Chapter Text
Ezra długo opracowywał ten plan. Pieczołowicie poprawiał wszystkie detale, ustalał dane oraz czasami nawet do późnej nocy ślęczał nad tym, aby był wręcz idealny. Obawiał się również niepowodzenia, tego, że nie zdąży, ale nic bardziej mylnego.
Gdy tylko na niebieskim ekranie holopadu wyświetliły się cyferki, znaczące, że właśnie wybiła piąta trzydzieści czasu lokalnego, Ezra był gotowy. Jednym susem wybiegł z kajuty na zimny korytarz, cicho jak kot przemieścił się do ciemnej ładowni, otworzył szyb wentylacyjny, aby wyjąć z niego małą torbę z cennym ładunkiem, po czym wspiął się na górę. Wszystko szło jak po maśle, już prawie uda mu się wypełnić misję.
Jego uśmiech spełzł mu z twarzy, gdy dotarł do miejsca docelowego. Drzwi od jedynej łazienki ducha trzasnęły mu przed nosem, zamykając w swoim środku uśmiechającą się szyderczo Sabine.
- Karabast! - zaklął, uderzając pięścią w zimny metal przed sobą i mógł przysiąc, że słyszał ze środka złośliwy chichot.
To niemożliwe, pomyślał. Ten plan był idealny! Wszyscy o tej godzinie jeszcze śpią, tylko ta głupia Mandalorianka musiała nie spać w ogóle, tylko słuchać jakiejś dziwnej, artystycznej muzyki przez całą noc.
Osunął się pod ścianą przy łazience. Nie jest najgorzej, poczeka, aż dziewczyna się umyje, jest drugi w kolejce, co takiego może się wydarzyć?
10 minut później
Hera nie była pewna, jak bardzo zniekształcony jest obraz, który widzi przed sobą. Z ulgą weszła na pokład frachtowca, trzęsąc się z zimna i zmęczenia. Już nigdy więcej nie poleci na Mimban. No, chyba że zależałby od tego los rebelii.
- Dzień dobry! - oznajmił znajomy głos, gdy weszła do kambuza, chyba tylko z nawyku, aby zrobić sobie kaff. Podniosła wzrok, żeby zobaczyć Kanana, który właśnie związywał dopiero co odrastające włosy w niedbałego koka. Fakt, iż stał w kambuzie bez koszulki, tylko w nisko opuszczonych spodniach do spania, sprawiał, że chciała go ochrzanić za złamanie etykiety, ale nawet na to nie miała siły. - Jak tam patrol?
- Stracony czas - odparła szczerze i oparła głowę na klatce piersiowej Kanana, który podszedł, aby ją przytulić na przywitanie, po całodobowej nieobecności. - Roi się tam od starych sond imperialnych, które jednak wciąż nadają sygnały. Za dużo ich, żeby je likwidować jeden po drugim, zbyt wiele tego chole... - nie dokończyła, bo zdanie przerwało jej potężne ziewnięcie.
- Jesteś cała w błocie - zauważył Jedi z lekkim rozbawieniem, ale nie widać po nim, aby ten fakt przeszkadzał mu w utrzymaniu bliskiego kontaktu fizycznego z Twi'lekanką, która westchnęła poirytowana.
- Żebyś widział mój myśliwiec - jęknęła z bólem. - Jak tylko sobie wyobrażam, ile części będzie do wymiany przez tę cholerną pogodę na Mimban...
- Może, być pomyślała o sobie najpierw, co? - przerwał jej łagodnie. - Łazienka będzie wolna za minutę, zmyj to z siebie i idź spać. Jesteś padnięta.
Hera pokiwała głową i wspięła się na palce, aby cmoknąć go w policzek. Mogła przysiąc, że w jej butach chlupotało błoto, kiedy szła wąskim korytarzem do łazienki.
- O, wyglądasz okropnie! - powitała ją Sabine, która wychodziła z łazienki i ręcznikiem na głowie, na co Hera przywołała w pamięci jak dostała ataku śmiechu, gdy po raz pierwszy zobaczyła Kanana, który w ten sposób suszył włosy. - Wbijaj się myć, ja już skończyłam.
Hera już miała wkroczyć do pomieszczenia, gdy usłyszała, jak coś za nią zachrapało. Odwróciła się i zobaczyła Ezrę, śpiącego twardo pod ścianą.
- A co z nim? - zapytała Mandalorianki.
- Wiesz, jak on ostatnio ciężko sypia? - powiedziała Sabine ze zbyt dużą powagą. - Ty tego nie widzisz, bo latasz na patrole, ale my, tu, z nim, na pokładzie - pokręciła z udawanym współczuciem głową. - To zupełnie inna bajka.
- Nie wierzę ci, ale jestem padnięta, więc obudzę go, jak tylko się umyję, nie myśl sobie. - i zamknęła za sobą drzwi.
7 minut później.
- Zeb, muszę iść - powiedział Kallus, starając się być stanowczy, jak na spotkaniach i naradach dowództwa, ale coś w towarzystwie jego chłopaka, jak widać, mu nie wychodziło. Odpowiedziało mu mruknięcie.
