Actions

Work Header

Dripping Fingers

Chapter 8: Wake

Notes:

Od tłumacza: No trochę mi się zeszło cholera, i pewnie nadal są jakieś błędy, ale lepiej chyba późno niż wcale!

 

Ludzie! 30 tysięcy hitów??? Czy ja śnię?

Dziękuję wam wszystkim. Możecie zostawiać mi kudosy i komentarze, ale wiedzcie, że kocham was wszystkich i zostawiłbym każdemu z was własne kudosy, gdybym mógł.

Bądźcie bezpieczni i czytajcie dalej! Teeehee

PSA: Kilku komentujących wyraziło zaniepokojenie jednym z aspektów tej historii. Dla wyjaśnienia, kufer Harry'ego nadal znajduje się u Dursleyów. Wiele magicznych prezentów Harry'ego zostało wysłanych do Gringotta wraz z Hedwigą. Nie będzie przypadkowego pojawienia się wspomnianego kufra. Trzeba będzie go odzyskać. (Dzięki za przybycie na mój wykład, wy wspaniali, wspaniali ludzie).

(See the end of the chapter for more notes.)

Chapter Text

Jego serce się rozpada, myśli Harry, a raczej rozrywa i przeobraża, jak motyl wyłaniający się z poczwarki. Gdy biegnie, kolejne warstwy grafitu odrywają się i ścierają, a on... on wie, że nie będzie miał serca z grafitu wiecznie.

 

To moment, w którym dokonuje wyboru dla siebie - dla swojej rodziny - aby stać się kimś, kto przeciwstawia się poniżeniu, dyskryminacji i mówi: "Ja też jestem człowiekiem". Nie przeprasza za magię, która płynie w jego żyłach. To moment, w którym przestaje być szary i czekający na wypełnienie. Po raz pierwszy pomalował się w żywych kolorach.

 

Teraz pozostawia szafkę za sobą.

 

Nie jest tym tchórzliwym małym chłopcem, już nie.

 

Teraz, ze światem w kieszeni i psem (przyjacielem, starym przyjacielem) u boku, odnajduje siebie.

 

Światła uliczne oświetlają podmiejską okolicę w stonowanych odcieniach pomarańczy. Cienie zlewają ulice, ściekając z identycznych budynków, a każda czarna kałuża zasysa światło w dół, w głębie, w płaską głębię. Jest cicho i tylko kroki Harry'ego zmącają grobową ciszę.

 

Wie, że przebiegł więcej, niż Vernon mógłby sobie kiedykolwiek wymarzyć i zastanawia się, czy ktokolwiek na Privet Drive będzie za nim tęsknił. Dudley może, ale z drugiej strony, Dudley wyglądał na wstrząśniętego, gdy Harry nadmuchał ciotkę Marge.

 

O mój Boże. Właśnie nadmuchałem ciocię Marge. Po prostu ją nadmuchałem. Nie pomyślałem nawet o tym.

 

Kiedy Harry w końcu przestaje biec, staje na skrzyżowaniu dwóch ulic: jest zbyt ciemno, by stwierdzić jakich. Dyszy ciężko i stara się zorientować, gdzie jest, by móc dotrzeć do przystanku autobusowego. Czy autobus w ogóle kursuje tak późno w nocy? Nie jest jakoś strasznie zimno - po prostu ciemno i zanosi się na ponowny deszcz. Mógłbym przenocować na przystanku i złapać autobus wcześnie rano.

 

Wyciąga różdżkę z tylnej kieszeni i rzuca Lumos nad głową, aby przyjrzeć się jednemu ze znaków... i nadjeżdża autobus. Natychmiast.

 

To najdziwniejszy autobus, jaki Harry kiedykolwiek widział. Jest dwu... nie, co najmniej trzypiętrowy... i dość fioletowy. Nie powinien być aż tak fioletowy, biorąc pod uwagę brak światła, ale autobus wręcz emanuje purpurą, zupełnie jakby to była emocja, a pojazd czuł ją naprawdę mocno.

