Chapter Text
⡞⠳⣄⣀⣠⠞⢷
Chłodne powietrze późnego wieczoru dotkliwie pieściło mą twarz. Choć nie wiało, niższa temperatura dawała o sobie znać. Nieczęsto jednak wychodzę na swój niewielki balkon. Tym razem nie siedzę tu z powodu poukładania myśli, a towarzystwa.
Mimo tego, że już trochę spędziliśmy tu czasu, nie doskwierało nam zimno. Byłem w ciepłej bluzie, a także opatulony kocem, on tak samo.
Na stoliku dwa kubki po wypitej herbacie, paczka szlugów i popielniczka z odpałkami.
Sceneria dość płaska, jednak potrafiła wprowadzić w zachwyt. Ciasny balkon, dwóch zmęczonych młodych mężczyzn chowających się przed światem i nocne niebo pokryte milionem gwiazd.
Jednak moje myśli nie mogły się skupić na tle, ani niczym konkretnym. Były strasznie pogmatwane.
Tak samo moje spojrzenie, nieustannie wpatrywałem się co chwilę w coś innego. Raz na popękane płytki, swoje paznokcie, a innym razem pusto przed siebie.
Ostatnio kompletnie nie miałem na nic i nikogo siły. Cóż... wydarzenia, które miały miejsce nie jednego by przytłoczyły. Nie ukrywam, że jest mi z tym ciężko. Niestety gdy nie umiem sobie poradzić, cicho się dystansuje, izoluje.
Na dniach moje samopoczucie spadło fatalnie, a poczucie humoru i energia społeczna wyparowały. Mało się do niego odzywałem, a nawet bez większych intencji ignorowałem.
Zapewne to bardzo nieadekwatne i niepochlebne z mojej strony, jednak ledwie nad tym panuję.
Pomimo mojego odsunięcia, nieco negatywnej postawy, zjawił się. Kiedy otworzyłem Ewronowi drzwi, zastałem go ewidentnie zaniepokojonego. Był zmartwiony oraz zatroskany o mnie. Gdy tylko dokładniej mu się przyjrzałem, ujrzałem w jego oczach czyste, kilkudniowe szaleństwo. Kiedy nasze oczy się spotkały, gwałtownie całe to napięcie, które dotąd trzymało jego twarz w sztywnym, bolesnym uścisku, nagle pękło. Szczęka mu zadrżała, a w rozszerzonych źrenicach obok śmiertelnego przerażenia błysnęła dzika, niemal agresywna ulga. Jeśli mam być szczery, to mnie zaskoczył swoja obecnością. Doceniam jego trud, starania, gdyż na wylot można było stwierdzić, że mu zależało. Po włosach w nieładzie, zestresowanym spojrzeniu jedynie utwierdził mnie w przekonaniu.
Jednak z mojego zamyślenia wyrwało mnie jego długie, a także ciężkie westchnienie. Spojrzałem ukradkiem na niego, ale pomimo zachowanej dyskrecji, nasze oczy się spotkały.
Wpatrywał się we mnie intensywnie, ale nie sprawiał mi tym dyskomfortu. Nasz kontakt wzrokowy był długi. Ewron ewidentnie wyczekiwał, aż w końcu zabiorę głos, chociaż robił to bez wywoływania presji i zachowując rozsądek.
Mimo kującego mnie poczucia winy, ciężko było mi zebrać słowa. Zatem prościej jest się ugryźć w język.
To jak się na mnie patrzył, było dla mnie niezrozumiałe. Nawet gdy miał na wyciągnięcie ręki przepiękne gwiazdy, wolał patrzeć na mnie. Jego błękitne oczy wpatrywały się w moje rysy twarzy.
Zapewne zastanawiał się, jak zacząć rozmowę, bym się otworzył. Po samych lekko zmarszczonych brwiach byłem w stanie stwierdzić ze szuka możliwości.
Mimowolnie delikatny, zwykły uśmiech wkradł się na moją buzię.
Lekko rozciągnąłem się na balkonowym krześle, aby zyskać kilka dodatkowych sekund.
Czułem, że to ja powinienem zacząć. Chciałem podzielić się tym, co leży mi na duszy, jednak brakowało mi słów do opisania.
Zerwałem z nim kontakt wzrokowy, by uciec wzrokiem na swe dłonie.
Nigdy nie lubiłem się żalić. Zawsze radziłem sobie sam, tłumiłem emocje w sobie i w końcu problem jakoś mijał.
Nagły stres sprawił, ze odruchowo przygryzłem wargę. W myślach próbowałem przekonać siebie samego, że gdyby nie chciał i mu nie zależało, to by go tu teraz nie było, czyż nie?
Wypuściłem powietrze drżąc nerwowo.
— Strasznie boję się przyszłości, wiesz? — Podniosłem wzrok, jednocześnie nie owijając w bawełnę.
Gdy w końcu pierwsze słowa opuściły moje usta, Ewron momentalnie skupił całą uwagę na mnie, nie mówiąc nic.
Jest to coś wręcz dla niego niemożliwego by być w pełni skupionym oraz cichym.
— Tak bardzo boję się o niej myśleć... — wymruczałem. — Nie mogę jej uniknąć, przez co za każdym razem gdy muszę patrzeć dalej, odbiera mi rozsądek... — ciągnę dalej. Błądziłem wzrokiem po swych powierzchni dłoni. Bojąc się ocenienia dopiero po dłuższe chwili spojrzałem mu w oczy — Brzmi głupio, no nie? O dziwo nie wyśmiał mojego postrzegania, punktu widzenia. Obawiałem się krytyki dziecięcego stosunku do przyszłości, tej niepewnej wizji. Jednak mnie zaskoczył. Naprawdę potraktował moje zwierzenie poważnie i dorzecznie. Przez ten moment kiedy zastanawiał się jak mi odpowiedzieć, ujrzałem krótki błysk w jego oku.
Mogłem się spodziewać czegoś niezwykle mądrego lub jakiegoś durnego żartu na rozluźnienie atmosfery.
— To wcale nie brzmi głupio, twoje uczucia są dość naturalne... nawet w jakiś sposób cię rozumiem. — Zaczął powoli, nie będąc jeszcze pewnym, jaki kierunek obierze. Dobierał słowa ostrożnie, by nie powiedzieć żadnej głupoty. — Wiesz, strach przed przyszłością może być przytłaczający, zwłaszcza gdy wydaje się, że wymyka się spod kontroli... Jednak ważne, że odważyłeś się o tym powiedzieć, bo dzielenie się takimi myślami to pierwszy krok do tego, by nie czuć się, aż tak samotnym — posłał mi ciepły, zapewniający uśmiech. W jego oczach lśniło bezpieczeństwo, a także zaufanie. Swoją empatią próbował mnie zrozumieć.
Delikatnie uniosłem kąciki ust, nieco oniemiały doborem jego słów.
Niesamowite jest to jak tak bliska ci osoba wciąż może cię zaskoczyć. Mimo wieloletniej przyjaźni nieustannie uczy mnie czegoś nowego o sobie.
Odetchnąłem z lekkim świstem
— Taa, ale... nie mam wiele i nie potrzebuje dużo. Chcę, by życie było proste... i ładne. — Rzekłem, wciąż zachowując cichszy ton głosu.
Strzepnął swoimi pandzimi uszkami, aby po tym przechylić lekko głowę.
— Nie oczekuję bogactwa czy milionów gwiazd z nieba... tylko pewność, że będę szczęśliwy i spełniony... — biadolę szeptem pod nosem.
Bo naprawdę nie potrzebuję mnóstwa rzeczy, by być zadowolonym.
Czasem wystarczy mi spokój ducha, leniwe, samotne poranki lub dnie spędzone w jego towarzystwie.
Drobne gesty, pamięć, marzenia.
— Nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości, ale mogę ci obiecać, że ja nieustannie będę u twego boku — obdarzył mnie kolejnym, na swój sposób wyjątkowym i czułym uśmiechem. Potrafił zauroczyć tymi swoimi geścikami. — Byłem, jestem i zawsze będę obok ciebie — powiedział bardzo zapewniająco.
Wywróciłem oczami rozbawiony tym jego jakże niestandardowym wyznaniem. Choć trudno było mi ukryć nieco szybciej merdający ogon i żar w klatce piersiowej.
Gdy z powrotem wróciłem wzrokiem na jego twarz, momentalnie zrobiło mi się duszno. Natomiast on na mą reakcje parsknął śmiechem.
Chichot był głośny, jednocześnie przy tym ckliwy. Przyznaję, jakkolwiek było to urocze.
Atmosfera, która jeszcze na początku była niepewna i miała bardziej charakter poważny, teraz jest przyjemnie komfortowa, a także wyczuwalne było zaufanie.
Z bardziej pewniejszym i spokojniejszym wyrazem twarzy, sięgnąłem po paczkę szlugów leżących na metalowym stoliku.
Wyjąłem z opakowania pojedynczego papierosa, a resztę odrzuciłem na blat obok mojego kubka po wypitej herbacie. Wyjąłem z kieszeni spodni zapalniczkę. Trzymając szluga w ustach starałem się go odpalić.
Starałem się go odpalić przez dobrą, dłuższą chwilę, jednak o dziwo nie dawałem rady. Zapalniczka musiała mi paść. Niemożliwe, bym tak szybko zużył gaz. Spróbowałem kolejny raz, żadnego sukcesu. Jedynie gorszy skutek.
Co za wstyd...
— Szlag... — fuknąłem pod nosem, poirytowany.
Położyłem ją na stolik dość oburzony.
Miałem już się obejść rozkoszą, jednak Ewron uniósł rękę, ukazując w niej swoją zapalniczkę.
Wyciągnął swoją dłoń w moją stronę, ja zaś sięgnąłem, by przechwycić od niego zapalarkę.
Jednak uniemożliwił mi jej wzięcie. Złapał mnie delikatnie za podbródek, zachowując przy tym ostrożność i pewną intymność.
Szlug, który trzymałem w zębach o włos mi nie wypadł.
Zabrał ponownie swoją rękę, natomiast ja zostałem w tej samej pozycji.
Ciepło, które zostawił jego dotyk, przyprawiło mnie o specyficzne mrowienie.
Kiedy odpalił zapalniczkę, wciąż był lekko nachylony.
Obserwował co jakiś czas jak ogień tańczy z łagodnym powiewem powietrza, powodowanym naszymi oddechami.
Przysunąłem dłoń, by nieco osłonić płomień.
Ta chwila była cicha i aksamitna, jednakże jednocześnie subtelna i konfesyjna.
W przyjemnym milczeniu patrzyliśmy sobie w oczy.
Jego spojrzenie było pełne temperamentu, rozpalonego sangwinika.
Chociaż to teraz nie miało zbyt wielkiego znaczenia, gdyż zbliżył zapalarkę do mojego papierosa.
Dalej miałem go w ustach, więc jedynie zaczekałem, aż w końcu mi go zapali.
Ogień dotknął czubka papierosa, biała bibułka w ułamku sekundy zrobiła się czarna na krawędziach, a potem gwałtownie zajęła się ogniem. Gdy wziąłem pierwszy wdech, by rozkoszować się dymem i momentem, końcówka szluga rozbłysnęła się jasnopomarańczową, intensywną iskrą. Delektowałem się samym wdychaniem tytoniu, tym, że miałem chwilę na coś tak drobnego jak zapalony papieros.
Ewron wyjął z paczki jednego peta dla siebie. Mój wzrok podążał za jego dynamiką, analizując każdy ruch mięśni.
Jeszcze raz zacnie mnie przysunął, by swojego szluga zapalić moim.
