Actions

Work Header

In varietate unitas

Summary:

Moje wariacje na temat polskiej szkoły magii... I uniwersytetu. Krótkie i dłuższe historie o Krakowie, magii i gołębiach, połączone historią życia pewnego niezbyt bogatego, niezbyt ogarniętego i pochodzącego z bardzo niedobrej rodziny żaka. Kompletnie poza kanonem. Wydarzenia z HP wyłącznie jako historyczne wspominki, nieco wpływające na losy głównych bohaterów.

Notes:

TW: krew, przemoc, wulgarny język, później też motyw samobójstwa i szpitala psychiatrycznego. Brak seksu i drastycznych opisów. Przed rozdziałami, które zawierają coś triggerującego, będę dodawać dokładne ostrzeżenia. Całość dla przeciętnego czytelnika NIE powinna być poruszająca.

To opowiadanie - pierwsze z nie-wiem-ilu-jeszcze - to moja strefa komfortu i ucieczka od kilku lat. Wymyśliłam je jako formę terapii, bo nie umiem pisać o emocjach w inny sposób, niż poprzez fikcję. Nie mam ambicji, by było jakieś super dopracowane i miało milion wyświetleń, po prostu publikowanie go mobilizuje mnie do częstszego pisania :D
Nic w moich opowiadaniach nie jest przepisane wprost z mojego życia. To nie jest pamiętnik. Moje są tylko emocje. Dla wyjaśnienia dodam, że jestem osobą autystyczną, więc moi główni bohaterowie też nie są zupełnie neurotypowi xD

(See the end of the work for more notes.)

Chapter 1: Sklep z magicznym syfem

Chapter Text

- I tak mnie jebło skurwysyństwo… Patrz, tu! Przez całe ramię. Skoczyłem jak kot, jak lampart jebany, i tylko mnie zdążyło tak machnąć – trrrach – zeżarło kawałek mojej ulubionej szaty i zniknęło w tej dziurze. No to ja w szoku, rzygam, ale zapierdalam do najbliższej wioski – dobrze, że sprawdziłem ją wcześniej! – wchodzę do żabki taki we krwi, słuchaj, kupuję cytrynę… I wódeczkę dla odwagi, oczywiście… Nie, baba za ladą nic nie powiedziała, na nich nie trzeba nawet rzucać ogłupiacza, nie ruszyłaby łbem nawet jakbym tam wleciał na hipogryfie. – W ciszy sali rozległ się śmiech dwóch młodych mężczyzn. Po chwili ten sam głos, co uprzednio, kontynuował swoją opowieść.
- I słuchaj, idę za sklep, na skrzynki, biorę porządnego łyka, tak jak nas Gruby zawsze uczył, wchodzi natychmiast, więc się z drugim powstrzymuję, żeby mi się ręce zbyt nie trzęsły. Trochę szaleju i innych gówienek zawsze noszę ze sobie, więc dałem ten szalej, przecinam cytrynę… I tu wódeczka okazała się niezbędna, bo gdybym nie był kompletnie najebany, w życiu, w życiu bym nie utrzymał tej cytryny na ramieniu. Myślałem, że zdechnę. Taką mi dziurę wypaliło, patrz…
- A weź się z tym, pojebało cię – parsknął drugi mężczyzna. – Nie interesuje mnie twoja obleśna gangrena. Taki z ciebie bohater, a Gruby z Żarłokiem podobno cię na przyczepce przywieźli i jeszcze wszystko zarzygałeś.
- A ty byś nie rzygał, jakbyś z takim czymś na ręce jeszcze musiał oglądać z bliska mordę Grubego?
- Mnie by już wtedy żywego nie dowieźli… Słyszałeś, że Gruby w tej przyczepce rucha laski?
- Sądząc po zapachu, to raczej bazyliszki, waliło jak w kurzej norze…
Ponownie rozległ się podwójny śmiech, zagłuszający huk, z jakim kilkadziesiąt plastikowych różdżek (z plastikowymi piórkami) zleciało na pokrytą starym linoleum podłogę sklepu. Filip patrzył na ruinę swojej pracy bez najmniejszego wzruszenia. Spróbował dzisiaj już sześciu różnych zaklęć, a plastikowe badziewie nadal układało się w swoim koszyku i po trzydziestu sekundach wyskakiwało z powrotem na podłogę, jakby czerpało z tego jakąś  ogromną przyjemność. Chłopak z rezygnacją zaczął układać je ręcznie, każdy kolor do innego koszyka, starając się nie stracić ani jednego słowa z prowadzonej przy kasie rozmowy. 
Mężczyźni przez chwilę wymieniali się żartami i mało interesującymi plotkami o Grubym i reszcie ich szemranej ekipy, które Pascal już wielokrotnie słyszał w różnych wersjach, czasami nawet od ojca, który wprawdzie nie wspominał w domu nic o swojej „pracy”, ale po pięciu porządnych porcjach wódeczki ziołowej robił wyjątek dla tych najciekawszych ploteczek, opowiadając je synowi z takim przejęciem, jakby to, jakie laski lecą na Grubego, stanowiło najważniejszy temat w życiu Filipa. 
Nigdy nie opowiadał o akcjach i rzeczach, które w pracy widywał i które miał w rękach.
- Gdzie ten twój synuś Żarłoka? – zapytał ranny w ramię mężczyzna, przerywając swobodną pogawędkę. – Nie mam dzisiaj aż tak  dużo czasu. Jakoś za godzinę wszystko musi być na glanc, bo przyleci ten typ, wiesz, który. 
Filip szybko wepchnął leżące nadal na linoleum różdżki pod sklepową szafkę i wyszedł zza regału chwilę po tym, gdy Orest go zawołał. 
Orest, jego nieformalny przełożony, dopiero rok temu skończył szkołę, więc w sumie nie różnili się mocno wiekiem. Byli też zatrudnieni na takich samych warunkach, ale Filip musiał się go słuchać i odwalać całą najgorszą robotę, bo pracował dopiero od miesiąca. No i nie był w organizacji. W robocie, znaczy się. Robota zawsze oznaczała tylko jedno – praca w sklepie z magicznymi przedmiotami „wszystko po pięć złotych” w grupowym slangu była nazywana raczej „ogarnianiem sklepu z gównem”, lub krócej: „ogarnianie gówna”. 
Za porysowaną plastikową ladą, całą zastawioną koszykami z badziewnym towarem (samopiszące pióra, które znają tylko dwieście słów, wybuchające landrynki importowane z Niemiec, wielokolorowe wiatraczki, które latają ci wokół głowy) stał Orest i  nieznany Filipowi mężczyzna z obandażowanym ramieniem, ubrany po mugolsku, w bojówki i czarny podkoszulek. Miał bardzo długie włosy i bardzo młodo jak na kogoś, kto – jak wskazywała jego opowieść – jest pełnoprawnym członkiem ekipy i jeździ na akcje. 
- Siema. Felix – nieznajomy mocno uścisnął dłoń Pascala, przyglądając mu się z zaciekawieniem. – Faktycznie trochę przypominasz starego Żarłoka. Masz takie ten teges włosy – zakręcił dłonią wokół głowy. – Zupełnie jak on.
- Loki to się nazywa – prychnął Orest i odwrócił się do Filipa. – Idę załatwiać sprawy z panem Feliksem, więc pilnuj tego syfu. I nie zbliżaj się do zaplecza…
- Nooo, jeny, wieeem, nie musisz mi teraz za każdym razem powtarzać…
- …nawet jakbyś bardzo potrzebował, a jakby przyszedł ktoś bardzo ważny, to powiedz Zdzisiowi, żeby mnie zawołał, rozumiemy się?
- Ta, szefie. – burknął chłopak, obrażony, kątem oka zerkając na Feliksa, który przyglądał się mu z rozbawieniem na twarzy.
Dwoje starszych chłopaków przeszło na zaplecze, i Filip słyszał tylko, jak ten nowy, nieznajomy, pyta wesołym tonem Oresta:
- Kolejna ofiara twoich słynnych zabezpieczeń…? 
- Z każdym nowym dzieciuchem tak mam, po prawdzie, ale ten wyjątkowo malowniczo oberwał… Musiałem go zwolnić na resztę dnia do domu i sam użerać się z jebanymi klientami…
„Świetnie” – pomyślał z satysfakcją – „Chwal się dalej, tępy dupku, tym większa będzie mój triumf.” 
Usiadł na podłodze za ladą tak, żeby potencjalni klienci nie mieli szans go zobaczyć (była to raczej zbędna ostrożność, bo dawno już zauważył, że między dwunastą a czternastą praktycznie nikt do nich nie przychodzi – dlatego też Orest załatwiał swoje tajemnicze sprawy akurat w tym czasie). Wyciągnął, dla niepoznaki, drugie  śniadanie oraz cienki zeszyt z notatkami, rozsiadł się wygodnie i, jak codziennie, rozpoczął ostrożne badanie zaklęcia, którym jego szef  obwarował drzwi do zaplecza.
Tak, jak większość czarodziejów, odczuwał w sposób wręcz fizyczny obecność potężnej magii wokół siebie, pewną specyficzną aurę, która sprawiała pozory namacalności – wydawało się, że czuje się jej smak na języku, że czymś pachnie – czymś, czego nie potrafił opisać. Wrażliwość na magię była bardzo zróżnicowana, i, jak Pascal wiedział ze szkoły (a ukończył już przedostatnią klasę), to właśnie jej natężenie decydowało o byciu czarodziejem. Mugole nie czuli magii w ogóle, nie potrafili więc jej używać. Charłacy prawdopodobnie czuli magię, ale za słabo, by kształtować ją wedle swojej woli – tego już nie powiedziano mu w szkole, ale czasami czytywał dziwne książki w bibliotece,i w nich pisano nawet o charłakach. Wśród zwykłych czarodziejów zasada intensywności przestawała działać – ci mający najbardziej wyczulony zmysł magiczny wcale nie byli najpotężniejszymi magami, o czym Pascal został powiadomiony natychmiast, gdy w pierwszym roku nauki okazało się, że wyczuwa magię ponadprzeciętnie dobrze – a wręcz ją widzi. 
