Actions

Work Header

my Polacy nie mamy szczęścia do sąsiadów

Summary:

O tym dlaczego pokój zamykać należy szczelniej niż serce.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

 

- Ja ciebie w żadnym wypadku, brachu, nie krytykuję, ale jakbyś był miły powiedzieć mi, po kiego czorta…?

Andrzej Wilmowski dołożył wszelkich starań, by nie wyrżnąć głową o kant trzymanej właśnie na ugiętym nadgarstku deski, co było tyleż trudniejsze, że dzierżący drugi jej koniec, człowiek miał wieloletnią manierę machania rękami, jak mówił. Łapiąc się siłą woli, bowiem obie ręce miał zajęte, a od ściany dzieliło go o kilkanaście centymetrów za wiele, by dosięgnąć do niej zębami, bardzo powoli wypuścił z płuc powietrze.

- Tadziu, ty nie kombinuj, tylko trzymaj.

- Trzymam. – Wymowne uniesienie brwi zaowocowało ciężkim westchnieniem marynarza, na co Wilmowski przymknął oczy z rezygnacją. Wydychając głośno, Tadek też ruszał ramionami. I trzymaną na nich deską, a nawet trzymającym drugi jej koniec, samym panem Wilmowskim. – No to przybijasz to, czy ja mam? – Zniecierpliwił się bosman Nowicki, gdy stał już tak przy ścianie całe trzydzieści dwie sekundy a w ścianę nie został wbity ani jeden nowy gwóźdź.

Przypominając sobie raz jeszcze, że samodzielnie byłoby mu to niezwykle ciężko zrobić, Andrzej skinął głową i wrócił do wymierzania odległości między planowanym umiejscowieniem gwoździ.

- Lewa strona minimalnie wyżej… minimalnie!

- A ile to minimalnie? – zainteresował się uprzejmie Tadek i Wilmowski zaraz posłał mu podejrzliwe spojrzenie, wychwytując dziwnie ubawioną nutę w jego głosie.

Twarz marynarza pozostała w niezmiennym wyraźnie niewinnego rozpromienienia, za którym nie mogło kryć się nic poza jego naturalnie radosną naturą. Wytrzymał spojrzenie i tylko uśmiechnął się szeroko.

- Tyle. Cztery milimetry.

- Myślisz, że ja miarkę w oczach…

- Tyle!

- Dobrze już.

- Teraz trochę w dół.

- Ile, milimetr?

- Tadek.

- Słucham cię?

- Tak. Milimetr. Tyle.

- Tak jest. – Dłoń Tadka zadygotała od śmiechu, który wstrząsnął jego barkami, a potem, chwała Bogu!, znieruchomiała, trzymając deskę w odpowiednim miejscu.

- Wspaniale. Teraz trzymaj.

- Trzymam – zapewnił solennie Tadek i podrapał się po nosie drugą dłonią.

Wilmowski przymknął oczy po raz kolejny.

 

* * *

 

- Przyniosłem skrzynię! Odrobinę cuchnie, więc albo będzie czuć morzem albo chemią.

- Morzem, czyli rozkładającymi się resztkami ryb i rdzą starego kutra?

Tadek skrył uśmiech i prowadzony głosem przyjaciela, wszedł do wnętrza mieszkania, mijając po drodze dwie sterty starannie ułożonych książek, wysunięty do holu regał, podniesiony i oparty o ścianę materac, stos papierów zapisanych, drugi stos takich niezapisanych i stertę rulonów map, z których część smętnie turlała się po podłodze pod każdym powiewem wiatru.

Wreszcie, na samym końcu tego toru przeszkód, znalazł szanowną osobę pana profesora, aktualnie z całą godnością stojącego jedną nogą na szafce, a drugą na gzymsie parapetu. Płowa głowa i dolna połowa twarzy Wilmowskiego były owinięte płótnem. Zakasane mankiety koszuli plamiła woda z mydłem, kapiąca ze szczodrze namydlonych szmatek, z których dwie aktualnie dzierżył w dłoniach.

Trzecia zalegała na szczególnie trudnej do zmycia plamie atramentu na szafce, której zapewne niegdyś pisane było być elementem kredensu, a nie prowizorycznym stołem kreślarskim.