Nasze twarze były wyjątkowo blisko, pozostawiając mało jakiegokolwiek dystansu.
Pozostał w tej pozycji przez niemalże, długą, ale i jak cudowną minutę. Iskierki z mojego peta przeszły na jego, sprawiając odpalenie papierosa.
Nie odsunął się od razu. Kolejny moment poświęcił spoglądając zachwycony na mą twarz.
Zaciągnąłem się mocno, by poczuć gryzący dym w gardle. Przymknąłem na chwilę oczy, wypuszczając powoli powietrze do góry.
Obróciłem z powrotem głowę w jego stronę, by przyłapać go na intensywnym wpatrywaniu sie we mnie. Dostrzegłem na jego policzkach lekkiego rumieńca. Zawstydził się, czy po prostu mu zimno?
Posłał mi uśmiech, odwzajemniłem go bez wahania.
Gdy wzajemnie się obserwowaliśmy, poczułem spokój w duszy. Jakkolwiek to zabrzmi, ale kiedy miałem na sobie spojrzenie tych przenikliwych, błękitnych oczu, czułem harmonię.
— Nexe... — zaczął. Moje uszka skierowały sie momentalnie w jego stronie, pokazując zainteresowanie. — Kocham cię — serce przyspieszyło jak szalone.
Jego słowa sprawiły, że pragnąłem usłyszeć je ponownie. On jak na skinięcie palcem.
— Kocham cię, Nexe — powtórzył. Słowa odbiły się dziwnym echem po balkonie. Twarz młodego mężczyzny, siedzącego przede mną z sekundy na sekundę stawała się bardziej rozmyta. Rozejrzałem się, zdezorientowany.
Widoczność stała się mniej wyraźna. Wszystko wokół było jak za mgłą, zablurowane. Nic nie było spójne, panował jeden wielki zamęt.
Zląkłem się, widząc jak sylwetka najbliższej mi osoby zaczyna tracić znajomą postać. Zacierał się. Nie byłem w stanie rozpoznać tak dobrze znanej mi buzi.
Serce przyspieszyło mi panicznie. Poczucie komfortu i bezpieczeństwa minęło w oka mgnieniu.
⡞⠳⣄⣀⣠⠞⢷
Poderwałem się jak poparzony z łóżka. Oblany potem, z drżącymi dłońmi. Piszczało mi w uszach, a oddech był niecodziennie żwawo. Ciśnienie podwyższone, oczy wytrzeszczone.
Zestresowanym wzrokiem obrzuciłem pokój. Byłem w swojej sypialni, w swoich bardzo dobrze znanych, czterech ścianach.
To wszystko to był koszmar.
Jebany koszmar.
Usiadłem wygodniej na materacu, biorąc głębsze oddechy. Starałem uspokoić się galopujące serce.
To wszystko to był koszmar.
Jebany koszmar.
Wciąż walczyłem z opanowaniem się. Zaszkliły mi się oczy, pojedyńcza łza spłynęła mi po policzku. Potem następna i następna i następna...
Oczywiście, że musiał tam być.
Nawet w trakcie snu.
Musi o sobie przypominać.
Nawet nie da o sobie zapomnieć, choćby na chwilę.
Przytuliłem się mocno do poduszki, by cicho w nią łkać. Nie jestem w stanie znieść tego, jak nieustannie mi na nim zależy. Myślę o nim całymi dniami, nawiedza mnie w snach, a realia są dalej inne.
Wciąż leżę sam, zakopany pod kołdrą.
A on?
Zapewne znów u swojego, nowego i lepszego kolegi.
Znudziłem mu się? Zrobiłem coś nie tak, że mnie ignoruje? Przecież znamy sie tak długo...
Dusiłem się własnym płaczem. Sam w małym mieszkaniu, które miało w sobie tyle wspomnień z nim związanych.
Środek nocy, ciemność pochłaniała sypialnię.
Nexe usnął dopiero, gdy nie miał już więcej siły cicho szlochać.
