Work Text:
Od dziecka Michał wiele oczekiwał od życia. Musiał jednak nauczyć się dostosowywać te oczekiwania do tego, co otrzymywał. Bo nie spodziewał się wielu rzeczy — młodszego rodzeństwa, zaginięcia mamy, drugiego małżeństwa taty, kolejnych dzieci w rodzinie, a wreszcie też wypadku. Bycia samotnym ojcem piętnaściorga dzieci również się nie spodziewał.
Piętnastoletniego Lucyfera, czternastoletniego Rafała, trzynastoletniego Gabriela, jedenastoletniej Anny, dziesięcioletnich Baltazara i Castiela, dziewięcioletniej Debory, ośmioletniej Ambriel, siedmioletniego Andrew (Samandriela), sześcioletniego Ezekiela, pięcioletniej Rachel, czteroletnich Asariela i Aldy (Aldaiah), trzyletniego Ezry i jedenastomiesięcznej Hanny.
Michał miał tylko dwadzieścia siedem lat, a jego bagaż przewyższał ten wielokrotnych rozwodników z kryzysem wieku średniego. Nie zamieniłby jednak tego na nic innego, nawet jeśli Hanna budziła się kilka razy każdej nocy, Ezekiel miewał napady histerii w sklepie, a u Lucyfera znalazł ostatnio w połowie wypaloną paczkę papierosów.
W zasadzie czasem uważał, w rzadkich chwilach ciszy i spokoju, że jego życie teraz było lepsze od tego wcześniejszego.
We wczesnym dzieciństwie wychowywał się samemu, znosząc chłodne traktowanie rodziców obwiniających się wzajemnie o nieudane próby powiększenia rodziny jeszcze bardziej. Brata doczekał się dopiero w wieku dwunastu lat, otrzymując całe trzydzieści miesięcy szczęścia rodzinnego. Bo rok później urodził się Rafał, a jeszcze kolejny rok potem Gabriel…. Po czym jego matka, Naomi Shurley, zaginęła w tajemniczych okolicznościach, a ojciec bardzo szybko znalazł sobie Becky.
Albo to ona znalazła jego. W każdym razie, Michał nigdy jej nie lubił.
Kazała mówić mu do siebie „mamusiu”, chociaż miał już piętnaście lat i doskonale pamiętał prawdziwą mamę. (Braci nie mógł winić o nazywanie tak Becky). Całe dnie spędzała w domu, wtrącała się we wszystko i Michał nie pamiętał, jak wyglądała poza ciążą.
Wypychała z siebie kolejne dzieci rok po roku, a mniej lub bardziej delikatne sugestie używania antykoncepcji oboje z ojcem ignorowali.
I tak przybywało mu rodzeństwa, którym musiał się zajmować po powrocie do domu z uczelni, bo chociaż Becky na swój pokręcony sposób ich wszystkich kochała (Michała również), tak nie nadawała się na odpowiedzialną matkę.
Dlatego uczył się, potem pracował w rodzinnej firmie, a wolny czas poświęcał rodzeństwu i swojej narzeczonej, Ruby, próbując ogarnąć chaos w swoim domu.
Wszystko zmieniło się jedenaście miesięcy temu. Becky zaczęła rodzić, więc ojciec zabrał ją do szpitala. Po drodze wjechał w nich pijany kierowca… I umarli. Jakimś cudem lekarzom udało się uratować jego siostrzyczkę.
Kiedy pierwszy raz wziął ją w ramiona, wiedział, że kocha ją tak samo mocno jak każde poprzednie dziecko w rodzinie. I nie miał wyjścia. Nie mógł pozwolić, by opiekę nad nimi przejął jeden z zachłannych braci ojca — Metatron, Uriel, Zachariasz albo, o zgrozo!, ich ciotka Amara.
Wszyscy z nich troszczyli się tylko o pieniądze i sławę, którą na pewno zapewniłoby przygarnięcie dzieci tragicznie zmarłego brata. Ciotka Amara cudownie płakała przed kamerami, nawet zasłabła na pogrzebie. Wuj Uriel przysięgał w sądzie na Boga, że bratankowie (których nie widział od kilku lat) są całym jego życiem. A wuj Metatron zadedykował im książkę, co najmniej podwajając tym jej sprzedaż.
