Actions

Work Header

Sąd nad godnością (i winem)

Summary:

Przed przemianą Astarion nie był jeszcze potworem, ale sędzią - owszem. Powaga miesza się z absurdem, a kieliszek z paragrafem.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

 

 

“Nic tak nie niszczy ideałów jak wygodne krzesło i pełny kieliszek”  

znane powiedzenie z Wrót Baldura 

autor nieznany (choć Astarion twierdzi, że to on) 

 

Wygodnie oparty, z wyraźnym znużeniem przyglądał się aktom sprawy, które trzymał na kolanach. Spośród wszystkich rozpraw, które mógł dziś rozstrzygać, ta wydawała się najbardziej absurdalna. Astarion obrócił kartkę w dłoni z miną człowieka, który już po pierwszym zdaniu wie, że jego czas zostanie zmarnowany. 

Sprawa numer 127. Obraza osobista poprzez pomylenie rasy niziołków z rasą gnomów. Na oczach świadków. Oczywiście. Spojrzał w sufit, jakby tam szukał odpowiedzi lub resztek cierpliwości. 

— Czy to kara za to, że ostatnio odrzuciłem wniosek kuzyna arcydiakona? — zapytał w pustkę, po czym wezwał strony na salę. 

Najpierw wszedł skalny niziołek o wzroście beczki, maszerując z uniesioną brodą i świętym oburzeniem malującym się na twarzy. Tuż za nim pokracznie kroczył półork, którego spojrzenie jasno sugerowało, że wolałby teraz łowić żaby, niż być tutaj i rozmyślać nad semantyką. 

Elf złożył dłonie w daszek, bardziej parodiując Alaundo Proroka niż mając cokolwiek wspólnego z prawdziwą mądrością. 

— Panowie — zaczął z teatralnym spokojem. — Jesteśmy tu, by rozstrzygnąć, czy nazwanie kogoś „gnomem” jest przestępstwem godnym całodziennego procesu. Proszę, niech któryś z was przekona sąd, że żyjemy w świecie, w którym warto jeszcze walczyć o słowa. 

Przez chwilę zapadła cisza. To właśnie w tej absurdalnej sytuacji poczuł coś dziwnego — wspomnienie. Echo uczucia, że sprawiedliwość, nawet w pozornie błahych sprawach, może jeszcze coś znaczyć. Zanim świat go zepsuł, naprawdę pragnął być kimś, kto dostrzega więcej niż tylko powierzchnię. Nie odchrząknął. Nie pozwolił sobie na cień sentymentalizmu, ale przez krótką chwilę miał ochotę się zaangażować. Szybko jednak odparł tę pokusę, zanim zdążyła w nim zakwitnąć.  

— Zaczniemy od powoda — wskazał ręką na stwora, który znajdował się na poziomie jego buta, po czym ze znudzonym półuśmiechem dodał: — Proszę przedstawić zarzut w sposób zwięzły, dramatyczny i – błagam – nie dłuższy niż cała Trylogia o Wojnie Smoków

Skalny niziołek napuszył się jak kogut przed bitwą. Wstał i z zaciętością godną samego Łupieżcy Umysłów warknął: 

— On nazwał mnie gnomem! W karczmie! Przed ludźmi! I jeszcze się uśmiał! — wskazał wściekle palcem na pozwanego. 

Astarion jęknął w duszy, którą kiedyś posiadał, ale została ona zapita hektolitrami wytrawnego wina. Z tak bojowo nastawioną istotą na sali spędzi przynajmniej pół dnia. 

— Gnomem — powtórzył z kamienną twarzą. — Czyli istotą niskorosłą, owłosioną, wiecznie rozgad… Dobrze, dobrze. Co pan poczuł w tamtym momencie? 

— Rzecz jasna upokorzenie, rozpacz i złość! To… To był akt przemocy kulturowej! 

Omal nie zakrztusił się własną śliną. Myślał, że absurdalność tego procesu nie może już przekroczyć granic, ale najwyraźniej się mylił. 

— Aha. Czyli nie tylko pomyłka, ale i przemoc. Cóż, imponujący rozmach. Czy to spowodowało u pana jakieś rany? 

— Tak! W duszy! — zaciekłość niskorosłej osoby była porażająca. Ta walka o godność swojej rasy, wymalowana na jego twarzy, zasługiwała na podziw, gdyby tylko miała jakikolwiek sens. 

