładnie ciało Zege, jego przyjaciela, jego żołnierza.

 

Na niebie rozbrzmiała burza, a w leżące na ołtarzu ciało chłopaka trafiła seria piorunów. Multi spojrzał w niebo, ale zamiast księżyca ujrzał wyspę, wyspę stworzoną z korupcji, oraz jego Pana i Władcę unoszącego się w powietrzu. Uciekł od piorunów wycofując się z ołtarza.

 

- ͯSͯͯpͯóͯjͯͯrͯͯzͯ... ͯSͯͯpͯóͯjͯͯrͯͯzͯ! ͯTͯͯoͯ ͯdͯͯoͯͯpͯͯiͯͯeͯͯrͯͯoͯ ͯpͯͯoͯͯcͯͯzͯąͯtͯͯeͯͯkͯ! - głęboki głos Eminencji uderzył w jego uszy niczym miliony kościelnych dzwonów.

 

 

Następne minuty, może godziny? były dla niego czarną plamą. Nie wiedział co się z nim działo, doszedł do zmysłów na cmentarzu, stojąc nad grobem przyjaciela. Gorączki i migreny minęły, jednak chłodny pot pozostał.

 

Multi klęczał oparty o swój miecz wbity w cmentarną ziemię, czuł że jakby wstał to by zemdlał na miejscu. Oddychał głęboko, starając się uspokoić. Serce dalej próbowało uciec od niego waląc niczym w gong. Uniósł lekko głowę, by ujrzeć tabliczkę z napisem “Spoczywaj w pokoju, Zege”. 

 

Zmęczenie go uderzyło. Nagły ból ukuł jego serce, na co to się uspokoiło. Powoli wracały do niego wizje, a może majaki, jakie mijał w drodze na cmentarz.

 

 

W dłoniach miał ciało swego przyjaciela. Przyjaciela którego zabił.

Przed nim ukazał się on, Zege.

 

“Czy to naprawdę koniec?”

 

 

Zrobił kilka kroków do przodu, prawie by się potknął o własne nogi.

Ciężar zbroi, ciała, korupcji.

 

“Zabójca”

 

Rzekł stojący za nim Zege.

 

Gdyby mogły, jego oczy zaszły by łzami.

 

 

Multi o zmierzchu opuścił cmentarz.

 

Dźwignął się na nogi opierając się o miecz. Będzie musiał go umyć, ponieważ biała szabla, była teraz w odcieniu szkarłatnym.

 

Gdy stanął w bramie cmentarza jeszcze raz się odwrócił, nie był w stanie powiedzieć czemu.

 

O płytę nagrobną opierał się Zege. Ręce miał skrzyżowane na swoim torsie a na jego twarzy był cień drwiny.

 

- Widzimy się po drugiej stronie - przywódca gildii przestał oddychać - Lordzie Multi.





Tego dnia, żaden wróbel już nie wzniósł się niebo, a żaden pies nie zaszczekał. Przynajmniej na terenie gildii YFL.

Notes:

dosłownie jak oglądałam z tego shoty to sie popłakałam tak emocjonujące to dla mnie było