- Mam za niecałą godzinę stawić się u Mon Monthmy - ciągnął dalej, w głębi duszy myśląc, że była pani senator może poczekać trochę dłużej.
- No to masz pecha - odburknął Lasat, zacieśniając swój żelazny uścisk.
- Garazeeeeb! - powiedział błagalnie Kallus, próbując sobie wmówić, że nieprzyjemnie mu się tak leży, z Zebem, obejmującym go od tyłu, w ciepłej pościeli. - Muszę się jeszcze umyć, zanim wyjdę, a znasz tę załogę, na pewno już jest kolejka.
- Nie musisz się myć - stwierdził sennie Lasat i nachylił się, aby powąchać rozczochrane od snu włosy mężczyzny. - Pachniesz jak zdrowy, lasadzki wojownik.
- I dlatego muszę się umyć - odparł pod nosem Aleksandr i wpadł na pewien pomysł. Okrutny co prawda, ale z całą pewnością skuteczny.
Powędrował dłonią po miękkiej sierści wzdłuż ramienia Zeba, przez jego obojczyk, aż po mięciutkie futro za kocimi uszami i podrapał go niczym kota. Z wnętrza Lasata rozległo się głośne, wibrujące mruczenie, a jego uścisk rozluźnił się, nie całkowicie, lecz na tyle, że Aleksandr mógł się wyślizgnąć z ich koi.
- Karabast! - warknął Zeb, a Kallus roześmiał się.
- Wyobraź sobie, że wciąż nie wiem, co to znaczy – rzucił przez ramię, wychodząc z kajuty, którą oddał im Kanan, po tym, jak Kallus oficjalnie dołączył do załogi Ducha.
Po sporym czasie mieszkania na Duchu nie czuł się niekomfortowo, paradując w samych bokserkach na korytarzu, zresztą wierzył Zebowi, kiedy ten stwierdził, że z takim ciałem nie ma powodów do wstydu. Zarumienił się na to wspomnienie.
Jego rozmyślania przerwał syk otwierających się drzwi od łazienki, z której wyszła Hera, widocznie zataczając się ze zmęczenia. Uniosła niedbale rękę, co chyba miało być gestem powitania, minęła go i poszła w stronę swojej kajuty. Kallus widząc jej stan, domyślił się, że nadal nie udało się znaleźć miejsca na nową bazę i utknął w tych ponurych rozmyślaniach aż do chwili, gdy i on opuszczał łazienkę, po szybkim prysznicu. Wtedy dopiero zauważył, że pod ścianą ktoś leży pogrążony głęboko we śnie.
Uśmiechnął się i pochylił się, aby delikatnie go obudzić, ale poczuł czyjąś rękę na swoim ramieniu. Odwrócił się i zobaczył uśmiechniętą Sabine, która pokręciła głową i przyłożyła palec do ust. Spojrzał na nią z pełnym niezrozumieniem, a ona wyszeptała.
- Założyłam się z Ketsu, że Ezra umyje się dzisiaj ostatni.
- Ale… - Kallus nie rozumiał, o co chodzi. - Po co?
- Od tygodnia jest taki zdesperowany, a ja lubię patrzeć, jak się męczy – wyjaśniła szczerze, a uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- No, okay – wzruszył ramionami. - No to nie przeszkadzam.
I odszedł w swoją stronę, kręcąc głową.
W ciągu kolejnych trzydziestu minut przed Ezrą zdążyli się umyć Kanan, Ketsu, Zeb, a nawet Wedge, Rex, dwóch nieznanych nikomu pilotów z eskadry A – Wingów, Kes Dameron i Księżniczka Leia, która wparowała na i tak już zatłoczony pokład Ducha, mówiąc, że toalety na Home One są przepakowane, a na Sokole Millenium myć się nie będzie, bo Han tam siedzi przez cały czas.
Ezra chwycił się za głowę, która pulsowała mu z bólu, zapewne od hałasu, który panował na Duchu. Jego kark również promieniował bólem, więc potarł go otwartą, zesztywniałą od zimna dłonią. Czuł się… źle. Po prostu fatalnie.
Jednak minęło mu, to gdy zobaczył to. Zerwał się na nogi i podziwiał to, co ma przed sobą.
- Taaaaaak! - wrzasnął, nie dbając o to, która może być godzina. - Wolna łazienka! Nareszcie nie jestem ostatni!
Rebelianci, zatłoczeni w mesie spojrzeli po sobie, a Ketsu wręczyła Sabine do ręki dwadzieścia kredytów.
- Dziękuję, słońce – powiedziała Mandalorianka i pocałowała swoją dziewczynę w policzek.
- Czy powiemy mu prawdę, jak wyjdzie? - zapytał Zeb, popijając wielki kubek kaffu.
- Aż tak okrutna nie jestem – odparła Sabine, słysząc, krzyki Ezry dochodzące spod prysznica.
- KARABAST! PRYSZNIC ZAPCHAŁ SIĘ OD TEJ CHOLERNEJ SIERŚCI ZEBA! CAŁY MÓJ PLAN POSZEDŁ SIĘ JEBAĆ…