- Duża skrzynia – skwitował Andrzej na jego widok, a jego głos był przytłumiony zawiązaną na głowie osłoną. – Wspaniale. Do balii.

- Czyli ma pachnieć mydłem.

- Wolę mydło niż coś, co zostaje wspomnieniem miesiące po tym, jak umarło.

- Dobrze, już dobrze. Namoczyć od razu?

- Jakbyś był tak dobry.

Śmiejąc się pod nosem z niecodziennego wizerunku, animuszu i roli przyjaciela, Tadek zatargał więc pokaźny kufer do łazienki. Po drodze wyminął dwie inne skrzynie, ułożone jedna na drugiej, niewielką szafkę i ułożone starannie w rządku cztery pary ciężkich, myśliwskich butów.

Pieczołowicie ominął przy tym przygotowane już na kolejne etapy wielkiego sprzątania wiadro z zagrzaną wodą, wiadro ze ścinkami mydła i starą, drucianą szczotkę, którą czort wiedział jeden, skąd Andrzej wytrzasnął.

- Skrzynia zwodowana – zameldował Tadek, powracając chwilę później na plac głównych zmagań. Andrzej dalej walczył z tamtym zakurzonym i pokrytym pajęczynami narożnikiem za regałem. – Mam się brać za kuchnię?

- Nie. Kuchni mi nie dotykaj. Tam to wszystko wygląda, jak… - Wilmowski zawiesił głos w namyśle, ale widocznie nawet jego nieprzeciętny umysł nie był w stanie wymyślić porównania dość obrazowego, by oddawało katastrofalny stan kuchni. – Kuchnia na koniec.

- Tak jest.

- Możesz sprawdzić okiennice. I okna trzeba by umyć… - Pan profesor dalej myślał na głos, gdy Tadek był już w przedpokoju, radośnie przegrzebując się przez zsyp narzędzi, o których zebranie postarał się osobiście przez ostatnich kilka dni. – Tadek?

- Ta?

- Tylko nie druciakiem!

Bosman odwrócił się w holu, by posłać mu wymowne spojrzenie. Zastygając tak z młotkiem w jednej dłoni, miarką w drugiej i paczką gwoździ między zębami, mógł mieć nadzieję, że wciąż prezentował się odpowiednio godnie, by przekazać swoje ubolewanie nad niedowiarstwem przyjaciela. Wilmowski machnął ręką, mamrocząc coś o tym, że to tak z rozpędu, zatem chyba sprawiał jako takie wrażenie w rzeczy samej.

Niezmiernie rad z możliwości postukania młotkiem do woli i zajęcia się czymś, co nie wymagało wymierzania milimetrowej różnicy ku zadowoleniu profesora, Tadek ruszył na podbój okiennic kuchennego okna. Rzeczywiście pierwszej nowości to tam była jedynie zastawa i to głównie z tego powodu, że została w większości dokupiona, gdy małe mieszkanko w kamienicy zyskało drugiego lokatora.

Z początku tenże lokator dokładał wszelkich starań, by w najmniejszym nawet stopniu nie wpływać na wystrój i porządek wnętrza lub też to, co właściciel mieszkania uparcie porządkiem tytułował, wbrew nawet najbardziej wyrozumiałej ocenie Wilmowskiego.

Wraz z upływem lat jego rola w mieszkaniu i życiu Smugi wzrosła jednak na tyle, by począwszy od upominania go, by raczył nie kłaść szklanek z herbatą na gazecie, którą jeszcze czytali, poprzez poprawianie wrzuconych byle jak na regał map i notatek, Andrzej dotarł aż do swoich wielkich porządków w czerwcu 1902 roku. Zwerbowany w charakterze wieszaka na narzędzia, Tadek szybko awansował na osobę dopuszczoną do trzymania półki, nim ta półką została, znoszenia kolejnych rzeczy i wynoszenia innych, a także, nareszcie, do samodzielnego wkładu w remont i wielkie sprzątanie.