 

Autobus wydaje się zadowolony z siebie, gdy drzwi otwierają się przed oszołomionym Harrym. Ktoś gapi się na niego. Kierowca i nieco nieatrakcyjny młody dorosły w sfatygowanym płaszczu i eleganckiej czapce, rzuca Harry'emu niesamowicie oceniające spojrzenie.. Kierowca siedzi na czymś, co wygląda na rozpadający się fotel, który dzielnie trzyma się życia. Wnętrze autobusu jest dobrze oświetlone, wraz z kilkoma innymi pasażerami na łóżkach. Wyglądają... jakby odetchnęli z ulgą, że autobus się zatrzymał.

 

" To co, wsiadasz?" Pyta kierowca z mocnym akcentem.

 

Harry spogląda na ulicę za sobą, a potem z powrotem na kierowcę. To nie jest najdziwniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła. ""Eee, czy wpuszczacie psy?""

 

Kierowca patrzy na Łapę. "11 sierpów za każdego, lepiej już wsiadajcie, co?".

 

Harry kiwa głową i wchodzi do autobusu, Łapa podąża za nim bez zbędnego namawiania. Sięga do kieszeni i wyciąga niewielki portfel wypełniony czarodziejską walutą, którą dostał w prezencie i wręcza kierowcy 22 sierpy.

 

"Mądry psiak ci się trafił. Nazywam się Stan Shunpike". Wyciąga rękę.

 

Harry podaje mu swoją. "Dzięki. Neville Longbottom." Poprawia włosy pokrywające bliznę. Przepraszam, Neville. To nie na ciebie poluje morderca.

 

 

 

***

 

 

 

Kiedy Harry dociera do Dziurawego Kocioła, uznaje, że Błędny Rycerz mógłby być wykorzystywany jako technika tortur. Wolałby wyczyścić wszystkie kociołki profesora Snape'a szczoteczką do zębów, niż ponownie poddać się zwariowanemu, przerażającemu, wykańczającemu i ogólnie wywołującemu mdłości doświadczeniu, jakim jest (był) Błędny Rycerz.

 

W międzyczasie Łapa najwyraźniej cieszył się z przejażdżki i podskakiwał tryskając energią. Harry opiera się pokusie, by spojrzeć groźnie na tego parszywego kundla i zamiast tego decyduje się poklepać go po głowie i powiedzieć "dobry piesek." Łapa wydaje się w równym stopniu zadowolony i urażony i kiwa głową, jakby chciał powiedzieć: "oczywiście", a następnie podgryza palce Harry'ego, jakby karcąc: "ale nie mów do mnie jak do psa".

 

Harry przewraca oczami i mówi: "Ale ty jesteś psem, Łapo", zupełnie nie przejmując się tym, że wygląda, jakby rozmawiał z psem. To nie tak, że ktoś obchodzi, jak Neville Longbottom zachowuje się publicznie.

 

Ale kiedy przepycha się przez wejście do Dziurawego Kocioła, ponad przeciętnie wysoki mężczyzna, przypominający trochę wujka Vernona, wstaje z miejsca, w którym był dotąd ukryty, a następnie zdaje się odprężać z ulgi.

 

"Harry! Dzięki Merlinowi. Nic ci nie jest! Nic ci nie jest. Mężczyzna przepycha się do przodu i bierze twarz Harry'ego w swoje duże dłonie, obracając ją na boki, jakby sprawdzał, czy nie jest ranny.

 

Harry zmarszczył brwi. " Um. Proszę pana. Niech... Znaczy, czy mógłby... czy mógłby pan proszę przestać mnie dotykać?"

 

Mężczyzna szybko opuszcza ręce i spogląda na młodego chłopca z przepraszającym uśmiechem. "Strasznie mi przykro. Wszyscy się o ciebie martwiliśmy. Chodź, postawię ci kolację i utniemy sobie miłą pogawędkę."

 

Harry lekko się cofnął. "Przepraszam pana, ale nie sądzę, żeby to było rozsądne. Nie znam cię i..."

 

Przerywa, gdy mężczyzna chichocze. "Och, mój błąd. Minister Magii, Korneliusz Knot, do usług, panie Potter".

 

Kłania się nieznacznie, co Harry odwzajemnia. "...Dobrze." Minister Knot, wydając się niezmiernie zadowolonego z siebie, chwyta Harry'ego za łokieć i na wpół prowadzi, na wpół ciągnie Gryffona do zacisznego stolika z tyłu pubu.

 

W drodze do stołu Harry zauważa co najmniej pół tuzina osób w czerwonych szatach obserwujących tę scenę z żarliwą uwagą. "Kim oni są?" – pyta ministra, wskazując głową w stronę mężczyzn i kobiet, stojących jak wartownicy.

 

Knot spogląda na stół z lekceważącym wyrazem twarzy. "Aurorzy. Cóż, oni są, są tym, co mugole nazywają "po - licu" lub czymś w tym stylu, ale dla magicznego świata".

 

Harry kiwa głową i daje się wciągnąć do boksu.

 

Knot siada naprzeciwko niego i prosi Toma, barmana, Kremowe piwo dla młodego Harry'ego i ognistą whisky dla mnie, jeśli łaska.

 

Minister podskakuje jeszcze przez chwilę kolanem i wyciera twarz bordową chusteczką. Odchrząkuje - "Na pewno ucieszy cię wiadomość, że doprowadziliśmy twoją ciotkę do porządku i odpowiednio zmodyfikowaliśmy jej pamięć. Tak więc, wszystko jest w porządku. Jakby nic się nigdy nie stało"

 

Harry zastygł. "Co?"

 

"Straszna sprawa, prawda? Magia w otoczeniu mugoli. Nie ma jednak nic złego w byciu potężnym, co? Cóż, jednak jest... - urwał, po czym dodał: "ale nic nie można zrobić z przypadkową magią. O wiele łatwiej po prostu wymazać ich wspomnienia. Nie jesteśmy na ciebie za to źli, mój chłopcze, wcale nie".

 

Harry zostaje uratowany przed próbą odpowiedzi, gdy Tom wraca z kubkiem napoju o kolorze płynnego bursztynu, pachnącego palonym masłem i brązowym cukrem. Napój zostaje postawiony przed Harrym z mruknięciem "Panie Potter", a następnie szklanka pełna czegoś przezroczystego, śmierdzącego spaloną gumą, zostaje postawiona przed  Knotem ze znacznie ostrzejszym i pełniejszym szacunku  "Ministrze."

 

Minister Knot kiwa głową nie zwracając na niego większej uwagi, a Harry mówi: „Dziękuję”. Barman Tom uśmiecha się do niego i odchodzi wolnym krokiem.

 

Harry bierze łyk napoju, delektując się słodko-słonym smakiem z tyłu języka. Nagle zdaje sobie sprawę, że przez cały dzień ledwo co jadł, ponieważ unikał Marge, a potem został odesłany podczas kolacji.

 

Ignoruje wpatrującego się w niego ministra i pochłania piwo z gracją głodującego człowieka.

 

"Spragniony?" pyta Knot z uśmiechem podszytym odrazą.

 

Harry wytarł pianę z ust grzbietem dłoni. "Przepraszam", mamrocze, "to był długi dzień".

 

Knot łagodnieje niezauważalnie i rozluźnia się, wygodnie rozsiadając się. "To było do przewidzenia. Błędny Rycerz jest ciężkim przeżyciem nawet dla dorosłych czarodziejów."

 

Harry wzdrygnął się na to wspomnienie. Prawie odpowiada pytaniem na pytanie, kto właściwie pomyślał, że Błędny Rycerz będzie akceptowalną metodą podróżowania - zwłaszcza gdy z tego co wie, większość dorosłych czarodziejów jest zdolna do apor-coś-tam ale potem zauważa dziwność tej zaimprowizowanej rozmowy z najwyższym rangą urzędnikiem państwowym w magicznym świecie. Pyta więc: "Dlaczego tu jestem, sir? To znaczy, dlaczego jemy kolację?".

 

Knot klaszcze o kolana. "Cóż, mój chłopcze, musiałem się upewnić, że jesteś bezpieczny. Zdecydowaliśmy, że przez resztę lata będziesz mieszkał tutaj, twoi mugolscy krewni nie... nie najlepiej radzą sobie z obecną sytuacją. Ale bez obaw. Twoje bezpieczeństwo jest naszym priorytetem".

 

Harry nie może powstrzymać uśmiechu, który pojawia się na jego twarzy. Próbuje złożyć uroczysty ukłon -- Rzeczywiście, nadeszły bardzo niepokojące czasy -- jednak jego zielone oczy wręcz skrzyły się blaskiem tysiąca drobnych diamentów załamujących złociste promienie słońca. Chłopak wyglądał zdecydowanie na szczęśliwego. "Mogę tu zostać, dopóki nie wrócę do Hogwartu? O to ci chodzi?"

 

Knot poklepał chłopca po dłoni. "Tak, zostaniesz tutaj." Następnie minister pochyla się do przodu w atmosferze wielkiej tajemnicy. "Jest jeszcze jedna rzecz, o którą chciałbym cię zapytać."

 

Są teraz tak blisko, że Harry czuje pozostałości kawy i eliksiru pieprzowego w oddechu mężczyzny.

 

Knot spogląda w tę i z powrotem, po czym szepcze: "Obraz Malfoy'ów, który stworzyłeś, zimowa kraina czarów, jest niesamowity. Myślałam, że Lucjusz przesadzał, ale podczas jego czerwcowej gali poczułem respekt. Co mógłbym zrobić, aby zamówić podobne arcydzieło dla siebie i mojej rodziny?"

 

Harry zamrugał. Potem mruga jeszcze raz. "Um," mówi elokwentnie, czując się raczej jak Dudley. " Tak. Racja. Obraz. Myśli przez chwilę. "Cóż, jest lista oczekujących", Knot reaguje, jakby to była całkowicie rozsądna rzecz do powiedzenia, mimo że Harry właśnie to wymyślił. Harry kontynuuje: "Jeśli napiszesz do mnie, jakiego dzieła oczekujesz, dodam cię do listy".

 

Knot ponownie poklepał go po dłoni. "Na pewno to zrobię. Dziękuję, młody Harry. Nie mogę się doczekać naszego kolejnego spotkania."

 

Minister odchyla się do tyłu zwracając Harry'emu jego przestrzeń osobistą. Wygładza swój kasztanowy płaszcz, wstaje, dopija swój kieliszek jednym haustem, po czym ponownie pociąga Harry'ego za łokieć. Spogląda na jednego z czarodziejów w czerwonych szatach.

 

"Shacklebolt. Mógłbyś zaprowadzić Harry'ego do jego pokoju?"

 

Czarodziej, wysoki i dość atrakcyjny ciemnoskóry mężczyzna, ostro kiwa głową. "Oczywiście, panie ministrze."

 

Knot czochra Harry'ego po włosach jak psa. Łapa warczy nieznacznie. "W takim razie - powiedział Minister - będę się już zbierał. Uważaj na siebie, Harry.

 

Harry pogłaskał Łapę w sposób, który, ma nadzieję, był uspokajający. "Ty też, proszę pana."

 

Z aurą głębokiego samozadowolenia, Korneliusz Knot odchodzi. Trzech czerwono odzianych aurorów podąża za nim w luźnej formacji obronnej.

 

Shacklebolt wydaje się raczej milczący, gestem ręki prowadzi Harry'ego do jego pokoju. Mężczyzna puka w drzwi, otwiera je, a następnie mówi: "Poczekaj tutaj, sprawdzę czy jest bezpiecznie i ustawię kilka osłon."

 

Harry wzruszył ramionami. "W porządku."

 

Mężczyzna szybko wchodzi do pokoju i zamyka drzwi. Harry widzi przez szparę pod drzwiami błyski elektrycznego błękitu i księżycowego srebra. Drzwi otwierają się, ukazując uśmiechniętego Shackelbolta.

 

"Zatem wszystko jasne, Harry. Bądź grzeczny i uważaj na siebie przez resztę lata. Koniec z ucieczkami a wszystko będzie dobrze".

 

Harry zagląda do pustego pokoju z prostym łóżkiem i samotnym oknem. Jest idealny.

 

"Tak, nie zrobię tego - znowu - to znaczy. Dziękuję."

 

Shacklebolt ściska jego dłoń i podaje mu ją w bardzo męskim uścisku. "Nie ma za co. Bądź ostrożny, w porządku?"

 

Harry próbuje odwzajemnić mocny uścisk. "Tak jest, sir."

 

Shacklebolt puszcza jego rękę. "W porządku, do zobaczenia, panie Potter.

 

"Do zobaczenia". Harry wchodzi do pokoju, zamyka drzwi i siada na oślepiająco białym łóżku. Zastanawia się, czy Hedwiga będzie wiedziała, jak go znaleźć, czy też wróci do Dursley'ów. Ona zawsze zawsze wydaje się wiedzieć, gdzie jest jej człowiek, więc nie martwi się zbytnio.

 

Na wszelki wypadek, gdyby go znalazła, otwiera okno. Przestało padać.

 

Zsuwa się po ścianie i wpatruje się w bezosobową przestrzeń (jak jego pokój na Privet) i zaczyna odczuwać skutki całego dnia. Jest teraz sam. Nikt po niego nie przyjdzie. Będzie po prostu tutaj, w tym pokoju, zupełnie sam. Nie musi wracać do Dursley'ów.  To wszystko, czego pragnął przez całe lato.

 

A jednak... jest samotny. Chce, by ktoś go przytulił, by ktoś go pokochał. Nie ma nikogo przy sobie tutaj, w krainie żywych. (Porzucony.)

 

Tom. Jeśli nie ma nikogo innego, ma Toma. I może... może dziś uda mu się dokończyć rysunek, uczynić Toma realnym tutaj, w świecie Powyżej. (Wtedy Harry nie byłby już sam).

 

(Tom też nie.)

 

Wyciąga pamiętnik i długopis, a następnie przesuwa palcami po okładce, jakby to był amulet.

 

Przewraca się na stronę, na której stoi Tom, wpatrując się w niego, mrugając od czasu do czasu oczami. Paw trąca nosem podobnego do posągu Toma w zdezorientowaniu, nudzi się, a następnie opuszcza stronę, aby położyć się gdzie indziej w świecie pamiętnika. Paw wydaje się jakby chudszy.

 

Nie, myśli Harry, paw wygląda na chorego. A trawa, jak zauważa na innej stronie, usycha.

 

Marszcząc brwi, spogląda na prawie skończonego Toma i zabiera się do pracy. Pewne rzeczy mogą poczekać, ale nie to. Gdy zaczyna, jego ręce poruszają się w szaleńczym tempie. Czuje głęboki spokój, gdy jego pióro przesuwa się po stronie. Jego umysł jest czysty, gdzieś głęboko w duszy słyszy bulgoczący strumień, zupełnie jakby sam atrament wlewał się do jego serca i kierował jego dłońmi.