— Oczywiście — przytaknął z miną, jakby właśnie ktoś podał mu herbatę z halucynogennych grzybów. — A teraz pozwany. Czy ma pan coś na swoją obronę? 

Półork wstał niezdarnie. Podrapał się po głowie, nie do końca rozumiejąc, co właściwie robi w tej szlachetnej instytucji użytku publicznego. 

— Ja myślałem, że to gnom, prze sądzie. No, mały jest. A ja znałem jednego gnoma kiedyś. Też był taki mikrusi — w sali rozległo się oburzenie od strony powodowej. Mieszaniec orków kontynuował: — To myślałem, że może to ten sam. No, powiedziałem: „O, gnomie, co ty tu robisz?” A on w krzyk. 

— Tak po prostu? — zapytał sędzia, opierając brodę na ręce i lekko przekrzywiając głowę. — Czy może jednak z podtekstami? Jaka była intonacja pańskich słów? — dopytał, kryjąc ziewnięcie w rękawie swej czarnej szaty. Stwór zamrugał, nie do końca rozumiejąc pojęcie „intonacja”. W sali zapanowała głucha cisza, przerywana bzyczeniem muchy, która w jakiś sposób dostała się do pomieszczenia mimo zamkniętych okien. 

— No, normalna — odpowiedział w końcu, dość niepewnie. 

— Rozumiem. Intonacja normalna. Fascynujące — skomentował, wracając do swobodnej pozycji, opierając się pokusie, by położyć nogi na sędziowskim stole. 

Przybysz z górskich szczelin już czerwieniał ze złości, nie mogąc znieść tych kłamstw. 

— On porównał mnie do gnoma z bagien, który miał zgniłe zęby! 

Astarion miał ochotę skończyć z tym cyrkiem, wstać i oddać pokłon ku Myrkulowi, który przynajmniej nie zamieniał życia w moralitet. 

— Dobrze. Oto, co proponuję: niziołek przestaje oczekiwać od półorków znajomości niuansów etnicznych, a pozwany przestaje mówić innym, co myśli, jeśli nie jest absolutnie pewien, że zna ich osobiście. Umowa? 

Powód tupnął nogą, ale nic nie powiedział, jakby pogodził się ze swoim losem, a i tak zyskał więcej, niż się spodziewał. Natomiast wysoki stwór zamrugał, najwyraźniej wciąż niepewny, o co chodzi ani gdzie się znajduje. 

— Wspaniale. Zatem mamy ugodę. Rozprawa zakończona, a ja mogę wrócić do rozważania, czy mam dziś siłę na samobójstwo przez nudę, czy może jednak zostawię to na jutro — powiedział, zerkając na wtorkową wokandę. 

Sala opustoszała, a drzwi, które skrzypnęły po raz ostatni, zamknęły się z westchnieniem godnym starego aktora po ostatnim akcie. Elf jęknął, czując się całkowicie wyssanym z sił. Spojrzał na stół, jakby liczył drzazgi. Kiedyś miał serce do swojej pracy. Problemy, nawet te trywialne go obchodziły, a on autentycznie pragnął rozstrzygać konflikty między innymi. Chęć zmiany i wpływu na cudze życie z czasem zamienił na galeony, jedwabne fatałaszki oraz bankiety, na których trzeba było umieć uśmiechać się, gdy cię obrażano. Kłamstwa, które smakowały jak wino i dawały więcej niż prawda. Wygodne życie we Wrotach Baldura miało swoją cenę, a on stał się zbyt rozpróżniaczony, by teraz z tego zrezygnować. 

Wstał i podszedł do okna. Zamek z tej wysokości wyglądał jak makieta. Ludzie wydawali się jedynie punktami, a ich kłótnie brzmiały jak szmery. Nie potrzeba było żadnych klątw. Wystarczyło wygodne krzesło, dobre jedzenie i kilka osób, które płacą wystarczająco dużo, by nie musieć słuchać sumienia. I tak koło się toczyło, a on zatracał się w tym zepsuciu.  

Otworzył drzwi, ale zanim wyszedł, jeszcze raz obejrzał się za siebie — nie jak ktoś, kto żegna się z miejscem, lecz jak ten, który uświadomił sobie, że od dawna niczego nie żegna, bo już nic nie zostaje z nim na dłużej. 