I owszem, był szalenie dumny z efektu w postaci działających okiennic, które uprzednio należało wspierać kawałkiem tektury z jednej i wyłamanym oczkiem gwoździa z drugiej strony, by się zamknęły. Co prawda Smuga negocjował swego czasu ustalenie, że owo rozwiązanie nie jest aż tak niewygodne, ale po kwadransie siłowania się z zawiasami, Tadek musiał przyznać rację Wilmowskiemu. Cholerstwa nie dało się zamknąć bez kilkunastu prób i dwukrotnie większej liczby przekleństw pod nosem. Natomiast teraz działała bez zarzutu, gładziutko i cicho.

Pogwizdując pod nosem, Tadek ruszył na podbój kolejnych okien. Zawahał się przy pokoju, do którego drzwi pozostały przymknięte na czas szorowania parkietu. Póki co Andrzej nie natarł jeszcze ofensywą porządków na pokój Smugi.

Sądząc jednak po tym, że rozpędził się już na tyle, by przybijać nowe półki na książki, Tadek uważał, że i tam w końcu dotrą. Nic nie stanie na przeszkodzie komuś, kto miał tylko zetrzeć kurze z nieswojej biblioteczki, by zająć się czymś, zamiast rozmyślać o tym, co mogło pójść nie tak w odebraniu jego syna z Warszawy. Po drodze zauważył, że sporo książek było w nieładzie, część rzucona jedna za drugą, część oddzielona od reszty sióstr traktujących o danym temacie, a niektóre, o zgrozo, zupełnie porzucone, otwarte i złożone jedna na drugiej w malowniczych acz niebudzących zachwytu profesora kolumnach pod ścianami mieszkania.

Ostatecznie Andrzej posegregował je wszystkie, przetarł starannie brzegi i wierzch z kurzu, naprawił kilka grzbietów, posklejał wystrzępione rogi, podzielił na poszczególne półki, no i właśnie tych półek mu zabrakło. Dziełem cudownego rozmnożenia literatury w posiadaniu pana Smugi, skurczeniem się regału lub pierwszego gruntownego poukładania tematycznie książek, na część z nich zabrakło miejsca.

Wtedy to Wilmowski wezwał na pomoc bosmana Nowickiego, wysłał go na polowanie na deskę i skrzynkę, a sam zakasał rękawy i pozbawił się złudzeń, że jego szybkie porządkowanie mieszkania nie przeistoczy się w gruntowną reorganizację wszystkiego, co w nim znajdzie. Jako, że główny przeciwnik jego ładu i systemu układania rzeczy przebywał aktualnie poza domem, Andrzej miał wolną rękę i skorzystał z tego w pełnym tego słowa znaczeniu.

W ostatnim dniu porządków przygotował nawet z tektury malutkie znaczniki, oddzielające od siebie poszczególne działy księgozbioru. Wspólnie z Tadkiem naprawili wszystkie okiennice, odmalowali sufit w łazience, przybili dwie nowe półki, podarowali nową nogę krzywemu stołkowi kuchennemu i zamienili chaotycznie urządzony zsyp rzeczy potrzebnych na wyprawy w schludnie, przejrzyście i estetycznie zorganizowane mieszkanie.

To nie tak, że Smuga był jakimś szczególnym bałaganiarzem. Po prostu jakoś nie spędzało mu snu z powiek to, że jego biblioteczka nie miała absolutnie żadnego systemu, a sprzęt na ekspedycje przechowywał praktycznie w każdym kącie mieszkania. Pakując się, odbywał długie wędrówki od pokoju do pokoju, ostatecznie znajdując to, czego szukał, lecz nigdy nie mając tego wszystkiego pod ręką.

Czasem zaś wszystko miał pod ręką. Na przykład osiem otwartych książek, czasopismo, mapę i atlas. Wszystkie potrzebne jednocześnie, przez cztery miesiące. Tyle Andrzejowi zajęło, nim doprosił się, by zniknęły z kuchennego stołu.

Smuga pracował w każdym miejscu w mieszkaniu i wszędzie zostawiał dowody, że rzeczywiście pracował. Niezdolny usiedzieć godziny w jednej pozycji, pisał to u siebie na biurku, to na kolanie, to na balkonie, to znów przesiadując z Andrzejem, na stołku, na komodzie, na stole kuchennym, na parapecie… Wilmowski był święcie przekonany, że czasem nawet kąpiąc się, podróżnik musiał wychylać się i zapisywać coś, bo akurat wtedy udało mu się skupić.