 

Pióro przesuwa się po papierze coraz szybciej i szybciej, gdy kończy portret Toma. Jego palce kapią o północy i czuje wokół siebie brzęczenie, jakby obraz próbował podnieść się i wydostać z książki. Zamyka dziennik z poczuciem ostateczności, a następnie kładzie dłoń na okładce. Jest ciepła, myśli nieobecnie. Obserwuje z niemym przerażeniem i chorobliwą fascynacją, jak obsydianowy atrament wpływa do jego żył, oplata jego serce i wypływa przez drugą dłoń.

 

Panuje cisza, którą zmąca jedynie jego ciężki oddech. Wciąż jest sam. 

 


Z rosnącym przerażeniem otwiera pamiętnik i przegląda wszystkie strony, zauważając jednocześnie wiele rzeczy. Polne kwiaty zwiędły i gniły, trawa zbrązowiała, paw leży martwy na jednej stronie, a na następnej wierzba płacząca runęła bezładnie na ziemię, wszystko co po niej pozostało to zbutwiały pień. Odwraca strony w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak życia, lecz wszędzie tam, gdzie kiedyś kwitło życie, teraz panuje tylko śmierć.

 

"Nie." Szepcze: "Nie, nie, nie!" Szlocha, ledwo mogąc oddychać przez siłę swojego płaczu, ale nie może przestać, nie wie, czy kiedykolwiek przestanie, ponieważ tam jest tyle śmierci, tak wiele śmierci i.... Tom.

 

Tom przepadł.

 

 

***

 

 

Kiedy Tom zaczyna odczuwać przyciąganie, prawie odrzuca to jako dziwną emocję.  Ostatnio odczuwał ich tak wiele.

 

Ale to szarpie i to boleśnie, a on zaczyna zdawać sobie sprawę, że to jest ten moment, w którym wszystko się zmieni.

 

W końcu zakończy tę wymuszoną przez samego siebie izolację i powróci do prawdziwej rzeczywistości.

 

To słodko-gorzkie, myśli. Tutaj ma dzieła swojego artysty tylko dla siebie. Istnieje tylko dla Harry'ego, a kiedy Harry śni, Harry istnieje tylko dla niego.

 

Czy nadal będzie spędzał noce razem z Harrym, kiedy wróci do świata powyżej?

 

Przypuszcza, że je odzyska, jeśli tak się stanie. Mając magię na wyciągnięcie ręki, nic nie jest dla niego niemożliwe. (Nawet ucieczka przed śmiercią.)

 

Opuszcza widmowy Hogwart. Dekoracje mogą zamaskować nawet najohydniejsze miejsce, jednak nie będzie tęsknił za więzieniem w którym spędził ostatnie pięć dekad. Staje na polu i delektuje się uczuciem witalności powracającej do jego ciała. Nigdy nie zauważył, jakie to inne uczucie być... żywym.

 

On oddycha. Wdech i wydech, wstrzymywanie tego boli. Nie oddychał; zapomniał, jakie to uczucie kiedy powietrze wlatuje do jego płuc i jaką ulgę przynosi.

 

Świat wokół niego umiera. Neige leży na ziemi i skomli, nieszczęsne zwierzę. To bez znaczenia, może znaleźć inne pawie, on jest wart wszystkiego.

 

Lecz gniewna, wspaniała wierzba rozpada się. Konary, które szeleściły wyrywając z dręczącej go ciszy i rozległe gałęzie, które osłaniały jego egejskie oczy przed widokiem bezkresnego, szarego nieba, rozpadają się w nicość.

 

Poczuł coś. Stratę - być może - przez to wspaniałe, samotne... potężne drzewo. Ono było jak on, pomyślał.

 

Ich poświęcenie nie pójdzie na marne.

 

Gdy z Neige uchodzi wszelkie życie, pod butami Toma chrzęszczą zbutwiałe kwiaty i kości ptaków.

 

Idzie na dziedziniec Harry'ego. Wciąż pamięta smak krwi swojego artysty na języku, uczuje drżącego ciała uwięzionego w jego ramionach.

 

Pochyla się i podnosi przełamane fragmenty cisu, zostawiając ostrokrzewową różdżkę tam gdzie od początku powinna być. Ona nie należy do niego.

 

Ale te dwie połówki są złamane, ranią... go.

 

Wsuwa je do kieszeni, gdy czuje, jak jego ciało jest odciągane, pozostawiając za sobą arcydzieło tragedii i otwiera oczy już w świecie powyżej.

 

 

 

*

 

Pierwszą rzeczą, jaką widzi, jest to, że bez wątpienia znajduje się w pokoju w Dziurawym Kotle: biała narzuta na łóżku i otwarte okno.

 

Drugą rzeczą, jaką widzi, jest Harry skulony pod ścianą, płaczący tak mocno, że biedak ledwo może oddychać, kołysze się w uspokajającym ruchu.

 

Pod łóżkiem śpi duży czarny pies, którego ogon wystaje. Pamiętnik leży otwarty i porzucony na podłodze.

 

"...Harry," szepcze Tom.

 

Jego najdroższy chłopiec nie słyszy go przez siłę swojego rozdzierającego płaczu.

 

Tom podchodzi do niego i klęka, przypominając sobie ich pierwsze spotkanie w komórce wiele miesięcy temu.

 

Pociąga niestawiające oporu ciało do przodu w swój silny uścisk. Głaszcze miękkie włosy, nie mogąc się uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, że czuje ciepło chłopca. Że on sam też jest ciepły.

 

"Harry," powtórzył, " Wszystko w porządku. Jestem tutaj, kochanie. Jestem tutaj."

 

Szloch się urwał. "Tom?" Mówi łamiącym się głosem. "Czy to ty? Tom? To naprawdę ty?" Harry cofa się gdy Tom go puszcza.

 

Drobne, naznaczone modzelami dłonie przesuwają się po jego twarzy, muskając policzek i przejeżdżając po nosie. 

 

"Jesteś prawdziwy?" Harry pyta z czerwonymi oczami i śladami łez lśniącymi niczym tafla jeziora.

 

Jeśli oczy Toma wypełnią się ich własną imitacją łez, nikt poza cudem w jego ramionach nigdy się o tym nie dowie. Składa pocałunek na skroni chłopca i stara opanować swój oddech. 

 

"Tak, jestem prawdziwy. Jestem tutaj. Jestem tutaj. "Jego głos drży pod ciężarem wypowiadanych słów. Przez chwilę Harry wpatruje się w niego ze zdumieniem, a potem jego twarz się załamuje.

 

Wtula się z powrotem w klatkę piersiową Toma z nową falą szlochu, wczepiając dłonie w materiał szat starszego chłopca. Wkrótce będę musiał kupić nowe ubrania. Zastanawiam się, czy mój starszy odpowiednik zdobył jakieś fundusze, czy też będę zmuszony skorzystać z czyichś pieniędzy. 

 

Harry, ze złamanym sercem, płacze: "Oni wszyscy odeszli. Powołałem ich na świat, a teraz nie żyją. Tam jest tak wiele śmierci."

 

Tom kojąco pociera dłonią kościsty kręgosłup chłopca. Słodki za bardzo schudł. 

 

"Szli, żebym ja mógł biec. Jesteś cudowny i oni też byli, ale to nic. Jestem tutaj, kochanie. Nie opuszczę cię."

 

Głos Harry'ego jest nagle tak młody i pełen desperackiej nadziei kogoś, kto został porzucony zbyt wiele razy. "Obiecujesz?"

 

Tom zacisnął uścisk. "Obiecuję" Każdy, kto spróbuje mi cię odebrać, nauczy się, co to znaczy strach. Będą płonąć.

 

Powoli łzy Harry'ego ustają, a chłopiec rozluźnia się w ramionach Toma. 

 

"Chodź kochanie. Połóżmy się do łóżka. Harry skinął słabo głową i pozwolił Tomowi zanieść go do łóżka. 

 

Używa różdżki chłopca, aby rzucić szybkie Reparo, po czym uśmiecha się jak rekin na widok swojej nowo naprawionej cisowej różdżki, odrodzonej z popiołów jak feniks, który nadaje jej moc.

 

Rzuca urok oczyszczający na sennego chłopca i zmienia ich ubrania w miękkie jedwabne piżamy.

 

Kiedy wsuwa się pod kołdrę, owija się wokół Harry'ego, by zapewnić chłopcu bezpieczeństwo i ciepło, jego artysta mówi słabym z wyczerpania głosem.

 

"Oni zawsze mieli umrzeć".

 

Tom przesuwa palcem po włosach Harry'ego z niesamowitą delikatnością, przerażony tym, jak zmęczony się czuje i że pierwszy raz od pięciu dekad naprawdę może zasnąć. "Hmm?"

 

Harry westchnął z zadowoleniem. "Wiedziałem od pawia."

 

Tom śmieje się na wspomnienie głupiego stworzenia, które podążało za nim i próbowało pływać razem z nim, ilekroć szedł nad jezioro. "Neige masz na myśli?"

 

Harry również się zaśmiał, melancholijnie. "Jeśli tak ją nazwałeś, to tak. Jadła, zauważyłeś prawda? Włóczyła się i traciła na wadze. Trawa brązowiała, a kwiaty, które narysowałem jako pąki, rozkwitały."

 

Harry wodzi dłonią po ramionach Toma, jakby chcąc się upewnić, że Ślizgon jest prawdziwy. "Profesor Badgerwood mówi, że za każdym razem, gdy tworzysz coś za pomocą magii, jest to tylko uchwycona chwila. Portret to jedynie pojedynczy urywek z czyjejś duszy. Nie jedzą, nie śpią, choć mogą, są tacy jacy byli w chwili, gdy ich namalowano. Nadal mogą się uczyć, ale ich pogląd na świat nigdy się nie zmieni bez względu na to, ile nowych informacji zgromadzą. Ponieważ prawdziwe magiczne obrazy się nie zmieniają, a jeśli już, to jest to mroczna magia dusz."

 

Tom gryzie się w język. Mroczna magia dusz...

 

Harry kontynuuje, wtulając twarz w szyję Toma. "Ale te rysunki były takie... żywe. A to oznacza, że od początku miały umrzeć." Harry zachichotał, a jego głos był przesiąknięty wiekową wiedzą. "Wszystko, co żyje, umiera. To właśnie oznacza być żywym... Tylko, że to było za wcześnie. Za wcześnie."

 

Tom ma wrażenie, że Harry nie mówi już tylko o rysunkach. Być może myśli o rudowłosej kobiecie i noszącym okulary mężczyźnie, odważnych jak lwy i martwych jak paw, nazwany przez Toma. 

 

" Prawda, Harry." Podciągnął kołdrę wyżej okrywając ich. "Było, ale będzie lepiej. Śpij, kochanie. Rano nadal tu będę."

 

Nikt już ich nie rozdzieli. Wszystko, co żyje, musi umrzeć. To właśnie oznacza bycie żywym.

 

To przerażające, myśli Tom. Jednak zewsząd otacza go ciepło, a w łóżku trzyma same Bóstwo. Po raz pierwszy on i Harry powitają wschód słońca razem. 

 

Nadal tu będzie, gdy się obudzi.

 

Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat obudzi się.  

Notes:

On ŻYJE. Tom żyje! Co to oznacza dla Harry'ego? Gdzie Tom będzie chodził do szkoły? Wszystko się okaże.

W międzyczasie zostaw komentarz, abym wiedział, że prawdziwi ludzie to czytają i rzuć kudos, jeśli czujesz się tak hojny.

Specjalne podziękowania dla wszystkich, którzy piszą do mnie zza pustki. Kocham was wszystkich!

Notes:

Dobra wiadomość, ludzie! Przeczytałam wasze komentarze i uznałam, że warto to kontynuować. Fajnie się pisze :)