Chapter Text
Sławek chciał uciec. Najchętniej tam, gdzie pieprz rośnie. Kurczowo trzymał swoją mównicę, przewiercając Adriana Zandberga wzrokiem. Gdyby jego spojrzenie było zabójcze, nawet tak wielki koń jak on leżałby teraz na ziemi.
Był absolutnie wściekły. Gdyby mógł, rzuciłby szklanką w Duńczyka, albo roztrzaskałby ją na jego głowie. Musiałby, oczywiście, najpierw dosięgnąć tak wysoko. Może gdzieś był tu jakiś stołek.
Jednak jedyne co faktycznie mógł zrobić, to wpatrywać się w niego z uśmiechem godnym prezydenta, gdy ten paplał jakieś głupoty o podatku katastralnym. Kataster, sraster, zaraz to ong go chyba wykastruje. Nikt jemu, wielkiemu przedsiębiorcy, nie będzie zabierał ciężko zarobionych pieniędzy! Żeby co, niepełnosprawni w tym kraju mogli godnie żyć? Ha, dobre! Może jeszcze babcie będą dostawać wystarczającą emeryturę?
Nie, czekaj, zaraz...
Ten lewak mu miesza w głowie. Musi zrównać go z ziemią w swojej odpowiedzi, ale za nic nie może wpaść na dobrą ripostę. Cholera, co robić? Mógł jednak uczyć się retoryki od Brauna.
Zemści się na tym parszywym komuchu, za to w jakim świetle go postawił. Tak mu do dupy nakopie, że zrobi z niego prawaka. Może nawet wyplewi gejostwo? To chyba niemożliwe, biorąc pod uwagę upodobania Krzysia Bosaka, ale on był spoko gejem. Adrian zdecydowanie nie był spoko gejem.
Jego wypowiedź trwała niemożliwie długo, ile można rozmarzać się o uczciwych cenach mieszkań? Jak niby wtedy mają zarabiać miliony deweloperzy i najemcy? Miał już go serdecznie dosyć. Z każdą sekundą jego gniew narastał, a wściekłość buzowała w jego żyłach.
W końcu przestał mówić. Sławek poczuł natychmiastową ulgę, poprzedzoną uczuciem paniki, bo nadszedł czas na jego odpowiedź. Co robić? Może modlić się do Arystotelesa?
Przez 30 sekund owijał w bawełnę, unikając sedna tematu. Jak ten socjalistyczny gnój mógł tak go upokorzyć? Wyśle na niego Młodzież Wszechpolską, Krzysiu napewno się zgodzi jak go ładnie poprosi. Jeśli nie, to sam go znajdzie.
Przywiąże go krzesła i zmusi go do wielogodzinnej rozmowy o wolnym rynku. Każdego da się nawrócić na dobrą stronę mocy, w sensie tę prawą, był tego pewien.
...
Koniec debaty. Wreszcie odetchnął z ulgą, nie przepadał za wystąpieniami publicznymi, w szczególności nie za debatami. Tu serio musiał myśleć o swojej odpowiedzi, a nie recytować wyuczone formułki jak na wiecach.
Tęsknił za tą prostotą. Bycie trzecim największym kandydatem tych wyborów, a może nawet i drugim, wiązało się z ogromną presją, która zaczęła na nim ciążyć. Czasami żałował, że nie wystartował ktoś inny.
Z zamyślenia wyrwał go znajomy głos, który okropnie grał mu na nerwach. Stał przed nim człowiek, który spędzał mu sen z powiek. A teraz, jak gdyby nigdy nic, wyciągał do niego przyjaźnie rękę.
- Dobra debata, panie Sławku. Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać - Sławek za to modlił się, aby do tego nie doszło. Jeśli już, to na jego warunkach, z Adrianem przywiązanym do krzesła. - Jest pan zaiste ciekawym człowiekiem. Powodzenia.
I uścisnęli sobie ręce, a Mentzen próbował zahamować wiązankę wyzwisk, która cisnęła mu się na język.
- Wzajemnie. Niestety muszę już uciekać, wyborcy czekają, wiesz jak jest - uśmiechnął się głupkowato. Nie miał najmniejszej ochoty na dalszą rozmowę, bo inaczej chyba udusi tego człowieka albo dostanie szczękościsku.
- Oczywiście, wiem jak zajętym człowiekiem pan jest, panie Sławku - ja ci, kurwa, dam panie Sławku, pomysłał Mentzen. Pożegnał się z nim, na odchodne rzucając kilka formalnych zwrotów. Myślał, że się zaraz porzyga.
W końcu odjechał na swojej hulajnodze.
...
Sławek siedział na łódce, na jakimś jeziorze na Mazurach. W jednej ręce trzymał wędkę, a w drugiej lekko ciepławe i wygazowane Tyskie. W dodatku, ku jemu przerażeniu, było to piwo zero.
Na głowie miał czapkę rybaczkę, a jego plecy były spalone od słońca. Chyba schodziła mu skóra. Nie używał nigdy kremu słonecznego, bo był prawdziwym i męskim mężczyzną.
Był okropny upał. Chcąc trochę się schłodzić, zanurzył rękę w wodzie i ochlapał swój kark. Ulga jednak nie nadeszła.
Nagle wędka lekko zaczęła się poruszać. O tak, miał branie! W końcu będzie mógł wrócić na ląd. Zaczął szarpać się z wędką, a ryba którą zobaczył w wodzie okazała się być ogromna. Takie w ogóle pływają w jeziorach?
Mocował się przez dobre 15 minut, barki i plecy go piekły, ale nie poddawał się. W podstawówce przeczytał kiedyś "Starego człowieka i morze", więc on także się nie podda! Ramiona już dawno chciały odpuścić, ale siła jego woli była silniejsza.
Gdy wciągnął rybę za burtę okazało się, że był to... tuńczyk? Od kiedy tuńczyki pływają w jeziorach? Nagle ryba zaczęła szaleńczo miotać się na różne strony, prawie uciekając biednemu Sławkowki.
Nagle znieruchomiała. Odwróciła się w jego stronę i patrzyła mu prosto w oczy. Jej głowa powoli zaczęła się przemieniać w głowę... Zandberga?
- Sławek... posłuchaj mnie uważnie - Sławek słuchał. - Wolny rynek to kłamstwo, ludzie cierpią. Musimy im pomóc. Dołącz do mnie - namawiała go, kusiła zakazanym owocem.
- Nie mogę, jesteś komunistą!
- Komunizm to nic złego Sławek, dołącz do mnie. Wolny rynek nie istnieje! - namawiał go rybny Zandberg.
- Nieeee...!
...
Sławek obudził się z krzykiem na ustach. Złapał się za serce, które biło mu jak dzwon. Rozejrzał się przerażony po pokoju i uszczypnął się dla pewności.
Westchnął głęboko.
Na szczęście to był tylko zły sen. Wiedział, bo pił w nim piwo zero.
Dopadnie tego pieprzonego komucha.