 

 

Karczma „Spłoniona Syrena” nie była miejscem dla pospólstwa, ale też nie na tyle luksusowym, by przyciągać zblazowaną szlachtę. Była idealna – wystarczająco elegancka, by udawać wyrafinowanie i z odpowiednią ilością taniego wina, by o nim zapomnieć po drugim kielichu. Astarion siedział w rogu przy stole, trzymając w jednej dłoni kieliszek pełen czerwonego napitka, a drugą luźno opierając na udzie. Jego oczy były półprzymknięte, a usta zdobił lekki uśmiech. Wyglądał na zadowolonego z siebie. 

— Ciekawe — mruknął nieco bełkotliwie, obracając kieliszek — czy dzisiaj uda mi się napić bez spotkania z czyjąś krzywdą, kompleksami albo głośnym wyznaniem miłości do Matki Natury. 

Podniósł wzrok i wtedy go zobaczył. W wejściu do karczmy stał ten sam skalny niziołek, z którym spotkał się na sali sądowej. Ich spojrzenia się skrzyżowały, a on zrozumiał, że Wszechświat nie potrafił po prostu dać mu jednego wieczoru z winem i milczeniem. Niskorosła osoba, pozbawiona dramatyzmu, podeszła do niego i usiadł na wolnym krześle obok. 

— Sędzia Ancunín, widzę, że i pan czasem opuszcza wieżę z kości słoniowej. 

— Tylko wtedy, gdy słoniom kończy się wino — odpowiedział spokojnie, nie podnosząc wzroku na towarzysza. — Czym mogę służyć, panie… przypomnij mi, obrażony z powodu pomyłki taksonomicznej? 

Towarzysz parsknął, ale nie wyglądał na zagniewanego. 

— Nazywam się Tramble Dobrzyrdzeń i myślę, że pan mnie dziś uratował — rzekł, podnosząc swoją drobną dłoń ku górze, by zamówić piwo. 

Elf spojrzał na niego i zmarszczył brwi, co w jego lekko upojonym stanie wyglądało dość karykaturalnie. 

— Przed czym pana uratowałem? Przed niechcianą zmianą gatunku? 

— Przed samym sobą. Gdybym tam został jeszcze pięć minut, to tylko bym się jeszcze bardziej ośmieszył. Ale pan wszystko obrócił tak, że… wyszedłem z godnością. Chyba. Albo przynajmniej z taką śmiesznością, którą da się znieść — odparł, zamyślony. Zapadła cisza, taka, której nie przerywa się zbyt szybko. Astarion w końcu skinął głową. 

— Proszę, niech to będzie początek czegoś zupełnie nieznaczącego — powiedział, upijając resztkę alkoholu ze swojego kieliszka. Tramble uśmiechnął się, ale nie wstał, choć można było dostrzec, jak nerwowo przebiera nogami. 

— A może pan właśnie potrzebował przypomnienia, że jeszcze panu się chce? — jego słowa zawisły w powietrzu. Wino już nie smakowało tak samo. Po chwili Astarion wrócił do kieliszka, który w międzyczasie napełnił. Towarzysz, nie doczekawszy się swojego zamówienia, poszedł do baru, nucąc coś pod nosem z miną człowieka, który wygrał w grze, o której nie wiedział, że w nią gra. 

Sędzia siedział jeszcze chwilę, wpatrując się w wirujący trunek i własne odbicie w jego powierzchni. Tak to właśnie wyglądało. Jeden dzień. Jedna błaha sprawa. Niziołek, który jako jeden z nielicznych szuka sprawiedliwości w sądzie. Uniósł kieliszek do toastu, choć nikt nie patrzył. 

 

Wracając do domu, myślał, że może jednak nie jest całkiem pustym elfem, lecz bardzo dobrze wytrenowanym. Moralność przypomina przyprawę – dodaje smaku, ale nie warto z nią przesadzać, bo można zacząć w nią wierzyć. W ciągu tej jednej, krótkiej nocy znów poczuł, że kiedyś był kimś więcej. 

Notes:

Już od jakiegoś czasu kołotał mi się po głowie pomysł napisania ficzka do Baldur’s Gate 3, gdzie głównym bohaterem byłby wspaniały Astarion. Uwielbiam tę grę i dzięki niej nabrałam chęci powrócenia, choć na chwilę, do fanficiarskiej pisaniny. Tekst sprawdzałam miliony raz, tak wiele, że mogłabym go cytować we śnie, więc nie jestem już w stanie wyłapać błędów, dlatego go wrzucam. Jak ktoś coś zauważy, proszę dać mi znać to poprawię. Ja już po prostu nic nie widzę.