- U nas, w Anglii, byłbyś przez to uważany za osobę niezwykłą i godną szacunku – powiedział kiedyś ojciec, gdy nastoletni Filip próbował wypytywać go o to całe czucie. – Ale w tym kraju nic to nie znaczy. Nie myśl o tym i idź się uczyć. 
W tej samej książce, która wspominała o charłakach, znalazł ustęp o tym, że widzenie magii uważano kiedyś za oznakę czystej krwi. Od tego czasu przestał w ogóle wspominać innym czarodziejom o swojej umiejętności - szczególnie, gdy dawała mu fory na lekcjach.
Albo przy próbach włamania się do zakazanych miejsc, takich jak kantorek sklepu z magicznym badziewiem. 
Skupił się na zaklęciu, które rzucił Orest, i ze zdziwieniem i złością zauważył, że to, co wyczuwa, w ogóle nie pasuje do schematu z jego zeszytu. Zazwyczaj widział magię jako kolorowe, cienkie pasma (czy raczej, jak mówiła mądra książka, tak jego mózg wizualizował sobie coś, czego nie potrafił pojąć). Kiepskie, proste zaklęcie było pojedynczą nitką, te bardziej złożone składany się z różnokolorowej plątaniny, tworzyły skomplikowane kształty albo łączyły ze sobą. Poświęcił ostatni tydzień pracy na rozłożenie zaklęcia Oresta na pojedyncze linie i zrozumienie, jaką część zaklęcia niesie każda z nich. Zmiana układu oznaczała, że Orest rzucił zaklęcie inaczej, i cała praca Filipa poszła na marne. 
- Co go nagle wzięło – mruknął poirytowany.
Feliks. Oczywiście, że chodzi o niego. Zazwyczaj z „towarem” przychodzili Bruno i Fabian, dwóch mało interesujących, i zdaniem Pascala przygłupich, braci pełniących rolę kurierów. Ojciec wspomniał o nich, kiedy załatwił mu tą robotę. Wymienił też ksywki Grubego, Orka i Mireczki (żony Orka), których najczęściej miał Filip spotykać w pracy. Nic nie wspominał o żadnym Feliksie.  Wręcz zaznaczał, że Orest jest jedynym tak młodym czarodziejem w ekipie (w domyśle – tylko wobec niego możesz być bardziej bezpośredni, ciesz się, że chociaż tyle i nie spodziewaj się, że ktokolwiek będzie brał cię na poważnie, gówniarzu)
„A więc taka to afera” – pomyślał, podekscytowany. - „Nasz gadatliwy koleżka prawdopodobnie przyszedł z jakąś misją specjalną… Albo Orest mu nie ufa… A może ma z nim jakieś własne sprawy? W ekipie jest zdrajca? Orest kręci coś na lewo?”
Wziął głęboki oddech i postarał się skupić na nowym zaklęciu. Z czego było złożone? Już same jego funkcje mogą podpowiedzieć, czy Orest się chroni przed czymś z zewnątrz, czymś wewnątrz, kogoś nie chce wpuścić, czy wypuścić? Pascal najchętniej zacząłby z podekscytowania chodzić w kółko, ale musiał skupić się, żeby rozwiązać tą zagadkę – jego ulubioną zagadkę, jaką była magia.


O tym, że zostanie kiedyś sławnym łamaczem zaklęć, wiedział jakoś od miesiąca, gdy to jeszcze przed zakończeniem roku szkolnego wpadł w niedzielę do ich ciasnego, ponurego mieszkania w kamienicy, żeby zjeść z ojcem obiad. Wolałby zostać w szkole, ale co drugą niedzielę zawsze spędzał w domu rodzinnym – jeżeli można tak nazwać tą wynajmowaną dziurę – i nie chciał się przekonywać, jak zareagowałby jego rodzic, gdyby kiedyś nie przyszedł. 
Dzień był ciepły i przez otwarte drzwi wychodzące prosto na wewnętrzne podwórko kamienicy wpadał zapach kwiatów sąsiadki i promienie słońca przefiltrowane przez liście ogromnego drzewa, zasłaniającego swoją koroną cały dziedziniec. Mieszkali na trzecim piętrze, w oficynie, do której dało się wejść tylko poprzez drewnianą galeryjkę biegnącą wzdłuż całej kamienicy, więc gdy Filip nią szedł, musiał witać się ze wszystkimi sąsiadkami, które siedziały w otwartych drzwiach albo sadziły pomidory w balkonowych doniczkach.
Ojciec otworzył drzwi na oścież, ale sam siedział w środku, z książką w ręku. Po latach Pascalowi coraz trudniej było przypomnieć sobie jego twarz – wracał wtedy do tego wspomnienia, gdy stoi w drzwiach, a ojciec podnosi głowę i patrzy na niego, powleczony tańczącymi cętkami światła przechodzącego przez liście drzewa – niewysoki, smukły mężczyzna po czterdziestce, sztywno wyprostowany w niewygodnym fotelu, z nogą założoną na nogę; kraniec prostej, czarnej szaty unosi się, odsłaniając spodnie zaprasowane w kancik. Może i mieszkali w dwupokojowym mieszkaniu w oficynie, a ze ścian z czasem coraz bardziej złaził tynk, ale ojciec nigdy nie rezygnował z pewnej elegancji –nawet, gdy upijał się do nieprzytomności, robił to w białej koszuli i pod krawatem. 
- Filip – powiedział spokojnie, bez śladu akcentu, jakby mieszkał w Polsce od zawsze, a nie od niecałych dwudziestu lat. – Cieszę się, że cię widzę. W szkole wszystko w porządku? Usiądź, proszę.
- W porządku. Dziękuję. – Chłopak usiadł w tym samym fotelu, co zawsze, od kiedy poszedł do szkoły magii i dla ojca przestał być dzieckiem, które należy podrzucać do opieki sąsiadkom, a zaczął być młodym mężczyzną, od którego co nieco się wymaga.
- W te wakacje pójdziesz do pracy. Załatwiłem ci posadę w sklepie u Grubego, wiesz, tym z napisem „wszystko po pięć złotych” – powiedział ojciec, odkładając książkę na stoliczek. – Masz już prawie osiemnaście lat, więc powinieneś zacząć zarabiać. U nas, w Anglii, byłbyś już od roku pełnoletni. 
- I od roku pracowałbym w sklepie z magiczną tandetą? – zakpił Filip.  Ojciec spojrzał na niego z urazą, jakby wyrażał się źle o kimś niedawno zmarłym. Natychmiast jednak się uspokoił i odrzekł:
- Będziesz nadal dostawał kieszonkowe na bieżące wydatki, a to, co zarobisz sam, wkładaj na swoje prywatne konto, które oczywiście założysz sobie zaraz po urodzinach. Najwyższy czas, żebyś zaczął oszczędzać na swoje studia.
- Studia? I mam się na nich utrzymać sześć lat za pensję z dwóch miesięcy pracy? – zakpił Filip. Był oszołomiony. Nigdy nie rozmawiali o jego przyszłości, a tym bardziej o studiach i o tym, czy będzie ich na to stać. Często marzył o tym, że dostanie się do szkoły adepckiej, by pokazać ojcu, że jest dość inteligentny i zdolny, by studiować, i żeby chociaż raz ojciec m u s i a ł  być z niego dumny – ale po skończeniu jej raczej spodziewał się, że zrobi coś w rodzaju kursu na księgowego i zostanie zwykłym pracownikiem biurowym, jak ojcowie jego kolegów ze szkoły, a nie że naprawdę na te studia pójdzie.
Nie wiedział o tym zbyt dużo, ale wydawało mu się, że studia pochłaniają sporo czasu i pieniędzy. W całym jego roczniku tylko kilka osób było pewnych, że ich rodziców będzie na to stać. 
- Oczywiście, że nie – ojciec znowu zrobił tę pełną rozczarowania i pobłażliwości minę, która tak wkurzała Filipa. – Zapłacę za część twoich studiów, ale resztę będziesz musiał wypracować sam, pracując w wakacje aż do końca szkoły adepckiej oraz zdobywając stypendia. 
- Studia są aż takie drogie?
- Tutaj nie, ale za granicą, gdzie ty będziesz studiować, owszem – ojciec wyciągnął skądś nabitą fajkę i zapalił ją, pstrykając palcami. Zaciągnął się osobliwie pachnącym dymem. Filip wiedział, że daje mu tym czas na zrozumienie tej nowej, zaskakującej informacji o jego własnym życiu. Za granicą? Czyli w Anglii? Studiować?
- Raczej nie w Anglii –ojciec nieumyślnie odpowiedział na jego myśli. – Nie mam już tam żadnych… kontaktów. Ale Czesi mają naprawdę świetny uniwersytet o międzynarodowej renomie. Wszystkie zajęcia prowadzone są oczywiście po łacinie lub po angielsku, więc nie musisz przejmować się barierą językową. Również Francja może się poszczycić niezłymi wynikami. W ostateczności są Stany – skrzywił się. – Podobno ich akademia jest bardzo… przyszłościowa. Nie podoba mi się tylko to, że odchodzą od klasycznej łaciny, ale cóż. Niektórzy nazywają to postępem. Niemniej, szkołę adepcką masz skończyć tutaj, w Krakowie. Da ci to kilka lat na odnalezienie się w uniwersyteckiej rzeczywistości, zdobycie stypendiów i odpowiednich znajomości w dobrych kręgach. Oraz zebranie oszczędności, oczywiście. – Ojciec wstał z fotela, więc Filip natychmiast zrobił to samo. – Zaczynasz pracę od pierwszego poniedziałku wakacji, o ósmej, Orest, asystent Grubego, wszystko ci wytłumaczy. A też chodźmy na obiad – ruszył w stronę wyjścia na galeryjkę. Zatrzymał się jednak w progu i uważnie spojrzał na syna. – Ach, i jeszcze jedno. Spodziewam się, że nie myślisz o takich durnotach, jak studiowanie zielarstwa albo astrologii?
- …Ni-nie – wyjąkał zaskoczony chłopak, ciesząc się w duchu, że nigdy nie lubił ani zielarstwa, ani astrologii.
- Świetnie. Czyli aż t a k mnie nie rozczarujesz. Pewnie i tak szybko pożałuję, że dałem ci wolną rękę kwestii wyboru zainteresowań naukowych… Chociaż… - dodał ciszej, odwracając się plecami do syna. – Cóż, może powinienem więcej ufności pokładać w to, że jesteś krwią z krwi mojej rodziny.
Gdy przypominał sobie potem tą słoneczną scenę, nie dawały mu spokoju te słowa o krwi. Ojciec unikał takich sformułowań jak tylko się dało, jakby słowo „krew” było przeklęte; zazwyczaj nie mówił nawet niczego o dziedziczeniu, ani słowa o tym, czy Filip jest bardziej podobny do niego, czy do matki, po kim ma oczy i jak miała na imię jego babcia – przeszłość ojca była czarną dziurą ich życia. Nie mieli żadnych zdjęć ani pamiątek. Żadnych adresów ani numerów kominków. Żadnych nazwisk. Ojciec miał nawet w dokumentach nazwisko inne, niż Filip – nazwisko panieńskie swojej nieżyjącej żony. Czemu nie nosił go również ich wspólny syn – nigdy mu jeszcze tego nie wyjaśnił. 
Filip miał cały obiad na uruchomienie, dotychczas głęboko zakopanych gdzieś w tylnych szufladach umysłu, marzeń i wyobrażeń na temat studiów. Ojciec, jakby celowo dając mu czas na zebranie myśli, odzywał się bardzo mało, tylko tyle, ile uważał za konieczne, by obiad nie przebiegał w nieodpowiedniej atmosferze. To wtedy, gdzieś między zupą pomidorową, gołębiem, który wleciał do knajpy i nasrał na bar, a kotletami, Filip zrozumiał, że może jednocześnie wykorzystać naturalny talent oraz możliwość studiowania, która właśnie spadła mu jak dar z nieba, i zostać profesjonalnym łamaczem zaklęć i uroków. Była to wizja niezwykle ekscytująca dla każdego, kto wychowywał się na niezwykle modnych w swoim czasie książkach o inspektorze Lynx, który wraz ze swoim wspólnikiem, łamaczem zaklęć Bradley’em, rozwiązywał mroczne zagadki kryminalne magicznej Anglii. Filip zawsze bardziej lubił Bradley’a i najchętniej wcielał się w niego, gdy na podwórku bawili się w detektywów. Oczywiście, gdy pozwalano mu wybierać.  Zazwyczaj nie pozwalano, i musiał być którymś z czarnych charakterów, ściganych i na koniec zawsze karanych poprzez przywiązanie do miotły i wysłanie na dach podwórkowej latryny lub na inne takie kreatywne sposoby, które dzieciaki z kamienicy akurat wymyśliły. 
Mimo że teraz, jako prawie dorosły czarodziej, szanował i rozumiał pracę swojego ojca - w końcu trudno jest znaleźć uczciwe zatrudnienie, gdy jedynym, co potrafisz, jest czarna magia - na myśl o tym, że sam miałby tak żyć, ryzykując ciągle złapaniem, znikając na całe dnie i noce, robiło mu się niedobrze. 

Od tego czasu zdążył już trochę poczytać o łamaniu zaklęć, i chociaż jego lektura była niezwykle chaotyczna, zapamiętał kilka podstawowych rzeczy. Przede wszystkim - że nikt nie będzie mógł go aresztować, jeżeli złamie czyjeś zaklęcie tak, by rzucający je się nie zorientował. Pochłonął jeszcze rozdział o rozdzielaniu wątków czaru i neutralizowaniu podstawowych zaklęć zabezpieczających pomieszczenia, i był gotowy - jak wtedy sądził - na starcie z Orestem i jego przeklętą kanciapą. 
“Przeklęta Kanciapa, tak nazywała by się książka o mnie” pomyślał z rozbawieniem, badając zaklęcie Oresta. “Pasuje do mnie idealnie. Filip Pascal i Przeklęta Kanciapa”.
Zdążył rozpracować kilka wątków, które były takie same jak w poprzedniej wersji zaklęcia i odpowiadały głównie za postawienie bariery dla wzroku i słuchu. Niestety, złamanie ich samych bez zwrócenia uwagi ich twórcy było niemożliwe - to wiedział każdy młody czarodziej, któremu kiedykolwiek ktoś próbował bez pozwolenia wtargnąć do pokoju, albo gdy sam próbował kogoś podsłuchać albo podejrzeć. Afery takie były nieodzowną częścią życia w Szkole Magii w Krakowie, miejscu, które zbierało o wiele zbyt dużo czarodziejów w okresie dojrzewania na zbyt małej przestrzeni. Książka Pascala podpowiadała, dość ogólnikowo, że należy “skupić się na zneutralizowaniu wiązań”. Chłopak był pewien, że już prawie rozumie, jak neutralizować ale nadal nie potrafił znaleźć żadnych wiązań.
Pracę przerwał mu rozdzierający jęk otwieranych drzwi. Zastygł w bezruchu, mając nadzieję, że klient zobaczy, że nikogo nie ma, i zrezygnuje z zakupów. W tym sklepie i tak nie było nic, na co sensownie można by wydać pieniądze.
Klient podszedł do lady i powiedział niepewnie, doskonale znanym Pascalowi głosem:
- Dzień dobry…?
- Dobry - mruknął chłopak, wystawiając głowę zza lady.- Cześć Kira. Chcesz kupić jakieś badziewie?
- Niee… - roześmiała się wysoka, wychudzona nastolatka w ładnej, modnej szacie. - Chociaż te kręcące się wiedźmy mogłabym podarować babci jako sztukę ludyczną… Są przeurocze.
- Na pewno doceniłaby kunszt tych ogromnych brodawek na nosie i kurzych nóżek. - Filip dotknął jedną z plastikowych wiedźm, i ta zaczęła jeszcze szybciej kręcić się w kółko na swojej małej, wyliniałej miotełce. 
- Dostałam twój list o tym, że będziesz pracować w wakacje, i wpadłam cię zobaczyć - wyjaśniła Kira, opierając się o ladę i uśmiechając się szeroko. - Popodziwiać twoją pierwszą dorosłą pracę, zanim matka postanowi się zainspirować twoim starym i wyśle mnie do walki z robakami w bibliotece czy czegoś równie przyjemnego, czego nie chcą robić nawet studenci na praktykach.
- Ta robota jest okey - wzruszył ramionami Filip. - Poza tym, że niedługo oszaleję z nudów i monotonii. Chyba że wcześniej zatruję się najnowszą dostawą naszego najwyższej jakości plastiku. 
- Czy ten sklep… jest jakoś związany z twoim ojcem…? - zapytała, ściszając głos i pochylając się nad ladą. - Przepraszam, że tak pytam…
- Tak - Odparł równie dyskretnie. - Ale rozumiesz, nie powinienem nic mówić…
- Jasne. Tak - odsunęła się. - Nie powinnam wiedzieć - wyglądała na zmartwioną i Filipowi zrobiło się strasznie głupio. “Na pewno myśli, że nie ufam jej i nie chcę dopuszczać jej do swojego życia. Pewnie myśli, że tak naprawdę jej nie lubię. Pewnie myśli…”
- Ale wszystko u ciebie okey? - zapytała po chwili wahania. - Lepiej niż wtedy… pod koniec roku?
- O wiele lepiej, naprawdę - skinął głową. -To był tylko epizod…
- I nie… - zająknęła się. - Nie trzymasz się już z nim, prawda? - wyrzuciła szybko, przerywając mu.
- Absolutnie. Tak. Nie trzymam. To przeszłość - zapewnił, ciesząc się w duchu, że najwyraźniej koleżanka naprawdę się o niego martwi, i mimo, że nie mówił jej dużo o  t e j sprawie, bardzo dobrze się domyśliła, skąd jego nagłe problemy pod koniec roku. Gdyby okoliczności były inne, może by nawet porozmawiali o tym, może powiedziałby coś więcej, ale Merlinie, nie w sklepie, nie w pracy, i nie w momencie, gdy Orest może w każdej chwili skończyć swoje interesy i zdjąć zaklęcie, nie dając Pascalowi czasu nawet na zapisanie sobie jego wzoru!
Kira widocznie też nie chciała zajmować mu czasu, bo założyła kapelusz, jakby szykowała się do wyjścia, i powiedziała:
- Mama mówi, żebyś wpadł do nas na obiad niedługo, nawet jutro, jeżeli nie jesteś zbyt zapracowany.
- Jestem…
- …I że ma dla ciebie kilka książek o tych zaklęciach, co ostatnio mówiłeś, że cię interesują, oraz ulotki uniwersyteckie. Wczoraj przyszła ta ostatnia, ze Stanów, i nawet nie kazali nam dopłacać za sokoła międzykontynentalnego…
- …mało zajęty. Na pewno wpadnę - zapewnił ją. I bez ulotek z uczelni zagranicznych oraz niedostępnych w zwykłej bibliotece książek, nie odmówiłby pani Dowgiałło obiadu i pogaduszek o studiach, życiu i zaklęciach. Miała one cudowny zwyczaj traktowania Kiry i Filipa jako równych sobie rozmówców, jednocześnie nie wymagając od nich sztywnych obyczajów i udawania mądrzejszych i dojrzalszych, niż są w rzeczywistości. Czuł się świetnie w ich przyjemnym, dwupoziomowym mieszkaniu w kamienicy, pełnym światła, książek i roślin. 
Kira pożegnała się i wyszła, natychmiast więc zapomniał o wszystkim i wrócił myślami do zaklęcia. Musiał się mocno skupić, a przyjaciółka niechcący uruchomiła w jego umyśle mnóstwo myśli i wspomnień. 
“Roztkliwianie się nad sobą - tylko w domu, pamiętaj” skarcił sam siebie. “W pracy - skupienie i pokerowa twarz. Pełna profeska. A więc, skończyłem tutaj…”
Skrupulatnie odnotowywał wątki w zeszycie, tak samo jak wcześniej, lecz tym razem wszystko szło mu oporniej - zaklęcie zdawało się samo z siebie zmieniać kształt - jeżeli to w ogóle możliwe! - linie przemieszczały się i mieszały, wielu z nich nie potrafił rozszyfrować, a żadne wiązania nadal nie potwierdziły tezy o swoim istnieniu. Zaczynał się wkurzać. To miał być tylko żart, ćwiczenie - przecież, na Merlina, nie chciał tak naprawdę wtrącać się w wewnętrzne sprawy cholernej szajki handlarzy czarnomagicznym syfem. Teraz jednak, gdy już włożył w to tyle emocji, gdy już się poirytował, teraz postawił wszystko na jedną kartę. Musi mu się udać.
Wybrał znane sobie wątki, których dezaktywacja nie powinna zostać zauważona przez Oresta, i przerwał je podstawowym zaklęciem łamiącym. Chyba podziałało - półprzezroczyste linie rozwiały się, a wściekły Orest nie wyskoczył z zaplecza - poczuł przez chwilę dumę, ale szybko uświadomił sobie, że w ten sposób tylko traci czas.  Nie miał dość wiedzy i umiejętności, by tak sobie przerwać całe zaklęcie. Musiał być sprytny.
Pochylił głowę, prawie kładąc się na podłodze, by obejrzeć wątki ze wszystkich stron. Teraz, gdy kilka zniknęło, zdawało mu się, że odsłoniło się parę wcześniej niewidocznych. Ignorując kurz i brud porastający stare linoleum, położył się na plecach i zobaczył to jedno zaklęcie, które aż wołało “coś jest ze mną nie tak!”
“Tego nie mógł stworzyć Orest” - rozpoznał od razu. Przygryzł dolną wargę. Feliks. “Och, to byłoby aż za śmieszne, gdyby tajny koleżka Oresta doprowadził mnie do rozwalenia mu zaklęcia. Cudownie. Pięknie.”
Nie miał żadnej pewności, że to się uda, ale nie wahał się ani sekundy. Wpatrzony w obcy, niezgrabny wątek, wyszeptał zaklęcie rozpraszające. Linia zadrżała i całe zaklęcie zaczęło rozmywać się w miejscu, w które celował różdżką. O tym nie pisali w podręczniku, ale postanowił zaufać swojej intuicji, i przez powstałą lukę wprowadził odrobinę zakazane zaklęcie unieruchamiające i blokujące magię. Przy odrobinie szczęścia, powinno ono odciąć Oresta od tej części magii, której używał w tej chwili, by podtrzymywać barierę. 
Pascal wstrzymał oddech, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę. Wątki wyglądały tak samo, jak wcześniej, ale czy działały? Mógł to sprawdzić tylko, no cóż, na samym sobie.
Mając w pamięci, jak tydzień temu wszedł nagle w blokadę Oresta i prawie złamał sobie nos na niewidzialnej ścianie, a potem do końca dnia rzygał jak kot przez silną reakcję na agresywną magię (szef wysłał go do domu wcześniej, stwierdzając, że ma robić syf w swojej własnej łazience, więc przynajmniej nie upokorzył się aż tak bardzo), bardzo ostrożnie i powoli wyciągnął dłoń w stronę bariery.
Jego palce bez problemu przeniknęły przez półprzezroczystą, wielobarwną linię. Odczekał sekundę, wstrzymując oddech, a potem podszedł do drzwi. 
Absolutnie nie wierzył w to, że mu się udało. To było tak głupie i szczeniackie, ale czuł przeogromną satysfakcję. Czy to tak czuł się ojciec, gdy udawało mu się rozbroić kolejny artefakt, otworzyć przeklętą skrzynkę albo zdjąć klątwę z jakiejś czarnomagicznej zabawki? Czy to dla tego uczucia (i pieniędzy, rzecz jasna) raz za razem ryzykował aresztowanie i deportację z Polski? By czuć się tak… potężny i pewny siebie, jak Filip w tej chwili. Chciałby móc opowiedzieć ojcu tą przygodę. Chciałby usłyszeć od niego pochwałę, a może chociaż jakąś radę, może historię o jego pracy, o jego drobnych i wielkich sukcesach, o tym, co czuje, trzymając w rękach niesamowicie niebezpieczny, mroczny artefakt, nad którym ma pełną kontrolę. 
