Actions

Work Header

Kalinka!

Summary:

Karol nie wierzy w legendy. Kiedy słyszy o jednej z nich od starej wioskowej babki, postanawia sobie z niej zakpić.

Gdy zerwiesz gałąź kaliny, musisz dać ją osobie w której się durzysz. Wtedy spotka cię szczęście.

Phi, co za głupota...

Notes:

Szczerze już dawno przestałem pisać pod publikę - gdybym to robił, każdy mój ship to byłoby stereotypowe Karol x Rafał

Ale nie chcę wałkować wciąż tego samego... Teraz piszę dla siebie xd

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

- Wiesz, Karolku... Niepokoi mnie to, jak blisko domu rośnie ta kalina.

Karol pociągnął łyk ziół z ogródka babki. - Babciu, dlaczego? Powinienem ją ściąć, jest chora?

Starsza kobieta przeżegnała się, kręcąc głową. - Nie! Nie słyszałeś legendy o kalince? To zesłałoby na nas gniew losu!

- Jakiej legendy? - spytał, opierając się wygodniej na drewnianym krześle.

Babka przycichła. - Gdy zerwiesz gałąź kaliny, musisz dać ją osobie w której się durzysz. Wtedy spotka cię szczęście...

Karol powstrzymujac się od śmiechu przybierał pobożny wyraz twarzy. - To strasznie, babciu.

Siwowłosa natychmiast poznała, że chłopak w to nie uwierzył. - Jeszcze zobaczysz! Nie zbliżaj się do tego przyklętego krzewu, rozumiesz? - zagderała, wstając.

On również wstał. - Dziękuję za gościnę, będę się już zbierał. - schylił się i pocałował ją w suchy policzek.

- Dobrze, już dobrze... Taki przystojny młodzieniec z ciebie a taki...

Nie usłyszał reszty zdania, był już za drzwiami. Postanowił przyjrzeć się kalinie. Rzeczywiście, rosła bardzo blisko chaty. Może i tak powinien ją ściąć, bo co, jeśli się rozrośnie i zasłoni okna?
Pokręcił głową. Fakt, babka oszalałaby wtedy. Zawsze wierzyła w zabobony mocniej niż ktokolwiek z wioski.

Podszedł do drzewa, śmiejąc się pod nosem. "Wtedy spotka cię szczęście"? Czemu by nie spróbować?
Jednym, szybkim ruchem urwał małą, porośniętą liściami gałązkę. Strzepnął z niej robaka i wzruszył ramionami. To była głupota.

Idąc dalej przez wioskę, podziwiał kwiaty rosnące przed chatami innych. Może też powinien pomóc matce sadzić? Był przed ślubem, jeszcze mieszkał z rodzicami. Oni uważali, że powinien już znaleźć tą jedyną, jednak mu się do tego zbytnio nie spieszyło. Miał zaledwie dwadzieścia lat!
Może róże? Ładnie by się komponowały z drewnem chaty...

Z zamyślenia wyrywał go krzyk:

- Karol! Cześć, co tutaj robisz?

Był to Sławek, jego najlepszy przyjaciel. Chłopak był o kilka lat młodszy, pulchny i niższy, z krótkimi czarnymi włosami na głowie.
- A tam, nic takiego. Wracam od babki bo ja zawsze potrzebowała pomocy przy płocie.

- Ach, okej. Co to? - ciemne oczy Sławomira znalazły gałązkę w jego ręku.

- Nic takiego, gałąź kaliny. Zerwałam, bo mi się podobała. - skłamał naprędce. - Chcesz ją?

- Jasne, czemu nie.

Ich palce spotkały się przez chwilę, gdy Karol podawał mu gałązkę. Jak oparzony zabrał dłoń, niezręcznie uśmiechając się do kumpla. Ostatnio między nimi wyczuwał dziwne napięcie, którego znaczenia nie umiał się domyślić. To było dziwne, ale Karol nie mal zwyczaju zastanawiać się nad takimi rzeczami.

- To... - zaczął Sławek. - Chcesz pójść na dach? Nie ma dzisiaj chmur na niebie, to sobie popatrzymy na gwiazdy.

- Tak wcześnie?

- Już późno, po prostu długo siedziałeś u babki.

- Gdybyś mi pomógł w pracy, siedziałabym tam krócej...

Ale rzeczywiście, niebie robiło się coraz ciemniejsze, a pierwsze gwiazdy przebijały sie przez chmury.

Wspięli się na dach, a Karol za rękę podciągnął go wyżej. Kiedy usiedli obok siebie, poczekał trochę z puszczeniem jej. Ponieważ dłoń Sławka była ciepła, a jego zimna... Po prostu chciał się ogrzać, prawda?

Gałąź kaliny leżała między nimi, ciepły wiatr powiewał dookoła. Przewrócili się na plecy, widząc tysiące małych, świecących punkcików na niebie.

- Są piękne. - westchnął Sławek.

- Tak...

Gdyby był tu z dziewczyną, prawdopodobnie dodałby "jak ty", jednak to był tylko Sławomir. A on nie był piękny. Jasne, miło się na niego patrzyło, prawie tak samo jak rozmawiało...

- Sławek?

- Hm?

- Babka opowiedziała mi dzisiaj taką legendę...

Chłopak zaśmiał się cicho. - Którą tym razem?

- O kalinie.

- Tej, co rośnie obok jej chaty?

- Nie, o całym gatunku.

- I co mówiła?

"Gdy zerwiesz gałąź kaliny, musisz dać ją osobie w której się durzysz. Wtedy spotka cię szczęście."

Durzysz? Co za głupie słowo. Przecież dał ją Sławkowi, a nie jakiejś dziewczynie. Co prawda nie podobała mu się żadna, ale to był normalne w jego wieku, prawda? Przekręcił głowę w bok, patrząc na jego profil.

- No? Jaka była ta legenda?

Karol pokręcił głową. - Już nie pamiętam...  Sławek? - spytał znowu

- Tak?

- Czy... Czy tobie podoba się jakaś dziewczyna?

- Jeszcze nigdy żadna mi się nie podobała... A tobie?

- Też nie.

Wyciągnął lodowatą dłoń do ręki Sławka, splatając ich palce.

Przecież było zimno.

Notes:

Słodziaki z nich

Series this work belongs to: