Work Text:
Wszyscy z nich mieli większe lub mniejsze blizny, których było albo mniej, albo więcej, w zależności od tego, co robili w swoim życiu. Wang Zhi nie miał ich dużo, było ich zaledwie kilka. Prawie każda pochodziła z jakiegoś wydarzenia, gdzie ktoś zamierzał pozbawić go życia. Zdarzały się oczywiście wyjątki, jak ta, która powstała, gdy stał się eunuchem, czy ta, która powstała przez Tang Fana i jego głupotę.
Wang Zhi nie wstydził się swoich blizn. Uważał je za nieodłączną część siebie, był to dowód na to, ile przeszedł w swoim krótkim życiu. Zresztą, prawie nikt nie widział jego blizn. Były w miejscach, których nigdy nie pokazywał obcym ludziom. Nie musiał martwić się o to, czy ktoś je skomentuje. Czasem zastanawiał się, ile poszczególni ludzie, których zna mogą mieć blizn. Takie myśli były czymś, czego nikt się po nim nie spodziewał, ale świat nie wiedział o nim wielu rzeczy. Osoba, którą pokazywał na zewnątrz nie była nim. Przynajmniej nie przez większość czasu. Była to starannie dopracowana maska, postać, którą tworzył przez lata. Na razie jedyną osobą, która znała prawdziwego Wang Zhiego był Ding Rong i na odwrót. Jedyną osobą, która znała prawdziwego Ding Ronga był Wang Zhi.
Cieszył się, że jego blizny nie bolały tak bardzo, jak u niektórych. Jeśli miał być szczery, nie bolały prawie w ogóle. Tłumaczył to tym, że było ich mało, a rany nie były głębokie. Wiedział jednak, że niektórzy nie mogli nawet wyjść z łóżka, gdy mieli szczególnie zły dzień.
Jego rozmyślania przerwał wchodzący do pokoju Ding Rong, który niósł tacę z herbatą, stawiając powolne i ostrożne kroki. Wang Zhi obserwował uważnie, jak odstawia tacę na stół i krzywi się delikatnie, jakby z bólu, prawdopodobnie myśląc, że nikt nie widzi. Wang Zhi zauważył, że Ding Rong dzisiaj zachowuje się dziwnie, zupełnie jak nie on. Rano musiał trzy razy powtórzyć mu, co ma zrobić, zanim poszedł wykonywać swoje obowiązki. Poza tym jest wolniejszy niż zazwyczaj, przyniósł mu nie tą herbatę, co nigdy mu się nie zdarza i jest bardziej zgarbiony, niż zwykle, gdy stoi u boku Wang Zhiego. Wang Zhi domyśla się, co może być powodem dziwnego zachowania drugiego eunucha, jednak nie ma zamiaru zakładać niczego z góry.
Widzi, jak Ding Rong staje obok stołu, czekając na polecenie, mimo że Wang Zhi już dawno powiedział mu, że gdy są sami, nie muszą używać żadnych formalności. Normalnie Ding Rong chętnie się do tego stosuje, nazywając go różnymi określeniami. Jednak dzisiaj nic nie wydaje się być normalnie, a Ding Rong nazywa go dowódcą nawet teraz.
— Ding Rong — odzywa się w końcu, żeby przerwać ciszę panującą w pokoju. Dopiero teraz zauważa, jak blady jest ubrany na fioletowo mężczyzna, a na jego czole pojawia się kilka kropel potu.
— Tak, dowódco? — znowu używa słowa „dowódca“, a Wang Zhi chce, żeby wreszcie przestał. Wieczory należą do nich. Nie do tych udawanych, nie do „dowódcy Wanga“ i „sługi Ding Ronga“, a do Wang Zhiego i Ding Ronga, którzy są sobie równi.
