Actions

Work Header

Bublitschki

Summary:

Radosław jest starym hrabią, którego ojciec chce zmusić do małżeństwa. Pewnego dnia wychodzi z willi do miasteczka i napotyka się na sprzedawcę boublitschków, obwarzanek sprzedawanych na ulicy.

Notes:

Uwielbiam Ivana Rebroffa 😌😌

Work Text:

Hrabia Sikorski miał wszystko. Służbę gotową spełnić każdą jego zachciankę, pieniądze, jedzenia pod dostatkiem. Dla postronnego obserwatora mogło zdawać się, że jego życie był idealne.

Och, nie mógł się bardziej mylić.

Dlatego właśnie, wściekły Radosław szedł przez miasteczko, podtrzymując dłonią futrzaną czapkę na głowie. Znów pokłócił się ze swoim, leżącym na łożu śmierci ojcem. Który - ponownie - rozpoczął temat ożenku. Radek nie miał zamiaru szukać sobie żony, był na to za stary! Mimo jego protestów, ojciec wciąż sprowadzał coraz to nowe kobiety. Piękne, młode szlachcianki z innych miast, przy których czuł się jeszcze starszy i jeszcze brzydszy.
Odsyłał każdą, dając im rekompensatę pieniężną... a skarbiec robił się coraz uboższy.

Nagle, do jego nozdrzy dotarł zapach podobny do chleba, jednak słodszy. Pociągnął nosem i skierował niebieskie spojrzenie na mały stragan z którego dochodził ten cudowny zapach. Wyprostował się i zadzierając głowę do góry podszedł do mężczyzny przy ladzie. Był na oko dziesięć lub piętnaście lat młodszy od niego, z krótkim włosami i wyraźnie zaznaczonymi mięśniami na ramionach.

- Dzień dobry, co pan tutaj sprzedaje? - spytał wyniosłym tonem.

Chłop zlustrował wzorkiem jego futrzany płaszcz i czapkę z podobnego materiału, pokręcił głową i oparł dłonie na kącie.
- Obwarzanki. - burknął.

- A cóż to takiego?

- Masz, spróbuj. - mężczyzna podał mu kawałek obwarzanka gołą ręką. Z tego co zauważył Sikorski, na wewnętrznej części dłoni, pod palcami, znajdowały się odciski od ciężkiej pracy. Jego ręce były szorstkie, tak inne od jego...

Wsunął jedzenie między wąskie wargi i mruknął pod nosem.
- To jest... Cudowne!

Mężczyzna parsknął. - Cieszę się. - wyciągnął do niego dłoń. - Karol jestem.

Ujął ją spokojnie. - Radosław Sikorski.

- Nie prosiłem o twój cały rodowód. Tutaj nikogo on nie obchodzi. Cztery kopiejki. I... - popatrzył na niego badawczo. - Zdejmij ta czapkę, wyglądasz idiotycznie.

Zapłacił, ignorując uwagę. - Do zobaczenia.

- Jeśli jeszcze tutaj trafisz, Radek.

- Radek? - nikt nie nazywał go tak od czasów wczesnego dzieciństwa.

- Widzę, że nie masz problemów ze słuchem. Spadaj, klient nadchodzi.

...

Kolejnego dnia przechodził przez targ. Zima nie była sroga, a w tym roku śnieg padał zalewie raz i szybko się roztopił

Z tego powodu, nie założył wielkiej, futrzanej czapy. Zupełnie nie chodziło o dziwny wzrok Karola...
- Dzień dobry! - zawołał.

- Dobry.  - tym razem mężczyzna uśmiechnął się  lekko. Sikorski zauważył, że jego oczy były w odcieniu błękitu. Ciemniejszego niż jego samego.

- Poproszę jednego. - położył na blacie cztery kopiejki.

- Widzę, że usłuchałeś mojej rady. Dobrze.

Karol wziął z kosza jednego obwarzanka i wręczył mu go.

- Po prostu... Jest za ciepło na czapkę. - delikatnie przesunął palcami po skórce bułki i włożył ją do kieszeni płaszcza.

- Za ciepło. - powtórzył za nim chłop. - Jasne.

...

- Przychodzisz tutaj trzeci raz pod rząd, Radek. Dlaczego?

- Po prostu lubię te obwarzanki.

- Czy twój kucharz nie będzie umiał ci ich zrobić?

- Nikt nie piecze tak jak ty.

Karol zaczerwienił się lekko i momentalnie próbował to ukryć, odwracając się tyłem do kolejnej porcji jedzenia. - Idź już, hrabio. - jego głos był zduszony.

- Tylko jeśli pozwolisz mi się gdzieś zaprosić.

- Niby gdzie? - sprzedawca w końcu się obrócił. Jak zauważył Sikorski, jego policzki były w pięknym, jasnoróżowym kolorze.

- Chociażby do mojego domu...

- Chciałbyś powiedzieć: willi?

Radosław niezręcznie potarł kark. - Tak...

- Wybacz, ale nie mam czasu. Najwyżej możesz popracować ze mną.

- Przemyślę to.

...

Następnego dnia Sikorski pojawił się punktualnie o godzinie szóstej. Kiwnął mu głową, a Karol jedynie ziewnął.

- Nie spodziewałem się, że przyjdziesz.

- Dlaczego?

- Jesteś jakimś cholernym królewiczem. Masz zamiar pomagać mi w wypiekaniu? Robiłeś to kiedykolwiek?

- Cóż... Nie, ale zawsze mogę spróbować.

Po chwili ciszy Karol znowu się odezwał. - Ile ty w ogóle masz lat, staruszku?

- Sześćdziesiąt dwa...

- Wyglądasz młodziej.

- Dziękuję.

- To nie był komplement. - piekarz sięgnął po brązowy fartuch i wręcz mu go. - Zdejmij ten płaszcz, przy piecu jest ciepło.

- Nigdy nie nosiłem fartucha. - odparł spokojnie Radek, wiążąc go w pasie.

- Widać.

...

- Na Boga, spaliłeś kolejną blachę!

Radek wyciągnął z kieszeni sakiewkę z rublami. - Wybacz mi.

Karol potarł palcami nasadę nosa. - Wybaczam. Może po prostu... Usiądź z boku?

- Chcę się do czegoś przydać...

- Spaliłeś trzy partie, odgoniłeś masę klientów... - westchnął.

- Przepraszam... Nigdy nie pracowałem na stoisku.

- Podobno jesteś dyplomatą!

- To nie to samo - odparł Radek. - Robi się wieczór, co powiesz na zakończenie dzisiaj?

Karol wzruszył ramionami. - Jak chcesz. Nie zarobiłem dzisiaj zbyt dużo, oprócz tych twoich "rekompensat".

- Naprawdę przepraszam...

Stanął przed nim. Ich oczy spotkały się, a spojrzenie piekarza miało w sobie nieśmiałe pytanie. Radek niepewnie kiwnął głową.

Karol zrobił pierwszy krok, pociągnął go za krawędzi fartucha i mruknął coś pod nosem.

- Co mówiłeś?

- Jesteś niemożliwy.

Wtedy ich usta się złączyły, a dłonie Karola objęły go w talii. Cicho jęknął, natychmiast się uciszając. Jakiś szczur przebiegł obok ich stóp. Karol smakował obwarzankami i ciepłem.

Oderwał się od niego, błękitne oczy spotkały szare.

- Chciałbyś poznać mojego ojca? - wypalił Radek.

- Dlaczego?

- Nie chcesz zapytać go o moją rękę?

- ...Co?

Series this work belongs to: