Chapter Text
— Ej, dzięki za pomoc, stary. Nie wiem, co by było, gdybyś nie przyszedł.
Murakami wzruszył ramionami. Co prawda na dzisiaj już skończył robotę, a poza tym jego obowiązki zawsze dotyczyły tylko tego, co działo się w samym kasynie, ale to nie znaczyło, że zamierzał pozwalać na jakieś burdy pod drzwiami. Ostatecznie ktoś, kto kręci się w okolicy w takich godzinach, to potencjalny klient. Jeśli taki leży w szpitalu, to nigdzie nie pójdzie. A już na pewno nie tam, skąd musiało go zbierać pogotowie.
— Słuchaj — nieznajomy położył mu rękę na ramieniu — porządny z ciebie facet, noc jeszcze młoda, może się przejdziemy na piwo?
Murakami już miał odpowiedzieć, że nie ma mowy, ale w tym momencie przyjrzał się niedoszłej statystyce. I zastygł.
Znał tę twarz. Przyglądał jej się codziennie w kamerach, a od czasu do czasu również bezpośrednio.
Nieświadomy niczego, Kaiji Itou radośnie kontynuował.
— Cienko u mnie z kasą ostatnio, ale co tam, w końcu jeszcze chwila i by mnie nie było. To jak?
Nie rozpoznał go! No tak, kto by się przyglądał ochronie, ściągasz garniak i już nikt nie wie, kim jesteś... Dziwniejsze było, że Murakami nie poznał Kaijiego, ale żeby być uczciwym, kiedy się nie wydzierał, brzmiał zupełnie inaczej.
Murakami zastanowił się. To mogła być jego szansa. Idealna okazja dla przeszpiegów. Albo... Uśmiechnął się.
— Jasne, znam jedno miejsce w okolicy. I ja stawiam. Nie, nic nie mów, powiedzmy, że mam powód do świętowania.
Albo mógł po prostu iść się urżnąć bez żadnych podtekstów.
W zasadzie kiedy nie próbował rozwalić żadnych maszyn do pachinko, ukraść żadnych pieniędzy ani nie wyzywał każdego, kto był pod ręką, Itou był całkiem sympatycznym gościem. A że był wrogiem Ichijou... To już była jego osobista sprawa. Szanse, że się dowie, były małe, ostatecznie — co takiego Murakami robił, gdzie i z kim, nie powinno Ichijou ani trochę obchodzić. Nawet jeśli obecnie mogło go nadzwyczajnie interesować, co porabiał Itou.