— Co mówiłem ci o tytułach, gdy jesteśmy sami? Zawsze tak chętnie nazywasz mnie różnymi określeniami, co sprawiło, że dzisiaj wciąż mówisz do mnie jakbyśmy byli wśród ludzi? — sądząc po jego wyglądzie, jeżeli zaraz nie usiądzie, Ding Rong najzwyczajniej w świecie się przewróci. Wang Zhi nie ma zbytnio ochoty na podnoszenie swojego partnera ze środka pokoju, dlatego decyduje się na nie odsyłanie Ding Ronga — Usiądź koło mnie, Rong'er — mówiąc to klepie ręką miejsce na łóżku tuż obok siebie. Specjalnie zdecydował się na użycie tego określenia, wiedząc, jak działa ono na Ding Ronga.
Przez chwilę Ding Rong wygląda, jakby miał zamiar odmówić, powiedzieć, że ma jeszcze dużo rzeczy do zrobienia i przyjdzie później, ale ta mina jest na jego twarzy jedynie przez kilka sekund. Powoli i ostrożnie podchodzi do łóżka, i siada na nim nawet jeszcze wolniej. Nie może ukryć małego syku, który opuszcza jego usta zaraz po tym, jak stara się w miarę wyprostować. Wang Zhi postanawia, że za wszelką cenę musi się dowiedzieć, co dzisiaj jest nie tak z Ding Rongiem.
— Przez cały dzień zachowujesz się zupełnie, jak nie ty, co się dzieje? — kładzie mu rękę na ramieniu, próbując zachęcić go do udzielenia odpowiedzi zgodnej z prawdą. Zdaje sobie sprawę z tego, że mógłby po prostu wydać mu rozkaz, ale nie chce tego robić. Wydaje rozkazy przez prawie cały dzień, nie chce rozkazywać Ding Rongowi, gdy są sami. Chce, żeby byli ze sobą równi.
— Wszystko jest w porządku, nie musisz się martwić — próbuje pokazać mu to poprzez wyprostowanie się, ale nie udaje mu się to i w połowie marszczy brwi tak mocno, że Wang Zhi ma wrażenie, iż pozostawi to po sobie ślad na twarzy Ding Ronga. Wang Zhi na pewno nie da nabrać się na te kłamstwa.
— Przecież widzę, jaki jesteś. Obserwuję cię, pamiętasz? — patrzy mu prosto w oczy, chcąc przekazać mu dokładniej, że nie wierzy w to, że wszystko jest dobrze — Czy to twoje blizny? — decyduje się na zasugerowanie powodu, o którym myślał od początku, a sądząc po lekkim szoku widocznym w oczach Ding Ronga, ma rację.
— Nie bolą tak bardzo.
— Nie kłam, obserwowałem cię przez cały dzień. Oczywiście, że cię bolą — wstaje i podchodzi do półki, na której leżą różne maści, przyniesione kiedyś przez Ding Ronga. Każda z nich opisana jest kilkoma słowami, więc Wang Zhiemu nie zajmuje długo znalezienie tej odpowiedniej — Zdejmij szaty i się połóż, pomogę ci.
— Ale naprawdę... — Wang Zhi czasem zastanawia się, dlaczego ten człowiek prywatnie jest tak uparty. To cecha, którą dzielą.
— Nie kłóć się ze mną, Rong'er. Chcę ci pomóc, więc zrób to, co mówię — Wang Zhi wzdycha z ulgą, gdy widzi, jak Ding Rong zaczyna zdejmować buty, a potem odwiązuje pasek w talii. Po chwili ma na sobie jedynie spodnie od bielizny i kładzie się na brzuchu, sycząc cicho.
Wang Zhi tłumi westchnienie szoku. Wiedział, że Ding Rong ma więcej blizn, niż on, jednak nie spodziewał się, że jest ich aż tyle. Pokryta jest nimi większość jego pleców, a Wang Zhi wie, że ma jeszcze kilka na klatce piersiowej i brzuchu. Nic dziwnego, że ból jest dość silny. Podchodzi bliżej i siada na łóżku, tam, gdzie jest wolne miejsce.
