Actions

Work Header

Kiedy wrócisz do domu

Summary:

- Pepper – próbuje znowu Tony.
Ale Pepper zachowuje się, jakby go nie słyszała, kiedy siada przy łóżku i bierze jego dłoń w swoje.
- Nie powinnam ci na to pozwolić – mówi. - Mogłeś zginąć. Myślałam, że znienawidzisz mnie, jeśli będę błagać byś tego nie robił, ale wolę, żebyś mnie nienawidził, niż żebyś był martwy. Proszę, obudź się.
Tony jest zdezorientowany, bo przecież nie śpi. Chce objąć Pepper, pocieszyć…
… ale jego ręka wpada w jej policzek i przechodzi przez niego, nie napotykając oporu.
Tony nie może jej dotknąć. Podrywa się, czując dziwne szarpnięcie, kiedy jego głowa unosi się z poduszki, wyciąga przed siebie ręce – w porządku, może nimi ruszać, więc przecież…
Ale Pepper wciąż siedzi bez ruchu. Wciąż trzyma jego dłoń w swojej.
Tylko że on nie czuje tego dotyku, a ręka, spoczywająca bezwładnie w jej dłoni, wydaje się należeć do kogoś innego. Tony'ego ogarnia fala paniki, kiedy stoi obok i patrzy z góry na swoje nieruchome ciało.
Co, do cholery.

Notes:

Chapter Text

Miarowe pikanie aparatury. Charakterystyczny zapach środków odkażających i antyseptycznych. Potworny ból głowy, duszność w klatce piersiowej – nie musiał otwierać oczu, żeby wiedzieć, gdzie się znajduje.
Trafił do szpitala. Znowu.
Szedł na jakiś rekord w tym roku, bo to był – który, trzeci raz? - a ledwie co minął kwiecień.
Otwiera oczy, krzywiąc się na zbyt jasne światło. Prawa noga w gipsie, bandaż na wysokości klatki piersiowej… jeśli okaże się, że uszkodził ręce, będzie naprawdę, naprawdę wkurzony.
- Tony – słyszy, jak ktoś cicho wypowiada jego imię. - Tony, obudź się, proszę.
Pepper. Ciepła ręka ostrożnie dotyka jego dłoni, sprawdza czoło. Tony uśmiecha się do niej uspokajająco, ale Pepper wciąż wydaje się martwić.
- Hej, nie jest tak źle – mówi energicznie Tony. - Tym razem to było które, ósme piętro? Zaniżam standardy, Pep, ostatnio spadłem z wysokości czternastego.
I może nie powinien tego mówić, bo tylko ją tym zdenerwuje i zaraz zacznie na niego krzyczeć, wyrzucając mu, jaki jest lekkomyślny i że w ogóle o siebie nie dba, ale Tony ma to gdzieś. Wszystko jest lepsze, niż ten złamany wyraz udręki na jej twarzy.
- Pepper – próbuje już poważniej. - Wszystko jest okej. Naprawdę.
Pepper zachowuje się, jakby go nie słyszała. Krząta się po sali, wstawia do dużego wazonu kwiaty, które ze sobą przyniosła, przyciemnia za jasne światła – Tony’ego ogarnia czułość do tej drobnej, szczupłej istoty, która zna go lepiej, niż ktokolwiek inny na świecie. Kiedy zdejmuje garsonkę i siada przy jego łóżku, znów bierze jego dłoń w swoje.
- Nie powinnam ci na to pozwolić – mówi cicho. - Nie chciałam cię ograniczać, ale mogłeś zginąć, Tony, w każdej chwili możesz. Myślałam, że znienawidzisz mnie, jeśli będę cię błagać, żebyś tego nie robił, ale, do cholery, wolę, żebyś mnie nienawidził, niż żebyś był martwy. Proszę, obudź się, Tony. Błagam. Obudź się.
Tony jest zdezorientowany, bo przecież nie śpi. Pepper zaczyna płakać, jak zwykle nawet w tym perfekcyjna i opanowana, żadnego pociągania nosem i rozmazanego makijażu, tylko łzy płynące w ciszy po bladych policzkach – Tony sięga, chcąc ją objąć, pocieszyć, pocałować…
… jego ręka wpada w jej policzek, przechodzi przez niego na wylot, nie napotykając żadnego oporu.
Tony nie może jej dotknąć.
Tony jest zdezorientowany.
- Co, do diabła – mówi głośno, siadając na łóżku. Czuje dziwne szarpnięcie, kiedy głowa podrywa się z poduszki, wyciąga przed siebie ręce – w porządku, może nimi ruszać, więc przecież…
Ale Pepper wciąż siedzi bez ruchu przy jego łóżku. Wciąż trzyma jego dłoń w swojej.
Tylko że on nie czuje tego dotyku, a ręka, spoczywająca bezwładnie na szpitalnym kocu, wydaje się należeć do kogoś innego. Tony czuje, jak ogarnia go fala paniki, kiedy podrywa się na równe nogi, wstaje – i nagle stoi obok, obok łóżka, na którym wciąż leży jego ciało, obok kobiety, którą kocha – i patrzy na nich z góry.
Jego zęby szczękają o siebie, kiedy obejmuje się ochronnie ramionami.
Co, do cholery.