Work Text:
Nie niepokoił się po pierwszych usłyszanych raportach. Klatka często drżała w posadach, gdy Lucyfer i Michał walczyli ze sobą o… Właściwie sam nie wiedział, o co. Dominację nad tym kawałkiem Piekła? Kto ma jaśniejszą łaskę? A może o duszę Adama? Zachichotał na tę myśl. Tak, jakby ci widzieli kogoś poza swoimi prawdziwymi naczyniami.
W każdym razie, doniesienia o trzaskach, wrzaskach i innych bluźnierstwach, nie sprawiały na nim większego wrażenia. Jednak, gdy po dwóch tygodniach takich raportów przybywało i skarżyły się nawet demony patrolujące tereny odległe od Klatki, zaczął rozważać różne możliwości. I ruszył swój szacowny tyłek w najgłębsze czeluści swojego królestwa.
— Co to ma być?! — wrzasnął, próbując przekrzyczeć najokropniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszał.
— Śpiewamy sobie — odpowiedział Lucyfer.
— Przepraszam, że kurwa, co?!
— Śpiewamy, Crowleyu — powtórzył po bracie Michał.
Najwięcej jednak przekazywał wzrok Adama. Chłopak cicho błagał go o wyciągnięcie stamtąd. A Crowley, w przypływie miłosierdzia, pstryknął palcami, pozbawiając go zmysłu słuchu.