Bierze trochę maści na palce i rozgrzewa ją w dłoniach, wiedząc, że w taki sposób jest przyjemniej. Zaczyna od największej blizny, która zaczyna się w okolicy łopatek, a kończy prawie na samym dole pleców. Do tej pory pamięta, jak Ding Rong upadł na ziemię, nie będąc w stanie się podnieść i jak wyglądał proces kauteryzacji, który potrzebny był ze względu na wielkość i głębokość rany. Ding Rong zemdlał z bólu w połowie, a Wang Zhi był blisko zwymiotowania, mimo że widział krew i takie obrażenia na codzień. To był drugi raz, kiedy widział Ding Ronga tak poważnie rannego i nie chciał zobaczyć trzeciego.
Delikatnie przeciągnął palcem po długiej i jednej z najświeższych blizn, rozsmarowując maść. Widział, jak Ding Rong zaciska dłoń w pięść i gryzie się w wargę.
— Przestań się powstrzymywać, jestem tu tylko ja — Wang Zhi wątpił, że Ding Rong przestanie, ale zawsze warto było spróbować.
Każda z blizn różniła się od siebie kształtem, a niektóre z nich także kolorem. Wang Zhiego ciekawiło, jakie historie się za nimi kryją.
— Skąd ją masz? — dotknął delikatnie prawie wyblakłej blizny, która musiała być dość stara.
— Tą? — Ding Rong zaśmiał się cicho — Kiedy byłem mały, dali mi do noszenia zbyt duże szaty. Potknąłem się i spadłem ze schodów, lądując na kawałek szkła, które wbiło mi się w tamto miejsce, nic ciekawego.
Wang Zhi pokręcił głową, ciesząc się, że Ding Rong nie widzi jego twarzy i ponownie nabrał trochę maści. Pytał tak jeszcze kilka razy, dowiadując się nowych rzeczy. Podczas tej rozmowy wpadł na pewien pomysł, który miał zamiar zrealizować. Cieszył się, że nie posmarował jeszcze większej części blizn. Wybrał losowo jedną z tych, które nie były jeszcze pokryte maścią.
Pochylił się bliżej, zostając na chwilę w tej pozycji. Po chwili pocałował ją lekko, uśmiechając się delikatnie, gdy poczuł, jak przez całe ciało Ding Ronga przebiega dreszcz, a on sam wydaje z siebie cichy dźwięk zaskoczenia i przyjemności, którego nie zdążył powstrzymać.
— Podoba ci się to? — zapytał, mimo że doskonale zdawał sobie sprawę, jak brzmi odpowiedź. Ding Rong powoli skinął głową, A Wang Zhi uśmiechnął się bardziej.
Zrobił tak ze wszystkimi pozostałymi bliznami, czerpiąc przyjemność ze sposobu w jaki reagowało ciało Ding Ronga.
— Skończyłem tutaj, odwróć się, żebym mógł zrobić to samo z drugiej strony — jego ręce wciąż ułożone były na ciele Ding Ronga, chociaż nie musiał na razie ich tam trzymać. Poczekał chwilę, a kiedy Ding Rong nie odpowiedział, Wang Zhi zmarszczył brwi i przysunął się tak, żeby mógł zobaczyć twarz drugiego mężczyzny, który, jak się okazało, zasnął.
Twarz Ding Ronga była zrelaksowana, jak nigdy, a ten widok bardzo podobał się Wang Zhiemu. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek widział Ding Ronga tak spokojnego, nawet gdy spali. Wang Zhi złożył krótki pocałunek na jego czole, a fakt, że Ding Rong w ogóle nie zareagował, świadczył o tym, jak bardzo potrzebował odpoczynku.
Wang Zhi zdjął własne szaty, pozostając jedynie w ostatniej warstwie i zdjął ozdoby z włosów, tak, że jego włosy opadały mu luźno na plecy. Położył się na łóżku, przesuwając lekko Ding Ronga i sprawdził, czy maść już zaschła, z zadowoleniem zauważając, że prawie tak.
Następnego ranka przemilczał fakt, że Ding Rong zaspał o ponad pół godziny, szczęśliwy z pracy, którą wykonał poprzedniego wieczora.