Dla osoby wysoce miłującej porządek i systematyczną, wyjaśnialną organizację pracy, była to maniera cokolwiek irytująca. Początkowo Wilmowski zaklinał się w duchu, że przywyknie. Nie przywykł.

Z czasem nabył pewności, że miał prawo protestować, gdy pochłaniał go ten zsyp rzeczy znalezionych i zgubionych tymczasowo, ale niezwykle potrzebnych, zwany stanowiskiem pracy jego drogiego przyjaciela.

Smuga za każdym jednym razem dziwił się, jakby mówili o tym pierwszy raz. Zbierał swoje rzeczy, narzekał na obsesyjne porządkowanie książek i trzymał się bardziej własnego pokoju. Przez godzinę, w porywach do dwóch. Jego rekord nie roznoszenia rzeczy po mieszkaniu wynosił dwie doby, ale to się nie bardzo liczyło, bo leżał wtedy, umierając w gorączce na własne życzenie zakażenia w ranie, której nie dał sobie opatrzyć.

W miarę, jak mijały im lata dzielenia mieszkania, Wilmowski coraz śmielej czuł się w zaznaczaniu, że on też tutaj mieszkał. Zresztą Smuga sam go do tego co rusz zachęcał.

A zatem nie powinien się gniewać, gdy wróci i zastanie gruntownie wysprzątane mieszkanie! Andrzej nie wyrzucił niczego z jego rzeczy, a jedynie naprawił kilka, poukładał i starannie wszystko wyszorował.

Spędził tak cały czas oczekiwania, nim mogli z Tadkiem ruszyć do Triestu. Odsypiał ostatnie dni w pociągu, gdy przypomniał sobie, że miał być umierający ze strachu o syna i misję odbierania go z Warszawy. Zaraz potem dostał telegram z Wiednia, zapewniający go, że już bać się o nic nie musiał, bo i Smuga, i Tomek byli w drodze na miejsce spotkania.

 

* * *

 

- Nie widziałeś gdzieś może…?

- Górna kieszeń mojej mniejszej sakwy, za zapasową manierką.

Każda odrobina sceptycyzmu wyparowała bezpowrotnie z twarzy Smugi, gdy schyliwszy się do wskazanego pakunku, wyjął z niego zaginiony kompas. Przeniósł odrobinę zaskoczone spojrzenie na Wilmowskiego, który odpowiedział jedynie uniesieniem brwi i zaraz znów zapatrzył się na horyzont, czekając na wsparcie w wyznaczaniu trasy.

Smuga nie skomentował tego, a bosman Nowicki skrył uśmieszek. Natomiast Tomek długo jeszcze wpatrywał się w towarzyszy szeroko otwartymi oczami. Szczerze uradowany, nie mógł nijak podważyć tego, co widział. Więc to nie jemu tak się tylko zdawało…

Tatuś naprawdę wiedział wszystko!

 

* * *

 

Dokładnie, a przynajmniej starał się wiedzieć wszystko, co było możliwe, rozumieć wszystko, co wiedział i przewidywać wszystko, co mogło zajść. Równie bardzo starał się zapamiętywać wszystkie ważne rzeczy, lecz z tym akurat bywało różnie. Czasami po prostu pojawiały się sprawy jeszcze ważniejsze i tamte uprzednio ważne fakty usuwały się coraz bardziej na koniec planowanych i przypominanych sobie rzeczy.

Zwykle jednak, jeśli były istotne, prędzej czy później o sobie przypominały.

Dlatego też Andrzej Wilmowski przypomniał sobie, o czym miał powiedzieć Smudze i to całe kilka minut przed tym, jak postawił go wobec nieuchronnego dostrzeżenia tego faktu. Pamiętał, naprawdę.

Po prostu uznał, że może mu to powiedzieć, gdy uda im się zaczerpnąć tchu. To nie była jego wina, że zamiast pozwolić na to w pełni, Smuga wrócił do całowania go, ledwie przestąpili próg mieszkania.

Zamierzał go uprzedzić. Naprawdę.

 

 

 

 

Notes:

Tak, tytuł jest oczywiście z serialu "1670", z cytatu "My Polacy nie mamy szczęścia do sąsiadów: Prusy, Rosja... Andrzej."