Chłopak stanął przy drzwiach i zorientował się, że pracował nad zaklęciem dobre pół godziny. Orest musiał dostać od Feliksa coś naprawdę interesującego - albo potrzebował sporo czasu na knucie i prowadzenie swoich intryg. W każdym razie, lepiej byłoby powrócić na swoje miejsce przy ladzie i udawać, że absolutnie nic się nie działo, nudna, pustka, duch ze złamaną nogą nie przeleciał. 
Nie potrafił jednak tak sobie odejść, gdy miał Oresta i jego podejrzane sprawy tuż obok siebie. Nie słyszał żadnych głosów zza drzwi, ale podejrzewał, że subtelna obserwacja swojego szefa może przynieść mu kilka nowych, interesujących informacji, które mogłyby - w przyszłości - zostać odpowiednio wykorzystane do poprawienia swojego statusu w tej pracy. 
Pochylił się nad dziurką od klucza i spróbował rozejrzeć po ciemnym, zawalonym kartonami pomieszczeniu. Wypatrzył wreszcie Oresta w plamie światła padającej przez małe, zakratowane okienko. Zmarszczył brwi, nie potrafiąc domyślić się, na co właśnie patrzy. Nagle drgnął gwałtownie i cofnął się, zszokowany, uderzając mocno głową w klamkę. 
Zdradzieckie drzwi otworzyły się oczywiście na całą szerokość. Orest, który właśnie całował się z Feliksem, odwrócił się gwałtownie i zwinnie jak kot doskoczył do Filipa, który kulił się w wejściu, trzymając się za głowę. Jednym ruchem różdżki posłał zamroczonego chłopaka na krzesło stojące pod ścianą.
- Jak złamałeś moje zaklęcie?! - zapytał, kipiąc gniewemi i nie opuszczając różdżki.
Pascal natychmiast zapomniał o bólu głowy.
- Ja.. ja… tylko chciałem zobaczyć, czy umiem. Nic nie planowałem! - jęknął.
- JAK?!
- Mmm… bo słaby punkt… pan Feliks… jeden wątek…
Siedzący w swobodnej pozycji na parapecie okna Feliks zachichotał. Orest spojrzał na niego, a potem na Pascala, z miną, jakby zastanawiał się, na kogo pierwszego rzucić niewybaczalne. Był blady z wściekłości, a dłoń, w której trzymał różdżkę, drżała. - Orest… Pewnie ja coś zjebałem. Daj chłopakowi żyć - Feliks poczuł, że czas zakończyć tą scenę. - Wyczyść mu lekko pamięć i po sprawie.
- Nie bądź idiotą - warknął jego towarzysz. - Jego stary natychmiast by się zorientował i jutro zrobiłby z nas jebaną karmę dla hipogryfów.
- No to tym bardziej mu nie groź - westchnął Feliks. - Coś wymyślimy…
Przerwał mu  dźwięk dzwonka, oznajmiający wejście klienta.
- Halo, co wy, czemu nikogo nie ma na sklepie? - dotarł do nich głos Grubego. Filip już chciał się zerwać i wyjść na salę, ale Orest spojrzał na niego groźnie i wykonał szybki, agresywny ruch różdżką.
Przerażony chłopak nie zdążył rozpoznać, co to za zaklęcie, o obronie nawet nie mówiąc - niewidzialna siła, tnąca czysto jak żyletka, rozorała mu przedramię od nadgarstka prawie po łokieć. Był w zbytnim szoku, by chociaż krzyknąć, patrzył tylko, jak krew plami mu koszulę i spodnie, a przed oczami zaczynają wirować zielone plamy.
Orest opanował się, ukrywając emocje pod maską obojętności, i od niechcenia rzucił mu na stolik sklepową apteczkę, warcząc cicho:
- Ogarnij się!
I głośno, zwracając się do Grubego:
- Już idę! Sorki, młody miał wypadek z tą kasą, wiesz, tą agresywną… Już od ciebie idę. - I wyszedł z kanciapy, zostawiając drzwi uchylone.
- Znowu? Powinniśmy ją w końcu usunąć - stwierdził Gruby, wciągając do sklepu jakieś paczki, które głośno szurały po podłodze. - Niech w takim razie idzie do domu się kurować, a ty skocz do magazynu mi z tym pomóc…
- Ta jest…
Obaj wyszli ze sklepu. Feliks, który dotychczas stał w cieniu między oknem a tylnym wyjściem, zapewne by łatwo się ewakuować w razie czego, podszedł do Filipa. 
- Nie mdlej. Głowa w dół i daj rękę - szepnął. Delikatnie chwycił go za dłoń i oblał ranę jakimś wyciągniętym z apteczki eliksirem. Pascal szarpnął się z bólu, ale mężczyzna trzymał go mocno, ograniczając ruchy.
- Nie skacz… Tak przyłóż i zabandażuj sobie powoli. Na to magia nie pomoże - szepnął, zaklęciem usuwając krew z ubrań Filipa. - Orest to straszny idiota, nie przejmuj się. Nie będziesz mdleć? Świetnie.
Uśmiechnął się do chłopaka, poklepał go po zdrowym ramieniu i bezszelestnie wymknął się przez tylne drzwi.