Prawda była taka, że wszyscy powyżej dziesiątego roku życia trafiliby do szkół z internatem, a dzieciaki nie znały nikogo poza sobą i nianiami. Minął miesiąc od przyznania mu praw rodzicielskich, a poza prawniczką, Belą Talbot, nie kontaktował się z nim nikt związany z rodziną.
Wszystko się zmieniło.
Ruby zerwała zaręczyny tak szybko, jak złożył papiery adopcyjne w kwestii rodzeństwa. Wcześniej sądziła, że wyprowadzą się do innego miasta, co wygarnęła mu, niemal plując jadem.
Dom doprowadził do porządku w dosłownie miesiąc, dzieląc pokoje nie według wieku, a sympatii, wprowadzając jasne zasady i nigdy ich nie naginając. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz musiał słuchać kłótni poważniejszej niż o świecówkę.
Zatrudniona przez niego niania, Ellen Harvelle, również bardzo wiele mu pomagała. Dalej całe weekendy i popołudnie spędzał z dzieciakami, więc, w gruncie rzeczy, nic się nie zmieniło. Tylko miał wokół siebie o kilku mniej fałszywych znajomych i już nie słyszał „Michał” prawie wcale, bo Castiel zaczął nieśmiało nazywać go „tatą”, a reszta szybko podłapała.
— Umów się z nim — zasugerował mu tego dnia Lucufer, gdy powiedział o mężczyźnie spotkanym na ostatniej wywiadówce Gabriela.
— Nie ma szans, żeby był zainteresowany mężczyzną z piętnaściorgiem dzieci.
— Winchester? Dean? — wtrąciła się Ellen. Potwierdził skinieniem głowy. — Też jest sierotą, wychowuje braci sam.
— I tak nie jestem materiałem na związek — zarzekł się, a widząc kpiący wzrok brata dodał: — Nie potrzebuję nikogo, mam was i to mi wystarcza.
— Ta, jasne, a wujowie i ciotka chcieli nas adoptować z potrzeby serca, a nie portfela — prychnął Lucyfer.
— Zadzwoń albo ja zadzwonię — powiedziała Ellen, podając mu telefon z wybranym numerem.
Dwa i pół roku później nie wierzył, że był tak głupi. Dostał od życia o wiele więcej i dopiero teraz czuł się prawdziwie szczęśliwy, chociaż uświadomił to sobie z perspektywy czasu. Teraz splótł palce z Deanem i uśmiechnął się, patrząc na całe zgromadzone ich rodzeństwo, a raczej ich dzieci, bo zawsze czuli się bardziej jak rodzice niż bracia.
— Zamierzamy się pobrać — oświadczył Dean i wybuchła radość.
— To nie wszystko — powiedział Michał, a rodzeństwo ucichła. — Postanowiliśmy, że ja adoptuję waszą dwójkę. — Wskazał Sama i Adama. — A Dean was wszystkich. Cieszycie się?
Teraz nie uciszyłaby ich najpewniej nawet perspektywa dodatkowego deseru.
— To możemy już mówić na was tato? — spytał Ezekiel, wpatrując się w nich wielkimi oczami.
— Zawsze mogliście — odpowiedział Dean, czochrając go po włosach, a ten wyszczerzył się i przytulił do niego. — W porządku?
— Jasne — odparł Sam. — Tak długo, jak nie muszę mówić na ciebie mamo.
— Skoro się żenicie — powiedziała Alda. — To będziecie mieli dzieci? Chciałabym jeszcze jedną siostrę.
— Nie ma mowy — zareagował od razu Michał. — Was jest siedemnaścioro! Tyle dzieci wystarczy nam na całe życie.
— Albo prawie całe — dodał Dean. — Ale na pewno na najbliższą dekadę.
— Spoko, młoda. Oni mówią nie, ale bratanicą ode mnie byś nie pogardziła, co?
Michał i Dean zbledli, wpatrując się w Lucyfera z horrorem.
— Spoko, żartuję.
— Używaj prezerwatyw — powiedział Dean. — Albo przysięgam na Boga, że własnymi rękami cię wykastruję.
— Spoko, pod tym względem wdałem się w brata — odpowiedział ze śmiechem Lucyfer.
— Groźba podtrzymana, leczenie niektórych chorób jest tak samo drogie jak utrzymanie dziecka. Nie żartuję! — Udał dłonią, że coś przecina.
— Gumki mamy za lustrem w naszej łazience — dodał Michał.
